środa, 30 kwietnia 2014
Krytykujcie Guardiolę, nie Mourinho

Zawsze można było spodziewać się tego, że Mourinho zaatakuje swoich krytyków, spróbuje odpowiedzieć na litanię zarzutów, która pojawiła się w ostatnich tygodniach. Jutro jedna z gazet przedstawi go jako wściekłego gościa, który z miną wariata zwraca się do przeciwników: "Wszyscy jesteście głupi!"

Niepotrzebnie? Wręcz przeciwnie. Przecież podobnie bronił ostatnich meczów Chelsea i jej stylu Diego Simeone, a więc niejako ofiara tej ultra defensywnej taktyki. Jak to barwnie ujął Mourinho: "mają w składzie Cecha i Drogbę nie starasz się wymieniać wyłącznie krótkich podań". To co miał Portugalczyk na myśli to fakt, że trzeba dostosowywać styl gry drużyny do jej... stanu posiadania. Banalna prawda?

Wspomniana litania zarzutów do Mourinho nie zaczyna się i nie kończy na "dwóch autobusach" o których mówił wściekły Brendan Rodgers, ale przede wszystkim dotyczy potencjału Chelsea. To już w mniejszym stopniu spojrzenie na mecz z Liverpoolem, gdzie w rezerwowym składzie i wyjątkowym zestawieniu "The Blues" ograniczyli się do blokowania przestrzeni, którą wcześniej inni chętnie "The Reds" (a zwłaszcza Suarezowi) udostępniali. Jednak wcześniejsze zarzuty, głównie dotyczące spotkania w Madrycie, skupiały się wokół wykorzystania talentu dostępnych mu piłkarzy. 

Nazwijmy to generalnie teorią "przemiany Ferrari w Opla", która to została chętnie podchwycona przez publikę niechętną Mourinho. Opiera się ona na twierdzeniu, że otrzymanych i nawet tych zakupionych piłkarzy Portugalczyk spaczył - stłamsił ich talent, by nauczyć antyfutbolu, "wykopywanki", strącić do dziewiętnastego wieku (co jest oczywiście błędnym odniesieniem). Nie potrafi on wykorzystać potencjału ludzkiego, ale jak najbardziej udaje mu się przekabacić zawodników pokroju Hazarda czy Williana do niewdzięcznej pracy w defensywie, gdy wszyscy wiedzą o cudach, jakie ci potrafią wyczyniać z piłką. 

Pewnie jako ideał tego wykorzystania teraz (skądinąd słusznie) wskaże się na Carlo Ancelottiego, który przecież Mourinho zastąpił w Madrycie. Już w pierwszym sezonie może osiągnąć więcej od Portugalczyka, może go przebić dzięki uwolnieniu mocy Bale'a, Benzemy i podtrzymaniu tej Cristiano Ronaldo. Dodatkowo czyniąc to wszystko w pokoju, spokoju i względnej ciszy, tylko od czasu do czasu przerywając ją pojedynczymi wybrykami, ale i tak nie skandalami.

Jednak i w tym przykładzie, i w kontekście tego co w Chelsea czyni Mourinho, należy kilka rzeczy zaznaczyć. Real bazuje na pracy, którą w ciągu trzech lat wykonał Portugalczyk (kontry, powrót do obrony, agresywność), choć nie wolno kwestionować wielu trafnych decyzji jego włoskiego następcy, rozwoju "Królewskich" pod czujnym okiem Ancelottiego. Z kolei Mourinho za każdym razem potrafił przekonać piłkarzy wielkiego kalibru do defensywnej pracy, wskazać im obszar do możliwego rozwoju dla dobra zespołu, a dopiero w dalszej kolejności ich własnych karier. Nie grali przeciwko niemu, teraz Hazard współpracę raczej sobie chwali, ma najlepszy sezon w Anglii, nie wygląda na stłumionego. Willian z kolei świetnie się odnalazł w nowej rzeczywistości, jest kluczowym piłkarzem, którego znaczenie urosło do wielkiej rangi w Chelsea Mourinho. Można nawet kłócić się, że w kwestii Lukaku w jakimś sensie postępowanie poszło w stronę jego rozwoju w Evertonie, a nie ledwie walki o miejsce w składzie w Londynie.

Jest jednak i kolejny aspekt tej pogadanki o wykorzystywaniu potencjału ludzkiego - a w zasadzie kontekst, który dała nam porażka Bayernu Monachium w półfinale Ligi Mistrzów z (mimo wszystko) defensywnym, reaktywnym Realem Madryt. Spektakularne zwycięstwo "Królewskich" bazowało na postawieniu zasieków w obrębie pola karnego, zmuszeniu do ataków bocznymi strefami i zamknięciu wszelkiej przestrzeni na możliwe prostopadłe podania. Wszystko, co zdarzyło się później wynikało z klasy piłkarzy i umiejętności Ancelottiego w wykorzystaniu ich "szybkości oraz techniki". Tak, to słowa włoskiego szkoleniowca.

porównanie

Lecz spójrzmy na Bayern, Guardiolę i "tiki-takę". Czy w dzisiejszym meczu - a nawet w kontekście dwóch spotkań, czy nawet ostatnich tygodni mistrzów Niemiec - nie dostrzegacie tego, że w zespół, który ten barceloński styl gry zniszczył, starano się wpoić coś co do nich niekoniecznie pasuje? Innymi słowy, czy przypadkiem Guardiola źle wykorzystał dostępny mu potencjał ludzki?

Brzmi absurdalnie, bo krytyka w kontekście rekordowo szybko zdobytego mistrzostwa wygląda dziwnie, ale w Niemczech z Bayernem nikt nie miał prawa się równać pod każdym piłkarsko-pieniężnym względem. To odmienna sytuacja do nieco większej rywalizacji w Hiszpanii czy dużo bardziej skomplikowanej sytuacji w Anglii. W Bundeslidze Bayern miał wydeptaną ścieżkę, testem dla monachijskiej adaptacji filozofii Guardioli miała być Europa. 

Zachwiał nią Manchester City, problemy sprawił Arsenal, a nawet kryzysowy jak nigdy Manchester United - każdy zespół na swój sposób tłumiąc potencjał Bayernu. Czy może tłumiła go tiki-taka? We wtorek, ale i w środę widzieliśmy najsłabszego Ribery'ego od miesięcy, który w weekend w lidze błyszczał jak zawsze. Z kolei Toni Kroos nie przypominał nowoczesnego rozgrywania, gubiąc się wielokrotnie przy szukaniu bardziej skomplikowanych zagrań. Brakowało nawet słynnych "niewidzialnych" rajdów Mullera, boczni obrońcy byli do bólu przewidywalni, Mandżukić był jakby wyjęty z innej rzeczywistości, a nawet Schweinsteiger nie wyglądał w tym systemie, w tej filozofii na lidera jakiego bali się wszyscy przed rokiem.

Czy więc największe testy w sezonie Bayernu nie pokazały, że upór Guardioli w trzymaniu się tiki-taki tłamsi posiadane indywidualności? Albo pozwala rywalom na łatwiejsze radzenie sobie z ich wadami, bo są one bardziej wyeksponowane zarówno indywidualnie, jak i drużynowo? Czy to nie jemu należy się krytyka, która w niespotykanej dotąd skali spadła na Mourinho? Bo, po prawdzie, Mourinho jest znacznie bardziej uniwersalnym szkoleniowcem niż Guardiola, który rotuje nie tylko ustawieniami, ale i filozofią (od posiadania piłki do ultra defensywy), gdy Hiszpan trzyma się jednego kursu rotując personaliami i ich pozycjami na boisku.

Są oczywiście kolejne przykłady braku umiejętności wykorzystania potencjału jakim dysponują trenerzy największych klubów. Bodajże najlepszymi przykładami korzystania z zasobów są Diego Simeone, Brendan Rodgers, Giampiero Ventura i nieustannie Jurgen Klopp. Na przeciwnym biegunie wielu ustawi Gerardo Martino, Davida Moyesa, Tima Sherwooda (?) czy nawet Laurenta Blanca. Rośnie liczba kibiców i ekspertów, która pierwotnie dodanego do pierwszej grupy Guardiolę teraz wolałaby przenieść do tej drugiej...

Czy więc o wszystkim nie powinny decydować wyniki? Mourinho (szczęśliwie) ugrał trzy punkty na Anfield Road, ale wcześniej zmieniać styl zespołu radził sobie z bardzo silnym indywidualnie PSG, a wcześniej nieprzewidywalnym Galatasaray. Jeśli przejdzie przez Atletico to będzie znaczyło, że Portugalczyk znalazł kolejną broń - jeśli nie, to powinno i tak oszczędzić mu krytyki, bo przecież Simeone niedaleko do jego rywala. On w Madrycie też podporządkował świetnych piłkarzy defensywnej taktyce z korzyścią dla ich indywidualnych rekordów. 

To nie jest uderzenie w Guardiolę, to nie próba obrony Mourinho - raczej ukazanie hipokryzji uknutej na kolanie teorii. Hipokryzji tych, którzy wybierają jeden, konkretny styl, odrzucając inne możliwości, wskazując i definiując "piękno", "dobro", "priorytet". Tymczasem kolejne lekcje udzielane nam w Lidze Mistrzów pokazują, jak wielce istotna jest uniwersalność drużyn i menedżerów - widzimy to w spektakularnych zwycięstwach oraz niespodziewanych porażkach. Piłkarski świat już zmierza w tym kierunku, poniekąd szkoda, że niektórzy z własnej woli chcą oglądać jego plecy.

