Ja, kibic


"Ja, kibic"

Żyję w kraju w którym jedną z najważniejszych zasad pisania o piłce jest nieprzyznawanie się do tego komu się kibicuje. Jednak z powodów mniej niż bardziej racjonalnych, ja zawsze wybierałem tą trudniejszą drogę.

Zresztą, czemu miałbym się wstydzić faktu kogo wspieram? Czemu miałbym się tego wypierać, chować to do szafy? Ideą bycia kibicem jest duma z barw, historii, wyników i unikalnej tożsamości jaką każdy klub posiada. Specyfiką jest to, że właśnie dla swoich ulubieńców jest się najostrzejszym krytykiem, wobec ich poczynań największym malkontentem. To ich piłkarskie popisy zawsze są poddawane przez kibiców podwójnej analizie, dodatkowej ocenie.

Mnie do tej wyjątkowej tożsamości Chelsea przekonały dające najwyżej satysfakcję wywijasy legendarnego Gianfranco Zoli, które potem na bezczelne i czasem bezduszne wygrywanie zamienił Jose Mourinho (kogo to jednak obchodziło?). Potem pojawiło się w moim życiu „London Calling” The Clash, miłość do klubu i zauroczenie odległym miastem, debiut w Cardiff (mój i Szewczenki), kolejne wizyty i… blog. Ten blog.

Nic tak mnie nie załamuje, nawet nieudolne próby minięcia najmarniejszych obrońców podejmowane przez Salomona Kalou, jak czytanie pierwszych wpisów z kwietnia 2007 roku. To jak podróż do zaskakująco prostego umysłu, któremu wydawało się, że umie cokolwiek w słowie pisanym wyrazić. Nie twierdząc, że postęp w ciągu ostatnich lat był znaczny jestem przekonany, że aż takich bzdur już nie zdarza mi się pisać. A przynajmniej nie tak często jak wtedy.

Oczywiście, zainteresowanie futbolem (zwłaszcza w wydaniu angielskim) już wtedy podchodziło pod niezdrową fascynację i od tamtego czasu jeszcze się rozwinęło – wierzę, że w bardziej profesjonalnym kierunku, choć mój status wiecznego studenta dziennikarstwa zdaje się przeczyć tej tezie. Teraz ten blog nie jest już tylko własnością Chelsea, chcę na nim znajdować miejsce dla historii, opinii i tekstów, których nie spotkacie nigdzie indziej.

Romans malutkiego klubiku z Pucharem Anglii? Wspaniale! Piłkarz, którego biografia powinna być rozszerzona ponad to co wyczytacie na Wikipedii? Idealnie! Pomyłki jednego menedżera są tak oczywiste, że wszyscy temu przeczą? Ja potwierdzę. Książka, która nigdy nie będzie wydana w Polsce, a udało się ją wepchnąć w bagaż mimo coraz mniej życiowych limitów Ryanaira? Jej nietypową recenzję prawdopodobnie znajdziesz tu.

Oczywiście, Chelsea nie pozwala mi realizować tych wszystkich celów w takim stopniu w jakim bym chciał. Zwalnianie menedżera, kupowanie napastnika za miliardy, podkradanie młodzieży, złorzeczenie na sędziów, poszukiwanie Złotego Graala Romana… Czasem The Blues nie pozwalają złapać oddechu swoim kibicom, a ja jeszcze podejmuję się karkołomnego zadania uchwycenia tego wszystkiego w blogowych wpisach. Jak pewnie sami zauważyliście, z różnym skutkiem.

Przez pewien czas chciałem głupio walczyć ze stereotypem panującym nad prostym rozumowaniem mniej lub bardziej przypadkowych gości tego bloga – kibic Chelsea przecież nie napisze dobrze o United, nie pochwali Arsenalu, w ogóle nie przejmie się Wigan. Ta moja walka była równie bezcelowa jak wyścig na sto metrów z Garethem Balem lub pojedynek główkowy z Didierem Drogbą. Zrozumiałem, że… nie ma czym się przejmować, ani tym bardziej wstydzić. Trzeba robić swoje, pisać i liczyć, że trafi się na odbiorcę, który wpis przynajmniej przeczyta, zanim skrytykuje autora za zajmowanie się rywalem czy tematami odbiegającymi od Stamford Bridge daleko.

Nick Hornby, którego nieuleczalną chorobą jest Arsenal, napisał w „Fever Pitch”, że życie kibica piłkarskiego to w gruncie rzeczy pasmo nieszczęść, pesymizm nie odstępuje fanów na krok, frustracja czasem rozsadza nas od środka, a mierność ulubieńców każe się zastanowić, po co w zasadzie co tydzień katujemy się ich popisami. Co więcej, jeszcze za to płacąc.

Dla niektórych piłka nożna to terapia grupowa, dla innych wyłącznik od problemów życia codziennego, a dla znacznej większości niezrozumiała pasja, która rzadko daje satysfakcję, lecz i tak zawsze przebija ona niezliczone pasmo porażek. Hornby trafił ze swoją odpowiedzią najbliżej. Piłka nożna, w całym swoim nieszczęściu i wywoływanej depresji, daje nam komfort. Komfort kolejnego tygodnia, kolejnego meczu, kolejnego sezonu. Tego nic nie pobije i ci, którzy z różnych powodów chowają się ze swym bytem kibicowskim lub jemu zaprzeczają, tracą więcej niż im się wydaje.

Keep the Blue Flag Flying High

Michał Zachodny

(mzachodny@gmail.com)