piątek, 07 marca 2014
Michał czyta - Futbol obnażony z marzeń

FOPodobnie jak wielu z Was - miałem to marzenie. Wyjść na murawę przy ogłuszającym dopingu kibiców, zaliczyć ważną interwencję, znaleźć kolegę pięknym diagonalnym/prostopadłym podaniem, czy wreszcie strzelić decydującego gola w derby.

To marzenie udało się zrealizować "Anonimowemu Piłkarzowi" - prawdopodobnie za tą ksywką kryje się Dave Kitson - który od kilku lat regularnie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat futbolu, specyfice tego środowiska i skandali czy najważniejszych wydarzeń. Najpierw robił to w felietonach dla "The Guardian", później stworzył swoją własną stronę internetową, angażując kolegów i znajomych, a nawet własną żonę. W międzyczasie wydał też dwie książki.

Jedna z nich - "Futbol obnażony" - znajdzie się wkrótce na półkach w polskich sklepach. W zasadzie nie jest to zbiór jego felietonów, a raczej rozwinięcie życia profesjonalnego piłkarza na najwyższym poziomie. Jego radości i smutki, ale przede wszystkim to, co dzieje się poza najważniejszymi dziewięćdziesięcioma minutami w każdym tygodniu.

Czytałem wiele autobiografii czy wspomnień o piłkarzach, którzy nie radzili sobie ze sławą, pieniędzmi i presją zawodowego futbolu. Andrzej Iwan, George Best, Kazimierz Deyna, Robert Enke, ale też Dennis Wise czy Robin Friday o którym pisano, że to najlepszy piłkarz jakiego nie widzieliście na żywo. To książki o bogaterach tragicznych, smutnych wydarzeniach bez "happy endu", ale nie pouczające, nie na to nastawione.

Są pewne podobieństwa z tym, co o swojej karierze napisał Paul Merson. "Jak nie być profesjonalnym piłkarzem" to jednak mimo wszystko lektura pozwalająca przede wszystkim na śmianie się z zachowań dawnej paczki Arsenalu, a dopiero gdzieś w tle jest tragedia piłkarza walczącego z nałogami i kontuzjami. Pod tym względem Anonimowy Piłkarz znacznie się różni - on tak skonstruował swoją książkę, by profesjonalny futbol nam obrzydzić.

Jest dokładny, nawet opisując tak w gruncie rzeczy mało istotne dla kibica sprawy jak podatki czy inwestycje piłkarzy. To jednak wszystko są składowe futbolowego biznesu, świata brudnego, lepkiego i ociekającego bardziej alkoholem niż potem czy izotonikami. Bogacze wydają setki tysięcy funtów na prywatnych imprezach, podrywają, zdradzają, wydurniają się... 

Ok, rozumiem to wszystko. Nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że każdy z piłkarzy wspaniale się prowadzi i o 22 chodzi spać. Ilekroć czytam wiadomości o kolejnych upadłych gwiazdkach to powtarzam sobie w głowie, że "ja bym takiej szansy nie zmarnował". Taki banał na pocieszenie, na pokazanie własnej siły czy nawet zazdrości wobec sukcesu innych - na pewno nie pewność, że pieniądze i presja nie zgnoiłyby nawet mnie. Bo przecież Anonimowy Piłkarz, wydający się człowiekiem spoza środowiska lub potrafiący przynajmniej spojrzeć na nie z krytycznej perspektywy, niejako przyznaje się do tego zepsucia. On też miał marzenie, on je zrealizował, on potem dał się temu wszystkiemu przytłoczyć.

Mediom, trenerom, agentom, kibicom, sławie, pieniądzom... Tak, to wszystko tytuły rozdziałów w książce "Anonimowego Piłkarza". Obnaża on futbol precyzyjnie, krok po kroku, a na samym końcu zabierając się za samego siebie, własną karierę. Człowieka walczącego od dekady z depresją, spłukanego i tęskniącego za normalnym życiem. Jakże wymowne jest ostatnie zdanie tej książki...

Książki, którą czyta się szybko, jest ona dobrze przetłumaczona przez Piotra Czernickiego-Sochala, który akurat angielski futbol zna na wylot. Jak rzadko (auto)biografie piłkarzy przyciągają uwagę na jeden-dwa wieczory, tak tym razem  nie mogłem się oderwać. Mniejsza o Anonimowego Piłkarza i jego historię - to raczej fakt spektakularnego rozgniecenia mojego marzenia sprzed lat tak wciągnął. Duże pieniądze? Fantastyczne warunki? Atmosfera? Prestiż? Sława? Wielcy rywale? Po lekturze "Futbolu Obnażonego" też za to wszystko grzecznie, ale stanowczo podziękujecie.

O ile wcześniej długo zastanawiałem się, kim mógłby być "Anonimowy Piłkarz", tak teraz bardziej interesuje mnie to czemu wybrał pisanie pod pseudonimem. Jeśli jest już u schyłku swojej kariery, to nie ma wiele do stracenia, pewnie więcej by zarobił zdradzając się z tymi wszystkimi zawartymi w książce rewelacjami, gdyby wychylił się z nazwiskiem. Stchórzył?

Nie, to coś więcej. Futbol odebrał mu kawałek życia, dał wiele powodów do zmartwień i chociaż to wytłumaczenie "ale przecież zarabia taką kasę, że nie powinien narzekać" rozumiem, to on sam świetnie mit obala w książce. Dla Anonimowego Piłkarza to sposób na odegranie się na sporcie i ludziach, którzy to mimo wszystko wciąż owiane mitem i tajemnicą środowisko... utrzymują przy życiu. Idąc po trupach karier piłkarzy, walcząc o każde kwoty (historia o menedżerze, który oszukał dla marnych 500 funtów...), stając się coraz bardziej i bardziej chciwymi.

Anonimowy Piłkarz chowa się, bo tylko tak może pokazać problemy tego środowiska - na swój sposób oczywiście, nie unikając zabawnych sytuacji, pochwał czy dumy z tego do czego udało mu się dojść. Tego nikt nie umniejsza, doświadczeń meczowych nic nie zastąpi, ale i tak najwięcej o życiu piłkarza mówi chęć jego rewanżu na... futbolu. Rewanżu, którym jest obnażenie go z kibicowskich wyobrażeń i dziecięcych marzeń.

środa, 02 października 2013
Football Manager uratował mi życie! (konkurs)

Nie ukrywam, jestem maniakiem. Ostatnio, gdy uruchomiłem grę to spędziłem w niej bite siedem godzin nadzorując moją drużynę Blyth Spartans w sezonie 2008/2009 w angielskiej Conference. Szło mi średnio, bo zwycięstwa przeplatałem z przegranymi, ale młody i wąski skład mógł sobie pozwolić na kilka wpadek w pierwszym sezonie po awansie. Dobrze, że w barwach mojego klubu wciąż błyszczał Jakub Kosecki...

"Football Managera" (edycję z 2008 roku) uruchomiłem zaraz po napisaniu i ostatnim spojrzeniu na tekst, który możecie znaleźć w październikowym wydaniu Magazynu Logo. W nim przeczytacie o takich jak ja, którzy grę (- Bo to jeszcze jest gra, prawda? - pytał całkiem serio znany wokalista i... maniak FM-a Robbie Williams) traktują bardzo poważnie, a nie tylko jako rozrywkę po wszystkich obejrzanych meczach.

Przeczytacie o tym, co maniacy robili dla realizacji samych siebie - o "miesiącu miodowym" w bułgarskim mieście, gdzie naprawdę występował zespół jednego wirtualnego "menedżera", tyradach w przerwie, których musiała wysłuchiwać dziewczyna jednego z graczy, pewnej interwencji policji, a także kilkudziesięciu przypadkach rozpatrywanych w sądach i... gabinetach lekarzy. Dowiecie się także jaką piłkarską legendę można znaleźć dopiero w folderze ze spamem.

FM

Już na samym wstępie tekstu w Logo dzielę się wstydliwym epizodem z mojego życia. Otóż zaraz po liceum, jak znakomita większość mojej rodziny, z braku lepszym pomysłów wybrałem się studiować budownictwo. Szybko okazało się to pomyłką, bo mimo niezłych wyników z matury z matematyki i fizyki kompletnie nie rozumiałem o co tam chodzi. Dobijający był brak rozmów z kumplami o piłce, gdy wszystkich interesowały autostrady, mosty i wieżowce, a nawet całki.

Ja, całkiem szczerze mówię, wolałem nawet na wykładach otworzyć laptopa i kontynuować sezon. I tak w zimowej sesji po trzecim semestrze odnalazłem się z mega zaległościami, punktami, których mi brakowało (coś jak QPR w poprzednim sezonie) i z ostatecznym ratunkiem pod postacią dwóch czy trzech egzaminów z przedmiotów mało dla mnie zrozumiałych. Bodajże przed tym z mechaniki budowli postanowiłem "na chwilę" oderwać się przy jednej z karier jakie wtedy toczyłem...

...i oczywiście do egzaminu przystąpiłem bardziej skupiony na taktyce do następnego meczu, a nie wzorach i z wrocławską Polibudą musiałem się pożegnać. Nie było to dla mnie bolesne, o nie. Dzięki temu skupiłem się na pisaniu, poszedłem na dziennikarstwo, podreperowałem język, zaliczyłem Euro 2012 jako korespondent międzynarodowego serwisu Goal.com i wietnamskiej wersji "Przeglądu Sportowego" BongDa (tak, tak!), a teraz jestem świeżo po transferze i... nie narzekam. Nie byłoby mnie tu, gdyby nie wirtualna kariera bodajże w Wiśle Kraków... Wręcz z dumą mówię - "Football Manager" uratował mi życie. Bo co to za życie, być wiecznie na budowie, gdy po oddaniu budynku musisz lecieć na kolejną robotę? Ja wolę (wirtualnie) projekt (drużyny, klubu) kontynuować... 