02:02, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (19) »
środa, 12 marca 2014
Ślepi pośród zrównoważonych

To nie momenty sukcesów decydują o ocenie transferów danego klubu, ale chwile porażek tak dotkliwych, jak te odniesione z rąk europejskich tuzów. Jest całkiem spora szansa, że zanim minie trzeci tydzień marca, angielskie drużyny będą mogły w komplecie skoncentrować się na walce między sobą w lidze. Pewnie drapiąc się z zakłopotaniem po głowie i zastanawiając się, co poszło nie tak.

Taktycznie, chociaż może ze zbyt dużym respektem dla rywali w pierwszych meczach, Arsenal i Manchester City można usprawiedliwić w wyjazdowych spotkaniach w odpowiednio Barcelonie i Monachium. Kanonierzy pięknie rozpoczęli trzy tygodnie temu, a do ich występu do momentu czerwonej kartki Szczęsnego zdaje się odwoływać Arsene Wenger - choćby tym twierdzeniem, że to był słabszy Bayern niż przed rokiem.

Z kolei Pellegrini nieźle przygotował swój zespół na pierwsze spotkanie, a i w rewanżu - chociaż balansując na granicy szczęścia i poprawności kilku (!) decyzji sędziowskich - podjął słuszną decyzję w przerwie. Wymuszoną przez kontuzję Aguero? Patrzmy na sposób gry City, akcje bocznych obrońców i ciężką pracę środkowych w starciu z jednym z najbardziej dynamicznych "trójkątów" w futbolu.

I to wtedy uwydatniały się te różnice w przygotowaniu drużyny do największych wyzwań. Zarządzający klubami muszą potrafić przewidzieć, założyć, że gdy w marcu czy kwietniu przyjdą najważniejsze spotkania z zespołami bardziej kompletnymi, może się zdarzyć sytuacja w której do akcji musi wkroczyć najpierw trzeci, a potem czwarty stoper. Albo, że trzeba lewego obrońcy, tudzież jakichkolwiek opcji ofensywnych na ławce rezerwowej.

To może być bardzo absurdalny wniosek - z pozoru - gdy do wydających setki milionów funtów za piłkarzy grę kreujących ma się pretensje o rzucanie marnych ochłapów na ludzi od destrukcji. Lub, w wypadku Arsenalu, zrezygnowaniu ze wzmocnień w innych strefach niż tylko ofensywna pomoc. To bodajże Barney Ronay z "Guardiana" pisał, że gdyby Wenger chciał wydać kolejne miliony, to raczej znów na kogoś w typie Mesuta Oezila, a nie - powiedzmy - Mathieu Flaminiego czy Oliviera Giroud. 

Demichelis oraz Lescott to tykające bomby, zresztą w tym samym stylu przypomniał się w weekend Micah Richards, teraz już wyłącznie ociężały czołg bez wyczucia własnej siły oraz zdolności do "czystej" interwencji. Szczęście Manchesteru City udało się przedłużyć i tak na dobre kilkadziesiąt minut, a skromne momenty przyzwoitej gry Lescotta - całe dwa odbiory! - były wyłącznie tym, czego można było się spodziewać: epizodami w pełnowymiarowym filmie, obrazie nędzy i rozpaczy. Nędzy składu City na tej pozycji, rozpaczy Pellegriniego przy korzystaniu z opcji rezerwowych.

Zimą można było to wszystko nadrobić. Jednak Citizens uznali, że sprowadzanie stopera z Portugalii nie opłaca się (w Europie by i tak nie grał) w obliczu Financial Fair Play, a Wenger desperacko dorzucił kontuzjowanego piłkarza do środka pola. To podsumowuje działalność transferową City i Arsenalu lepiej, dosadniej niż miliony wydane na Navasa, Negredo i Joveticia, czy samego Oezila.

W lidze Arsenal udanie przykrywał problem ogołoconego składu, ale jednak problemy w bezpośrednich starciach z rywalami do mistrzostwa zostały boleśnie przedstawione. Manchester City wypluwał z siebie kolejne gole do końca stycznia, by nagle zacząć się krztusić - przeciwko Norwich City, nawet w finale z Sunderlandem, później przeciwko Wigan, dziś w Barcelonie. 

Mówcie co chcecie o kryzysie Barcelony, ale to drużyna z wciąż zachowaną równowagą w jakości wyjściowego składu na najważniejsze mecze w Lidze Mistrzów. Podobnie Bayern, gdzie mnogość opcji Guardioli wręcz podsuwa jego podobieństwo do operatora buldożera

Czy ucierpi Chelsea i Manchester United? Koniec końców tak - jeśli nie za tydzień, to ten brak napastnika będzie wymówką Mourinho, a słabe skrzydła usprawiedliwieniem Moyesa. Kwestią nieznaną pozostaje to z czyich rąk dokona się to obnażenie ich słabości.

Angielskie kluby na ten moment nie są na takim etapie, by myśleć poważnie o podboju Ligi Mistrzów. Manchester City prawdopodobnie powinien patrzeć na PSG, gdzie nie było strachu przed wydaniem kilkudziesięciu milionów na gwiazdy do gry defensywnej. Chelsea niech idzie drogą Bayernu, gdzie Guardiola dorzuci Lewandowskiego, bo wie jak istotny jest napastnik lepszy od Mandżukicia. Manchester United żegna jedną generację piłkarzy (Giggs, Evra, Ferdinand, Vidić) i musi wprowadzić nowych. Wenger musi oprzeć się chęci wzmacniania drużyny piłkarzami o jednym profilu (ofensywnego pomocnika) - czyli iść drogą Barcelony?

Anglia wciąż się uczy i płaci za błędy. Boleśnie, bo ich fart w zwyciężaniu w Lidze Mistrzów wyczerpała Chelsea. Jednak znacznie więcej jest przykładów drużyn o zrównoważonym składzie i zabezpieczonych wszystkich formacjach, które wygrywały w europejskich rozgrywkach. Latem przekonamy się, czy w Europie Anglia nadal sukcesu chce szukać na oślep.

23:48, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 marca 2014
Jak stworzyć potwora

Oczywiście nie wierzę w to gadanie o czterech trofeach, nie wierzę, że na Camp Nou nagle Manchster City oprze się pressingowi wielkiego rywala, rozepchnie się w strefie środkowej i zastraszy Barcelonę mnogością opcji pod ich bramką. Piłkarskie cuda się zdarzają, ale raczej dotyczą maluczkich, mniejszych, słabszych - "Citizens" może dorobkiem historycznym odbiegają od przeciwnika z LM, ale siłą (budżetu) i jakością (piłkarzy) przynajmniej powinni aspirować do równości.

Dopóki do pracy nie weźmie się Messi, oczywiście.

Mniejsza też o Argentyńczyka. Dzisiaj Manchester City wziął swoje pierwsze trofeum w tym sezonie (równając do dorobku Davida Moyesa w United, powiedzą złośliwcy...) i nastąpił przewidywalny wylew... obaw przed konsekwencjami tego wyczynu. Czyżby nagle okazało się, że zespół Pellegriniego ze zdwojoną siłą ruszy na swoich rywali, podbudowany "wielkim tryumfem" w Pucharze Ligi?

Nienawidzę takich odpowiedzi, ale... i tak, i nie.

- Nie jesteśmy liderami, bo Manchester City rozegrał dwa spotkania mniej. Jeśli je wygrają to oni będą na czele - odrzucał wszelkie pytania o sytuację w tabeli własnego źrebaka Jose Mourinho. Nieprzypadkowo będzie więcej o jego Chelsea, bo to przecież Portugalczyk w swoim pierwszym roku w Londynie tak świetnie wykorzystał Puchar Ligi do celów motywacyjnych. Wygrana nad Liverpoolem była wtedy odniesiona w okolicznościach dramatycznych, gdy błąd z początku spotkania długo frustrował i nie pozwalał "The Blues" na rozwinięcie skrzydeł - brzmi podobnie? 

Zresztą wedle powszechnie kreowanej współczesnej teorii futbolu to Mourinho odpowiada za nadanie Pucharowi Ligi tej magii kreowania... maszyn. Drużyn przystosowanych do zwyciężania. Wtedy była to Chelsea, rok później Manchester United znów uwierzył, że może rywalizować z najlepszymi i użył zwycięstwa nad Wigan jako podbudowy pod kolejny sezon i powrót do ligowej dominacji. Tym samym miał być Puchar Ligi dla Arsenalu, prawda? 

Teraz też najgłośniej o dominacji mówi Pellegrini dla którego kariery jest to pierwsze poważne trofeum (Puchar Intertoto, serio?). Jemu też najbardziej było to potrzebne, bo ostatnio przegrał w lidze z Chelsea, w Europie z Barceloną, a na lokalnym podwórku zatrzymało go Norwich i sporo problemów sprawiło Stoke City. Nie tylko do podniesienia poziomu motywacji piłkarzy, spełnienia zachcianek i ambicji bogaczy, którzy za nim stoją, ale dla własnej satysfakcji. Chilijczyk był wzruszony do tego stopnia, że w pomeczowym wywiadzie palnął, jak wielką dumą dla niego jest prowadzić Manchester United...

To co może nastąpić jest możliwe głównie dzięki jakości piłkarzy, która uwidoczniła różnicę między City a Sunderlandem i to nawet w momencie braku spójności, najwyższego stresu. Ktoś może wmawiać, że w uderzeniu Toure było wiele luzu, opanowania, ale on przed przerwą był jednym z najgorszych piłkarzy w swoim zespole, z frustracją reagował na każde niepowodzenie, wcale nie rządził i nie dzielił na boisku. Podobnie można powiedzieć o niewidocznym Nasrim, który nagle wyrósł jak spod murawy i po raz pierwszy tego dnia na Wembley wziął na siebie odpowiedzialność.

