poniedziałek, 17 listopada 2014
Jak spełniłem swoje marzenie

- You did well though, you hold the ball up well.

- Yeah, I thought you will had a worldie there, from the half-line.

- I was time-wasting...

***

To nie będzie kolejny wpis o Jose Mourinho. Co więcej, to nie będzie też żadna taktyczno-personalna opowieść o którymś z piłkarzy Chelsea, czy samym klubie. Zaskoczę Was jeszcze bardziej - tej historii będzie od zwyczajowego tematu bloga tak daleko, jak lidze niedzielnej jest do Premier League.

No właśnie, Sunday League. Wiem - trudno ekscytować się parkową odmianą piłki nożnej. Wiem - wielu z Was do amatorskiego grania podchodzi z dystansem. Bo co ciekawego może być w meczach dwudziestu dwóch zwykłych gości o sylwetce dalekiej od idealnej? Czym może się to różnić od niższych klas w naszym polskim futbolu?

Musicie zrozumieć moją pasję. Jeszcze zanim wlazłem na Twittera, jeszcze zanim zaliczyłem swój pierwszy mecz Chelsea i zanim zacząłem analizować taktyczne aspekty spotkań, trafiło do mnie zdjęcie. Stare, nic nowego, ale bardzo działające na wyobraźnię - pokazujące kompleks osiemdziesięciu ośmiu boisk na Hackney Marshes. Wtedy obiecałem sobie, że kiedyś tam zagram. Po prostu - by poczuć ducha angielskiego futbolu, atmosferę, którą kiedyś uchwyciła jedna fajna reklama pewnej firmy i... błoto, poświęcenie oraz coś z czego cały futbol przecież się wywodzi!

HM1

Osiem lat temu byłem bliski zrealizowania tego marzenia. Po maturze wyjechałem zarobkowo do Anglii, a po ośmiu godzinach roznoszenia listów w wiosce kilkanaście kilometrów od Oxfordu (Whitney, o ile dobrze pamiętam) nudziło mi się w pokoju o wymiarach dwa na trzy metry. Podczas krótkich wycieczek rowerowych odkryłem mały park w którym zwykle grano - niestety trafiłem na sezon letni, przerwę, gdy bramki po prostu... zlikwidowano. Zamiast boisk była to toaleta dla psów. W moich samotnych wyprawach musiała wystarczyć mi jedna mała bramka do której strzelałem z kilkunastu metrów starając się trafić w poprzeczkę. 

Ku mojemu zdziwieniu, w jedno z wtorkowych popołudni nie byłem sam - oprócz mnie, uderzającego w tę małą bramkę, trenował jakiś zespół amatorski. Ja robiłem swoje i oni swoje - przyznam, byłem nieśmiały, nie wiedziałem, czy warto zagadać, choć chciałem bardzo. Uratował mnie starszy pan - imienia niestety nie pamiętam, ale głównie przez jego "bulgocący" akcent - który był najwyraźniej prezesem tego klubu - nazwy nie pamiętam z powodów już wymienionych. On sam do mnie podszedł, spytał mnie co ja tu robię i czemu nie gram z nimi. Chwilę pogadaliśmy i umówiliśmy się na najbliższy trening, że dołączę do zespołu.

Przyszedłem oczywiście pół godziny wcześniej, buty wyczyszczone, super przygotowany i podekscytowany. Ale starszego pana nie było, niby ktoś tam szefował, ale nie wiedziałem, czy to ten sam zespół. I tak ograniczyłem się do kopania o poprzeczkę małej bramki - do momentu aż nie przyszedł on i spytał mnie, czy nie znam tego "polskiego chłopaka", który tu sobie kopał. On mnie wprowadził, on był kluczem.

Miałem problemy - mówili za szybko, ja byłem nieśmiały, a gdy uznałem, że warto zaprezentować się również ostrym wślizgiem, to znalazłem się na końcu "suszarki" jednego z nowych kolegów. Trenowaliśmy przed sezonem, jedynym sparingiem okazał się mecz wewnętrzny (strzeliłem gola z kilkunastu centymetrów z "goalmouth scramble", ale i wykonałem klasyczne "two-footed challenge", co oznaczało kolejną suszarkę), ale zrobiłem wystarczająco, by znaleźć się na liście "do gry". Problemem było zarejestrowanie mnie - starszy pan chciał zrobić wszystko legalnie, jednak zanim dokumenty dotarłyby z Wrocławia do Oksfordu, ja już byłbym z powrotem w kraju. Dlatego postanowiliśmy, że zarejestrują mnie jako... Michaela Novaka

Nic z tego. - Szkoda Twojego zdrowia - powiedział starszy pan. Nie miałbym ubezpieczenia w razie kontuzji, więc... byłem cholernie rozczarowany. Zamiast koszulki meczowej dostałem chorągiewkę liniowego, kilka wskazówek od sędziego głównego i po kilku wyzwiskach w trakcie spotkania także dziesięć funtów od starszego pana. - You did well, alright - pochwalił, ale ja byłem rozczarowany. Za tydzień wracałem do kraju, z tej szansy nici.

Mijały lata, regularnie zdarzało mi się przyjeżdżać do Anglii na mecze, ale wyłącznie w roli widza. Jednak to marzenie tkwiło w głowie - gdy na początku tego roku rezerwowałem bilety, cel był taki, że jadę na dłużej i postaram się gdzieś do drużyny załapać. Z pomocą przyszedł nieoceniony Robert Błaszczak (@robertblaszczak) i jego Putney Pacers.

Nie wiem w jakiej lidze gra jego zespół i jak sobie radzi - sam Robert miał problemy ze wskazaniem pozycji Pacers - ale dla mnie nie było istotne nawet to, że musiałem wstać o siódmej rano w niedzielę, by dotrzeć na drugi koniec Londynu. Nie przeszkadzało mi nawet to, że obiecano mi jedynie 20-30 minut. Gdy dotarliśmy do parku, wszystko układało się idealnie.

Przede wszystkim - to był park. Grając w niższych ligach polskich taka gratka mi się nie trafiła. U nas rzadko zdarzają się mecze na polach wielu boisk. Tu były akurat dwa, ale za to idealnie oddające moje wyobrażenie - na tym, gdzie mieli grać Pacers na jednej połowie rozgrzewali się rywale, na drugiej za piłką tenisową biegał pies. Trawa nieskoszona, błoto po wczorajszych opadach - byłem zachwycony.

Przebieraliśmy się w szatni bez drzwi, siatki rozwieszano za pomocą taśmy, a za rozgrzewkę wystarczyły cztery przebieżki wzdłuż boiska. To mniej niż często w naszych C-klasach. Gdy doszło do przedmeczowej pogadanki pojawiły się wszystkie klasyczne pseudo-taktyczne teksty. "Keep it on the floor", "tight at the back", "don't mess with it", "look for the runners", "communication, lads!", "let them know we are here", "we know our 3-5-2 can work", "we have to track back" i tak dalej.

Owszem, czekałem na swoją szansę ponad sześćdziesiąt minut meczu, do tego nie dostałem swojej koszulki. Najważniejsze, że udało się wejść na boisko - przy stanie 2-1 dla Pacers. W pierwszej połowie były dwa kluczowe wydarzenia. Dwa gole dla nas i... niemal asysta gałęzi, które wyrastały na boisko nad jedną z bramek. Gdy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłka o nie zahaczyła i spadła na piaty metr, sędzia uznał, że należy grać dalej, a napastnik rywali (klubu bodaj nazywającego się Wimbledon Town) przewrotką trafił w twarz stojącego na linii obrońcy. Udało się wykopać, było trochę kontrowersji i krzyków... zresztą pretensji do arbitra - spóźnił się dwadzieścia minut - było sporo. On był niewzruszony, nawet niewiele mówił.

Swój debiut chciałem wykorzystać jak najlepiej. Niestety - boisko było już mocno zryte, w błocie grało mi się jak na lodowisku, miałem jedną dobrą szansę, ale po przyjęciu piłki w polu karnym i sprytnym odwróceniu się, ktoś wybił mi piłkę. Jednak razem z Robertem możemy podzielić się asystą drugiego (lub nawet trzeciego) stopnia - po prostu jedna z naszych prób zmusiła obrońcę rywali do błędu i dała innemu napastnikowi okazję do strzelenia gola. 

Miałem swój moment. Udało mi się znaleźć trochę wolnego miejsca, dobrze przyjąłem piłkę, lekko ją sobie wystawiłem na prawą nogę i... uderzyłem. Byłem na połowie boiska, rozbieg był zbyt mały, zaboksowałem w błocie, źle trafiłem w futbolówkę. Bramkarz co prawda stał na trzydziestym metrze i do strzału nie zdążył, ale był on niecelny. Wkrótce później sędzia zakończył mecz, wszyscy sobie podziękowali i tyle z debiutu.

Spytacie o poziom? Był dokładnie taki, jak sobie myślałem - słaby. Wszystkie te wskazówki o których mówiono przed meczem? Nic się nie utrzymało. Od początku była to typowa niedzielna, parkowa kopanina, chaotyczna wymiana ciosów i nieudanych prób opanowania piłki. Kreatywność? Wystarczy dodać, że w zgodnej opinii kolegów najlepszym zawodnikiem był łysiejący gość pod czterdziestkę, który po prostu wygrał najwięcej główek.