Zachęcam więc do lektury październikowego Logo, a z tej okazji konkurs. Od wydawnictwa SQN otrzymałem ostatnio interesującą książkę "Mourinho vs Guardiola" dwójki autorów, Juana Carloma Cubeiro i Leonora Gallardo, którzy na tę rywalizację wybitnych (i całkiem realnych...) menedżerów spojrzeli z wielu stron.

Zbierającą bardzo pozytywne recenzje lekturę możecie wygrać do końca tygodnia w konkursie na moim blogu. W nawiązaniu do tekstu z Logo i mojej (naszej?) manii gry w "Football Managera" szukam Waszych historii (zwariowanych, poważnych, szalonych, martwiących) związanych z tą grą, które mógłbym śmiało zestawić z tymi opisanymi w Logo.

Nie, nie chodzi mi o pokonywanie Dolcanem Ząbki wielkiego Milanu, ale bardziej to z czego zwierzył mi się Michał Rygiel - otóż ten fan Evertonu, zupełnie dla eksperymentu, wlał w siebie kilka piw i na procentach próbował prowadzić zespół. Ten wariant mu nie wyszedł, okazał się gorszy nawet od (wielu) rodzimych (całkiem realnych) szkoleniowców, ale niech dla Was będzie przykładem tego, czym możecie sobie wygrać książkę "Mourinho vs Guardiola".

Wszystkie wysyłajcie na adres mzachodny@gmail.com pod tytułem "FM konkurs" i zastrzegam na koniec - nie kombinujcie, bo robiąc research do tekstu w Logo spotkałem się z tak wieloma historiami, że od razu te zmyślone i zgapione rozpoznam. Dowody Waszych zbrodni oczywiście przyjmę jako dodatkowy ich atut... Czas macie do końca tygodnia (północ w niedzielę), a zebrana kapituła zgłoszenia oceni i zwycięzcę ogłosi we wtorek.

Możecie zastrzec sobie anonimowość, ale niech ten konkurs posłuży Wam tak, jak inna książka "Football Manager Stole My Life" milionom wirtualnych menedżerów. - To jest jak jedna wielka terapia - mówił mi na potrzeby artykułu w Logo popularny dziennikarz angielski Iain Macintosh.

Miał on, cholera, rację... Terapia pewnie by się też przydała!

środa, 07 listopada 2012
Robert czyta - Żyd też piłkę kopie

Dawno już zapomniałem o tym, że ten blog miał przyjemność gościć kilka osób poza autorem, ale od czego są właśnie sami zainteresowani? Zwłaszcza jeśli chodzi o recenzje ciekawych książek piłkarskich, które często pozostają poza naszym zasięgiem. No i Robert Błaszczak, którego doskonale znacie z występów gazetowo-telewizyjno-internetowych, to człowiek pełnego zaufania jeśli chodzi o kreowanie opinii na temat futbolu (i nie tylko). Więcej - gdy spytał mnie, czy znajdzie się miejsce na recenzję książki dobrze już mi (i Wam) znanego Anthony'ego Clavane'a, nie mogłem odmówić. Was z kolei zachęcam do lektury!

***

Na półki brytyjskich księgarni właśnie trafiła nowa pozycja dla fanów angielskiej piłki. Po błyskotliwej książce o losach Leeds, w „Czy Twój Rabin Wie, Że Tu Jesteś?” Anthony Clavane porusza temat równie bliski swojemu sercu – obecność Żydów w futbolu na Wyspach.

Clavane już raz wstrząsnął światem literatury piłkarskiej, kiedy jego debiutancka książka „Promised Land” (Ziemia Obiecana) szturmem wzięła rankingi bestsellerów, wygrała wiele nagród i z miejsca uzyskała statut klasyki gatunku, w szeregu m.in. obok „Fever Pitch” (Futbolowa Gorączka) Hornby’ego.

Pierwsza książka Clavane’a śledziła losy Leeds United przez pryzmat radości i cierpień oddanego kibica „Pawi”. Już wówczas wątek żydowskich wpływów na klub, jaki i takiegoż pochodzenia autora, odgrywał interalną rolę w opowiadaniu historii. Tym razem dziennikarz m.in. angielskiego „Sunday Mirror” zdecydował się pójść krok dalej, spojrzeć z jeszcze szerszej perspektywy i przedstawić historię swojego „plemienia” – jak nazywa Żydów – w angielskiej piłce. Choć często zakurzona, momentami zapomniana bądź zmarginalizowana, opowiada przede wszystkim długą drogę w próbach asymiliacji. Futbol, można odnieść wrażenie, to przede wszystkim punkt odniesienia wobec którego ten postęp można zmierzyć.

Podobnie jak w wielu innych częściach zachodnej Europy, przez wieki Żydzi nie byle mile widziani na Wyspach. Ba, aż do XVIII wieku mieli tam zakaz wstępu. Uprzedzenia oraz antysemityzm były smutną, ale nieoderwalną, częścią ich codziennego życia. Kluczem w przezwyciężeniu tego było wtapianie się w tłum, choć Clavane wielokrotnie zaznacza, że często przybierało karykaturalne kształty bycia „bardziej angielskim od Anglików”. Zresztą, w kulturze gdzie siła umysłu jest ceniona znacznie bardziej od siły mieśni, żydowscy maniacy futbolu musieli zmierzyć się także z własnym środowiskiem, które pejoratywnie spoglądało na dorosłych facetów uganiających się za skórzaną piłką. Stąd w „Pierwszym Wieku”, jak Clavane nazwał wczesne etapy żydowskiej obecności w angielskim futbolu, wielu zawodników musiało porzucać swoje tradycje i zwyczaje, jak choćby przestrzeganie szabatu, aby uprawiać ukochany sport.

„Złoty Wiek” na dobre rozkwitł wraz z bramką Marka Lazarusa na Wembley w finale Pucharu Ligi 1967. Jedyne trofeum w 130-letniej historii Queens Park Rangers zostało zdobyte dzięki trafieniu żydowskiego prawoskrzydłowego w dramatycznym meczu przeciwku przeciwko West Bromwich. Choć zespół spod Birmingham prowadził do przerwy 2-0, londyńczycy doprowadzili do wyrównania na 15 minut przed końcem. W 81. minucie grający z numerem siódmym na plecach Lazarus dopadł do piłki po zamieszaniu w polu karnym West Brom i strzelił „najważniejszą bramkę w historii QPR”, jak po dziś dzień piszą o niej angielskie gazety.

Przełomowe trafienie także dla angielskich Żydów potrwierdziło ich obecność w profesjonalnej piłce. Brytyjska widownia wreszcie usłyszała o Zussmanie, Silkmanie, Lorimerze czy Pleacie. Także rabini z zainteresowaniem zaczęli śledzić wyniki spotkań sportu wcześniej wyklętego jako „footballistic”. Choćby dzięki tej zmianie mentalnej, obecnym szef angielskiej federacji piłkarskiej David Bernstein mógł się wyrwać ze swojej bar micwy w synagodze, aby obejrzeć w telewizji tryumf ukochanego Manchesteru City w finale Pucharu Anglii – meczu rozsławionym przez grającego ze złamanym karkiem Bert Trautmann

Ale prawdziwy przełom nadszedł wraz z Pini Zahavim. Prywatnie oddany kibic Liverpoolu, Zahavi zagadał na Heathrow do czekającego na opóźniony lot sekretarza „The Reds” Petera Robinsona i zasugerował mu kupno Aviego Cohena z Maccabi Tel Aviw. Był rok 1979 i kamyczek rozpoczął lawinę, która 25 lat później przerodziła izraelskiego dziennikarza w pierwszego super-agenta świata piłki. Zahavi na dobre porzucił pisanie, kiedy opchnął do Liverpoolu Ronny’ego Rosenthala, autora bodajże najsłynniejszego pudła w historii angielskiej piłki. Nawet wyczyn Torresa na Old Trafford się do tego nie umywa!

Pojawienie się „nowych Żydów” – już nie biednych imigrantów ze wschodniego i północnego Londynu, ale wpływowych osobowości świata biznesu – dała angielskiej piłce przysłowiowego kopa do przodu. Irving Scholar, oddany kibic Tottenhamu, stał się prezesem klubu w 1982, a stery w klubie z White Hart Lane przejmowali później inni Żydzi: Lord Alan Sugar oraz Daniel Levy. Ale kluczowe było pojawienie się tuż za miedzą, na arsenalskim Highbury, Davida Deina. Clavane argumentuje na łamach swojej książki, że wbrew uniwersalnie panującemu stereotypowi, to Arsenal jest historycznie bardziej „żydowskim” klubem aniżeli Spurs, przyjaźniejszym dla wyznawców religii Dawida. Zresztą, to nad tybunami WHL w 1935 roku powiewała swastyka...

Od momentu wykupienia akcji „Kanonierów” w 1983 Dein stał się motorem napędowym zmian nie tylko w Arsenalu, ale i całej angielskiej piłce. To on walczył o stworzenie rewolucyjnej w swojej formule Premier League, zmianie praw telewizyjnych, a także zatrudnienie w rolu menadżera drugiego w historii angielskiej piłki obcokrajowca. Po fiasku z Jozefem Venglošem na Villa Park, pojawienie się na Highbury szerzej nieznanego Arsène Wenger londyńska gazeta „Evening Standard” skiwtowała nieśmiertelnym nagłówkiem: „Arsene Who?”.