Tylko Manchester City miał już mieć takie zwycięstwa. Puchar Anglii miał zbudować tryumf w lidze, a tamto dramatyczne majowe popołudnie, które rozdarł okrzyk "AGUERO!" miało być przekute w sukces w Europie. Nic takiego się nie stało, wręcz kolejny finał oznaczał koniec pracy "architekta" tego sukcesu (tak, delikatna ironia w pełni zamierzona). Pellegrini i cały zespół zamiast brać przykłady z tamtych zwycięstw niech skupi się na przekuwaniu obecnego, gdy dla odmiany ma jeszcze na to czas w tym sezonie. Wtedy nie było to możliwe, latem zamiast rosnąć w siłę "Citizens" dreptali w miejscu.

Zresztą ten wzrost motywacji musi przyjść szybko. Ostatnie spotkania w których albo Manchester City podchodził ze zbyt dużym respektem (Barcelona), albo nie potrafił wznieść się nawet na okolice normalnego poziomu Norwich) czy po prostu zdawał się być otępiony odwagą rywala (Chelsea) to już przeszłość, ale przecież i z finału można wyciągnąć parę lekcji. Sunderland w pierwszej połowie może i bronił się głęboko na swojej połowie, ale potrafił zagrozić swoim rywalom po prostu izolując piłkarzy rywala z tymi własnymi, najlepszymi (Borinim, Johnsonem).

Kluczem były gole, a nie ostateczne zwycięstwo. Procent strzałów zza pola karnego Manchester City ma najniższy w lidze (33%), ale to dziś takim uderzeniem Toure dał im wyrównanie. Z kolei (procentowo) najdłużej przebywają na połowie rywala (31%), ale gol Nasriego padł po klasycznej kontrze. Nie samo zwycięstwo, ale sposób rozbijania przeciwnika, gdy nie idzie, a gdy jest to ważne byłby dla Manchesteru City najistotniejszą lekcją.

Może trzeba coś zmienić, może po prostu wyregulować, zrozumieć potrzebę delikatnych zmian i ostrożniejszej taktyki - choćby dla dobra Kompany'ego czy Demichelisa, których brak szybkości jest coraz dobitniej pokazywany przez kolejnych napastników. Zimą popełniono błąd, gdy uznano, że nie trzeba sprowadzać kolejnego stopera, więc teraz wypada obrócić go w coś lepszego - znów atakując kontrami, ale angażując 4-5 piłkarzy, nie dwóch jak z Barceloną...

Więc wbrew pozorom te wnioski po zwycięstwie nie są czysto "duchowe", "wolicjonalne" czy "motywacyjne" jakby tego chciała narracja. Nie - zespół na miarę mistrzostw buduje się na solidnych podstawach z których jedną z ważniejszych cech jest uniwersalność w realizowaniu własnych działań. U Pellegriniego tego właśnie mi brakuje, a mi dał się poznać jako uparty człowiek, menedżer konsekwentnie wierzący w Plan A i jego wykonawców. Może więc sukces w Pucharze Ligi nie zrobi z już wyuczonych zwycięzców totalnych dominatorów na krajowym podwórku w tym sezonie, ale z Chilijczyka zrobi szkoleniowca kompletnego, reagującego, płynnie zmieniającego, akceptującego potrzebę dostosowywania się do okoliczności.

I to z tą zmianą w Manchesterze stworzą (nowego) potwora.

00:38, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (1) »
środa, 30 października 2013
Londyńskie schematy

Koniec końców, było to najpewniejsze wyjazdowe zwycięstwo Chelsea. Wcale nie wymęczone, ale porządnie wypracowane, z dyscypliną w obronie, świetnym Mikelem w linii pomocy, bezbłędnym Matą, którego wkład w wygraną jak zwykle był nieoceniony. Przy wszystkich narzekaniach, protestach i groźbach Jose Mourinho związanych z rozgrywaniem dwóch meczów z wymagającymi rywalami w niewiele ponad 48 godzin, Portugalczyk był mocno zrelaksowany za linią boczną boiska.

I nie świadczył o tym wyłącznie dres zamiast garnituru, ani bardziej niż zwykle zapuszczona broda. Jego dawny rywal, "podglądacz", a ostatnio towarzysz przy okazji lunchów na których rozmawiają jak koledzy po fachu, również obył się bez rzucania butelkami czy strojenia bolesnych min, chociaż to widok standardowy przy przegrywającym Arsenalu. Jedyną oznaką zniecierpliwienia Wengera były zmiany, które miały ratować niekorzystny wynik.

To nie był mecz wielkich oczekiwań, presji na awans czy cokolwiek pozwalającego na zdefiniowanie sezonu wygranych i przegranych - chociaż menedżerowie podeszli do niego jak najbardziej serio, w grę wchodziła wyłącznie satysfakcja i najwyżej zasianie niepewności w głowach rywali. Może nawet wyostrzenie barw rzeczywistości w której to Demba Ba - trzeci napastnik w hierarchii Mourinho - jest wysoko nad beznadziejnym i anonimowym wczoraj Bendtnerem? Rezerwowy snajper wszedł i w kilka końcowych minut sprawił Vermaelenowi więcej kłopotów niż Duńczyk przez większość wieczoru Cahillowi czy Luizowi.

Do daleko idących wniosków po drugiej porażce Kanonierów w ostatnich trzech meczach nie powinny popchnąć nawet błędy obrońców, brak komunikacji czy niezdolność do opanowania w znaczącym stopniu środka pola. Co kiedyś było wręcz typowe dla meczów Arsenalu z Chelsea na Emirates, tak teraz komfort z jakim goście (do pewnego momentu, oczywiście) wymieniali i wyprowadzali piłkę ze swojej połowy świadczył o londyńskiej zmianie obyczajów. Na Islington teraz lepiej czują się w kontrze, niż w ciasnocie sprawnie funkcjonującej defensywy oraz środkowych pomocników, gdy przy Fulham Broadway powoli odchodzą od tego schematu. Powoli, bo gra Chelsea w tercji obrony rywala wciąż była zbyt rwana i uzależniona od ruchliwości samego Juana Maty, by mówić o wysokim stopniu zaawansowania, a i gole Chelsea ostatnio strzela raczej po szybkich atakach.

Obawa w północnym Londynie dotyczy wyłącznie ograniczenia ich rosnących aspiracji w serii spotkań, które na kolejnym etapie sezonu miały pokazać faktyczną siłę Arsenalu - porażki z Borussią czy Chelsea nie komplikują im sytuacji, może wręcz pomogą przy przygotowywaniu się do kolejnych meczów. Niewdzięczność Pucharu Ligi polega na tym, że kluczowe mecze przypadają na wredy okres najbardziej zatłoczonego terminarza, a przy takich osobliwościach jak Jenkinson czy Bendtner, Wenger raczej wolałby nie ryzykować używaniem ich w szeroko pojętej rotacji. Zresztą już przed sezonem wiedzieliśmy, że pod tym względem na wiele więcej pozwolić sobie może Mourinho...

Znaczenie tej porażki czy zwycięstwa wyjdzie dopiero w czasie - bo jeśli Arsenal rozprawi się z Liverpoolem i po raz trzeci z rzędu na własnym stadionie nie będzie zbyt gościnny, to komfort szczytu tabeli załagodzi wczorajszy występ. Z kolei w Chelsea zdaje się kwitnąć rywalizacja i to przeciwnie do medialnych doniesień - pozytywnie wpływa na Matę, Mikela, Eto'o, Cahilla, Azpilicuetę czy Luiza. Im więcej spotkań o stawkę, tym lepsza okazja do upchnięcia na boisku wszystkich ewentualnych pretensji o zbyt mały czas gry, a i więcej możliwości na udowodnienie menedżerowi, że się myli. Wczoraj Juan Mata otrzymał taką przepustkę na scenę i skrzętnie z niej skorzystał szybko wchodząc w rolę głównego aktora widowiska. Już w weekend powinien być znów głównym nazwiskiem na meczowych afiszach...

10:49, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (7) »
czwartek, 14 marca 2013
Lekcja elastyczności dla Arsenalu

W futbolu wszystko jest względne – przedmeczowe decyzje i słowa Arsene Wengera wielu przyjęło jako wysoko wywieszoną białą flagę. Nie to, że po pierwszym spotkaniu wielu wierzyło w kolejny po majowym londyńsko-monachijski cud na Allianz Arena. Wynik i gra Bayernu doprowadziła wręcz do niespotykanych stwierdzeń z obozu rywali, że tak łatwo i przyjemnie to im się na tym poziomie jeszcze nie grało.

Z pięcioma punktami straty do desperacko trzymającej się wszystkich możliwych rozgrywek Chelsea, Wenger wolał nie ryzykować. Na chęć zmian zapewne dodatkowo wpłynęła kontuzja Wilshere’a, działające na wyobraźnię osłabienie Arsenalu. Kapitana po pierwszych prognozach i tak czeka przerwa w tylko jednym spotkaniu ligowym – po co ryzykować więc i Szczęsnego, mentalnie „uszkodzonego” po wielu spotkaniach i mniejszych lub większych wpadkach?

Tak naprawdę Wenger ryzykował więcej niż tylko dopełnienie kompromitacji w dwumeczu z Bayernem. Resztki (?) wsparcia kibiców, całą wagę flag i banerów „In Arsene We Trust” położył na szalę nie tyle dalszej walki w Lidze Mistrzów, ale projektu którym zarządza. Biorąc pod uwagę, że to mógł być ostatni mecz Arsenalu w tych rozgrywkach na pewien czas – rok, dwa? - fani słusznie oczekiwali gryzienia murawy. Raczej się nie zawiedli.