A jednak, powtórzę się, byłem zachwycony. Niedzielna liga, kluby pubowe... Kolejna taka okazja mogła się nie powtórzyć. Zwłaszcza, że sama kultura gry w takich ligach amatorskich w Anglii wymiera. Ostatnio na stronie "The Daily Telegraph" podali, że w ciągu ostatnich pięciu lat rozwiązano 2360 klubów, z gry w pełną wersję piłki nożnej zrezygnowało 180000 zawodników. To dramatyczna sytuacja - większość przechodzi na ligi "piątek", "szóstek" czy "siódemek", gdzie jest więcej faktycznej gry i to w środku tygodnia, na dobrej murawie, przy sztucznym oświetleniu... Weekendy można poświęcić rodzinie czy... dłuższemu pobytowi w pubie, bez myśli, że następnego dnia trzeba będzie z rana walczyć w błocie. 

HM

Legendarna angielska piramida robi się coraz mniejsza u samego spodu, nawet na Hackney Marshes pozostało już (ponoć) tylko kilkanaście boisk. Nie udało mi się strzelić gola - może przy następnej wizycie? - ale poczułem swego rodzaju spełnienie. Bo te wszystkie blogi, twittery, analizy, teksty, artykuły, wywiady, nagrania audio i wideo wzięły się z dziecięcej pasji do gry w piłkę. Ona nadal jest, choć okazji do jej realizowania niestety coraz mniej*. Uwielbiam to, grałem przez niemal dziesięć lat w niższych klasach rozgrywkowych i nigdy nie czułem znudzenia. Kosztowało mnie to trochę zdrowia, dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości bliskich, ale nawet w typowo amatorskich okolicznościach można realizować swoją pasję i marzenia, także te dla innych absurdalne.

Przecież udało mi się zagrać niemal tak, jak grano w dziewiętnastym wieku. Prawda, Jose? ;-)

 

*Powiedzmy, że szukam klubu z niższych klas w Warszawie. Kto przygarnie?

---

FreerideFestival

sobota, 04 października 2014
Fabregas, Neville i spirala porównań

Wczoraj tylko wspomniałem, dziś czuję się niemal zobligowany do wpisu o Cesku Fabregasie. Chociaż zdecydowanie polecam Wam lekturę historii jego przejścia do Chelsea, a także felieton Barneya Ronaya o hiszpańskim pomocniku, to dla mnie wybijającą się pozycją z tych wszystkich jest tekst Gary'ego Neville'a.

- W Fabregasie, Chelsea ma piłkarza, który nie jest wyłącznie asystentem czy strzelcem, ale architektem gry w środku pomocy, porównywalnym do takich piłkarzy jak Pirlo, Scholes i Xavi - zaczyna.

Od razy poleciłem go dalej. I wystarczyła chwila - no, kilka minut - by odezwał się pierwszy głos. "Xavi? Nigdy, Cesc nie jest do niego podobny." Zanim się obejrzałem, dyskusja o dwóch wychowankach La Masii rozgorzała na całego, oczywiście przeniosła się na porównania lig angielskiej i hiszpańskiej, tempa, pressingu i miejsca, samych piłkarzy, transferów Barcelony... Klasyczny przykład spirali w której czasem nieprzyjemny upór kibiców danego klubu przenosi sedno sprawy na jeden z dalszych planów rozmowy.

Ale to ja podnoszę rękę i przyznaję, że się myliłem. Kompletnie niepotrzebnie się dałem w to wciągnąć, rywalizować na poglądy odnośnie... transferu Neymara chociażby. Jednak w tej pomyłce nie chodzi o samo porównanie Fabregasa do Xaviego, ale inne kwestie we wspomnianej dyskusji. Bo wystarczyła ponowna lektura tekstu Neville'a, by dostrzec, jak pobieżnie koledzy potraktowali felieton. Jakby po prostu zobaczyli porównanie Fabregasa do Xaviego w leadzie i zapaliła im się lampka - "trzeba reagować!".

Oczywiście, że Fabregas jest innym piłkarzem, niż swój starszy kolega. Mourinho latem mówił, że to nie "ósemka" i nie "dziesiątka", ale piłkarz pomiędzy. Tymczasem ci, których wymienia felietonista to piłkarze grający bardziej w głębi pola - Scholes, Busquets, Motta, Alonso czy Carrick to bardziej "szóstki", a najbliżej Fabregasowi bodaj do Toure, który jednak w Barcelonie również grał jako defensywny pomocnik, promując się "wyżej" dopiero na Wyspach.

Jednak Neville'owi chodziło o znaczenie piłkarza w danej drużynie. Już pisałem to wczoraj, ale trzeba się powtórzyć - cóż z tego, że Fabregasowi nie dane było odgrywać roli "następcy" Xaviego w Barcelonie (może nigdy nie powinien być do niej wybrany, może zbyt przypominał Iniestę i... kolejny temat na jeszcze większą dyskusję, którą zostawię Barcelonistas) skoro może być prawdziwym mózgiem drużyny, jej architektem w innej lidze? Jednym z najbardziej podziwianych przez Xaviego piłkarzy był (jest?) Paul Scholes, który potrafił "zarządzać" meczami z głębi pola, grać krótko i do przodu, długo i na boki... - Jest najlepszym pomocnikiem ostatnich 15, 20 lat - mówił o Angliku Hiszpan w wywiadzie z 2011 roku. - Uwielbiam też patrzeć na Arsenal, jak Cesc zarządza ich grą - dodawał.

Liga nie ma tu żadnego znaczenia, podobnie jak tempo. Pirlo jest uwielbiany za to jak dyktuje warunki na boisku, ale on tylko podaniami grę przyspiesza, częściej ciągle truchtając - i to truchtając sporo - w poszukiwaniu miejsca. Stylami ci piłkarze się różnią, ale sposobem myślenia na boisku - nie. - Nie są najlepszymi dryblerami, nie są zbyt szybcy - opisuje "architektów" Neville. I ma rację.

Przyznam, że i do mnie dotarło to trochę później - ten bezsens debaty i porównań Fabregasa z Xavim. Po pierwsze, wystarczyło spojrzeć na samą tabelkę zaraz po wstępie tekstu Neville'a - z zawodnikami, którzy w ostatnich prawie pięciu latach zaliczyli ponad 120 podań w jednym meczu. Dla Fabregasa, spotkanie z Aston Villą było dopiero drugim takim zdarzeniem, Xavi z 24 przypadkami odstaje od innych. Sam fakt, że w Barcelonie udało mu się to tylko raz pokazuje, że nigdy nie miał być następcą starszego kolegi, może nie dostał zaufania trenera, kolegów, czy tych samych zadań... Mniejsza o to, naprawdę. Wystarczy wczytać się w tekst Neville'a, by zrozumieć dlaczego on w ogóle nie chciał do takiego porównania doprowadzić.

Ciekawe, że były obrońca Manchesteru United tłumaczy też, jaka jest jego definicja wielkiego zespołu. Nie tylko wygrywającego Ligę Mistrzów, ale potrafiącego wyjść spod pressingu rywala w ostatnich kilkunastu minutach, gdy trzeba bronić korzystnego wyniku. I od tego są, według Neville'a, tacy zawodnicy jak Scholes, Xavi i... Fabregas.

Nic dziwnego - on, podobnie jak ja, widział wyjazdowy mecz Chelsea z Manchesterem City. On także podkreśla uniwersalność stylów drużyny Mourinho, która w jednym spotkaniu potrafi bronić się głęboko na własnej połowie, by w następnym dominować kompletnie na boisku. Gdzie w tym wszystkim odnajduje się Fabregas? Zawsze w "centrum dowodzenia", mając najwięcej kontaktów z piłką, najwięcej podań z jednym z najwyższych procentów ich dokładności. Potrafił dyktować warunki w meczu "łatwym", potrafił też wykaraskać Chelsea spod presji przeciwnika w znacznie "trudniejszym", nie tracąc ani głowy, ani piłki.


I tu jest kolejny krok, kolejny klucz do tej dyskusji. - Oglądając ostatni kwadrans tamtego meczu z Manchesterem City, gdy Chelsea prowadziła 1-0, zastanawiałem się, czy goście mogą zmienić się w drużynę dominującą posiadanie piłki zamiast bronienia wyniku? - pyta Neville - Myślę, że to kolejny krok, a w jego sercu może być Cesc Fabregas.

Nie ma więc definitywnego stwierdzenia, że już jest na tym poziomie - po prawdzie, Fabregas do tego potrzebuje odpowiedniej reakcji menedżera i kolegów. Zresztą, w jego wieku wydaje się to być idealny moment na przejęcie także tej odpowiedzialności - podobnie, jak zrobił to Xavi, mając 28 lat, w sezonie 2008/2009 prowadząc Barcelonę do triumfu w Lidze Mistrzów. Rok wcześniej chciał odejść, czuł się niechciany. - Fabregas to jedyny zawodnik w Premier League, który mógłby zagwarantować swojej drużynie dominację w kluczowych fragmentach meczu - dodaje Neville już w kontekście niedzielnych derby z Arsenalem - W Fabregasie Chelsea ma piłkarza, który nie tylko podaje do Costy czy samemu strzela gole, ale może wydźwignąć się na poziom Pirlo, Schweinsteigera, Xaviego, Scholesa, architektów największych meczów.