Ale dynamiczny rozwój Premiership (jak wówcza znana była obecna Barclays Premier League) mógłby się nie utrzymać, gdyby nie impuls dany jej przez przybycie rosyjskiego oligarchy. Kiedy Leeds United stawało się pierwszą poważną ofiarą nadmuchanego balonu angielskiej ekstraklasy i synonimem wszystkiego, co najgroźniejsze we współczesnym futbolu, nad krawędzi znalazła się również Chelsea. Pieniądze wpompowane w nią przez Romana Abramowicza, wychowanego w żydowskiej tradycji „self-made” bilionera, zmieniło więcej, niż tylko losy klubu z zachodniego Londynu. Kupowanie klubów przez mega-bogatych obcokrajowców stało się trendy jako forma akceptacji wysokiego statusu w społeczeństwie oraz dochodów (Randy Lerner i Glazerowie), a sama Premiership w tyle zostawiła La Ligę oraz Serie A w walce o prymat najciekawszej ligi.

Abramowicz

W oczach Clavane’a, dopełnienie roli Żydów w historii angielskiej piłki nadeszło jednak dopiero wraz z przejęciem władzy na samym szczycie futbolowej hierarchi. Baron Triesman, prywatnie kibic Tottenhamu, został pierwszym niezależnym prezesem angielskiej FA w 2008 roku, aby zostać zastąpionym na tym stanowisku trzy lata później przez innego Żyda, wspomnianego już Bernsteina.

---

Rozwój angielskiej piłki od amatorskiej kopaniny w sobotnie popołudnia po status globalnej ligi jest blisko powiązany z rosnącą obecnością osób o żydowskim pochodzeniu w światku „Pięknego Sportu”, jak na Wyspach nazywają futbol. Dla nich, droga do sukcesu w futbolu nie sprowadzała się do zwycięstw na boisku, ale długich batalii poza nim. Jest to historia pionierów, ale także i nieustannej walki z uprzedzeniami. Z tego właśnie powodu książka „Czy Twój Rabin Wie, Że Tu Jesteś?” opowiada ukryty, ale zarazem nierozerwalny, wątek piłkarskiej historii. Z pewnością proces asymilacji w środowisku nie jest dopełniony skoro, jak przyznaje sam autor, w 2012 roku nadal pozostają osoby, które boją się reperkusji, jeżeli ich nazwisko zostanie wspomniane na łamach książki o Żydach.

Ale pozycja wiecznego „outsidera” ma też swoje plusy. Najbardziej zaskoczyło mnie, że moi ulubieni anglojęzyczni dziennikarze piszący o futbolu okazują się być żydowskiego pochodzenia. David Conn, Simon Kuper czy klasyk jak Brian Glanvilie potrafią zupełnie inaczej spojrzeć na futbol i trzeźwym okiem dostrzec kwestie, których inni nie widzą. Tak jak Clavane dostrzegł Żydów w futbolu.

Robert Błaszczak

 

„Does Your Rabbi Know You’re Here?” („Czy Twój Rabin Wie, Że Tu Jesteś?”)

320 stron

Wydane przez Quercus w wrześniu 2012

ISBN-13: 978-0857388124

Dostępne na Amazonie.



środa, 03 października 2012
Michał czyta - Stand, czyli druga strona współczesnego futbolu

Mimo wielu wątpliwości związanych z przyszłością prasy, a także wobec generalnie przetrzebionego angielskiego rynku fanzinów piłkarskich, pojawienie się nowej pozycji powinno zostać przyjęte z zainteresowaniem - tym większym, że odgórnym założeniem tytułu jest bycie alternatywą do wszystkiego co znamy.

AMF
"Stand. Against Modern Football" to kilkudziesięcio stronnicowy fanzin małego (typowego) dla tego typu wydawnictw formatu. Świetnie przygotowany od strony graficznej pozostawia jednak kilka rzeczy do życzenia, a jedną z nich jest strona ideologiczna tego ambitnego przedsięwzięcia. Ruch "Against Modern Football" od czasu do czasu nabiera rozgłosu, lecz - co zauważają sami autorzy - jest głównie znany z tego co dzieje się raczej poza Wyspami, gdzieś w zakamarkach centralnej, wschodniej i południowej Europy. Przez wielu opatrznie rozumiany, wręcz stawiany za zagrożenie lub synonim stadionowego chuligaństwa także w Anglii cierpi na "brak kierunku rozwoju", gdy przecież "krzyk rozpaczy za zmianami" jest coraz głośniejszy.

Kibicom, którzy Anglię kojarzą tylko z Premier League będzie ciężko zrozumieć to co autorzy chcą przekazać. Bowiem na co tu narzekać - na cudowną, emocjonującą ligę, której scenariusz zmienia się co sekundę, a wszystko to jest opakowane w klimatyczne i nowoczesne stadiony, legendarne nazwiska, niesamowite talenty i wspaniałą historię. Serio, Premier League trudno się przyczepić.

Czy można więc być kibicem klubu z Premier League i jednocześnie być wyznawcą "Against Modern Football"? W otwierającym premierowy numer artykule, Macca (@The_Paris_Angel) przedstawia swój problem ze współczesną grą mimo bycia kibicem - uwaga - Manchesteru City. "Mieliśmy szczęście, k******o dużo szczęścia. Chryste, czy ja o tym nie wiem?" - tak pisze o inwestycjach bogaczy z Arabii w swój klub.

Owszem, te dwie pasje można łączyć. Artykuł jest jednak przepełniony frustracją związaną z otoczką Premier League (łączone szaliki na derby Manchesteru!), skandalami finansowymi, ale Macca nie szuka alternatywy dla swojej miłości. Jeśli już to tylko alternatywnego wytłumaczenia swojego przywiązania, w bardzo ostrej formie - co zresztą jest standardem w całej gazetce, ale osoby znające choć odrobinę środowisko fanzinów wiedzą, że nie ma się czym przejmować. Niektórzy wezmą to za standardy wulgarne, inni wskażą na dosadność, a może nawet szczerość autorów.

Jednak nie jest to najciekawszy artykuł. Bardzo interesujące są spojrzenia na współczesne wydarzenia, które dotykają kibiców Brighton, Blackburn czy Coventry. Z kolei Bill Routledge pisze inaczej o "naszej grze", a Martin Turbuck raczej mało przekonywująco argumentuje, że kibice obecnie nie są wszyscy sobie równi.

Najbardziej szokujące są wyznania fana Cardiff City, którego klub po przejęciu przez malezyjskich inwestorów dotknęła zmiana nie tylko barw, ale nawet herbu. Co gorsze, większość kibiców przyjęła to do wiadomości bojąc się, że każdy głos sprzeciwu byłby równoznaczny z brakiem inwestycji. Prawdopodobnie najlepszy tekst to odrobina prozy/fikcji/historii Roba Allena, który w oryginalny i ciekawy sposób przedstawia różnice mentalności przedstawicieli tradycyji do tych wielbiących współczesny blichtr. Bardzo dobrze czyta się osobiste i bolesne wyznanie Petea Gullberga Erikssona o słynnej szwedzkiej Rasundzie, która znika z mapy futbolowej Europy, ale to nie jest jedyny artykuł o sytuacji kibiców w tym kraju. Równie ciekawy jest wywiad o zmianie wizerunku fanów, ich współpracy oraz założeniach mimo podziałów, które pozwoliły przynajmniej na zatrzymanie negatywnego trendu na trybunach w Szwecji.

Interesująca jest pewna polemika dwóch artykułów, które przedstawiają podejście do samej gry - stylu prezentowanego przez zespoły. Jeden z nich broni tradycyjnego "kick and rush", drugi pisze o pięknie "tiki taki" jako właśnie synonimie "prawdziwej" gry. Nie jest ona obfitująca w argumenty, lecz dobrze się czyta - w przeciwieństwie do dosyć słabych zwierzeń Davida Preecea, bramkarza, który ostatnio występował w Barnsley, a wcześniej grał w Aberdeen i w Skandynawii. Brakuje mu stylu i jakiegokolwiek przesłania, wniosku co zdecydowanie odróżnia go od pozostałych tekstów.

Wszystkie teksty są mocno osobiste i to nie powinno dziwić - co najwyżej zachęcać do lektury. Przepełnione emocjami, choć najczęściej negatywnymi. Nie jest to najlepsze badanie problemu współczesnego futbolu, może to przez premierowy charakter wydania, ale wskazanie wielu przykładów na to co jest złego w piłce nożnej daje potrzebne inne spojrzenie na rosnący finansowo-marketingowy balonik, choćby ten pod nazwą Premier League. Brak jest im wspólnego kierunku, nie ma wniosku, a momentami łatwo wyczytać poczucie bezsensowności walki z przeklętym współczesnym futbolem.

Oczywiście to jest dopiero początek i tego typu fanzin z pewnością angielskiej scenie "Against Modern Football" się przyda. Imponująco wydany, ze świenym projektem i wymowną okładką przy cenie dwóch funtów jest wart lektury. Jednym z zarzutów pod adresem współczesnego futbolu jest brak duszy, a "Stand" niewątpliwie ją ma. Przy braku zrozumienia tego ruchu, lektura gazetki jest wskazana, na pewno może pomóc i wskazać ten drugi punkt widzenia, tak często niesłusznie kojarzony ze stadionowym bandytyzmem. Po drugi numer sam na pewno sięgnę, choćby po to by przekonać się, czy autorzy wydawnictwa mają pomysł na ciąg dalszy tego interesującego debiutu - jemu może brak jednoznacznego kierunku, ale jest to nisza, którą warto wypełnić. Pierwszy krok został wykonany.

wtorek, 02 października 2012
Michał czyta - Tragedia, która zmienia

"Nie wytrzymałbyś, gdybyś miał moją głowę chociaż na godzinę" - Robert Enke

Biografia Roberta Enke nie jest książką o tragedii jaka dotknęła światowy futbol w listopadzie 2009 roku, gdy niemiecki bramkarz stanął przed pędzącym pociągiem z pragnieniem skończenia walki ze swoimi myślami. Jego przyjaciel Ronald Reng, dziennikarz który spisał wspomnienia niemieckiego bramkarza i jego bliskich, ten moment przedstawił z wielkim wyczuciem, poświęcając mu ledwie kilka zdań. I słusznie. To jest bowiem książka nie o śmierci, lecz chorobie, która pozostaje nie tylko lekceważoną, ale też nieznaną, przez to cierpiący są pozostawieni na łaskę własną i rodziny.