Bo wszystkie złe słowa – o wystawianiu rezerw, o braku szacunku – zniknęły po szybkim golu francuskiego napastnika Arsenalu. Tak jak szczęśliwe było poślizgnięcie się Alaby, Kanonierzy po prostu potrzebowali szybkiego sygnału, by frustracja nie zadecydowała o ich kolejnym spotkaniu. Większość problemów piłkarzy z Wengera zrzucanych jest na niską jakość czy nawet brak charakteru, ale prawdziwą przeszkodą zwykle bywała narastająca niemoc i… nieskuteczność. Niemrawość. Nijakość.

Tego wszystkiego dzisiaj zabrakło – może pomijając przeciętny występ Rosickiego – ponieważ piłkarze odpowiedzieli na to co przed meczem mówił Wenger. Prasa go zrugała, kibice odsądzili menedżera od czci i wiary, ale to nie ich wsparcia szukał na końcówkę sezonu Francuz. Wiedział, że ich mogą mu wygrać zawodnicy. Wygrali.

Może to banał, ale Wenger pozwalając sobie na kilka zmian i ryzykowniejszą wyjściową jedenastkę szukał zawodników, którzy wygraliby mu najważniejsze mecze z ligi. To wciąż nie jest łatwy terminarz i wiele spotkań, które są dla Arsenalu potencjalną pułapką – West Brom, Everton, Fulham, United i Newcastle – ale ten potencjał pokazany w Monachium, czy raczej jego przypomnienie, daje większe nadzieje na przyszłość Kanonierów w Lidze Mistrzów niż gol Koscielnego z końcówki meczu.

Nie zawiódł się. Mentalnie zmęczony Szczęsny oglądał pewnego i skupionego Fabiańskiego, Vermaelen patrzył jak Koscielny z Mertesackerem wreszcie tworzą zgrany duet stoperów, a nie dwóch piłkarzy grających jakby na dwóch różnych pozycjach. Z zawodnikami o różnych umiejętnościach i z obiecującym (lecz też już bliskim szczytu) potencjałem Wenger ma szansę na dotrwanie do końca sezonu w czołowej czwórce i… udowodnienie, że przez ostatnie lata nie stał się menedżerem jednowymiarowym. Czy wręcz idealną paralelą tej drużyny z wszystkimi opisywanymi wyżej zaletami i wadami.

Już w ostatnich dwóch dniach Arsene Wenger pokazał, że potrafi wytrzymać ciśnienie, potrafi zaryzykować. Teraz przyszedł czas na większe wyzwanie i to wcale nie o powrót do czołowej czwórki chodzi. Skoro klub chce związać się z Francuzem i wierzy w jego idee, najwyższa pora okazać większą elastyczność. Nie tylko w rotowaniu składem przed jednym z najważniejszych meczów w sezonie. Co jak co, ale środowy wieczór pokazał, że czasem nawet ryzykowne zmiany przynoszą wymierną korzyść.

Usta krytyków zamknięte, kibice odzyskani – są w futbolu rzeczy cenniejsze od ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Tam przecież można wrócić szybciej niż większość się spodziewa, choćby z pomocą mniej radykalnej polityki transferowej. Po nerwowym wyczekiwaniu na efekty swoich decyzji, teraz od Wengera wręcz należy oczekiwać kolejnych równie bezczelnych kroków. Przecież, jak sam Francuz powiedział, „wszystko jest możliwe” – i nikt się już z tego nie śmieje.

00:05, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 marca 2013
Ćwierćfinał w cieniu wymówek

W futbolu zapaści drużyn najłatwiej są zauważalne, gdy aż kipią spektakularnością. Weźcie wtorkowe spotkanie Manchesteru United i to co wydarzyło się po wytłumaczalnej, acz niezasłużonej czerwonej kartce Naniego - sir Alex Ferguson, którego wybór wyjściowej jedenastki spotkał się z niezrozumieniem i kontrowersjami, postawił na doświadczenie. Giggs, Vidić, Carrick i Ferdinand zawiedli w momencie, gdy zespół - młodsi koledzy - najbardziej ich potrzebowali. Dziesięć, trzynaście minut zapaści, która na europejskie marzenia Czerwonych Diabłów wpłynęła bardziej niż decyzja tureckiego sędziego.

To wciąż jest kontrowersyjna teoria, która pewnie spotka się z negatywnym odbiorem rozczarowanych i cierpiących kibiców United. Powód jest oczywisty, a łatwiej jest zrzucić winę na kontynentalny styl prowadzenia spotkania oraz interpretacji przepisów, niż na piłkarzy, którzy przecież przez godzinę gry nie pozwalali Realowi zrobić sztycha. Czy więc to było zbyt późne wyjście Carricka z głębi pola karnego, by mógł strzał Modricia zablokować, czy zaskakująca łatwość z jaką Vidić i Evra pozwolili rywalom rozegrać akcję w ich polu karnym - dla tych osób nie jest to ważne. Wynik ponoć został wypaczony...

Niesprawiedliwość szkody wynika też z procesu poczynionych przygotowań do zwycięstwa - nie tylko tajemnicze pozostawienie Wayne'a Rooneya na ławce rezerwowych, ale też udana próba zagrania na emocjach Cristiano Ronaldo. Jak nigdy, gdy piłkarze wychodzili już na murawę, najpierw wyczytano nazwiska gospodarzy, a potem gości - ze szczególnym uwzględnieniem Portugalczyka, "jedynego w swoim rodzaju" według spikera, Fergusona i... czerwonej braci.

Tego wypada zazdrościć Fergusonowi - zakładając, że pomysł Ronaldo należy do Szkota - dążenia do zwycięstwa niezależnie od konsekwencji swoich działań. Szkot musiał wiedzieć, że zatrzymanie na ławce Rooneya wyląduje na czołówkach gazet niezależnie od wyniku spotkania, że angielskie bulwarówki i poważne tytuły będą analizowały każdy aspekt tej sprawy. "Czy Ferguson w żywe oczy kłamie, jak wszyscy w tym biznesie?" - pyta Daniel Taylor z "The Guardian".

Spotkanie pucharowe na Old Trafford to dla niego i piłkarzy perfekcyjna okazja, by odzyskać utraconą dumę i przekonanie o własnej wielkości. Nic to, że Rooney w ważnym momencie spudłował, że Van Persie nie grał tak jak miał to do tej pory w zwyczaju - w niedzielę podopieczni Szkota pokażą, że los ich oszukał ("trzeci raz!" - wypomniał szkoleniowiec United), ale oni sobie te niepowodzenia odbiją.

Ich sezon jak najbardziej jest na kursie po dublet, bo w kraju nie mają sobie równych. Także pod względem charakteru, a lekcja z porażki z Realem zostanie odrobiona - może dodatkowym treningiem gry w osłabieniu, albo poświęconą kolejną godziną przy projektorze i analizie wtorkowego meczu. Konsekwencji nie będzie (także w stosunku do tureckiego sędziego - czy to tych oburzonych fanów United nie dziwi?), raczej puszczenie całej pary w gwizdek. Na drodze stoi tylko Chelsea.

Chelsea
To w zasadzie tylko rozwinięty wstęp do kolejnego tekstu o chorobie gnębiącej niedzielnego rywala Manchesteru United. Bo dziesięciominutowa zapaść drużyny Fergusona to nic w porównaniu z marnotrawstwem talentu, jaki dzieje się udziałem jego dawnego okazjonalnego rywala z Liverpoolu. Wydawać by się mogło, że Rafa Benitez nie tylko stracił cierpliwość do "gnębiących" go kibiców - on stracił wiarę, że cokolwiek na Stamford Bridge może zrobić. Teraz wygląda to jakby chciał odejść po prostu z przytupem, z wrażeniem walki z niesprawiedliwością i otoczeniem, z argumentem moralnego zwycięzcy z nieokiełznanego chaosu i apatii jakie dosięgnęły Chelsea Football Club.

Mecz ze Steauą to tylko kolejny "adres" pod jakim dokonuje się rozbiór charakteru i możliwości obecnego zespołu. Nie jest winny sam szkoleniowiec - powiedzmy sobie szczerze, tam cała drużyna wyglądała, jakby krzywdę im robiono występami w Bukareszcie. Nawet skądinąd kontrowersyjny karny dla gospodarzy czwartkowego zwycięstwa nie spotkał się z długimi protestami piłkarzy Chelsea.

Jednocześnie trzeba powiedzieć, że w każdym normalnie działającym klubie szkoleniowiec o tytule tymczasowym lub nie, odpowiedziałby osobiście za to jak podchodzi do swojego zawodu. Spotkanie w Bukareszcie było jego zawodową kompromitacją, porównywalną choćby z meczem reprezentacji McClarena w Chorwacji - taktyczna indolencja, zlekceważenie wymagań rozgrywek, potencjału rywala...

Możemy narzekać na podejście zawodników do tego spotkania, ale oglądając to spotkanie nie byłem w stanie uwierzyć, że większość składu gra prymitywnymi środkami na po raz kolejny beznadziejnego, tragicznego, załamanego, zrezygnowanego Fernando Torresa. Ponad głowami tych, którzy mogliby zadecydować o wyniku swoimi umiejętnościami. Eden Hazard zaliczył ledwie dwadzieścia kontaktów z piłką, Oscar ciężko pracował przy próbach odbioru, ale jego wysoki pressing wyglądał żałośnie na tle statycznych kolegów. Sensowność wystawiania mało kreatywnego Benayouna już była poruszana nie raz - zawodnik, którego nie chciano w dolnych rejonach tabeli ma teraz stanowić o ofensywnej sile zespołu z ambicjami...

Za wszystkim stoi Abramowicz, a za jego plecami Gourlay i spółka, z coraz rzadziej rozmawiającym z Benitezem Emenalo. Prezes ostatnio zdradził na spotkaniu ze sponsorami plany drużyny i ambicje na ten sezon - nie, nie w Londynie, lecz dalekim Bangkoku. Najwyraźniej w Anglii nie ma odpowiedniej atmosfery na takie zwierzenia - to pewnie wina kibiców?