Wciąż jesteśmy dopiero na pierwszym etapie sezonu, a przecież nikt nie oczekuje od Fabregasa utrzymania takiej skuteczności w zagrywaniu kluczowych piłek - co śmieszniejsze, są już tacy, którzy definitywnie skreślają go... na wiosnę. Może przydałoby się więcej cierpliwości i uwagi (zwłaszcza przy czytaniu komentowanych tekstów), ale i obiektywnego spojrzenia na sprawę. Chelsea nie aspiruje do bycia Barceloną, nie ma zamiaru kopiować tiki-taki, a sam Fabregas nie chce grać identycznie jak Xavi. Jednak czy to naprawdę oznacza, że nie może osiągnąć poziomu jego i innych największych architektów ostatnich lat? Jak pisze Barney Ronay, "póki co w tym klubie, bez powiązań, bagażu, przeszłości i powiązań, wygląda jak u siebie w domu".

czwartek, 04 września 2014
Anglia jak jedno podanie

W zasadzie to mogłaby być historia jednego podania.

*Tego* podania.




Wiem, że w stosunku do Jamesa Milnera to pewnie trochę niesprawiedliwe. Wszedł na końcówkę nieistotnego spotkania, zdarzył mu się kiks jakich w tym meczu było naprawdę sporo. Jednak jeśli szukać podsumowania pierwszego sparingu reprezentacji Anglii po mistrzostwach świata, to lepszego, pojedynczego obrazka nie da się z tego meczu wyjąć.

Chyba, że szukacie statystyk. Dwa strzały celne, które jeden z dziennikarzy wypomniał Royowi Hodgsonowi na pomeczowej konferencji rozzłościły selekcjonera reprezentacji Anglii. - A czemu nie policzycie tych, które rywale zablokowali? (Było ich sześć - przyp. red.) Dlaczego nie przypomnicie sobie, jak dominowaliśmy posiadanie piłki? - oburzał się Hodgson.

Słuszna uwaga. Jednak Anglia dobrze grała tylko przez pierwsze trzydzieści minut. Maksymalnie. Później była to raczej wymiana ciosów w slow-motion, bez życia i bez jakości. Tym bardziej ta apatia może dziwić, bo przecież po wielkich zmianach, rezygnacjach i mundialowej wtopie można było oczekiwać czegoś innego.

A tu nic. Bardzo schematyczne i sztywne 4-4-2, do bólu przewidywalne wymiany podań w poprzek i tak niewiele akcji z zagraniami na jeden kontakt. Sturridge w dryblingu? Reszta się przygląda. Henderson z drugiej linii wbiega na wolne pole? Wilshere spokojnie zagrywa do bocznego obrońcy, nie prostopadle na kolegę ze środka pomocy. Wayne Rooney cofa się po piłkę? Po chwili bezradnie rozkłada ręce i nie widzi opcji rozegrania. Bo przecież sam sobie nie poda.

Słusznie pisał Barney Ronay, że ta nowa, młoda, niedoświadczona reprezentacja Anglii (siedmiu zawodników poniżej 25 roku życia, drugi po Rooneyu z najwyższą liczbą powołań to Cahill z już 28 meczami w kadrze!) w zasadzie to przypomina ostatnią i jeszcze poprzednią. Nie ma wielkich różnic, jest znajoma nuda, brak jakości i stara taktyka.

Czy należy za to winić Hodgsona? Jeszcze przed spotkaniem z Norwegią miałem ochotę coś na ten temat napisać, że to jego tworzenie "nowej" kadry należy przyrównać do jego pracy w Fulham czy WBA. Bo Anglia przeciętnieje w oczach. Może przeciętnieje specjalnie? Bo przecież Hodgson z takimi piłkarzami radzi sobie najlepiej, osiąga świetne wyniki (finał europejskiego pucharu) i potrafi odcisnąć swoje piętno. Owszem, nie jest to porywający tłumy futbol, ale skuteczny i dający wyniki. Przecież to nie dzięki pracy w Liverpoolu dostał posadę selekcjonera reprezentacji Anglii...

Znając ograniczenia Hodgsona i jego piłkarzy wciąż jednak mam odczucie, że ta reprezentacja mogłaby być lepsza. Grając w 4-3-3, ze swobodą i szybszą wymiennością podań. To jest możliwe - przecież taki Raheem Sterling (w środę zdecydowanie najlepszy, autor 7 kluczowych podań - pozostali piłkarze obydwu drużyn ledwie 5) to największa szansa Anglii na coś więcej niż międzynarodowe Fulham czy West Brom*.

Michael Cox opisywał szansę, jaką reprezentacji Anglii dają współprace w klubie. Faktycznie, wczoraj to Sterling ze Sturridgem grali najfajniej, wymieniali najwięcej "jakościowych" podań. Herdenson był w 4-4-2 zagubiony - autentycznie wyglądał, jakby ktoś z tego Liverpoolu nagle za karę zrzucił go do Sunderlandu - a problem braku klasycznego defensywnego pomocnika po prostu nie pozwoli Anglikom zajść gdziekolwiek wysoko. 

To obrazuje część problemu - Hodgson tak wiele mówił o młodzieży i ofensywnym futbolu, że występ jego zespołu na mistrzostwach świata przyjął jako rozczarowanie. Owszem, wyniki były słabe, ale to powinien być jakiś krok w konkretnym kierunku rozwoju, a nie odcięcie się od taktycznych eksperymentów, powrót do 4-4-2 i udawanie, że młodzież zatuszuje negatywne aspekty pomundialowych decyzji selekcjonera. 

Po brazylijskim turnieju wiele mówiło się o tym, że Anglia musi postawić na młodzież, ale właśnie przez futbol ofensywny, uniwersalny, nie zamknięty w oczywistych i sprawdzonych schematach. To miało być synonimem uwierzenia w kolejną generację. Hodgson wątpi, więc buduje swoje Fulham czy WBA. I wczoraj z równie eksperymentalnie złożoną Norwegią męki zakończyły się zwycięstwem. 

Co z tego, że przy liczącej ledwie czterdzieści tysięcy kibiców publiczności. Co z tego, że w mękach i w kiepskim stylu. Anglia wygrała. A że znów skierowała się raczej w stronę "piłkarskiego średniowiecza" o którym kiedyś pisał Gary Lineker... Roy Hodgson o to nie dba. Słabsze podanie, takie jak to Jamesa Milnera, może się zdarzyć, będzie się zdarzać. Ważniejsze, by nie w obronie, by nie zakłócało to misternie zestawionych dwóch linii czwórek. Taka to współczesna twarz tej Anglii.

*Oczywiście bez urazy, kibice Fulham i WBA!

niedziela, 06 kwietnia 2014
Wreszcie po stronie Martineza

Nie było lepszego momentu na całkiem osobiste, piłkarskie wyznanie - zwłaszcza takie, które gnębiło mnie już od jakiegoś czasu, efektem czego były godziny intensywnego obmyślania tekstu czy tuziny napoczętych tekstów, które leżą porozrzucane po folderach. 

Każdy popełnia błędy - tak łatwo mógłbym się obronić, albo tematu w ogóle nie poruszać. Jednak mam poczucie, że gdzieś w głowie nadal kwestia pozostałaby nierozwiązana. Wątpliwości, pretensje do samego siebie, wstyd, że jeszcze rok temu było zupełnie inaczej. 

Przecież jeszcze rok temu pisałem "tak", gdy ktoś mnie pytał, czy widziałbym Davida Moyesa na Stamford Bridge.

Różne błędy się zdarzają. Jak nienawidzę łatki "eksperta" czy "blogera" (ha!), tak naprawdę czasem czuję, że jest jakaś odpowiedzialność za to co piszę tu czy nieustannie zaśmiecając śledzącym mnie osobom "ćwierkacza". Jednak najgorsza jest odpowiedzialność wobec samego siebie - wiem, że powinienem wiedzieć... lepiej. 

Traktuję więc to wyznanie jako moment przełomowy. Jak pierwszy stworzony w moim życiu raport skautingowy, opublikowana gdzieś tam w Internecie relacja meczowa, przegrany mecz moich podopiecznych - młodzików (chociaż w tym wypadku mówię to sobie co tydzień), pierwszy raz "połknięta" "Odwrócona Piramida" Jonathana Wilsona, pierwsza analiza drużyny, podpisana umowa... Punkty zwrotne. Wiem, że ten mógł i powinien być wcześniej, a ja sam nie jestem w stanie wytłumaczyć co wywoływało moje zaćmienie. Nie wszystko da się zrzucić na barki Titusa Bramble, Hendry'ego Thomasa, Gary'ego Caldwella czy Emmersona Boyce'a. 

Nie ceniłem Roberto Martineza. Nie widziałem w jego prowadzeniu Wigan wielkie filozofii, a jeśli już to taką pełną desperacji wynikającej z pozycji drużyny w tabeli na koniec lutego czy marca. Cudowne powroty kwestionowałem twierdząc, że wynikają równie dobrze z beznadziei rywali, a po fenomenalnych występach w kwietniu i maju kpiąco pytałem, czy nie można tak było grać we wrześniu czy grudniu.

Jednak o ile moment wstydliwego wyznania znacie - spektakularna wygrana 3-0 z Arsenalem - tak ja nie wskażę Wam chwili czy dnia w którym to się odwróciło. Pamiętam jego fachowe analizy w TV z mistrzostw świata w 2010 roku i także na Euro 2012, pamiętam też wywiad w którym szerzej opowiadał o swojej rewolucji w Wigan (zamiast desperacko szastać kasą na rynku transferowym, Martinez u właściciela klubu domagał się porządnego zaplecza), a z ostatnio rozpoczętej książki "The Numbers Game" zapamiętam, że dla analityków to właśnie on powinien być wyznacznikiem. Pod względem zrozumienia i użycia danych, oczywiście.