Enke
Nikt w książce nie stara się tragedii wytłumaczyć - żadna z cytowanych osób ani sam autor nie są w stanie wyobrazić sobie jakimi myślami dręczony był Enke, że pozbawił się życia, że walkę ich wszystkich o normalność był zmuszony poddać. Byłby to też proces zbyt bolesny, a takie rany nigdy się nie goją. Nie o to zresztą chodzi.

Biografię można podzielić na dwie przeplatające się części o dwóch różnych wątkach. O sile żony Teresu, jego doradcy Jorga Neblunga, przyjaciela Marco Villi i wszystkich związanych z Enke, którą okazywali gdy tylko choroba atakowała - także o nadziei jaką dawały im epizodyczne lepsze dni, momenty szczęścia, chwile zapomnienia. A także o tym jak wyjątkową osobowością był sam Robert Enke w świecie futbolu, dobrą, pełną ciepła i humoru - także o tym jak depresja go zmieniała.

Nie można szukać odpowiedzi na tragedię Enke bez pełnego szacunku do jego osoby oraz rodziny i najbliższych, a także zdawanie sobie sprawy z tego, że depresja dotyka każdego, nawet milionera z Bundesligi, pierwszego bramkarza reprezentacji, kapitana w swoim klubie, autorytet z między słupków i inteligentną osobę jaką był Robert Enke.

Choć Ronald Reng i inni nie sugerują tego, presja jaka towarzyszyła piłkarzowi zawsze w lekturze nierozerwalnie kojarzy się z depresją. Tam gdzie Robert Enke był najszczęśliwszy była ona znacznie ograniczona - na początku kariery, gdy Borussia Monchengladbach się staczała, w Lizbonie gdzie nikt z Niemiec się nim nie interesował, na Teneryfie bo grał tylko w drugiej lidze, przez pierwsze lata w Hannoverze, ponieważ wszystko szło dobrze, a ambicje jego i klubu się splatały.

Najczarniejsze myśli przychodziły gdy jako wchodzący do seniorskiego futbolu junior uczył się odpowiedzialności za błędy, godzenia się z porażkami i własnymi niedoskonałościami. Jednak to także wpłynęło na Enke pozytywnie, a jego dążenie do bramkarskiej doskonałości, chęć nauki od każdego kogo spotkał na swojej drodze, czerpanie z innych kultur oraz także dzielenie się swoją wiedzą powinny zapaść w pamięci jako przykład wielkiego profesjonalisty.

Potem była tragedia w Barcelonie, krytyka Franka de Boera po jego jedynym występie w Pucharze Króla z Noveldą, gdy jeszcze nie potrafił dostosować się do taktyki van Gaala, a potem już szans nie dostał. Skończył trenując poza drużyną, bez wynagrodzenia, bez wstępu do szatni, jako wyrzutek i zbędny, zapomniany, a nawet wstydliwy element ponoć  tak rodzinnego klubu jakim mieni się być Duma Katalonii. Wyjazd do Turcji był przeżyciem traumatycznym dla Enke, który już wtedy był chory, już wtedy walczył z depresją i zagubiony nie mógł samemu w szalonej rzeczywistości tureckiego futbolu się odnaleźć. Jego choroba była tajemnicą, ale wskazówki dawał sam Enke - pozostał zlekceważony. Ot kolejny bogacz, który przegrał z presją i nie podołał odpowiedzialności.

Podniósł się, by znowu zostać powalonym przez depresję. Wystarczyła jedna kontuzja, by ziarno niepewności zostało zasiane w jego głowie - tak działała choroba, przywołując czarne myśli w reakcji na nawet najmniejszy element jego rywalizacji w składzie, jego pozycji w drużynie klubowej i narodowej. Niezrozumiany, skryty ze swoim brzemieniem, Enke walczył, a najbardziej walczyli wszyscy, którzy o niego się troszczyli.

Ronald Reng po mistrzowsku wyczuł tę biografię - najtrudniejszą nie przez wzgląd na to jak potoczyło się życie Roberta Enke, ale to, że sam był jego przyjacielem, wiedział o tym co się działo z niemieckim bramkarzem. Widział jego szczęście, znał go na wylot, a więc i chciał by został on zapamiętany nie tylko jako ten przegrany w starciu z depresją. Wieloma rozmowami z rodziną, najbliższymi, a także rywalami, które Reng przeplatał ze wspomnieniami samego golkipera odniósł zamierzony cel.

Absolutnie jednym z najistotniejszych wątków jest właśnie najbliższe otoczenie Enke, ich reakcje, ich pomoc i ich przeżycia z tych lepszych i tych najgorszych chwil. Także ich zachowanie udowadnia, jak poważna jest to choroba, pokazuje, że to nie jest fanaberia milionerów, których życie nie powinno być trudniejszych wyzwań niż dostanie się codziennie do klubowej bazy. Robert Enke był bez wątpienia człowiekiem ponad te stereotypowe i niesłuszne spojrzenie na współczesnych piłkarzy - drobnymi gestami, które do momentu wydania książki pozostawały w cieniu, kompletnie nieznane, dowiódł swej osobowości, słuszności tego całego respektu, jakim się cieszył w futbolowym świecie.

Życie Roberta Enka - pewnie ta książka również - będą na zawsze odbierane przez pryzmat jego choroby, tragiczne zakończenie i całą pełnię negatywnych aspektów związanych z nietypową, acz wyjątkową karierą wielce utalentowanego bramkarza. Lektura jego poruszającej biografii jednak zmienia to całkowicie, Enke staje się osobą nie zawładniętą przez najczarniejsze myśli o samobójstwie, ale ten bramkarz, który sam z siebie trenuje z reprezentacją Niemiec niewidomych, opiekuje się młodszymi kolegami, dzwoni do utalentowanego kolegi po fachu oferując swoje doświadczenie i rozsądek, gdy został on właśnie zmieszany z błotem przez własnego trenera. To tylko przykłady, ale w książce jest ich mnóstwo. Naznaczony przez osobiste problemy, a nawet wielką tragedię, Robert Enke pomagał, ratował, uczył i interesował się, gdy wielu przeszło by obok danej sprawy. On był jednak innym człowiekiem. Wyjątkowym.

To prawda, że jego biografia nie jest książką łatwą, ale na pewno nikt nie przejdzie po niej do porządku dziennego. Tę lekcję powinien odrobić każdy, kto sądzi, że życie profesjonalnego sportowca to bajka bez żadnych zakrętów - może i Robert Enke przez swoją chorobę jest przykładem skrajnym, lecz uzmysławia on jak niewiele trzeba, by ze smutku nad krytyką, kontuzją czy błędami znaleźć się na skraju załamania nerwowego. Nawet na skraju życia. Jego biografia jest cenną spuścizną, choć o zdecydowanie zbyt wysokiej cenie - wystarczy przeczytać o tym piekle rodziny Enke i najbliższych przyjaciół - taką z której sam Robert byłby dumny, bo wiedziałby, że jest by pomóc innych. Ta książka naprawdę wiele zmienia, nie tylko w myśleniu o futbolu. Największą tragedią pozostaje fakt, że nie była w stanie pomóc samemu Enke.

niedziela, 30 września 2012
Michał czyta - Brudna Ziemia Obiecana

Nie ma dla książki o tematyce piłkarskiej lepszej rekomendacji niż zestawienie jej z legendarną już "Futbolową gorączką" Nicka Hornby'ego. Dla wielu lektur to pocałunek śmierci, ale są tytuły, które te porównania wytrzymują, nawet jeśli głównym bohaterem jest znienawidzony klub wszystkich zainteresowanych - Leeds United. Brutalnie grające, przebrzydle faulujące, bezczelnie oszukujące Leeds.

Każdy z kibiców ma inaczej zdefiniowaną swoją "Ziemię obiecaną" - dla Anthony'ego Clavanea, autora "Promised Land, a northern love story" ma to znaczenie dwojakie: personalne (uściślam, religijne) oraz ambicjonalne (związane nie tylko z United, ale i samym Leeds). Te drugie pozostają nie spełnione, warto dodać.

okładka
Jak pokazuje Clavane, powiązania kulturalne, społeczne i piłkarskie w odniesieniu do Leeds, które ma być tą "Ziemią obiecaną", są bardzo mocne. Ból związany z brakiem osiągnięcia bram tej wyczekiwanej podróży nie ogranicza się jednak do zerwania olbrzymiego bannera po przegranym finale Pucharu Mistrzów z Bayernem Monachium, w kilka miesięcy od odejścia legendarnego Dona Reviego i po zwolnieniu znienawidzonego Briana Clougha. Bannera, który, jak pisze Clavane, miał wabić tłumy przybywające do Leeds prostym hasłem - "Promised Land Delivered".

Autor w książce szuka wielu przykładów powiązań drogi Leeds i United do ich "Ziemi Obiecanej" - w obu wypadkach chodziło o status, miejsce w szyku. Tak jak Don Revie od początku swojej przygody chciał z drużyny zrobić angielski Real Madryt, tak ci, którzy rządzili w mieście chcieli stworzyć północną alternatywę dla Londynu. Na boisku zdobywając tytuły, na ulicach ciesząc oko wspaniałymi budynkami, mieniąc się stolicą kulturalną z wieloma ambasadorami - pisarzami, malarzami, architektami, muzykami... Jednym z nich miał być David Storey, autor noweli "This Sporting Life" z lat sześćdziesiątych, ulubionej Clavanea, gdzie bohaterem jest przechodzący dramatyczną przemianę zawodnik rugby z zapuszczonego miasta pracy, które nie jest nie pozbawione potencjału. Do tej nowej fali z Leeds zaliczył także Waterhousea, BennettaHarrisona.