Ich winą jest pozwolenie, by zespół krył się przed odpowiedzialnością i oczekiwaniami, krył się za zasłoną młodości, przejściowego etapu i nowości, gdy tak naprawdę wpadł on w próżnię. Futbol nie znosi próżni. Sytuacja jaką Benitez zastał nie była komfortowa, ale w momencie gdy wreszcie opuści on tymczasowo przyznane mu biuro w Cobham Chelsea będzie na poziomie niższym. Zespół doświadczy porażek, które nie nauczą piłkarzy odpowiednich zachowań, tak potrzebne wnioski nie zostaną wyciągnięte. Wszyscy po prostu będą chcieli zapomnieć.

Zazdrośćmy więc tym, którzy przegrane mecze traktują ambicjonalnie, a nie wzruszeniem ramion. Tę drugą postawę na konferencji po porażce w Bukareszcie zaprezentował Benitez, wzruszając ramionami, wyrażając pobieżne rozczarowanie obudowane wiarą, że na własnym boisku się uda. Uda się co konkretnie? Zamazać jego taktyczną indolencję? Brak jakiegokolwiek wpływu na zespół? Dalszą degrengoladę jednego zawodnika, którego miał za zadanie uratować?

Mam nieodparte wrażenie, że Benitez egzystuje w kokonie wytworzonym przez osoby sympatyzujące z jego statusem na Stamford Bridge - to jemu są rzucane kłody pod nogi, to on został obcesowo obdarowany tymczasowym tytułem, to wina kibiców, że drużyna nie jest wyżej. Bzdury. Zaślepieni wspomnieniem osoby, którą Benitez już od dawna nie jest, postronni obserwatorzy wolą po raz kolejny obwinić liderów zespołu. Liderów, którzy otwarcie wspierają Hiszpana i mówią o realizacji założeń szkoleniowca. Zainteresowanym jakie one są, polecam powtórki z Bukaresztu.

Manchester może oszukuje się co do czerwonej kartki dla Naniego, nie chcąc słuchać innych i nie dostrzegając tego, że na własnym boisku, z takim wsparciem trybun, z taką ławką, z takim doświadczeniem i z takim potencjałem drużyna o charakterze "Czerwonych Diabłów" powinna utrzymać korzystny wynik. Jednak oni przynajmniej nie zaprzeczają swojej tożsamości zwycięzców - co więcej, przekonanie o wyższości budują na wierze, że Real zostałby odesłany z kwitkiem. Nie to co Chelsea, zespół ze wzruszeniem ramion notujący kolejne i kolejne bezbarwne namiastki wyczynów z prawdziwego znaczenia.

Jakościowo niedzielny ćwierćfinał powinien być pojedynkiem na równi, na krótkim dystansie, w klinczu i z genialnymi przebłyskami. Taki jednak nie będzie. Wiadomo, że stawka jest wyższa, bo i rywal inny niż na kartoflisku w Bukareszcie (na Old Trafford ostatnio z murawy Ferguson był już zadowolony), ale ambicja jest tylko za jedną z drużyn. Gospodarze wychodzą na boisko z myślą o tworzeniu mowy tryumfalnej, goście kreują sobie wymówki. Na ich szczęście wiele trudzić się nie muszą - tymczasowo włada nimi człowiek, który ma ich na pęczki.

03:31, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 listopada 2011
Gęsia skórka

Co napędza futbolową wyobraźnię przeciętnego kibica? Wcale nie piękne bramki, kapitalne zwody, efektowne parady, precyzyjne wślizgi i wyborne asysty. To co powoduje, że przed meczami dostajemy gęsiej skórki, cali się trzęsiemy, zamieniamy się w kłębek nerwów, obawiający się wyzwania jakie czeka nas i piłkarzy w następnych dziewięćdziesięciu minutach. Jak pisał Nick Hornby w „Futbolowej gorączce” – nasz stadionowy wyraz twarzy nie zmienia się na przestrzeni wielu sezonów, oblicze kibica jest równie zacięte i znerwicowane w wieku sześciu jak i czterdziestu sześciu lat. Tak nakręcać kibiców potrafi jedynie rywalizacja.

Czasem do prawdziwej rywalizacji nie trzeba jednak klubów z tej samej dzielnicy, miasta czy regionu. Nawet nie musi chodzić o walkę o tytuły, nie o mecz decydujący o pucharze czy mistrzostwie. Najczęściej i najbardziej rozpalają nas bitwy dwóch odmiennych tożsamości za którymi stoją dwa kluby i ich kibice. To powoduje, że rywalizacja nie ogranicza się do samego boiska, nie zaczyna się z pierwszym i nie kończy z ostatnim gwizdkiem sędziego. Do takiego właśnie pojedynku dojdzie we wtorek na Stamford Bridge w Pucharze Ligi.

SG vs FL 

Nie chcę ryzykować stwierdzenia, że mecz Chelsea z Liverpoolem to klasyk. To nie jest przecież kwestia dekad rywalizacji, nie jest to sprawa historyczna więc bezpieczniej będzie stwierdzić, że to dopiero ostatnie lata wyniosły mecze między tymi zespołami na poziom na jakim jeszcze nie były.

Zaczęło się, według opinii wielu, meczem z maja 2003 roku, gdy decydowała się przyszłość Chelsea. Ken Bates wszedł do szatni przed spotkaniem ostatniej kolejki i wprost powiedział piłkarzom, że jeśli tego nie wygrają, mogą oczekiwać tylko jednej drogi - w dół. Zwycięstwo dało The Blues Ligę Mistrzów, zachęciło Romana Abramowicza do niewyobrażalnej inwestycji, która po części przyczyniła się do zepchnięcia Liverpool na dalsze miejsca w ligowej klasyfikacji z ostatnich sezonów. Potem były pojedynki w europejskich pucharach, „Gol, którego nie było” i kilkadziesiąt innych wydarzeń, które nakręcały kibiców obu drużyn do wzajemnej antypatii.

Z historycznego punktu widzenia, tradycjonaliści obu stron ukręciliby mi łeb za wywyższanie znaczenia akurat tego pojedynku ponad inne. Tyle przecież ile znaczą dla Liverpoolu mecze z Evertonem i Manchesterem United, tak wiele fanów Chelsea obchodzą derby z Tottenhamem czy Arsenalem, jak i kolizje na drodze do mistrzostwa z Czerwonymi Diabłami. Jak więc przełożyć niewyobrażalną ilość spotkań między The Reds i The Blues na jakość i znaczenie rywalizacji tak różniących się ekip?

Liverpool jest dumny jak paw ze swej historii, gdy Chelsea jak lew broni własnej przed szyderstwami głównie tych pierwszych. Ta bitwa toczy się na forach, w komentarzach, w pubach i za każdym razem, gdy zbliża się pojedynek obu drużyn. Nawet w jego trakcie, z czerwonej sekcji trybun słychać „You have got no history”, gdy z niebieska drze się w odpowiedzi „You have got no future”. Tak jest za każdym razem i tak będzie jeszcze przez lata, do momentu, gdy kolejne pokolenie kibiców zaakceptuje fakt, że na początku dwudziestego pierwszego wieku narodził się nowy piłkarski klasyk. Klasyk odmiennych, futbolowych tożsamości.

Czy jednak naprawdę tak różnych? Ten sezon, rok skłania do refleksji nad różnicami, które w gruncie rzeczy się zacierają. Nie ma już przepaści w wydatkach na piłkarzy i ich pensje, a cele, przynajmniej te oficjalne, są takie same. I na papierze w Chelsea i Liverpoolu jest więcej podobieństw niż różnic. Mimo że przebudowę drużyn powierzono całkowicie innym menedżerom, nie sposób nie dostrzec, że i na Anfield Road, i na Stamford Bridge sama decyzja o rewolucji, przejściu na inny system, przewietrzeniu kadry została spóźniona i sztucznie jest naprawiana ogromnymi sumami pieniędzy, by nie wypaść z ligowej czołówki.

Więcej podobieństw? Każdy z klubów wie, że ich lata na ich stadionach dobiegają końca, musi dojść do przeprowadzki (rozbudowę obu wykluczono), gdyż takie są warunki i wymagania rynku. Dalej - Steven Gerrard i Frank Lampard. Jamie Carragher i John Terry. Pepe Reina i Petr Cech. Nie chodzi o zachowania, porównanie karier, osiągnięć, ale ich status na trybunach, Anfield Road i Stamford Bridge odpowiednio. Tak Liverpool, jak Chelsea mają swojego Świętego Graala, oczekiwane przez dwie dekady mistrzostwo kraju - to The Reds, czy Ligę Mistrzów, która była już tak blisko – to The Blues. Nawet Andy Carroll i Fernando Torres zawodzą w podobnym stopniu, chcąc utrzymać trend zbliżający oba kluby.

Oczywiście, nie nawołuję nagle do wzajemnej sympatii kibiców obu drużyn, nie wymagam nawet, by pojawił się wśród nich szacunek - to kwestia osobista każdego fana. Dla mnie, to co obecnie w przekonaniu fanów dzieli te kluby, tak naprawdę nakręca ich rywalizację, powoduje, że ekscytować się będziemy nawet ćwierćfinałem Pucharu Ligi z ich udziałem... choć oficjalnie dla Chelsea i Liverpoolu to rozgrywki niższej kategorii. To, że fani The Reds deprecjonują ostatnie lata sukcesów The Blues, wzdrygając się na myśl o nowobogackich sezonowcach z Londynu… to, że fani The Blues wyliczają rywalom dni bez trofeum i kpiąc otwarcie z pokrytej kurzem historii The Reds… To wszystko powoduje, że sami tworzymy całą ideologię do rywalizacji, która – jestem o tym całkowicie przekonany – niedługo naprawdę sięgnie miana klasyku.