Ten mały chłopiec w mojej głowie - ten wątpiący, pewnie siedzący tam jeszcze przed lekturą i bez lektury wspomnianej "Piramidy" - dobijał się ze swoimi opiniami jeszcze po wygranym Pucharze Anglii. "Za trzy dni przecież spadnie z ligi", "Z takim City wygrać to nie wyczyn" czy "Roberto Mancini" - to były jego argumenty, by pozostać nieprzekonanym. A teraz wstydź się, chłopcze.

Największym wstydem jest to, że te wszystkie znaki powinienem dostrzec wcześniej - powinienem też posłuchać starszych i mądrzejszych, powinienem po prostu w mniejszym stopniu nastawiać się na wynik. Być cierpliwym, ale mieć umysł otwarty, a nie obwarowany zasiekami. Używając dość popularnego i barwnego porównania pewnego Holendra, to ostre traktowanie Roberta Martineza było moją drewnianą chatką.

Pełen odwrót - tak, o pełne sto osiemdziesiąt stopni - nie stało się jak za pstryknięciem palcem, nie jest też po prostu chęcią wyniesienia się na wznoszącej fali popularności hiszpańskiego menedżera, czy wywindowania się na pracy w Evertonie. Przynajmniej po części, bo tekst powstaje w chwili jego sukcesu - ale zapewniam, że na sezonowca się nie zapowiadam. 

I ja jeszcze latem uważałem, że Everton rewolucji nie potrzebuje - może małe zmiany w stylu, kosmetyka składu i kontynuowanie wprowadzania młodzieży po tym, czego dokonał David Moyes. Tak, ten przeklęty David Moyes. Tymczasem jak o Szkocie mówi się, że w kilka miesięcy z VHS-owego Manchesteru zrobił "tabletowy", tak na Goodison Park na zapleczu również wiele się działo. Zasługą Martineza jest to, że przenosząc się do Liverpoolu nie usiadł w wygodniejszym niż w Wigan fotelu, nie przeciągnął się leniwie i nie posłuchał swojego "małego chłopca w głowie", ale dostrzegł potencjał. Można lepiej, więcej, ładniej i wszystko wskazuje na to, że także szybciej.

Teraz do głosów innych - piłkarzy z każdego pokolenia w klubie - dobijam i ja. Martinez zastał Everton pragmatyczny, zamknięty i efektowny od czasu do czasu, by stworzyć jedną z najlepiej grających ekip. Nie bezbłędną, nie perfekcyjną i na pewno ze swoimi niedoróbkami, a może nawet w ostateczności nie zasługującą na grę w Lidze Mistrzów - ale niezaprzeczalny postęp imponuje, tak poszczególnych zawodników, jak i stylu gry czy sposobów na rozbijanie rywali. 

Jak każdy ma "swój styl", "swoje ustawienie", "swoje rozwiązania taktyczne" tak przecież z Martinezem łączy mnie wiele cech. Jest energia i dynamika, wymienność pozycji i pewna zawsze utrzymywana "baza" w defensywie, zestawienie gry skrzydłami z kombinacjami i (co dla mnie najważniejsze) prostopadłymi podaniami ze środka pola. Nawet w Martinezie odnajduję pragmatyka za którego w niemałej części mej taktycznej duszy się uważam. 

Jednak elementem, który dopiero ostatnio wypiera  tego "małego chłopca" z mojej głowy jest wiek szkoleniowca Evertonu - to przecież ledwie czterdziestolatek, młodzieniec bez zmarszczek, choć pewnie w tygodniu zdarza mu się kilka nieprzespanych nocy. I ten oto czterdziestolatek, jak to pięknie ujmują na Wyspach wobec młodocianych piłkarzy, jest "the next big thing" w trenerskim światku. 

Martinez będzie kształtował taktycznie kolejne pokolenia, wpłynie na opinie "ekspertów", "blogerów", "dziennikarzy" i "kibiców" - zmieni Twoje i moje postrzeganie, może odmieni karierę Leightona Bainesa, może po przenoszeniu wzorców Guardioli czy innych nagle on sam stanie się wyznacznikiem. To jego będą kopiować, to do niego będą się odwoływać, to za jego usługi będą chcieli zapłacić Evertonowi niemałą fortunę.

Może i jeszcze spotka go niejedna porażka, może i odbije się jeszcze od jakiś drzwi, może inni okażą się lepsi, może ktoś szybciej wyjdzie z ciekawszą innowacją, ale szósty kwietnia 2014 roku - data dla mnie nieprzypadkowa - jest najlepszą chwilą do wstydliwego wyznania. 

Wreszcie przeszedłem na Twoją stronę, Roberto.

środa, 26 lutego 2014
Anglii respekt dla Europy

Duma futbolowych anglofilów urażona, pięć czołowych zespołów nie było w stanie zdobyć nawet jednej bramki. Już podnoszą się głosy o ratowaniu honoru przez Chelsea, która przecież potyka się na niełatwym terenie w Stambule. Już trwają bezsensowne, bezowocne i po prostu nudne debaty o wyższości jednej czy drugiej ligi.

Oczywiście można poddać się tej narracji. Można zdecydować się na zabranie głosu, ale pamiętając o kontekście - trudnym losowaniu, skomplikowanych okolicznościach (czerwone kartki Demichelisa i Szczęsnego), braku szczęścia (kilka sytuacji "angielskiej" Swansea). 

Jednak największy problem wcale nie leżał w tym, że zdarzyły się porażki z Bayernem czy Barceloną, że Tottenham odpuścił sobie mecz w Dniepropietrowsku, byle tylko wypocząć na ligę (nie wypoczął), że Swansea była dynamiczna, ale też nieskuteczna (i pewnie przez to odpadnie). 

Patrzcie - te wszystkie drużyny w każde ligowe spotkanie wchodzą jak po swoje. Aplikując swój styl, nie zaprzeczając własnemu charakterowi i stawiając wszystko na jedną kartę. Może ktoś powie, że liga pozwala na takie ryzyko, brak kalkulacji, a w Europie grają zbyt uznane firmy... Tylko ciężko mi w to uwierzyć - że Yaya Toure gaśnie przy Sergio Busquecie, że Arsenal nie jest w stanie raz wyprowadzić składnie akcji, pomimo gry w dziesiątkę z najlepszym zespołem na świecie. 

Nie wierzę też, że Manchester United od Pireusu pojechał z przekonaniem, że porażka może się zdarzyć, bo - jak wyjaśniał David Moyes na pomeczowej konferencji - gospodarze mają świetny bilans. Więc wyszli ostrożniejsi niż zwykle, z poważnymi minami, powoli rozpracowując czy ten teren faktycznie jest taki ciężki. - Nie weszli dobrze w spotkanie - powiedział o piłkarzach Moyesa komentator jakoś w okolicach pierwszej bramki. 

Liga Mistrzów wcale nie uciekła Manchesterom, Arsenalowi czy Chelsea, tak samo jak Liga Europy nie przerasta Tottenhamu czy Swansea. To raczej efekt ostatniego sezonu, gdy ta różnica została brutalnie wyznaczona - City nie wyszli z grupy, Chelsea dostało się ledwie trzecie miejsce, Real ograł United, Arsenal dostał lekcję od Bayernu.

Wiem, tu też trzeba postawić kontekst. Że Arsenal wygrał w rewanżu, że City miało trudną grupę, że na United źle wpłynęło wyrzucenie Naniego. To jeszcze raz - to własna opinia, której będę bronił niezależnie od tych okoliczności. Anglia nie tyle lęka się Europy. Ona nabrała respektu.

Rosną w siłę Hiszpanie, objawili się Niemcy, dołączył ktoś z Francji - i choć angielskie kluby nie mają gorszych piłkarzy to nagle uświadomiły sobie ryzyko gry na własnych warunkach. Minimalizm? Pragmatyzm? Korzystajcie z określeń do woli, dla mnie to raczej sygnał, że trenerzy nowi (Moyes, Pellegrini, Mourinho) lub zmieniający się (wcale nie tak delikatnie pod kątem stylu gry u Wengera) nie są tak przekonani do skuteczności swoich działań jak Martino w Barcelonie, Ancelotti w Realu, Blanc w Paryżu, Guardiola w Monachium.

To może być tymczasowe. Wręcz zakładałbym, że każdy z tych menedżerów jest na tyle inteligentny, że odpowiednie wnioski z większej lub mniejszej klapy wyciągnie. Jednak samemu będąc anglofilem i raczej niechętnie włączając się do dyskusji o rywalizacji lig szukam najważniejszego aspektu do poprawy dla obecnie reprezentujących Anglię klubów. I właśnie w respekcie do rywala to znajduję.

I tak Pellegrini zbyt wiele defensywnych zadań zrzucił na Toure czy Fernandinho, jeszcze Kolarowa z Clichym zestawiając. Arsenal grając w dziesiątkę w zasadzie chciał wyłącznie kontrolować skalę zniszczeń, zamiast naprawdę cokolwiek z własnej puli talentu wykorzystać. David Moyes np. oszczędzał Adnana Januzaja, chociaż Young czy Valencia to, no właśnie, dawno zgrane płyty. I to tylko początek listy wstydu Szkota.

