poniedziałek, 17 listopada 2014
Jak spełniłem swoje marzenie

- You did well though, you hold the ball up well.

- Yeah, I thought you will had a worldie there, from the half-line.

- I was time-wasting...

***

To nie będzie kolejny wpis o Jose Mourinho. Co więcej, to nie będzie też żadna taktyczno-personalna opowieść o którymś z piłkarzy Chelsea, czy samym klubie. Zaskoczę Was jeszcze bardziej - tej historii będzie od zwyczajowego tematu bloga tak daleko, jak lidze niedzielnej jest do Premier League.

No właśnie, Sunday League. Wiem - trudno ekscytować się parkową odmianą piłki nożnej. Wiem - wielu z Was do amatorskiego grania podchodzi z dystansem. Bo co ciekawego może być w meczach dwudziestu dwóch zwykłych gości o sylwetce dalekiej od idealnej? Czym może się to różnić od niższych klas w naszym polskim futbolu?

Musicie zrozumieć moją pasję. Jeszcze zanim wlazłem na Twittera, jeszcze zanim zaliczyłem swój pierwszy mecz Chelsea i zanim zacząłem analizować taktyczne aspekty spotkań, trafiło do mnie zdjęcie. Stare, nic nowego, ale bardzo działające na wyobraźnię - pokazujące kompleks osiemdziesięciu ośmiu boisk na Hackney Marshes. Wtedy obiecałem sobie, że kiedyś tam zagram. Po prostu - by poczuć ducha angielskiego futbolu, atmosferę, którą kiedyś uchwyciła jedna fajna reklama pewnej firmy i... błoto, poświęcenie oraz coś z czego cały futbol przecież się wywodzi!

HM1

Osiem lat temu byłem bliski zrealizowania tego marzenia. Po maturze wyjechałem zarobkowo do Anglii, a po ośmiu godzinach roznoszenia listów w wiosce kilkanaście kilometrów od Oxfordu (Whitney, o ile dobrze pamiętam) nudziło mi się w pokoju o wymiarach dwa na trzy metry. Podczas krótkich wycieczek rowerowych odkryłem mały park w którym zwykle grano - niestety trafiłem na sezon letni, przerwę, gdy bramki po prostu... zlikwidowano. Zamiast boisk była to toaleta dla psów. W moich samotnych wyprawach musiała wystarczyć mi jedna mała bramka do której strzelałem z kilkunastu metrów starając się trafić w poprzeczkę. 

Ku mojemu zdziwieniu, w jedno z wtorkowych popołudni nie byłem sam - oprócz mnie, uderzającego w tę małą bramkę, trenował jakiś zespół amatorski. Ja robiłem swoje i oni swoje - przyznam, byłem nieśmiały, nie wiedziałem, czy warto zagadać, choć chciałem bardzo. Uratował mnie starszy pan - imienia niestety nie pamiętam, ale głównie przez jego "bulgocący" akcent - który był najwyraźniej prezesem tego klubu - nazwy nie pamiętam z powodów już wymienionych. On sam do mnie podszedł, spytał mnie co ja tu robię i czemu nie gram z nimi. Chwilę pogadaliśmy i umówiliśmy się na najbliższy trening, że dołączę do zespołu.

Przyszedłem oczywiście pół godziny wcześniej, buty wyczyszczone, super przygotowany i podekscytowany. Ale starszego pana nie było, niby ktoś tam szefował, ale nie wiedziałem, czy to ten sam zespół. I tak ograniczyłem się do kopania o poprzeczkę małej bramki - do momentu aż nie przyszedł on i spytał mnie, czy nie znam tego "polskiego chłopaka", który tu sobie kopał. On mnie wprowadził, on był kluczem.

Miałem problemy - mówili za szybko, ja byłem nieśmiały, a gdy uznałem, że warto zaprezentować się również ostrym wślizgiem, to znalazłem się na końcu "suszarki" jednego z nowych kolegów. Trenowaliśmy przed sezonem, jedynym sparingiem okazał się mecz wewnętrzny (strzeliłem gola z kilkunastu centymetrów z "goalmouth scramble", ale i wykonałem klasyczne "two-footed challenge", co oznaczało kolejną suszarkę), ale zrobiłem wystarczająco, by znaleźć się na liście "do gry". Problemem było zarejestrowanie mnie - starszy pan chciał zrobić wszystko legalnie, jednak zanim dokumenty dotarłyby z Wrocławia do Oksfordu, ja już byłbym z powrotem w kraju. Dlatego postanowiliśmy, że zarejestrują mnie jako... Michaela Novaka

Nic z tego. - Szkoda Twojego zdrowia - powiedział starszy pan. Nie miałbym ubezpieczenia w razie kontuzji, więc... byłem cholernie rozczarowany. Zamiast koszulki meczowej dostałem chorągiewkę liniowego, kilka wskazówek od sędziego głównego i po kilku wyzwiskach w trakcie spotkania także dziesięć funtów od starszego pana. - You did well, alright - pochwalił, ale ja byłem rozczarowany. Za tydzień wracałem do kraju, z tej szansy nici.

Mijały lata, regularnie zdarzało mi się przyjeżdżać do Anglii na mecze, ale wyłącznie w roli widza. Jednak to marzenie tkwiło w głowie - gdy na początku tego roku rezerwowałem bilety, cel był taki, że jadę na dłużej i postaram się gdzieś do drużyny załapać. Z pomocą przyszedł nieoceniony Robert Błaszczak (@robertblaszczak) i jego Putney Pacers.