Liverpool i Chelsea potrzebują tej rywalizacji bardziej niż kiedykolwiek. Potrzebują wzajemnych przytyków, przyśpiewek i epitetów, Joe Cole’a i Torresa, dramatycznego zwycięstwa z ostatnich dni jak i komicznego samobója Riise sprzed lat. Bez tych pojedynków sezon byłby uboższy i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej, nieważne jak mocno o wzajemnej niechęci zapewniać mnie będą jedni czy drudzy, jak mocno deprecjonować będą znaczenie tych spotkań.

Tryumfy ostatnich lat kibicom obu drużyn kojarzą się ze znienawidzonymi rywalami. Tak Liverpool wspaniale wspomina ryk kibiców, który dał im gola w półfinale Ligi Mistrzów, tak Chelsea przypomni sobie legendarny rzut karny Lamparda, szalone 4-4. Ostatnie sukcesy obu drużyn? Nierozerwalnie połączone wspomnieniami Czerwono-Niebieskiej rywalizacji – The Reds pokonali The Blues w Cardiff w Community Shield z 2006, a fani z Londynu wspomną to podanie, "asystę" Gerrarda do Drogby w maju 2010.

Czy zrozumienie tej rywalizacji, zaakceptowanie jej znaczenia może cokolwiek zmienić? Mam szczerą nadzieję, że nic takiego się nie stanie. Dojdziemy do momentu, gdy ktoś w niedzielnym wydaniu gazety napisze, że silna Chelsea potrzebuje silnego Liverpoolu, ale… to dopiero melodia przyszłości. Wierzę, że do momentu wzajemnego uznania trwać będzie ta wojna podjazdowa z obu stron, która choć ma nas do rywali zniechęcić, tak naprawdę nakręca, powoduje, że nawet przed ćwierćfinałem „pucharu pocieszenia” pojawia się gęsia skórka. Właśnie dlatego, że naprzeciwko jest Liverpool lub Chelsea, zależnie z którego obozu jesteście.

01:08, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
Jelenie, bankrut i debiutanci

Pierwsza runda fazy zasadniczej Pucharu Anglii już za nami i, zgodnie z oczekiwaniami, nie zabrakło sensacji, emocji i pięknych bramek. Wszystkie możecie obejrzeć na oficjalnej stronie FA Cup na serwisie YouTube, ja ograniczyłem się tylko do wrzucenia tych najładniejszych – choć i tak selekcja była ostra, uwierzcie, obejrzałem wszystkie. Jednak najciekawsze z tych meczów są i tak historie, które podłapałem po weekendowych spotkaniach i kilka przedstawiam poniżej.

 

Zacznę od debiutantów, takich jak AFC Totton. Ten klub z przedmieść Southampton ma ponad 120-letnią historię, a do tej fazy rodzimego pucharu dotarł po raz pierwszy. Nic dziwnego, że na najważniejszym meczu „Jeleni” zjawiła się także rekordowa liczba kibiców i dokładnie 2315 osób obejrzało jak gospodarze na Testwood Stadium robią miazgę z Bradford Park Avenue. Bohaterem był dwudziestolatek Jonathan Davies, który ustrzelił hat-tricka. Teraz wszyscy w klubie liczą na kolejne bicie rekordów, zwłaszcza, że do Totton przyjedzie zespół z League Two, Bristol Rovers, choć ciężko w tym wypadku liczyć na powtórkę bramkowego festiwalu. 

Swój niezapomniany debiut w Pucharze Anglii zaliczył także George Williams dla Milton Keynes Dons. Nie jest to ulubiony klub autora tego tekstu, nie ma co ukrywać, ale takie historie akurat lubią wszyscy – pomocnik, który zaledwie dwa miesiące temu obchodził szesnaste urodziny dostał w 77. minucie szansę debiutu przeciwko Nantwich United. Mecz już był rozstrzygnięty, ponieważ gospodarze prowadzili 5-0, ale to nie był koniec ich strzeleckich popisów. Williams, nastolatek wciąż kruchej budowy, w doliczonym czasie gry świetnie ruszył do prostopadłego zagrania unikając pułapki ofsajdowej, wyszedł sam na sam z Jonnym Brainem, na spokoju go minął i skierował piłkę do pustej bramki. Nie tylko został najmłodszym piłkarzem w krótkiej historii klubu, lecz również najmłodszym strzelcem w oficjalnym meczu. Menedżer Karl Robinson bardzo go chwalił, ale czy junior dostanie szansę pokazania się w League One? Jeśli śledzicie wyniki tych rozgrywek, dobrze wiecie, że byli już inni, równie młodzi piłkarze, którzy strzelali na poziomie ligowym.

W ciekawych okolicznościach zadebiutował również bramkarz Yeovil, Gareth Stuart. Nie można mówić o biciu rekordów, ani nawet specjalnej historycznej wyjątkowości tego występu, choć były zawodnik Blackburn Rovers zachował czyste konto. Jednak zainteresować Was może fakt, że wobec powołania Marka Stecha do reprezentacji Czech, wypożyczonego z West Hamu, w barwach Yeovil musiał zadebiutować… członek sztabu szkoleniowego. Stuart dołączył do nowego klubu w lecie, ale jeszcze nie miał okazji zagrać w zielonych barwach i gdy przyszło powołanie dla podstawowego golkipera, to właśnie on dostał szansę gry. Co prawda nie zakończył on przed tym występem oficjalnie swojej kariery, ma dopiero 31. lat, jednak… dobra, to wcale nie było tak interesujące.

Na pewno nie tak jak historia Marka Goldberga, menedżera Bromley. W latach dziewięćdziesiątych był milionerem, zarobił fortunę sprzedając swoją firmę IT i w zamian kupił nową zabawkę – Crystal Palace. Nie miał jednak aż takiego majątku, by rządzić tym klubem zbyt długo, a na dodatek zostawił go w opłakanym stanie i z dużymi długami – sam zbankrutował zaledwie kilka lat ciesząc się wielką kasą. Z problemów wyciągnęła go rodzina, konkretnie brat, który w 2005 roku dał mu pracę… menedżera w swoim nowym klubie, Bromley FC. W lecie po raz trzeci został przedstawiony jako trener tego zespołu, jednocześnie nie pracując w tej roli nigdzie indziej. Brata już nie ma, ale lokalna sława i respekt wobec Goldbergów ma się dobrze. Teraz klub z szóstej ligi dotarł do pierwszej fazy Pucharu Anglii, gdzie zmierzył się z Leyton Orient (pamiętacie ich mecze z Arsenalem?), lecz w ich porażce 0-3 najciekawsze były… fryzury graczy „The Lillywhites”sami się przekonajcie dlaczego.

Cały świat ekscytuje się co weekend korespondencyjnym pojedynkiem City z United, więc nie mogło zabraknąć go także w minioną sobotę. Oczywiście nie chodzi mi o drużyny z Manchesteru, ale miasta słabiej znanego z wyczynów piłkarskich, Oxfordu. Zapewne kibice obu zespołów liczyli na derby w drugiej rundzie, lecz nie spotka ich ta przyjemność. United rozegrali kiepskie zawody z Sheffield United zasłużenie przegrywając 0-3. Lepiej spisali się ich rywale zza miedzy, grający cztery ligi niżej, choć mieli łatwiejsze zadanie. Ich mecz z Redbridge zakończył się bezbramkowym remisem i dojdzie do rewanżu za tydzień na Court Place Farm. A kibice obu zespołów z Oxfordu muszą czekać przynajmniej kolejny rok na spotkanie pomiędzy ich zespołami – wspomniana przyjemności oglądania derby w oficjalnym meczu nie zaznali od roku 1959

Fajnie było przypomnieć sobie kilka postaci znanych z Premier League i wielkiego piłkarskiego światka. Shefki Kuqi to zawodnik Wam zapewne doskonale znany, piłkarski wędrowniczek, który w samej Anglii zalicza właśnie jedenasty klub, Oldham Athletic. W zeszłym sezonie grał w Newcastle po tym jak dostał kontrakt nie będąc związanym z nikim umową i była to jedna z bardziej zaskakujących informacji o jakich usłyszeli fani klubu z St James’ Park. Reprezentant Finlandii nieźle prezentuje się w tym sezonie, z Burton Albion strzelił swoją siódmą bramkę w tym sezonie – miał również szansę na ósme trafienie, ale jego jedenastkę, drugą w tym meczu, wybronił golkiper gości, Ross Atkins.

Kolejnym starym znajomym jest Lawrie Sanchez, który kilka lat temu krótko prowadził Fulham, zresztą dosyć kiepsko sobie radząc. Pewnie większość z Was kojarzyć go będzie z bycia selekcjonerem Irlandii Północnej. Członek „Szalonego Gangu” Wimbledonu przez ostatnie trzy lata nie znalazł żadnej pracy w roli trenera, a dopiero pod koniec poprzedniego sezonu został konsultantem w Barnet, ledwo utrzymując zespół. Dopiero w maju oficjalnie został menedżerem sparingowych rywali Arsenalu, ale idzie mu średnio – nawet w pierwszej rundzie Pucharu Anglii jego podopieczni dopiero w ostatnich sekundach zwyciężyli z Southport.