Los się musi odmienić? Pewnie tak, wkrótce znów doczekamy angielskich przedstawicieli w półfinałach czy finałach. Futbol nie znosi próżni, a ambitni i patrzący na skalę globalną dyrektorzy, prezesi i właściciela także nie pozwolą Hiszpanii czy Niemcom na zagarnięcie europejskiej strefy. To może wyłącznie kwestia nastawienia, może konkretnych planów, może wymienionego jednego czy drugiego kontekstu dla danego zdarzenia - ale nie może przejść w mentalność. Dopiero jak to się stanie będzie można się obawiać o pozycję Premier League w tym wyścigu.

piątek, 07 lutego 2014
Czas jest przereklamowany

W tygodniu, który rozpoczął się od wielkiego grania w Manchesterze, ale rozwinął się w raczej powolną, niespodziewanie nudnawą przerwę w wydawałoby się najgorętszej części sezonu, iskierką, która rozpaliła dyskusję był temat zwolnienia Michaela Laudrupa ze Swansea. 

Jak już pewnie wiecie z tekstu Michała Okońskiego, powodów do zwolnienia nie brakowało. Czy to domniemane luźne podejście Duńczyka do prowadzenia zespołu, czy krótki urlop po porażce w kluczowym meczu z West Hamem, czy nie dbanie o atmosferę w zespole... Czy wreszcie kiepskie wyniki na przestrzeni ostatnich pięciu spotkań, miesiąca, sezonu czy roku. Niewiele świadczyło na korzyść Laudrupa. Nawet ten zdobyty puchar ligi był już tak dawno temu, że nie potraktowano go jako powód do kontynuowania współpracy.

Niektórzy powiedzą, że jest to słuszne działanie klubu - reakcja na splot wydarzeń o których wiemy lub nie, które już ujrzały światło dzienne lub dopiero ujrzą, choćby w obliczu rozważanego przez Laudrupa pozwu. Nie dali nawet czasu na pożegnanie się z piłkarzami, uwierzycie?

Właśnie, czas. Czas był też tematem bodaj najciekawszego tekstu w tym tygodniu autorstwa Rory'ego Smitha. Na stronach piłkarskich ESPN tłumaczy, dlaczego w Anglii czas nie jest... przyjacielem. - Jeśli tylko menedżerowi da się czas, sukces jest zagwarantowany. Spójrzcie na Sir Aleksa Fergusona, Arsene Wengera czy Sir Matta Busby'ego i całą resztę. Wszyscy mieli czas, wszyscy osiągnęli sukces - pisze dziennikarz "The Times".

Po czym gnębi ten popularny i zurzyty argument, tłamsi go w dłoniach, rzuca pod nogę i jeszcze butem przygniata przed ostateczną utylizacją. - Te przypadki [Ferguson, Wenger, Busby i jeszcze Clough - przyp. red.] nie udowadniają, że menedżerowie mogą odnieść sukces tylko dzięki temu, że dostali czas. Wręcz przeciwnie, to świadczy o tym, że sama czołówka menedżerów znajduje sposób, by ich przesłanie było ciągle świeże, a efekt znaczący - udowadnia Smith.

Jednak wnioskiem dziennikarza, poprzez odwołanie do Laudrupa i tego jak czas działał na jego niekorzyść, nie jest zrezygnowanie ze wzajemnego zaufania, ale to co "czas" oznacza. - Czas nie jest gwarancją sukcesu - punktuje Smith - To obietnica klęski.

Pójdźmy dalej - ten czas w pracy menedżera jest generalnie przereklamowany. Przecież pomijając sposób czy samo załatwienie sprawy, Swansea postąpiła słusznie zwalniając Laudrupa. Nie widzieli sensu w tym, by prowizorkę kontynuować, a sygnały z szatni (serio, zajrzyjcie do tekstu Michała Okońskiego!) były bardziej niepokojące niż jedno spojrzenie w tabelę. 

Nie ma też czasu szukać następcy, więc bierze się tego, który problem zdiagnozował już dawno i to pewnie w bezpośrednich rozmowach z prezesem klubu. Garry Monk prosto szatni przeniósł się do gabinetu. Swansea może i w prasie jest łączona z Glennem Hoddlem, ale nie daje sobie czasu jak np. West Brom. Pierwsze mecze Pepe Mela nie były świetnymi widowiskami, a i zwolnienie Steve'a Clarke'a nadal pozostaje kontrowersyjne, lecz progres jest zauważalny.

Tylko West Brom trzy tygodnie stracił - najpierw z Hiszpanem rozmawiając, potem szukając innych, oddając zespół asystentowi i ciągle powtarzając, że "spokojnie, mamy czas" i ostatecznie zwracając się do Mela. Nieprawda. Jak w grudniu tego czasu nie było, tak teraz jest go tak mało, jak przewagi nad strefą spadkową. Włodarze WBA dawali sobie czas na znalezienie kogoś odpowiedniego, pasującego do projektu (już teraz mówi o nim Mel w perspektywie kolejnych 2-3 lat), ale ich proces rekrutacji, podobnie jak owiany legendą "czas", był i jest przereklamowany.

Stąd Manuel Pellegrini od początku sezonu mówi o poczwórnej koronie, stąd nikt nie wierzy w wygadywane przez Mourinho bzdury o "źrebaku" - nawet jeśli proces dorastania jego zespołu jest zauważalny i zrozumiały, to pewnych rzeczy po prostu się oczekuje. Chillijczyk z kolei czasu nie ma, bo jego zespół to drużyna u szczytu - z PIĘTNASTOMA piłkarzami pomiędzy 25. a 28. rokiem życia, najlepszym w okresie kariery piłkarza. Kiedy więc stawać na szczycie, jak nie taraz?

Czasu nie ma David Moyes. Oczywiście Manchester United wyjdzie na prostą, a może i doczłapie się do Ligi Mistrzów, lecz szkockiemu menedżerowi coraz bardziej brakuje czasu na pokazanie swojego pomysłu. Owszem, dostanie kolejne lato i pewnie sprowadzi 2-3 piłkarzy, lecz z już i tak mocno ograniczonym zaufaniem kibiców, Moyes może również stracić czas powierzony mu przez właścicieli. Właścicieli, którzy czasu nie mierzą w sezonach, ale kolejnymi notowaniami na nowojorskiej giełdzie. Tam też nie jest wesoło dla United.

Brendan Rodgers fajnie pracuje nad projektem i sam się na nim uczy, ale nie ma już czasu, by czekać na Ligę Mistrzów - on potrzebuje jej teraz, choćby dla zatrzymania Luiza Suareza czy zbudowania reputacji klubu. Nie patrzcie w bogatą historię Liverpoolu, bo nie robią tego piłkarze z listy życzeń szkoleniowca - dla nich czas jest przereklamowany także w tym względzie, perspektywa walki o Ligę Mistrzów jest niczym przy faktycznej grze na szczycie.

Patrzmy na Fulham - tam po zwolnieniu Jola zatrudniono nie tylko menedżera (Rene Meulenteen), ale szybko dokoptowano mu asystenta (Ray Wilkins) i jeszcze doradcę (Alan Curbishley) z których to każdy może ten zespół przejąć. Nie ma czasu na pomyłki, nie będzie później na zmiany. Tu nie chodzi o to, że "co trzy głowy to nie jedna" - sensem przekazu Fulham jest, że gdy zetnie się jedną, kolejna pod topór podstawi się sama.

Lista może ciągnąć się dalej, czas przecież kończy się wielu menedżerom w Premier League, a nawet jak spojrzymy pod pewnymi aspektami na pracę Arsene Wengera, on też już o tym wie. Czas jest przereklamowany, a wspominają o nim wyłącznie dziennikarze krytykujący niecierpliwość właścicieli i prezesów. Czasem zdarzy się jednemu lub drugiemu kibicowi, bo zaraz wyjdzie na hipokrytę, gdy przy drugiej czy trzeciej porażce z rządu włączy się do grona śpiewających menedżerowi o "zwolnieniu następnego poranka".

Czas jest przereklamowany w pracy menedżera. Czas coraz częściej obnaża ich słabości (patrz: Laudrup i artykuł Smitha), a coraz bardziej ceniony jest wpływ natychmiastowy, reakcja na kryzys i szybkie podniesienie jakości zespołu. Nie można jednak powiedzieć, by kluby operowały tym samym czasem - dla nich perspektywa jest inna, coraz częściej to już tylko prezesi i dyrektorzy budują drużyny, po prostu dając kogoś do właściwego ustawiania pionków na szachownicy. 

Nie chodzi o to, że świat pędzi do przodu, a niektórzy mają problem, by się załapać - po prostu przy takiej prędkości niektórzy nie potrafią działać. W końcu metodą naturalnej selekcji, sposobem "skoro szybko zatrudniłem to i zwolnię" znajdzie się kogoś, kto da wyniki. I czy dostanie on czas? Nie, do pierwszego kryzysu, do pierwszej zadyszki i będzie po wszystkim. 

Wzorem menedżerskiej tymczasowości jest oczywiście Chelsea. Grant, Hiddink i Benitez w ostatnich latach takie role mieli wpisane w swoje umowy z klubem, ich przyjście i odejście nie zmieniło wiele, nie było efektu negatywnego, raczej po prostu byli krótkim przystankiem na drodze całego klubu. I nawet Jose Mourinho, który ostatnio tak wiele mówi o "projekcie", "wieloletnim planie" i tym podobnych czarach zdaje się wpadać w zastawioną raz pułapkę. O ile przecież w talent składu wierzy każdy rozsądny czy oglądający poniedziałkowe wyczyny Chelsea, to już w długą i owocną pracę Portugalczyka w jednym miejscu nie. 

Czas nie jest gwarantem sukcesu? Pełna zgoda. I za tym kibicowska, ekspercka czy neutralna perspektywa też się zmienia. Zwolnili Laudrupa? Nie ma wielkiego płaczu, nie ma skandalu, nie było go też przy AVB, Clarke'u czy Mackayu - jeśli już to głosy oburzenia zajmowały się sprawami pobocznymi (transfery, właściciele, odpowiedzialność), nie czasem przez nich (nie) otrzymanym. Wkrótce z pracy menedżera ten termin całkowicie wykreślimy - albo wykreślą go oni sami?