Zachowując personalne porównanie religijne z tym mocno powiązanym aspektem społeczno-futbolowym, Clavane podzielił historię Leeds United (oraz samego miasta) na etapy, drogę do "Ziemi obiecanej". Bez wątpienia najbardziej interesującym fragmentem jest bogaty opis rewolucji klubu pod rządami Dona Reviego, na swoje czasy wizjonera i skrajnego profesjonalistę, osobę mocno czerpiącą ze standardów zagranicznych. Menedżera wierzącego w pewien etos klubu - był on tak opanowany pragnieniem uczynienia z Leeds drugiego Realu, że to on nakazał zmianę koloru strojów na białe, pisząc tekst nowego hymnu "Leeds United Calypso". Rywale drużyny jeszcze z zaplecza pierwszej dywizji śmiali się tylko przez pierwsze lata jego rządów. Potem śmiał się Wielki Don.

Revie był bliski zwolnienia, ale efekty - trofea - przyszły. Zwariowany na punkcie rozpracowywania rywali, uczynił z drużyny prawdziwą rodzinę, kastę, której członkowie byli przekonani, że "większe dobro" jest priorytetem. Szkoleniowiec nawet zachęcał powoływanych do reprezentacji piłkarzy, by w meczu Anglii i Szkocji oszczędzali swoich kolegów klubowych. Nic dziwnego, że później na stanowisku selekcjonera mu nie wyszło. Clavane wspomina swoją młodość, gdy Revie i piłkarze byli także członkami społeczności - piłkarzy spotykał w salonach kolegów, jego wujek i dziad byli blisko związani z członkami zarządu, szkoleniowiec mieszkał w sąsiedztwie.

Don Revie był osobą przebiegłą, ponieważ wiedział, że Leeds - jedyny poważny klub w regionie - potrzebował wsparcia społeczności by osiągnąć poziomy równe jego ambicjom. Stąd jego silne powiązania z rozwijającym się i mocno integrującym się środowiskiem żydowskim w mieście. Pradziadek autora przybył do Leeds na początku dwudziestego wieku i trafił do getta, które w kolejnych pokoleniach rozlało się na inne dzielnice. Dynamiczne, szukające nowego kierunku miasto wchłonęło i zaprosiło do siebie nowych mieszkańców, a swoją szansę na wykorzystanie tej integracji oraz pokazania drogi do "Ziemi obiacanej" dostrzegł właśnie Don Revie. "W południe Rebbie, wieczorami Revie..." - żartował rabin podczas wielu nabożeństw na których był szybko zyskujący posłuch kolejnymi zwycięstwami menedżer.

Jednak Leeds pozostało jak ten banner na dworcu. "Ziemia obiecana" nigdy nie stała się faktem, a najbliżej była właśnie za czasów Reviego. Jednak nawet on poległ i z człowieka opanowanego przez techniczne detale gry, stał się osobą obsesyjnie dbająca o różne zabobony. Do tego stopnia, co przypomina Clavane, że kiedyś po serii słabszych wyników na własnym boisku, Revie dowiedział się, że Elland Road powstało na ziemiach odebranych cyganom, którzy później stadion przeklnęli. Nakazał sprowadzić romską czarownicę, która wysikała się przy każdej z chorągiewek, wymówiła magiczne zaklęcie na środku i... United znów pewnie kroczyli po zwycięstwa.

Największym przekleństwem pozostaje brak osiągnięcia futbolowej "Ziemi obiecanej" - pucharu na arenie europejskiej, dowodu do gabloty, że Leeds United należy do elity, jest równe Realowi Madryt. Było blisko - w 1975 roku, w Paryżu, "The Lillywhites" prowadzili grę w meczu z wielkim Bayernem Monachium, byli znacznie lepsi, zdobyli prawidłowego gola... ale - ten fragment jest w książce świetnie przedstawiony - Franz Beckenbauer wyperswadował sędziemu uznanie bramki. Po prostu przekonał go, że tam był spalony. Leeds się nie podniosło, mecz przegrało. Najbliżej następnej szansy piłkarze Unied byli w 2001 roku, ale w Walencji (porażka 0-3) wróciło przekleństwo klubu, jak i całego miasta - ich status. "The nearly-men" - określa ten syndrom Anthony Clavane.

Zresztą do dziś kibice śpiewają o sobie "Champions of Europe", śpiewali nawet w trzeciej lidze. Clavane wspomniany termin "prawie dojrzałych" (do ostatecznego zwycięstwa, do wejścia do "Ziemi obiecanej"?) przyjmuje z typową dla kibica frustracją, bo mimo wielu arcyciekawych odwołań i powiązań z wydarzeniami, osobowościami związanymi z Leeds jest to książka bardzo osobista. Przykładowo, jego bar micwa była dla niego przeżyciem nie tylko przez symboliczne wejście w życie mężczyzny - dzięki temu pozwolono mu wreszcie na samotne wyjście na mecz, na słynną na Elland Road trybunę The Kop, gdzie wreszcie dotarło do niego, że on do Leeds... przynależy. Taką chwilę ma każdy kibic w swoim życiu - tę nierozerwalną więź, która w pewnym momencie się połączyła.

Autor nie pomija niczego na niekończącej się drodze Leeds i United do "Ziemi obiecanej". Równoczesne porażki ambicji miasta silnie wiązały się także ze sprzedażą Erica Cantony za grosze do Manchesteru United po sezonie mistrzowskim, tak jak długoletnia walka z rasizmem i podziałami w samym mieście została zaprzepaszczona, gdy Lee Bowyer pobił w centrum Leeds azjatyckiego studenta. Czy wreszcie osobistego rozczarowania ciemnymi latami siedemdziesiątymi i osiemdziesiątymi gdy sam autor oberwał od kibiców swojego klubu za to, że nie wyglądał jak jeden z nich. Inni także odeszli przez rasizm z futbolu, by wrócić dopiero po latach. Czy życie na rosnący kredyt sprzed dekady, które powaliło United, ale też miało swoje przeniesienie na to jaki obecnie ma status Leeds w Królestwie.

Książka jest świetnie napisana, a Clavane umiejętnie przechodzi od momentu gdy Leeds było chłopięcą miłością do chwili aż zostało nieodzowną częścią jego pracy dziennikarskiej, ani razu nie tracąc tej doskonale znanej przypadłości, powiązania fascynacji, frustracji i pesymizmu z życia każdego fana. Z niesłuchaną precyzją przedstawia on miasto, które współcześnie futbolowo kojarzy się słabo, a jeszcze gorzej jest z jego kulturalną stroną - z pominięciem kapeli Kaizer Chiefs, której nazwa oczywiście pochodzi od pierwszego zespołu legendy United, Lucasa Radebe. Ukazuje on przemiany Leeds atrakcyjnie dla czytelnika, udowadnia i pokazuje on fenomen związku oraz przeznaczenia klubu i miasta - więzi ważnej, lecz w wypadku każdego kibica innej niż w przypadku autora "Promised Land". "Ziemia obiecana" Clavanea nie tylko wytrzymuje porównanie z "Futbolową gorączką" Hornby'ego, ale może i bije tego klasyka większą dojrzałością i lepszym dowodem na gorzko-słodki smak piłkarskiej fascynacji - nie tylko klubem, ale i tym z czym nierozerwalnie się kibicom kojarzy.

niedziela, 29 kwietnia 2012
Michał czyta - Bohater Iwanowy

We wstępie do autobiografii Andrzeja Iwana spisujący jego wspomnienia Krzysztof Stanowski wyznał, że dosyć ma cukierkowych wydawnictw zagranicznych o piłkarzach lekko po dwudziestce, którzy jeśli nawet coś przeżyli to na pewno o tym nie opowiedzieli.

Nie wypada się sprzeczać – ilość idiotycznie zapełnionych stron w celu upchania marnej książki na rynku rośnie wraz z medialnością całego futbolowego świata i to jest fakt. Andrzej Iwan daje wręcz unikalną okazję do wejrzenia w środowisko, które nie zostało poddane żadnej cenzurze, nie było znane szerszej publiczności, choć ona pewnie tego pragnęła. Pragnęła tej nieopisanej frustracji i rozczarowania po przewróceniu ostatniej strony „Spalonego”.

Iwan 

Iwan to alkoholik, hazardzista i piłkarz o którego talencie wielu miało okazję tylko słyszeć lub obserwować na archiwalnych nagraniach. Pewnie większość z umiejętności, które uczyniły z niego legendę Wisły Kraków i Górnika Zabrze, reprezentanta kraju na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, przepadła w pamięci starszych kibiców. Pozostała świetnym, lecz zamglonym wspomnieniem – jak choćby przywoływane przez bohatera trafienie Jana Urbana po uprzednim nawinięciu czterech rywali. W miejscu.

No właśnie, bohatera. Każdy będzie miał problem z nazwaniem tak Iwana po lekturze jego autobiografii. Jednak nie chodzi o to, że pił. A pił on na absolutny umór, pił żenująco, przepijał swoją pensję i pewnie dużo więcej. Nie chodzi o to, że grał w karty. A grał zawsze, od pierwszego wejścia do drużyny, przegrywając sumy dla przeciętnego kibica niewyobrażalne. Problem z Iwanem nie dotyczy jego nałogów, lecz talentu.

Lektura i narracja książki pozwala odnieść wrażenie, że największym jego przekleństwem był futbol. Jasne, dał mu się wyrwać z Nowej Huty, zwiedzić kawałek świata, poznać sławnych ludzi, zarobić porządne pieniądze i zapaść kibicom w pamięć… lecz czy bez piłki nożnej trafiłby na zamknięty oddział w zakładzie psychiatrycznym? Czy miałby olbrzymie długi? Czy obracałby się w towarzystwie ludzi o mafijnej reputacji? Czy wreszcie zrujnowałby mu zdrowie?