Rewanże już za tydzień więc warto się przygotować. Interesująco zapowiada się pojedynek Plymouth z Stourbridge. Ci pierwsi uratowali się dopiero w samej końcówce, gdy wydawało się, że do kolejnej rundy przejdą zawodnicy z siódmego poziomu rozgrywkowego. Na ratunek Pielgrzymom ruszył nawet Carl Fletcher, menedżer tego zespołu, który strzelił jedną z bramek. Największej sensacji uniknęli oni mimo kończenia meczu w dziewiątkę, a znacznie niżej notowani rywale nie ukrywali radości z wywalczenia powtórki – dwa lata temu na bardzo kameralnym obiekcie Stourbridge gościli zawodnicy Walsall, także w Pucharze Anglii, skromnie wygrywając. Niespodzianka przyjdzie może tym razem?

środa, 09 listopada 2011
Spartanie, fryzjer i piosenkarz

Kilkaset meczów już zostało rozegranych, tysiące futbolówek znalazło swoją drogę do siatki, piłkarze skakali z radości po zwycięstwach i zrozpaczeni płakali po porażkach. Tymczasem w pojęciu większości, Puchar Anglii się jeszcze nie zaczął. Co więcej, nie zacznie się on nawet w ten weekend, ale tuż po Nowym Roku, gdy znów będziemy mogli przeczytać o zanikającej magii tych rozgrywek, jak kluby go lekceważą i tym podobne bzdury.

Prawda jest jednak inna. Puchar Anglii to zdecydowanie najlepsze rozgrywki tego typu (opinia własna, pozwólcie) i, mimo trudniejszych ostatnich lat, tylko od kibiców zależy czy faktycznie możemy uznać je za magiczne. To fani decydują, czy historie pisane przez nieoczekiwanych zwycięzców, zaskakujących przegranych, nowych lub starych bohaterów są na tyle interesujące, by skłonić ich do zajrzenia na stadiony jeszcze przed tym jak do stawki dobiją drużyny z najwyższej klasy rozgrywkowej. Kiedyś kibice zagraniczni nie mieli na to szansy, lecz obecnie Puchar Anglii  jest transmitowany na cały świat i każdy ma szansę zafascynować się przypadkami zespołów takich jak Cheltenham Town, Alfreton, Newport County czy East Thurrock United. Pierwsza runda zasadnicza startuje już w piątek.

O tym wszystkim pisałem także rok temu, lecz nie zamierzam się powtarzać i dzielić raz jeszcze historiami wtedy przywołanymi. Nowa edycja to nowe fascynacje, prawda? Też nie do końca – są zespoły, którym już od kilku sezonów przyglądam się bliżej, szukając ciekawostek, które raczej są mniej znane szerokiej publiczności angielskiego futbolu. Jednym z takich klubów jest AFC Wimbledon, którego stadion odwiedziłem we wrześniu, który jest już ekipą zrzeszoną w Football League i który jest w posiadaniu swoich kibiców po głośnych i niezrozumiałych przenosinach The Dons do Milton Keynes prawie dziesięć lat temu.

Prawdziwy spadkobierca po legendarnym „Szalonym gangu”, który terroryzował swoim stylem gry angielskie boiska w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, powstawał od zera, zyskał sobie sporą sympatię i odbudowywał się do pozycji, która była im należna, krok po kroku. Niewiele jednak osób wie, że już kiedyś Wimbledon pokonał taką trasę z dna do czołówki w krótkim czasie. Z czwartego poziomu na szczyty w latach osiemdziesiątych, w zaledwie kilka sezonów wyciągnął ich Dave Bassett, który nie tylko wprowadził do drużyny etos ciężkiej pracy, lecz także zebrał unikalną grupę dobrze rozumiejących się ludzi. Albo dobrze ze sobą żyjących i żartujących – jeden z kierowców klubowych zrezygnował po tym jak podczas jednej podróży autostradą najpierw nałożono mu na głowę karton, a potem polano głowę gorącymi pozostałościami po posiłku. Siłą tamtego zespołu był także ich stadion, Plough Lane. Obiekt odbiegający standardami od tych innych klubów posiadał unikalny tunel prowadzący na boisko – ciemny, ciasny w którym okrzykami, popchnięciami i podobnymi czynami piłkarze Wimbledonu swoich rywali straszyli przed i w trakcie meczu. Myślicie, że nie działało? W sezonie 1987/88 ten „Szalony gang” wygrał właśnie Puchar Anglii

the donsTak świętował wtedy Szalony gang...

To jednak historia, a AFC Wimbledon w tym roku zamierza napisać nową w tych rozgrywkach – pierwsza runda to pojedynek na własnym boisku ze Scunthorpe United. Wimbledon to także pierwszy zespół w historii, który pokonał w Pucharze Anglii drużynę z najwyższej klasy rozgrywkowej samemu posiadając jeszcze status klubu z „non-league”. Wiecie kto był ostatnim takim zespołem? W sezonie 1988/89 Sutton United pokonali Coventry City, a później zespołom pół-amatorskim zdarzały się z wielkimi tylko remisy – Manchester United zaliczył taką wpadkę z Exeter kilka lat temu. Klub z Sutton zajmuje wysokie miejsce w Blue Square Bet South (szósty poziom rozgrywkowy w Anglii) i zmierzy się z Kettering.

Jeśli szukacie jeszcze więcej ciekawostek związanych z historią małych drużyn to obowiązkowo należy wspomnieć o Bury FC. Ten klub dzieli obecnie swój stadion z FC United of Manchester, nawet mając mniejszą od nich bazę kibiców, ale ich wyczyny ponad sto lat temu do dziś odbijają się echem w rekordach rozgrywek pucharowych. Zespół w którym grał kiedyś Lee Dixon w 1900 roku wygrał Puchar Anglii po raz pierwszy, by zaledwie trzy lata później powtórzyć ten wyczyn – ich finałowe zwycięstwo 6-0 nad Derby do dziś jest największym zwycięstwem w ostatnim meczu rozgrywek.

Bardziej pewnie będziecie kojarzyć ich rywali z pierwszej rundy zasadniczej pucharu w tym sezonie, także przez wzgląd na… Manchester United. Rok temu Crawley Town sprawiło nie lada sensację i w ćwierćfinale Pucharu Anglii zmierzyli się właśnie z Czerwonymi Diabłami. Choć przez całe spotkanie różnica między ekipami była bardzo widoczna, to podopieczni Fergusona zdołali strzelić tylko jedną bramkę. W ostatnich minutach gospodarze, grający jeszcze wtedy w piątej lidze, zaatakowali i w 93. minucie byli bliscy wyrównania i doprowadzenia do rewanżu na Old Trafford – niestety, piłka wylądowała tylko na poprzeczce bramki. Crawley jest także zespołem znienawidzonym przez kibiców na swoim poziomie – są strasznie bogaci, choć nikt nie wie, kto tak naprawdę uratował ich kilka lat temu przed bankructwem. Grając w League Two są jednak w stanie pod względem finansowym rywalizować nawet z klubami z Championship i co roku dokonują przynajmniej dwóch spektakularnych transferów, które mają pozwolić im zaliczyć kolejny awans. Obecnie są na drugim miejscu w tabeli, choć wszyscy się takich występów beniaminka spodziewali.

Interesującym klubem, który zasłużył sobie kilkoma występami na miano „pogromców gigantów”Blyth Spartans. Już sama ich historia powstania jest warta dłuższej lektury, lecz ja się skupię na powodach dla których w latach siedemdziesiątych nazwano ich „najsłynniejszym klubem z ‘non-league’ na świecie” – zresztą tym się szczycą do dziś. Określenie to przylgnęło do Spartan po tym jak pokonali Chesterfield i Stoke City, zmusili do rewanżu na St James’ Park Wrexham, ulegając na oczach ponad 40 tysięcy ludzi 1-2. Były również pamiętne mecz z Blackpool w latach dziewięćdziesiątych, a ostatnim pucharowym popisem skromnej ekipy z Blyth był sezon 2008/09. Wtedy to w listopadzie odprawili Shrewsbury Town, następnie w grudniu w dwóch meczach pokonali AFC Bournemouth, by w dramatycznym meczu na Croft Park ulec minimalnie Blackburn Rovers. Wtedy także mieli swoje szanse, by wyrównać stan meczu.  W tym roku, po dotarciu do fazy zasadniczej Pucharu, grają z Gateshead i wcale nie są bez szans, mimo wybitnie kiepskiej formy ligowej w Blue Square Bet North.

radoscTak cieszyli się Spartanie po pokonaniu Bournemouth

Co ciekawe, Spartanie to także były klub słynnego… krewnego George’a Weah. No, przynajmniej Ali Dia za takiego się podawał, by zagrać w Premier League, gdy ówczesny menedżer Southampton, Graeme Souness, na podstawie jednej rozmowy telefonicznej, dał mu miesięczny kontrakt. Co więcej, szybko zadebiutował on w lidze, gdy zmienił kontuzjowanego lidera Świętych, Matta Le TissieraDia wytrzymał na boisku zaledwie dwadzieścia minut zanim skonsternowany menedżer ściągnął nieudolnie grającego „krewnego” Weah. Tym sposobem Senegalczyk zaliczył dokładnie tyle samo spotkań w Premier League, co w jedenastce Blyth Spartans.

Fascynująco zapowiada się pojedynek Tranmere Rovers z Cheltenham Town. Obie drużyny łączy Josh Labadie, który gra obecnie w barwach gospodarzy tego spotkania, choć występował nie tak dawno u gości. Interesującą osobą jest menedżer Rovers, Les Parry, który był fizjoterapeutą w klubie, a gdy zrezygnował poprzedni menedżer, objął stanowisko pierwszego szkoleniowca i… trwa tak trzeci sezon. Kiedyś nagrał singiel na potrzeby charytatywne, ale nie znalazłem informacji, czy wszystkie płyty udało się sprzedać. Z kolei główną postacią ich rywali jest Mark Yates, który w poprzednim sezonie ledwo uratował Cheltenham przed spadkiem z League Two. Mało kto dawał im szanse w tym roku, tymczasem póki co plasują się oni na trzeciej pozycji i wygląda na to, że klub w którym Andy Gray (znany Wam na pewno komentator) kończył karierę, włączy się w walkę o awans.