środa, 18 grudnia 2013
Liga Mistrzów, 4-4-2 i Portugalczycy

Wiecie już pewnie, że ten blog nie jest moją jedyną aktywnością, a że od początku tygodnia trochę się naprodukowałem, małe podsumowanie - choćby dla Was, byście mogli wybrać "swoją" tematykę. 

***

Chociaż pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów dopiero za dwa miesiące, dotychczasowa forma drużyn w rozgrywkach krajowych i europejskich daje podstawy do dyskusji nad najciekawszymi starciami. Gdzie Arsenal powinien szukać swoich szans? Czy powrót Drogby będzie dla Chelsea bolesny? Jak Atletico rozbije defensywę Milanu? Dlaczego City może wyeliminować Barcelonę?

O taktyczno-personalnych bitwach, które czekają na nas już w lutym, napisałem TUTAJ.

***

Dwa szokujące zwolnienia tuż przed najtrudniejszą fazą sezonu Premier League udowadniają, że to nie menedżerowie nie potrafią zapanować nad swoimi nerwami, ale ich szefowie. Zarówno Steve Clarke, jak i Andre Villas-Boas odeszli, gdy ich praca wciąż rokowała i dawała nadzieję - pomimo wyraźnych sygnałów o problemach.

Steve Clarke i Andre Villas-Boas a kontynentalny model zarządzania klubem i krytyka angielskich drużyn? Znajdziecie to TUTAJ.

***

- Nie ma niczego, co prawdziwe 4-4-2 może powstrzymać - mówił kilka lat temu Jose Mourinho o wymieraniu jednego z najważniejszych i do niedawna najczęściej używanych ustawień w międzynarodowym futbolu. Portugalczyk odnosił się do starcia tej taktyki z bardziej współczesnymi odmianami, 4-3-3 czy 4-2-3-1, które polegają na posiadaniu trzech piłkarzy w środku pola i korzystaniu z liczebnej przewagi w tej strefie. Ostatnio tak wygrywa się tytuły.

O ożywianiu piłkarskiego trupa, czy raczej reinkarnacji 4-4-2 napisałem TUTAJ, na przykładzie Manchesteru City.

***

Nie odbierając nic Sunderlandowi, który w dogrywce po Chelsea się po prostu przebiegł, ich nie powinno się do szansy na wygranie tego meczu nawet dopuścić. Czy to dośrodkowanie z rzutu rożnego, czy, jak się później okazało, prosta akcja środkiem pola, która udała się dzięki wyłączeniu koncentracji, czujności i... umiejętności.

O Mourinho i tym jak pęka jego ewolucja przeczytacie... post niżej. Dla lubiących klikać: TUTAJ. 

czwartek, 28 listopada 2013
Najtrudniejszy jest koniec, Rio

Jak kończyć piłkarską karierę?

Można, jak Frank Lampard, wciąż być zawodnikiem ważnym dla swojej drużyny, okazjonalnie udowadniać, że błysk nie przeminął, choć nogi już nie noszą. 

Można, jak Ryan Giggs, walczyć z opiniami kibiców, odnajdując się w innych rolach, bazując na zaletach, których młodsi po prostu nie mają.

Można, jak Graham Alexander, odejść na własnych warunkach.

Można, jak Paul Scholes, karierę zakończyć i do grania wrócić, by dalej wszystkich zachwycać.

Można, jak tuziny pseudo gwiazd, zapić się, zapaść i żalić przed światem. 

Można, jak Gianluca Vialli, płynnie przejść z grania do trenerki.

Można, jak Rio Ferdinand, być doskonale na emeryturę przygotowanym. I odchodząc w zasadzie nie czuć tej różnicy, przez nawał obowiązków pozaboiskowych. 

O tym ostatnim napisałem dla sport.pl - przeczytacie TUTAJ. Fragment poniżej.

"(...) Z West Bromem najpierw ośmieszył go Amalfitano, zakładając siatkę i odjeżdżając przed strzeleniem gola, a potem zgubił go na kilku metrach Berahino, którego strzału Ferdinand nie był w stanie zablokować. - Kocham Twój styl bronienia - napisał w tamtych dniach do Ferdinanda jeden ze śledzących go użytkowników Twittera. - Najwyraźniej nie widziałeś kilku moich ostatnich spotkań - przyznał otwarcie Anglik. W lidze więcej odbiorów od niego ma młody Januzaj, częściej piłkę przechwytywał krytykowany Valencia, skuteczniej radził sobie w pojedynkach główkowych Chris Smalling, który od Ferdinanda przecież grał mniej. (...)"

poniedziałek, 18 listopada 2013
Czy Hodgson podbił Niemcy?

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad alternatywną historią futbolu? Przykładowo, co by się dziś działo, gdyby Jose Mourinho tak zachwycił szefów Barcelony, że ci daliby mu natychmiast stanowisko szkoleniowca przed kilkoma laty? Gdzie byłaby dziś Chelsea bez Romana Abramowicza? Jak potoczyłyby się losy Manchesteru United, gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych Sir Alex Ferguson przegrał najważniejszy mecz swojej kariery?

Po Mistrzostwach Świata w 1998 roku, gdy Roy Hodgson był menedżerem Blackburn Rovers, zadzwonił do niego prezydent Niemieckiego Związku Piłki Nożnej, Egidius Braun, który chciał go zatrudnić w roli selekcjonera. Jak pamiętamy, ta impreza zakończyła się dla kadry Bertiego Vogtsa klęską i ostatecznie zatrudniono Ericha Ribbecka. - To był dla mnie zaszczyt, gdy zadzwonił Braun - wyznaje w wywiadzie dla "Bilda" Hodgson - Byłem na jego liście. Miałby on jednak problem z przekonaniem kibiców do zagranicznego szkoleniowca.

- Wtedy też mój przyjaciel Franz Beckenbauer powiedział mu, że zagraniczny selekcjoner nie pomógłby stworzonemu programowi szkolenia młodych trenerów i ich rozwojowi - tłumaczy Hodgson wpływ "Kaisera" na ostateczną decyzję prezydenta DFB. Anglik został w Blackburn z którego w tym samym sezonie go zwolniono, co zmusiło go do ponownego wyjazdu na kontynent. Do Premier League wrócił po prawie dziesięciu latach, a kolejne z jego epizodów - Fulham, Liverpool, West Brom i reprezentacja - to już historia, którą wciąż tworzy, choćby we wtorkowym sparingu Anglii z Niemcami.

Jednak czy nie warto zastanowić się, co by było gdyby wtedy w rozmowie z prezydentem DFB, Franz Beckenbauer powiedział: "Wiesz co, człowiek z takim doświadczeniem międzynarodowym, znawca różnych styli, ktoś kto doprowadził Szwajcarię do trzeciego miejsca w rankingu FIFA, może być świetnym przykładem dla naszych trenerów. Także na to, że nie warto trzymać się jednego kraju i jednej szkoły."

Braun z rady mistrza korzysta, dzwoni raz jeszcze do Hodgsona, ale już z konkretną ofertą. Anglik daje się przekonać, zostawia dołujące Blackburn, przenosi się do Niemiec i... co dalej? Przed Wami historia alternatywna.

---

Był lekko zestresowany, ale na podium wszedł pewnym krokiem, a odsuwając sobie krzesło i siadając na swoim miejscu spojrzał na sporą publiczność nieśmiało się uśmiechając. O ile uprzejmościowe "dzień dobry" w języku niemieckim jeszcze nie zrobiło na dziennikarzach wielkiego wrażenia, to płynne operowanie tym językiem przy kolejnych pytaniach spotkało się z entuzjastycznymi reakcjami prasy. "Prawie jak nasz", krzyczał "kicker" ze swojej okładki, chwaląc Hodgsona za jego spokój, wyważone komentarze i świadomość wyzwania jakie przed nim stoi.

- Zdaję sobie sprawę, że wynik na Mistrzostwach Świata nie odpowiadał wymaganiom tak wspaniałych kibiców. Widzę jednak potencjał w tej drużynie i, starając się jednocześnie wprowadzić pewne zmiany, najważniejszym zadaniem będzie kwalifikacja do najbliższego Euro oraz występ w Pucharze Konfederacji. Mam to szczęście, że zmierzymy się z kilkoma drużynami ze Skandynawii, a to styl doskonale mi znany. Wiem, co należy zrobić, by zagrać w Belgii i Holandii - mówił Roy Hodgson, gdy siedzący obok niego Franz Beckenbauer kiwał głową z aprobatą i uśmiechem. 

Jego pierwszy rywal, Malta był mniejszym wyzwaniem niż próba nawrócenia Jurgena Klinsmanna na powrót do gry w klubie i reprezentacji. Do byłego kapitana Niemców pojechał w pierwszym tygodniu po nominacji, rozmawiał godzinami i wskórał tyle, że napastnik obiecał raz jeszcze zastanowić się nad swoją decyzją. Po dwóch tygodniach już podpisał nowy kontrakt z Tottenhamem, wrócił do treningów i chociaż z Maltą czy Rumunią nie zagrał - kadra Hodgsona wygrała 5-0 i 2-1 - to na pierwszy mecz eliminacji był gotowy.