Nie wiem w jakiej lidze gra jego zespół i jak sobie radzi - sam Robert miał problemy ze wskazaniem pozycji Pacers - ale dla mnie nie było istotne nawet to, że musiałem wstać o siódmej rano w niedzielę, by dotrzeć na drugi koniec Londynu. Nie przeszkadzało mi nawet to, że obiecano mi jedynie 20-30 minut. Gdy dotarliśmy do parku, wszystko układało się idealnie.

Przede wszystkim - to był park. Grając w niższych ligach polskich taka gratka mi się nie trafiła. U nas rzadko zdarzają się mecze na polach wielu boisk. Tu były akurat dwa, ale za to idealnie oddające moje wyobrażenie - na tym, gdzie mieli grać Pacers na jednej połowie rozgrzewali się rywale, na drugiej za piłką tenisową biegał pies. Trawa nieskoszona, błoto po wczorajszych opadach - byłem zachwycony.

Przebieraliśmy się w szatni bez drzwi, siatki rozwieszano za pomocą taśmy, a za rozgrzewkę wystarczyły cztery przebieżki wzdłuż boiska. To mniej niż często w naszych C-klasach. Gdy doszło do przedmeczowej pogadanki pojawiły się wszystkie klasyczne pseudo-taktyczne teksty. "Keep it on the floor", "tight at the back", "don't mess with it", "look for the runners", "communication, lads!", "let them know we are here", "we know our 3-5-2 can work", "we have to track back" i tak dalej.

Owszem, czekałem na swoją szansę ponad sześćdziesiąt minut meczu, do tego nie dostałem swojej koszulki. Najważniejsze, że udało się wejść na boisko - przy stanie 2-1 dla Pacers. W pierwszej połowie były dwa kluczowe wydarzenia. Dwa gole dla nas i... niemal asysta gałęzi, które wyrastały na boisko nad jedną z bramek. Gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłka o nie zahaczyła i spadła na piaty metr, sędzia uznał, że należy grać dalej, a napastnik rywali (klubu bodaj nazywającego się Wimbledon Town) przewrotką trafił w twarz stojącego na linii obrońcy. Udało się wykopać, było trochę kontrowersji i krzyków... zresztą pretensji do arbitra - spóźnił się dwadzieścia minut - było sporo. On był niewzruszony, nawet niewiele mówił.

Swój debiut chciałem wykorzystać jak najlepiej. Niestety - boisko było już mocno zryte, w błocie grało mi się jak na lodowisku, miałem jedną dobrą szansę, ale po przyjęciu piłki w polu karnym i sprytnym odwróceniu się, ktoś wybił mi piłkę. Jednak razem z Robertem możemy podzielić się asystą drugiego (lub nawet trzeciego) stopnia - po prostu jedna z naszych prób zmusiła obrońcę rywali do błędu i dała innemu napastnikowi okazję do strzelenia gola. 

Miałem swój moment. Udało mi się znaleźć trochę wolnego miejsca, dobrze przyjąłem piłkę, lekko ją sobie wystawiłem na prawą nogę i... uderzyłem. Byłem na połowie boiska, rozbieg był zbyt mały, zaboksowałem w błocie, źle trafiłem w futbolówkę. Bramkarz co prawda stał na trzydziestym metrze i do strzału nie zdążył, ale był on niecelny. Wkrótce później sędzia zakończył mecz, wszyscy sobie podziękowali i tyle z debiutu.

Spytacie o poziom? Był dokładnie taki, jak sobie myślałem - słaby. Wszystkie te wskazówki o których mówiono przed meczem? Nic się nie utrzymało. Od początku była to typowa niedzielna, parkowa kopanina, chaotyczna wymiana ciosów i nieudanych prób opanowania piłki. Kreatywność? Wystarczy dodać, że w zgodnej opinii kolegów najlepszym zawodnikiem był łysiejący gość pod czterdziestkę, który po prostu wygrał najwięcej główek.

A jednak, powtórzę się, byłem zachwycony. Niedzielna liga, kluby pubowe... Kolejna taka okazja mogła się nie powtórzyć. Zwłaszcza, że sama kultura gry w takich ligach amatorskich w Anglii wymiera. Ostatnio na stronie "The Daily Telegraph" podali, że w ciągu ostatnich pięciu lat rozwiązano 2360 klubów, z gry w pełną wersję piłki nożnej zrezygnowało 180000 zawodników. To dramatyczna sytuacja - większość przechodzi na ligi "piątek", "szóstek" czy "siódemek", gdzie jest więcej faktycznej gry i to w środku tygodnia, na dobrej murawie, przy sztucznym oświetleniu... Weekendy można poświęcić rodzinie czy... dłuższemu pobytowi w pubie, bez myśli, że następnego dnia trzeba będzie z rana walczyć w błocie. 

HM

Legendarna angielska piramida robi się coraz mniejsza u samego spodu, nawet na Hackney Marshes pozostało już (ponoć) tylko kilkanaście boisk. Nie udało mi się strzelić gola - może przy następnej wizycie? - ale poczułem swego rodzaju spełnienie. Bo te wszystkie blogi, twittery, analizy, teksty, artykuły, wywiady, nagrania audio i wideo wzięły się z dziecięcej pasji do gry w piłkę. Ona nadal jest, choć okazji do jej realizowania niestety coraz mniej*. Uwielbiam to, grałem przez niemal dziesięć lat w niższych klasach rozgrywkowych i nigdy nie czułem znudzenia. Kosztowało mnie to trochę zdrowia, dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości bliskich, ale nawet w typowo amatorskich okolicznościach można realizować swoją pasję i marzenia, także te dla innych absurdalne.

Przecież udało mi się zagrać niemal tak, jak grano w dziewiętnastym wieku. Prawda, Jose? ;-)

 

*Powiedzmy, że szukam klubu z niższych klas w Warszawie. Kto przygarnie?

---

FreerideFestival