Futbol jest nałogiem dla każdej osoby, która potrafi docenić zapach świeżo skoszonej murawy, atmosfery piłkarskiego święta i towarzyskiej gierki ze znajomymi. Talent pozwolił Iwanowi wniknąć w sam środek tego piekła w którym środkiem płynęła (i pewnie wciąż płynie) rzeka wódki, a wszystkich spalała wszechobecna korupcja. Tak, w nią też Iwan był zamieszany. Rozrywkowemu młodzieńcowi z Nowej Huty jego piłkarski dar pozwolił wdepnąć w największe i najbardziej śmierdzące gówno jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Takie z którego wyjście może oznaczać nawet próbę samobójczą. Dwie próby samobójcze.

Niełatwo przyjdzie czytelnikom dostrzec w tym alkoholowo-hazardowo-korupcyjnym syfie coś więcej niż tylko bardzo szczere zwierzenia byłego reprezentanta Polski. Tymczasem Stanowski i Iwan dają okazję kolejnym pokoleniom nie tylko poznać anegdoty związane z ludźmi, których „Groźny” znał lub nie, ale w zasadzie wreszcie dowiedzieć się kto kim był. I jaki był. To oczywiście wrażenie subiektywne, lecz nawet z nim się Iwan nie kryje, całkiem słusznie zresztą – przyznając się do błędu w ocenie niektórych osobistości futbolowej Polski, którą znają nawet kolejne pokolenia.

Andrzej Iwan z pewnością nie chciał nikogo oszczędzić – wręcz „Spalony” jest szczery do bólu -- lecz jest sfera, której nie dotknął tak głęboko jak swoich kolegów, przełożonych, oprawców, wrogów i nawet samego siebie. Można po części zrozumieć, że odstawienie na bok chęci przywołania obrazów żenujących dla jego najbliższej rodziny było celowym zabiegiem autora. Może swego rodzaju wyrazem wdzięczności – także wymienionym między liniami książki – że wytrwali z nim mimo wszystko.

Mimo nieustannego „garowania”, „podróżowania”, „trenowania” i innych zabiegów wyniszczających nieprzeciętny organizm Iwana, pewnie wielu wpadnie w pułapkę sympatii do tego co go spotkało. Jednak to nie jest pozytywny bohater, to nie jest osoba, której książka może dać pozytywnego kopa czytelnikowi, by tak trudną lekcję wziął do siebie. Nie – co więcej, Iwan nawet sam nie oszukuje, że jego życie to teraz odwrócona karta, że los się odmienił. Najbardziej pozytywnym aspektem lektury jest to, że ostatecznie nie zdecydował się jej zakończyć przewidywanym wyznaniem dotyczącym wymuszonego odejścia z tego świata. „Nareszcie”.

Całe szczęście, że Iwan sam nie aspiruje do tego, by nawet udawać, że te kilkaset stron zwierzeń to także swego rodzaju rozgrzeszenie. Na każdej karcie czuć za to wylaną frustrację – z powodu kontuzji na turnieju w 1982 roku, z racji zachowań jednego z wcześniejszych selekcjonerów, przez coraz bardziej ograniczające się możliwości piłkarskie, z uwagi na zespołowe porażki, spadki czy personalne upadki. To ten moment w którym frustracja przeniosła się na czytelnika.

Przecież mógł przestać. Mógł z tym skończyć. Zmądrzeć, rzucić nałogi w kąt, uwierzyć w siebie i pokazać wszystkim jak wiele – jak jeszcze więcej mógł dać talent poparty pracą. Pracą, a nie „garowaniem”. Choć jest to lektura w wielu miejscach rozśmieszająca, wręcz wciągająca w atmosferę szatni kadry, Wisły czy Górnika sprzed trzydziestu lat, są momenty, gdy chce się książkę rozedrzeć, wykrzykując „stop!” w niebogłosy. „Stop tej destrukcji, Iwan!”

Z frustracji czytelnik przechodzi w stan rozczarowania. Nie tym, że sam wiedziałby, że takiego talentu by nie zmarnował, o nie. Stan rozczarowania w wypadku poznających historię Iwana polega na zdaniu sobie sprawy z tego, że czarowi środowiska i atmosfery jaka spotkała go na wczesnych etapach futbolowej kariery, czytelnik także by się poddał. Tym żartom, dowcipom, sytuacjom, grupie ludzi. I związanego z tym piciem, hazardem i układaniem meczów.

To najsmutniejszy chyba wniosek tej skądinąd świetnej książki. Andrzej Iwan pokazuje środowisko, które dało mu sławę i sukcesy, lecz sprowadziło go na samo dno i pokazuje je takim jakie było, bez koloryzowania i upiększania. A jednak ma się poczucie, że ten cały syf kryjący się pod obliczem jedenastu bohaterów wygrywających na zawołanie nie jest tak wielki, taki zły, taki... deprawujący. To miejsce w którym na tytułowym „Spalonym” znalazł się nie tylko autor swojej książki, lecz także jej czytelnik. To jest piekło, panie Andrzeju?

piątek, 04 listopada 2011
Michał czyta - angielski futbol Niemca

EFCzym jest dla Was angielski futbol, z czym Wam się kojarzy? Pewnie większości, jak mi, ze specyficznymi stadionami, niewielką odległością między trybunami a murawą, kibicami ciasno usadzonymi i podnoszącymi się co chwilę. Z nasiąkniętym boiskiem, latającymi wślizgami, zawrotnym tempem, środkowymi obrońcami, którzy jednocześnie rozgrywają, wysokimi napastnikami, błyskotliwymi skrzydłowymi, wiecznie wykrzywionymi, czerwonymi twarzami menedżerów…

U Raphaela Honigsteina w czołówce jest dziura w nodze, zafundowana mu przez wślizg jednego z rywali w trakcie meczu „Sunday League” (tak niższe klasy nazywają Anglicy). Zwykle usłyszałby „Run it off, son” od swojego trenera, zupełnie jak na tej reklamówce federacji angielskiej, ale Niemiec na wygnaniu wylądował na ostrym dyżurze i… powinniśmy być wdzięczni posiadaczowi tak niebywale ostrych wkrętów za mało udany atak na nogi Honigsteina. My albo przynajmniej jego rodacy.

To wtedy Niemiec postanowił przedstawić milionom czytelników fenomen tego co my dziś znamy i kochamy, a kryje się pod nazwą „angielski futbol”. Jest o czym opowiadać, a Honigstein z góry założył sobie, że wyzwanie, którego się podjął ma być wykonane precyzyjnie i perfekcyjnie – złośliwi powiedzą, że po niemiecku. Zaczął więc od tego, czym Anglicy szczycą się przy każdej okazji – wytłumaczenia, dlaczego to oni są ojczyzną, domem futbolu i skąd pasja miliardów się w ogóle wzięła. Na przykład z dziewiętnastowiecznych szkół publicznych dla chłopców, by odciągnąć ich od czynów niegodnych, takich jak masturbacja.

Trzeba zrozumieć (co udało się autorowi „Englischer Fussball” po kilku latach pobytu w Anglii), że fenomen tamtejszego futbolu wziął się z ich ignorancji na to co działo się z piłką nożną poza ich wyspą. Nawet sam Alf Ramsey, który grał w tym meczu i boleśnie doświadczył cudów, których z futbolówką dokonywali Magiczni Madziarzy, uznał po spotkaniu, że Anglicy nigdy nie powinni tego meczu przegrać – cztery z sześciu bramek rywali padło po strzałach z dystansu, co wynikało z podstawowych błędów własnego zespołu. Odrzucenie geniuszu i innowacji innych oraz szufladkowanie swoich rywali przewija się jednak praktycznie przez wszystkie strony niezwykle interesującej książki Honigsteina, tak samo jak towarzyszyło kibicom, piłkarzom, dziennikarzom, trenerom w kolejnych dziesięcioleciach.

Trzy sprawy były szczególnie trudne do wytłumaczenia dla Honigsteina. Przede wszystkim na czym polega pasja Anglików kopiących piłkę na wszystkich klasach rozgrywkowych? Otóż tuziny wślizgów, dziesiątki sprzedanych kuksańców, litry przelanej krwi oraz niezliczone przykłady bohaterów kończących mecze mimo złamanych kończyn, a nawet kręgosłupów wynikały… ze strachu. „Każdy piłkarz, który wchodzi na murawę musi bronić się przed odwiecznymi oskarżeniami o byciu za miękkim” – pisze Honigstein. Stąd ciche przyzwolenie na ostrą, wręcz brutalną grę, którą Robert Pires porównałby do rugby, a Alex McLeish usprawiedliwiłby stwierdzeniem, że jego podopieczny „nie jest takim typem zawodnika”.

Kolejna kwestia to nieustająca pogoń za sensacją. Anglicy, co dokładnie wyjaśnia Honisgtein, może nie są fenomenalni w kolekcjonowaniu tytułów na międzynarodowych imprezach, lecz do perfekcji doprowadzili sztukę burzenia zbudowanych przez siebie pomników oraz bycie… hipokrytami. Oczywiście w pierwszym wypadku chodzi o tabloidy i ich dążenie do znalezienia tak brudnej historii z życia piłkarzy, że wpasowałyby się perfekcyjnie na pierwszą i ostatnią stronę. Uwielbiają imprezujących futbolistów równie bardzo jak ich szalone i godne pożałowania wyczyny po alkoholu – nawet tych, których wyróżniają są gotowi sprowadzić do poziomu rynsztoka, by później w szlachetnym geście wykupić od nich prawa i spisać ich przygody. Hipokryzja przejawia się u przedstawicieli futbolowej Anglii przez zaklinanie rzeczywistości oraz… zrzucanie winy na cudzoziemców. Przykładem Honigsteina jest nie kto inny jak Michael Owen. Gdy błyszczał w meczu z Argentyną w 1998 roku, komentatorzy zapomnieli o jego nurku, który dał Anglikom karnego, zwłaszcza, że chwilę później wyminął kilku rywali i zdobył cudowną bramkę – Owen stał się bohaterem w kraju mimo porażki. Z kolei podczas sparingu reprezentacji Anglii z USA w 2005 roku, John Motson nie mógł nie zauważyć jego „symulki” w szesnastce rywali, lecz doszedł do wniosku, że to coś co najwyraźniej podłapał podczas gry w Realu Madryt. Co złego to obcokrajowcy, co złego to na obczyźnie.