- To jeden z niewielu piłkarzy po trzydziestce z kadry na Mistrzostwa we Francji, a mieliście ich dwunastu, którego chciałem zatrzymać - mówił Hodgson przed problematycznym i wiele znaczącym meczem wyjazdowym z Turcją. W prasie huczało od opinii na temat taktyki. - Powinien zagrać trójką z tyłu - namawiał Anglika Erich Ribbeck, emerytowany szkoleniowiec największych niemieckich drużyn. Hodgson jednak uparcie trzymał się swojego 4-4-2, w bramce wystawiając Kahna, który co prawda zaliczył kilka dobrych interwencji, ale w bezbramkowym remisie nie było lepszego zespołu.

- Początek musiał być trudny. Postawiliśmy na organizację gry obronnej mając w pamięci to jak zły był ostatni mecz o stawkę tej reprezentacji - tłumaczył Hodgson przywołując tragiczną porażkę 0-3 z Chorwacją. Uniknął on negatywnych ocen głównie dzięki kolejnemu spotkaniu i pokonaniu Mołdawii na wyjeździe. Cudowne dwa trafienia Larsa Rickena oraz powrót do strzeleckiej formy Jurgena Klinsmanna były dla prasy po prostu ważniejsze. 

Pierwsze pół roku pracy zakończył meczem towarzyskim z Holandią. Kolejny bezbramkowy remis jednak nie ucieszył kibiców i dziennikarzy, zwłaszcza, gdy ci drudzy na pomeczowej konferencji zobaczyli uśmiechniętego Hodgsona. - Na nich zbudujemy sukcesy tej reprezentacji - mówił Anglik wskazując na Dietmara Hamanna, Markusa Babbela i Christiana Ziege, który w wieku 26 lat był z tej trójki najstarszy. Prasa po raz pierwszy pokusiła się o delikatną krytykę selekcjonera pytając, czy do czasu Euro zdążą oni dorosnąć. - Co to za prasa, która nie popiera promowania największych talentów z własnego kraju?! - odpiera te ataki Beckenbauer.

Jeszcze większym zaskoczeniem był wybór kadry na lutowy wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Wśród powołanych znalazł się... 38-letni Lothar Matthaus. Pierwsza konferencja prasowa po tych nominacjach była dla Hodgsona zarazem najtrudniejszą. - Co z tym odmładzaniem kadry, Roy? - spytał jeden z dziennikarzy. - Cóż, w każdym zespole potrzeba trochę doświadczenia. Rozmawiałem z Lotharem, to jeden z najlepszych piłkarzy tej generacji i kilku poprzednich. On po prostu musi być w tym zespole - tłumaczył Hodgson - Problematyczny? Nie słyszałem o żadnych kłopotach z jego udziałem. Za to widziałem kilka doskonałych jego spotkań, także w tym roku.

Porażka z USA nie była wpisana w rozkład Hodgsona, nawet jeśli dał on debiuty kilku ważnym piłkarzom, m.in. Sebastianowi Deislerowi i Michaelowi Ballackowi. O tym drugim mówił, że powinien przyglądać się pracy Hasslera i Scholla na treningach, a wkrótce będzie ważnym zawodnikiem w jego drużynie. Jednak kibice otwarcie krytykowali powoływanie Carstena Janckera, którego wszędzie, nawet w Monachium, uważano za trochę drewnianego. - Muszę szukać opcji rezerwowych dla Bierhoffa i Klinsmanna, skoro już Ulf Kirsten nie będzie nam pomagał. Jest jeszcze Michael Preetz, ale większy potencjał widzę u Carstena - mówił otwarcie Hodgson, wskazując na to jak wiele pojedynków główkowych wygrał ten napastnik. Fani więc skupili się na krytyce stylu, który zaczął przyjmować jego zespół...

Jednak po wygranym 3-0 meczu z Irlandią Północną już nikt nie narzekał. Chociaż obawiano się zderzenia z typowo wyspiarskim stylem gry, to Hodgson przyjął metody rywali i zestawił jeszcze ostrzej grający zespół. Dwie drużyny kończyły spotkania w osłabionych czerwonymi kartkami składach, a dwa stałe fragmenty gry wykończone uderzeniami głową Janckera już przed przerwą dały Niemcom prowadzenie. I to Mattheus z rzutu karnego wykończył rywali po przerwie. Po kilku dniach pokonano również Finlandię, chociaż kibice przeżywali prawdziwe męczarnie i dopiero w samej końcówce dośrodkowanie wykorzystał wprowadzony Klinsmann. 

Nie dziwił więc umiarkowany optymizm przed Pucharem Konfederacji. Jednak Brazylia pozbawiła złudzeń sztywno grający zespół, swoją rotacją i falowymi atakami, które zepchnęły Niemców do obrony. Bezlitosny był Ronaldinho, strzelec dwóch goli w zwycięstwie 3-0. - Musimy zaakceptować etap na którym się znajdujemy - mówił Roy Hodgson. I chociaż Nowa Zelandia została rozbita, to bezbramkowy remis z USA znów nie spotkał się z pozytywną reakcją w kraju. - Miałem ochotę położyć się i przespać ten mecz - powiedział Beckenbauer. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Przed kluczowymi spotkaniami jesiennymi, w Bayernie Monachium wybuchła wielka afera. Mattheus naobrażał Kahna na jednym z treningów, w całość wtrącił się i Jeremies, i Linke, a rykoszetem oberwał... Jurgen Klinsmann. W jednej chwili wydawało się, że Hodgsonowi rozleciała się reprezentacja, gdy jeszcze wyraźniej podzieliła się grupy trzydziestolatków i młodszych. - Nie mam zamiaru wybierać - mówił zdecydowanie Anglik - Nie obchodzą mnie klubowe waśnie, liczy się tylko reprezentacja.

Nie mówił już tak samo, gdy do akcji wkroczyła federacja i, wbrew jego opinii, pozbawiła Mattheusa kapitańskiej opaski. Ten zrezygnował z gry w kadrze, obraził wszystkich i zanim skończył się sierpień, wyjechał do Stanów Zjednoczonych... ratując sezon Bayernu. To nie pomogło jednak drużynie, zwłaszcza, gdy po stronie obrońcy opowiedział się Jens Lehmann, rozpoczynając wieloletnią wojnę z Olivierem Kahnem

Nigdy więc zgrupowaniu reprezentacji Niemiec nie towarzyszyło takie zainteresowanie jak przed meczami z Finlandią i Północną Irlandią. Pierwszy mecz to remis, który był nawet zagrożony - Shefki Kuqi w osiemdziesiątej minucie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie i tylko sprytne wykończenie akcji przez Ziege dało gościom wyrównanie w doliczonym czasie gry. Po raz pierwszy za kadencji Hodgsona w bramce zagrał Lehmann, co dało mediom temat na kilka kolejnych dni. - Oli jest wybitnym zawodnikiem, ale każdemu obiecałem szansę, a Jens na nią zasłużył - mówił Anglik - Wojna? Moja reprezentacja pracuje ciężko, mamy niezłe wyniki i budujemy na przyszłe pokolenia niemieckiego futbolu. 

Jednak kolejny mecz też nie przyniósł mu chwały. Z Irlandią Północną w Dortmundzie męczył się straszliwie, a gdy tuż przed przerwą obrońca gości, Morrow, wyprowadził ich na prowadzenie, kibice żegnali zespół donośnymi gwizdami. To co stało się w przerwie meczu miało przejść do historii niemieckiego futbolu. Bierhoff pobił się z Schollem, Kahn oskarżył Lehmanna o błąd, który doprowadził do utraty bramki, a Roy Hodgson po raz pierwszy był zmuszony podnieść głos w szatni. W następnych miesiącach tabloidy rozpisywały się o tych wydarzeniach, przedstawiając wiele własnych wersji z równie wiarygodnych źródeł, ale najważniejszy był i tak wynik meczu. Selekcjoner w przerwie dokonał dwóch zmian, zszedł m.in. Carsten Jancker, a Hodgson zdecydował się na grę 4-2-3-1. - Grajcie po murawie krótkimi podaniami - miał powiedzieć angielski szkoleniowiec swoim piłkarzom. Podziałało, chociaż wygrana okazała się minimalna po dwóch golach niezawodnego Ziege.

Domowy mecz z Turcją w Monachium miał dać nie tylko awans na Euro 2000, ale też pełny obraz kadry Hodgsona. Media coraz głośniej domagały się jakości widzianej tylko momentami, odbierając mu argumenty o stawianiu na młodzież czy przebudowie drużyny. "Grasz o pracę!" - twierdził "kicker". - Oczekiwaliśmy większego skoku jakościowego - twierdzi Beckenbauer - Ale może nie powinniśmy się tego spodziewać po Angliku - stwierdził pół żartem pół serio. 

Mecz miał być formalnością, ale okazał się dramatycznym starciem. Hakan Sukur strzelił dwa gole, a dopiero trafienie Bierhoffa z ostatniej minuty dało Niemcom remis. - Gra dwudziestu dwóch piłkarzy, a i tak na końcu awansują Niemcy. Nawet z Anglikiem - kpił reporter BBC nagrywający materiał dla swojej stacji. "Szczęściarz" - pisał Bild. - Na Euro zobaczycie inny zespół - obiecywał z kolei Hodgson, podkreślając, że w eliminacjach nie przegrał żadnego spotkania.

Przygotowania były jednak kiepskie. Z Holendrami Niemcy przegrali, przeciwko Chorwacji ugrali ledwie remis, a na stulecie federacji strasznie męczyli się z ambitnymi Szwajcarami, by ostatecznie przegrać po błędzie Lehmanna z ostatnich minut. - I tak będę na niego stawiał, bo bramkarz potrzebuje zaufania - komentował Hodgson. - Jestem nieszczęśliwy, bo widzę jak dramatycznie on gra - miał wyznać Kahn w wywiadzie z którego następnie się wycofał. 

Rumunia, Anglia i Portugalia czekały na Niemców w fazie grupowej Euro 2000. Pierwsze spotkanie przyniosło spodziewane zwycięstwo a Hodgson mówił o postępie jaki przeszła jego kadra od pierwszego meczu z tym rywalem. Jednak bezbramkowy remis z Anglią został ogłoszony najgorszym meczem w historii Mistrzostw Europy, bez jednego celnego strzału i z piłką głównie latającą nad głowami piłkarzy. "Co za..." - pisał Bild na czołówce, pod spodem dając zdjęcie... psiej kupy. - Z tak słabymi Niemcami jeszcze nie graliśmy - pisali w Anglii. 

Wszystko miało rozstrzygnąć ostatnie spotkanie. Roy Hodgson wiedział, że wystarczy mu remis, więc zastosował wybitnie defensywną taktykę z piątką obrońców i osamotnionym, niedoświadczonym Janckerem w ataku. Jednak gdy Luis Figo w piętnastej minucie z trzydziestu metrów nie dał szans Kahnowi, Niemcom zabrakło pomysłu. Wiadomości z drugiej połowy o wysoko wygrywających Anglikach tylko dopełniły obrazu reprezentacji, której piłkarze, przy jednym z rzutów rożnych rywali, zaczęli przepychać się między sobą. Euro skończyło się kompromitacją.

- Wracamy do piłkarskiego średniowiecza - narzekał już w przerwie Beckenbauer - Zostaliśmy sprowadzeni na poziom Anglików - dodawał. - Nie wiem, co mówił mój przyjaciel, ale jestem przekonany, że w pełni popiera ten zespół - unikał komentarza Hodgson, twierdząc jednocześnie, że jego projekt zasługuje na kolejne dwa lata. Kontrakt jednak nie został przedłużony, a federacja niemiecka postanowiła wprowadzić rewolucyjny system szkolenia młodzieży oraz popularyzacji piłki nożnej w kraju rozczarowanym ostatnimi latami takiej gry.

- Jeszcze zagramy w finale Mistrzostw Świata - mówił Franz Beckenbauer, gdy na stanowisko selekcjonera mianowano Rudiego Voellera. - Tu nie chodzi o odbudowywanie swojej reputacji, ale pracę z interesującym zespołem - twierdził Roy Hodgson po nominacji na menedżera Kopenhagi - W przyszłości chcę jeszcze wrócić do Anglii i być może popracować z tą reprezentacją. 

W Anglii te słowa szkoleniowca wyśmiano...

czwartek, 17 października 2013
Selekcjoner też człowiek

Wynik zmienia wszystko. Jeszcze tydzień temu nikt nie mówił o drużynie, która wreszcie gra nowocześnie, potrafi atakować i miażdżyć przeciwnika. Było za to o papierosach i Jacku Wilsherze, umiejętności pokonania jedynie San Marino i Mołdawii oraz martwiącym braku Theo Walcotta. Dwa mecze, sześć puntków, sześć goli i jeden zarezerwowany wyjazd do Brazylii później, Roy Hodgson jest przedmiotem fascynacji w angielskich mediach.

"Opowiedział historię o tym, jak będąc przed trzydziestką i grając w Szwecji chciał ze swoim kolegą i menedżerem Malmo, Bobbym Houghtonem, założyć wspólny biznes po zakończeniu kariery w futbolu. Miało być to biuro podróży." Daniel Taylor, The Guardian

Wyobraźcie sobie tę zazdrość Harry'ego Redknappa, który nie dość, że w książce bezpośrednio skrytykował Hodgsona i federację, to jeszcze miał być właśnie tym dającym reprezentacji ofensywny styl. Co prawda z Czarnogórą i Polską, ale reprezentacja Anglii naprawdę zrobiła kolejny krok w stronę stylu bardziej kontynentalnego niż typowo wyspiarskiego. Nie odbyło się to przez radykalną zmianę skóry, jakby to mogło mieć miejsce w przypadku nominowania bardziej taktycznie frywolnego Redknappa, ale stopniowo, przez bolesne czy trudne momenty (np. dwukrotnie przeciwko Ukrainie) do stanu w którym Anglia nie jest faworytem, ale znów zespołem przyciągającym uwagę.

Roy

Zaznaczmy, to wszystko w obliczu niemałej rewolucji. Przecież Phil Jagielka z Garym Cahillem to nie jest para stoperów ze snów, a jednak to właśnie oni rozegrali siedem ostatnich spotkań razem i ich współpraca układa się coraz lepiej. W obliczu wielu narzekań na Joe Harta i jego formę w ciągu ostatniego roku, to, że Anglia straciła w dziesięciu spotkaniach ledwie cztery gole powinno świadczyć o nich jak najlepiej. 

"Ostrożny, ważący każde słowo Roy Hodgson, człowiek nade wszystko ceniący cierpliwość, jest odpowiedzialny za najmniej spodziewany aspekt nowego stanu rzeczy, ekscytacji nad tak grającym zespołem", Jim White, The Telegraph

Transformacja dotyczy też Wayne'a Rooneya, który w eliminacjach strzelał w każdym rozegranym przez siebie meczu. Przecież na Euro 2012 miał on do dyspozycji zawodnika po ciężkim sezonie klubowym, ponoć lekko ociężałego i nieprzygotowanego, z którego zrezygnować nie mógł wyłącznie przez brak alternatywy. Ale za to zaoferował mu pewne miejsce w składzie pomimo kolejnego frustrującego roku z Manchesterem United i napastnik odwdzięczył się dziewięcioma golami w ciągu ostatniego roku.

Hodgson nadal ma problemy w swojej drużynie - środek pola aż woła o bardziej dynamicznego zawodnika, którego brak może być problemem przy rywalach lepszych (młodszych?) od Lamparda, Carricka czy Gerrarda - ale po przeprowadzonych na szeroką skalę testach powoli odnajduje swój skład. Andros Townsend był 50 przez niego sprawdzonym, a pewnie do czasu Mistrzostw jeszcze ta grupa się powiększy - może o Ravela Morrisona, który zachwyca ostatnio w lidze i młodzieżowej reprezentacji?

Dziś w angielskiej prasie pisze się przede wszystkim nie o selekcjonerze - pozycji dla Anglii przeklętej, niemożliwej do wykonania w sposób prawidłowy i wszystkich zadowalający - ale o człowieku. Jego zamiłowanie do sięgania po lektury bardzo oddalone od futbolowej rzeczywistości dziś znowu są wychwalane przez (nietabloidową) angielską prasę, bo o to nawet w noc po meczu z Polską Hodgson sięgnął po książkę "Stoner" Josha Williamsa. Sam Wallace przywołuje recenzję z "New Yorkera": "to opowieść o normalnym, niemal niewidocznym człowieku, który pracuje jako profesor".

"Spontanicznie podzielił się przemyśleniem, że jedną z ważniejszych spraw na Mundialu będzie odpowiednie wypełnienie piłkarzom długich godzin pomiędzy meczami", Sam Wallace, The Independent

Brzmi mało spektakularnie? Narracja pisze się jednak sama - w latach sześćdziesiątych po premierze sprzedano zaledwie dwa tysiące kopii tej powieści, a wybuch popularności przypadł dopiero na ostatnie kilka lat. Niech to, zachowując wszelką skalę, będzie odniesienie do Hodgsona, który wyborem był mało popularnym przy Harrym Redknappie, a wszyscy go mieli właśnie za przeciętniaka, może nawet nudziarza, który wybić się może jedynie od czasu do czasu z takim, przykładowo, Fulham. Przecież w pamięci wszyscy mieli ten nieszczęsny, kilkumiesięczny epizod na Anfield Road...

Najnowszym powodem do przyczepienia się do Hodgsona miał być więc żart, który selekcjoner opowiedział w przerwie piłkarzom, odwołując się bezpośrednio do Androsa Townsenda... Był on o "kosmicznej małpie", wyprawie NASA i niezadowolonym astronaucie, który miał swojemu towarzyszowi wyłącznie usługiwać - tabloidy (zwłaszcza jeden) otrzymawszy wyciek z szatni wskoczyły od razu na trop rasistowski, chociaż żadna ze stron nie poczuła się urażona.

"Jakiekolwiek są wasze uczucie wobec niego, trudno nie czuć sympatii wobec człowieka, który działa pod presją o wysokim napięciu, gdzie jeden błąd może zesłać go w wir wielkiego poniżenia, który przed nim zabrał już Steve'a McClarena i Kevina Keegana", Iain Macintosh, Unibet

Roy Hodgson oczywiście rasistą nie jest, a wtedy w przerwie chciał nie tyle odstresować piłkarzy, co samego siebie. Może mimika jego twarzy, której zbliżenia często pojawiały się w angielskiej relacji z meczu tego nie mówiła, ale wrażeniem podzielił się sam selekcjoner po meczu. - I died a thousand deaths every time they [Poland] crossed the halfway line - nieprzetłumaczone, bo piękniejsze w oryginale i idealnie obrazujące uczucia targające nim przy szansach Lewandowskiego. Tak, wynik zmienia wszystko, ale selekcjoner to też człowiek. I wiecie co? Anglicy wybrali sobie fajnego i ciekawego człowieka na selekcjonera.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6