Ostatni aspekt to rywalizacja na linii Anglia – Niemcy, która tak naprawdę istnieje tylko i wyłącznie w przeświadczeniu obywateli tego pierwszego kraju. Swoje wierzenia oraz przekonania bazują oni na II Wojnie Światowej, finale Mistrzostw Świata z 1966 roku oraz meczu w Monachium z 2001 roku. Tego w którym to nawet Emile Heskey strzelał, a Mirror obwieścił śmierć „aroganckiego, irytującego” niemieckiego futbolu. Dziesięć lat później to pokonani z tej eliminacyjnej (!) potyczki są bliżej przekonania większości świata, że piłka nożna może być sexy (określenie przyniesione przez obcokrajowca, tfu!), nie Anglia. Co prawda Honigstein dostrzega rozluźnienie na futbolowej linii między oboma krajami, lecz i tak możemy być przekonani, że prędzej czy później przy okazji kolejnego starcia „odwiecznych wrogów” (jak stwierdza autor, większą antypatię piłkarską w jego ojczyźnie wzbudzają Włosi!) usłyszymy o dziesięciu niemieckich bombowcach. Zresztą przed półfinałem Mistrzostw Świata w 1990 roku między Anglią a Niemcami Gary Lineker doskonale wiedział, czym Bobby Robson ubarwi swoją przedmeczową gadkę motywacyjną, ba, postawił na to pieniądze. Gdy selekcjoner wszedł do szatni, rozejrzał się po twarzach piłkarzy i zaczął: „Chłopaki, pomyślcie o wojnie!” To już wtedy była inna generacja.

Może się wydawać, że przytoczone przykłady raczej nie powinny wywoływać u kibica nasilenia uczuć jakimi darzy angielski futbol, jednak odkrywanie wstydliwych tajemnic tego narodu (ustawianie spotkań!), brutalne rozprawianie się z kolejnymi legendami czy banałami jakimi karmią swój piłkarski głód na co dzień jest… urocze. Zwłaszcza, że jest to proces ubarwiony opowiastkami, anegdotami, wywiadami, cytatami i przykładami, które nawet niekoniecznie służą autorowi w udowadnianiu jakiejkolwiek tezy. Raphael Honigstein nie chce nas przekonać, że futbol w Anglii jest wyjątkowy – za wszystkim o czym pisze kryje się tylko i wyłącznie chęć wytłumaczenia tego fenomenu. Czy zrobił to dla swoich rodaków, czy dla innych - nieważne – Anglicy pewnie będą się o to kłócić, ale nie ulega wątpliwości, że to (ze wszystkich narodów świata!) właśnie Niemiec swoją książką oddał im cholernie ważną przysługę…

"Michał czyta" to specjalna kategoria na tym skromnym blogu w której co jakiś czas staram się recenzować zebrane w domowej biblioteczce futbolowe książki. Jakie już zostały opisane i jakie mogą się pojawić, dowiecie się w specjalnej zakładce.

poniedziałek, 10 października 2011
Michał czyta - Pomarańczowy Raport Mniejszości

BODla niektórych „Brilliant Orange” autorstwa Davida Winnera to książka mająca przybliżyć futbolowym pasjonatom specyfikę piłki nożnej w Holandii. Pełna anegdot, porównań kulturowych i cywilizacyjnych w które przeciętni obserwatorzy kopanej rzadko mają czas się zagłębiać, ma pokazać co spowodowało, że pomarańczowa rewolucja pod hasłem Futbol Totalny była i jest tak wyjątkowa. Nic bardziej mylnego – „Brilliant Orange” to po prostu podręcznik.

Zacznijmy od przestrzeni. Jak pojmuje ją kibic? Czy w ogóle się nią przejmuje? Czy traci czas na analizę tego jak rozumieją ją piłkarze? Czy w ogóle jest to warte zachodu? Otóż tak i „Brilliant Orange” to idealnie udowadnia, za przykład obierając, mniej lub bardziej przypadkowo, Holendrów. Nie chodzi mi (i Winnerowi, i Cruyffowi, i Berkampowi) o wymiary boiska, regulacje FIFA, nawet niespecjalnie warto zajmować się ustawieniami w kontekście tego co jest zawarte w książce – taktyka przychodzi do głowy sama po lekturze i jest niczym objawienie. Serio.

Pojęcie przestrzeni i tego jak piłkarze w Holandii ją rozumieją (ci najbardziej utalentowani oczywiście, służący za idealne przykłady) nie jest takie jednoznaczne i, jak stara się udowodnić Winner, skutecznie zresztą, uwarunkowane historycznie, kulturalnie, politycznie i… geograficznie. Czy faktycznie geniusz piłkarzy złotych pokoleń Michelsa, Cruyffa, Happela, Van Gaala i innych może wynikać z faktu, że większość terytorium Holandii znajduje się poniżej poziomu morza? Czy Dennis Bergkamp mijając Nikosa Dabizasa z Newcastle na St James’ Park zdawał sobie sprawę, że może być to efekt poboczny zamiłowania do osiągania maksymalnego zysku z minimalnej dostępnej przestrzeni przez rodzimych architektów?

Miało być jednak o przestrzeni. Odniosłem wrażenie, że najlepiej tę książkę czyta się faktycznie na boisku, biegając między piłkarzami - dostając piłkę i ją oddając, naprędce studiując kolejne strony, powtarzając sytuację, lecz, po lekturze/nauce, rozwiązując ją inaczej. Inaczej oznacza w tym wypadku w stylu holenderskim. Lepiej. Futbol Totalny przez wielu jest (moim zdaniem mylnie) odbierany jako po prostu sporo biegania, wręcz zajechania rywala siłą, płucami, nieustannym ruchem. Nie, ponieważ to jest tylko opakowanie, cenne i dla wielu (niestety) niedostępne, lecz kluczem jest wykorzystanie przestrzeni – nie tylko centymetrów kwadratowych, jak to zwykle komentatorzy nam wmawiają, lecz sześciennych. Przy całym szacunku dla innych futbolowych narodów, ale lektura książki Winnera skłania mnie do wniosku, że Holendrzy wynaleźli piłkę nożną… trójwymiarową.

Tak właśnie pojmują dziewięćdziesiąt minut (czasem sto dwadzieścia, lecz, to też się dowiadujemy z książki Winnera, nigdy karne – konkurs jedenastek to loteria i tego banału w Holandii trzymają się prawie wszyscy) – starcie dwóch tętniących i bezustannie zmieniających się organizmów. Opanowanie przez jeden z nich terytorium na którym toczy się batalia jest kluczowe, a Holendrzy mają to w głowach od urodzenia, idealnie w tej przestrzeni się obracając, korzystając z niej, zawężając, poszerzając, zmieniając ją  dla własnych korzyści. Paradoksem jest to, że umiejętność tą opanowali do perfekcji, ale nie daje im ona zwycięstw w decydujących momentach – Winner udowadnia, że w przeszłości Futbol Totalny nie został zatrzymany przez rywali, lecz własne (mylne) pojęcie doskonałości.

Zresztą pod względem roztrząsania przyczyn porażki Holendrzy mają coś z Polaków (lub na odwrót), choć oczywiście u nich klęska jest poniesiona na zupełnie innym, wyższym poziomie. Są więc spiski, jak telefon pięknej Danny do Johana w noc poprzedzającą najważniejszy mecz Mistrzostw Świata w 1974 roku, gdy żona miała trzymać przy słuchawce swego męża przez kilka godzin po doniesieniach prasy o domniemanej imprezie piłkarzy z przypadkowo spotkanymi dziewczynami w hotelowym basenie. Tabloidyzacja futbolu nagle nie wygląda jak wymysł przełomu wieków i osób pokroju Roberta Murdocha, prawda?

(Do podobieństw niestety należy dodać nienawiść do Niemców, przywołując z „Brilliant Orange” wspomnienie o transparencie kibiców holenderskich, którzy na meczu z odwiecznymi rywalami w 1989 roku na kawałku płótna porównali Lothara Matthausa do Adolfa Hitlera. Winner jednak sądzi, że ta złość wynika po części z poczucia winy po tym co działo się w trakcie wojny…)

Lata płynęły, spiski wewnątrz drużyny, grupki dzielące reprezentację Holandii doprowadziły nie tyle do kolejnych klęsk (rok 1988 wyjątkiem potwierdzającym regułę), ale do pogodzenia się z tym, że ten styl preferowany przez protoplastów Futbolu Totalnego nie da im totalnej dominacji w wynikach. Rankingi wrażeń estetycznych i odczuć milionów kibiców nie są żadną rekompensatą dla legionów fanów Oranje, choć z pewnością mogą z dumą spojrzeć na osiągane sukcesy przez krajanów w piłce klubowej, zespołowo i indywidualnie.

Przykładów fenomenalnych zawodników robiących furorę nie brakuje, więc ja przywołam Dennisa Bergkampa, jednego z najbardziej „piłkarsko inteligentnych piłkarzy” (określenie własne), który w wywiadzie z Winnerem dla pierwszego numeru The Blizzard zgadza się z porównaniem rozumienia przestrzeni na boisku do jednej sceny z… Raportu Mniejszości. Tom Cruise uciekając z bohaterką filmu przed policją przyszłości, nagle jest przytrzymany przez towarzyszkę, która każe mu czekać na pojawienie się balonika (przewidując to), mającego ukryć ich przed wzrokiem ścigających. „Zawsze mam w głowie wyobrażenie tego co zdarzy się na murawie za dwie, trzy sekundy. Mogę to obliczyć, albo wyczuć” – mówi Bergkamp. Holenderska definicja pojmowania przestrzeni piłkarskiej, szanowni Czytelnicy.

Oczywiście, Winner nie poświęcił dwustu pięćdziesięciu stron tylko i wyłącznie, by wbić czytającym do głowy to, że na boisku mają oczekiwać, wypatrywać czerwonego balonika. Nie chcąc się zbędnie zagłębiać we wspomniane już inklinacje łączące futbol i wszystkie aspekty kultury holenderskiej, warto sięgnąć po tę książkę także by poznać kilkanaście unikalnych i jednak w sporej mierze zapomnianych charakterów. Jak Johnny Rep, który w jednym meczu po błędzie pierwszego w Eredivisie sędziego-geja powiedział mu, że jeszcze jeden taki byk i wieczorem nie będzie seksu oralnego. Tak, pomarańczowa okładka kryje tuziny takich anegdot, a by nie być gołosłownym przywołam jeszcze tę, która mówi o zdobywaniu posłuchu drużyny w stylu Ernesta Happela – ten obejmując reprezentację po Cruyffie po prostu ustawił kilkanaście piłek na szesnastce i, pod czujnym okiem podopiecznych, każdą posłał idealnie w poprzeczkę. Podporządkowali się wszyscy, natychmiastowo.

Przewija się jeszcze fenomen Ajaksu Amsterdam oraz jego kibiców, którzy identyfikują się z Żydami, ale chyba największy spór w „Brilliant Orange” tyczy się charakteru reprezentacji. Podczas gdy Leo Beenhakker byłby pewnie dumny z tego do jakiej zmiany w grze posunęli się Holendrzy by pokonać Hiszpanię, po lekturze książki Winnera nie zdziwią bardzo krytyczne komentarze Johana Cruyffa nawet nie skupiające się na porażce, lecz stylu właśnie. I tak przez dekady wyniszczających piłkarską kadrę spisków w kluczowych momentach, kiszą się Oranje na małej przestrzeni jednocześnie doskonale ją rozumiejąc i z niej korzystając. „Fenomen” - powiecie, ale w pełni przekonacie się dopiero po lekturze Wspaniałej Pomarańczy. Gwarantuję.

"Michał czyta" to specjalna kategoria na tym skromnym blogu w której co jakiś czas staram się recenzować zebrane w domowej biblioteczce futbolowe książki. Jakie już zostały opisane i jakie mogą się pojawić, dowiecie się w specjalnej zakładce.

piątek, 24 czerwca 2011
Michał czyta – Nie wiemy co robimy

OkładkaWest Bromwich Albion. Roy Hodgson. Peter Odemwingie. Chris Brunt. Dobre miejsce w tabeli, spokojne utrzymanie, tylko jedna zmiana trenera w sezonie, łzy radości, nie rozpaczy. Tak pięknie jednak w historii The Baggies nie było już dawno, dotąd klub słynął z balansowania między Premier League i Championship. Są też jedyną ekipą, która uratowała status ligowca mimo okupowania dna tabeli w święta. Zresztą, spytajcie Tomasza Kuszczaka. Jednak Adrian Chiles w swojej książce ‘Nie wiemy co robimy’ wcale nie skupia się na sezonie pełnym radości.

‘You don’t know what you’re doing’ dosyć często można usłyszeć na angielskich stadionach. Raz sam nawet dołączyłem do chóralnego śpiewu na Stamford Bridge, gdy Avram Grant w meczu z Newcastle ściągnął Joe Colea, najlepszego wtedy na boisku, a wprowadzał Kalou. Sami rozumiecie, że przy wyniku remisowym nie była to najlepsza decyzja, prawda? A przynajmniej tak kibicom się wydawało – Kalou w końcu trafił do siatki z wyraźnego spalonego w 90. minucie… Tak, czułem się wtedy głupio.

Chiles to były prezenter ‘Match of the Day 2’, który rok temu był bohaterem transferu do ITV. W swojej książce stara się odpowiedzieć na pytanie dlaczego kibice poddają się, mniej więcej co kilka dni, wycieńczającym z emocji, pozytywnego myślenia spektaklom piłkarskim? Odpowiedzi szuka oczywiście na trybunach The Hawthorns, z kilkudziesięciotysięcznej grupy kibiców wybierając ekipę nieszablonową, a to i tak mało powiedziane.

Osiągi niektórych osób są niesamowite. Vic Stirrup ominął tylko kilka spotkań WBA od zakończenia drugiej wojny światowej. U siebie i na wyjeździe. Są przedstawione całe rodziny, które podróżują za The Baggies, w zasadzie układają życie pod terminarz sezonu. Jest kilku kibiców w średnim wieku, mierzących się z problemami takimi jak brak pracy, środków, by wejść na mecz, czy kac w sobotni poranek. Jest były piłkarz WBA, od dziecka tej ekipie kibicujący, który wylądował w więzieniu. Jeden z fanów żyje obecnie w Nowej Zelandii, ale fanatycznie śledzi wyniki i mecze swojej drużyny jak tylko może. Głównie w środku nocy.

Tak, to jest książka o piknikach. W Polsce to pejoratywne określenie (dla sporej większości tak zwanych ultrasów), zwykle deprecjonujące znaczenie bycia prawdziwym kibicem, odnoszące się do osób, które na stadion przychodzą dla futbolu, nie śpiewania, które wybierają siedzenie, a nie stanie (?!). Książka o piknikach jest idealną lekturą właśnie dla tych, którzy w ich przywiązanie wątpią, którzy odnoszą się do nich lekceważąco. Czytając każdy kolejny rozdział przygód Chilesa i innych fanów WBA wyobrażam sobie jak głupio musi być tym idiotom krytykującym pikników, często osoby wiele, wiele razy mocniej zaangażowane życiowo w ukochany klub. Nawet jeśli to wszystko dzieje się w Anglii.

To książka wielu wspomnień, wspaniałych historii, często związanych ze wspominaną ‘Survival Sunday’, która, nic dziwnego, mocno odcisnęła się na kibicach West Bromu. Les James nawet zrobił na tą wyjątkową okazję… dywanik. Problem w tym, że wyniki WBA mogą wpędzić w depresje, choć może nie tak bardzo jak ich gra. W książce pojawia się fantastyczna analogia z którą, nawet mimo kibicowania Chelsea (co jest ważne, zaraz się przekonacie), muszę się zgodzić. W trakcie wyprawy na Old Trafford, jeden z autobusów z kibicami WBA podjeżdża pod stadion – fani United patrzą się na dziwaków, którzy pokonali kawał drogi, wydali sporo pieniędzy, by zobaczyć jak ich zespół dostaje baty. Odpowiadają im spojrzenia z pokładu autobusu, równie zdziwione, pytające, jak to jest kibicować drużynie, która w zasadzie nie przegrywa. Całość zręcznie podsumowuje jeden z fanów The Baggies, Alan Cleverley‘Jedno nasze zwycięstwo jest warte dwudziestu ich’. Ma rację.

Mam problem z lekturą Chilesa. Po przeczytaniu jej po raz pierwszy byłem zachwycony – bo w tej książce przedstawiony jest prawdziwy fanatyzm, zresztą z autorskim dystansem i humorem jest on dostarczany idealnie, a wybrani przez niego kibice… są z innej planety, po prostu. Definiują bycie fanem na dobre i, jako że chodzi o West Brom, przede wszystkim na złe. Czytając o ich przygodach w sezonie, gdy znów doświadczają spadku, czuje się autentyczną zazdrość z bycia w takim towarzystwie, nawet jeśli nie są w stanie określić dlaczego to robią. Dlaczego tak kochają zespół, który dostarcza im tyle powodów do smutku, który wpędza ich w depresję?

Chiles nie do końca znajduje odpowiedź, a na pewno jej nie definiuje – według niego wystarcza przedstawić osoby, które przywiązanie definiują. Dlatego przeczytałem ją drugi raz, by odszukać tę prawdę. Odpowiedzią jest nałóg – wciągający na zawsze, odbijający się na stosunkach z rodziną i przyjaciółmi, pochłaniający niewyobrażalne sumy pieniędzy, a na dodatek tworzący z ludzi życiowych pesymistów. Problem polega na tym, że ta pełna humoru, wzruszających historii, pozytywnych osobowości i jeszcze na dodatek świetnie napisana książka obnaża kibicowanie z wszelkich racjonalnych pobudek, jeśli kiedykolwiek takie za nim stały. To uczucie, którego dozna się raz, za młodu, na stadionie lokalnego klubu, powoduje, że nie da się od niego uwolnić, nawet jeśli (dla własnego dobra) przestaje się odwiedzać stadion. Przedstawione przez autora przykłady jasno pokazują, że i tak myśli się o własnej drużynie częściej niż o seksie, do czego przyznaje się bez wstydu Adrian Chiles.

Polecam tę książkę z całego serca. Całego zmarnowanego, przepełnionego pesymizmem, kibicowskiego serca. Nie musicie chwytać za tę lekturę, by odnaleźć odpowiedź na pytanie postawione przez autora, albo podbudować własne ego, bo przecież ci z West Bromu mają gorzej. Wystarczy ponad trzysta stron pocieszenia, że w całej tej futbolowej mizerii nie jesteśmy sami, nie jesteśmy wyjątkowi. I nikt z nas nie wie co właściwie robimy.

 
1 , 2