Tradycyjnie już ITV, stacja transmitująca pierwszą rundę Pucharu Anglii, wybrała mecze drużyn, których obecność w tej fazie rozgrywek jest zaskoczeniem. Jedną z takich ekip jest zespół Alfreton Town, którzy po awansie rok temu do BSB South teraz przeżywają trudne chwile (wygrali zaledwie dwa mecze z dziewiętnastu) i nie są faworytami w starciu z Carlisle. Zwłaszcza, że rywale przyjadą ze sporą liczbą własnych fanów, po tym jak mecz z małym Alfreton został nieoczekiwanie najbardziej atrakcyjnym wyjazdem dla kibiców United – gospodarze z radością zwiększyli przeznaczoną dla nich pulę biletów. Najlepszym piłkarzem Alfreton jest pomocnik Josh Law, który ostatnio znalazł się na liście rezerwowej powołanych do reprezentacji Anglii… C – kto wie, może piętnastego listopada uda mu się zagrać w meczu kadry na Gibraltarze?

AlfretonAlfreton Town i ich rzut karny w meczu z Lincoln

Spoglądamy także na gospodarzy meczu Newport County z Shrewsbury. Ci pierwsi znaleźli się w pierwszej rundzie po pokonaniu Braintree Town 4-3 w dramatycznych okolicznościach, ale pucharowa przygoda nie jest dla nich żadną nowością. Kto z Was bowiem wiedział, że Newport grało kiedyś w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów? Owszem, jako zdobywcy Pucharu Walii w latach osiemdziesiątych pokonali kilka mocnych ekip, by zostać dopiero zatrzymanymi przez zespół ze Wschodnich Niemiec, Carl Zeiss Jena. Klub podupadł pod koniec lat osiemdziesiątych, ale odrodził się i na nowo wspina po drabinie rozgrywek, choć ten sezon jest dla nich trudny. Po zaledwie trzech zwycięstwach w dziewiętnastu meczach zwolniono poprzedniego menedżera i pięć dni temu zastąpił go Justin Edinburgh. Kilkanaście lat temu grał on w barwach Tottenhamu i nawet jest posiadaczem dwóch medali za zwycięstwo w Pucharze Anglii… jak również dwóch salonów fryzjerskich. Kto powiedział, że piłki nie można łączyć z inną pasją?

Wreszcie docieramy do meczu East Thurrock United z Macclesfield Town. Ci pierwsi to zespół od lat balansujący pomiędzy siódmym i ósmym szczeblem rozgrywek w Anglii, zespół, który dopiero niedawno zmienił swój status na pół-zawodowy. Tam przyjęcie drużyny z League Two to prawdziwe święto i… nieznany problem. W ostatnich dniach z udziałem wolontariuszy postawiono dwie nowe trybuny (zaledwie 400 miejsc siedzących zwykle jest na Rookery Hill), a ich siódmy mecz w tej edycji Pucharu Anglii będzie transmitowany na żywo przez telewizję. Menedżer Josh Coventry musi trenować zespół i zarządzać przygotowaniami jednocześnie – ostatnio nawet odpuścił własne spotkanie, by obejrzeć mecz ligowy rywali. O zmęczeniu jego czy wolontariuszy nie może być mowy, zwłaszcza widząc jak bardzo ekscytuje się on i całe miasteczko zbliżającym się pojedynkiem ich życia…

Puchar Anglii możecie również oglądać od pierwszej rundy na Sportklubie i to przez cały najbliższy weekend. Rozkład jazdy możecie sprawdzić na stronie internetowej tej stacji telewizyjnej.

sobota, 28 maja 2011
Wasz wieczór

- Szefie, jeszcze tylko kwadrans…

- Dzięki, już wchodzę – odpowiedział Ferguson, choć na próżno można było szukać na jego obliczu uśmiechu. Już trzymając klamkę, jeszcze tylko zamknął na sekundę oczy, coś do siebie powiedział, głęboko westchnął i wszedł. Wszedł do szatni.

Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, zamilkli wszyscy członkowie sztabu i przede wszystkim piłkarze. Było słychać tylko nerwowo obijającego podłogę swoimi korkami młodego Meksykanina, którego wzrok ani na sekundę nie odbił się od własnych sznurówek. Boss tylko się uśmiechnął, na chwilę położył dłoń na jego ramieniu. Reszta ekipy nie odrywała od tej dwójki. Javier podniósł głowę i w tym samym momencie stukot się skończył, jakby z respektu przed postacią nad nim stojącą.

- Chłopcy – zaczął FergusonTo jest Wasz wieczór. Wy też o tym słyszycie, też o tym czytacie, też to widzicie. Ich wzrok nie jest skierowany na Was, lecz w sporej większości na tych co siedzą w drugiej szatni. Ale wiecie co? Tam też panuje absolutna cisza.

To jest Wasz wieczór – kontynuował, przechadzając się po szatni, cały czas wskazując prawą ręką na swoich piłkarzy - Popatrzcie na kolegę z lewej, popatrzcie na kolegę z prawej, popatrzcie na nas, tych którzy Wam pomagają z boku. Dzięki wspólnemu wysiłkowi tu jesteśmy.

Dużo mówi się o historii. Wspominają Rzym, mówią o Was jako drużynie najmniej kompletnej z tych, która taki wspaniały wynik osiągnie. Nie pozwólcie, by ani przez moment te dyskusje wdarły Wam się do głów. Bo to Wy piszecie historię, nie oni.

To jest Wasz wieczór i tylko od Was wszystkich zależy jak on się potoczy – zaczął mówić zdecydowanie głośniej – Wasze umiejętności doskonale znam, a innym naszą jakość w tym sezonie pokazaliśmy już tyle razy. Klasa, technika, nieustępliwość, zacięcie, wizja, charakter… dzięki temu tu jesteście, nie żadnemu przypadkowi. My Was wybraliśmy, Wy nas nigdy nie zawiedliście i wiemy, że nie zawiedziecie dzisiaj. My, trenerzy, zarząd, a przede wszystkim kibice. Wszyscy jesteśmy teraz tu dla Was, bo wiemy co za kilkadziesiąt minut możecie dokonać. I dokonacie.

Przeleciał wzrokiem po twarzy każdego zawodnika. Kilku odkiwnęło mu głową, inni nerwowo się uśmiechnęli, część uciekała ze wzrokiem gdzie indziej.

To jest Wasz wieczór - chwila ciszy nie trwała zbyt długo – ponieważ sobie ufacie. Ten trudny, ale wspaniały sezon się dzisiaj zakończy, więc nie pozwólcie, by choćby na moment pojawiło się zwątpienie, w kogokolwiek.  Pamiętacie by panować nad swoimi nerwami, a wiem, że to potraficie. Tyle razy już w tym sezonie udowadnialiście wszystkim, że dla Was nie ma sytuacji przegranej, straconej piłki, nie pojawia się zrezygnowanie. To jest nasz olbrzymi atut, który ponownie musicie wykorzystać. W Wasz wieczór, ostatni i zarazem największy w tym sezonie.

Nie powiem Wam ile minut jesteście od podniesienia, niektórzy po raz kolejny, tego wspaniałego trofeum. To zależy już tylko od Was, od Waszych zachowań na boisku, współpracy, tego, czy przez cały czas pozostaniecie jednością. Ja wiem, że ta drużyna, którą wszyscy wspólnie zbudowaliśmy, nie ma limitów, ograniczeń czy kogokolwiek nad sobą. Wszystko co się dzieje na boisku zależy tylko i wyłącznie od Was, a wiemy, że nie ma takiej presji, odpowiedzialności z którą byście sobie nie poradzili. W tym klubie jakakolwiek presja pomaga, popycha do przodu, dodaje energii, wywołuje agresję i pozwala zwyciężać. Wy wiecie jak zwyciężać, dlatego to będzie… Nie - to jest Wasz wieczór.

Teraz już nikt nie uciekał ze wzrokiem. Siedzieli wyprostowani, wpatrzeni w Bossa, kiwali głowami, w stu procentach skupieni. Nie chcąc by ten moment uciekł, by ta koncentracja się ulotniła, Ferguson jeszcze raz, ostatni raz przemówił.

Wszystko już wiecie. Wiecie jak macie grać, co robić, jak się zachowywać. Wiecie co potrafi rywal, znacie ich doskonale. Znacie przede wszystkim własne umiejętności, wiecie co potrafi Wasz kolega z lewej czy z prawej, grający za wami lub przed. Wiecie, że w każdym momencie na boisku może pojawić się zawodnik, który potrafi tyle co Wy, daje United tyle co każdy z Was. – Ferguson już prawie krzyczał, a na pewno mówił tak głośno, że słychać go było za drzwiami do szatni - Okazja by wygrać jest więc idealna, by jeszcze raz pokazać i udowodnić czym jest ten klub. Tu nie chodzi o żaden finał, żadne trofeum, żadnych rywali, żadną presję.

To jest tylko i wyłącznie Wasz wieczór, mi to udowodniliście, pokazaliście, a więc teraz nadszedł Wasz czas by to pokazać wszystkim innym!

Gdy rozległ się ryk zawodników, Ferguson wreszcie się uśmiechnął. Chyba wiedział, że w pewnym stopniu on i jego piłkarze już wygrali. A może to dlatego, że ten element swojej roboty kocha najbardziej? Wyszedł przed szatnie. Tam już było słychać kibiców, głośno i wyraźnie. Z szatni też było słychać krzyki, kilku zawodników. Na moment jeszcze zamknął oczy. I otworzyły się drzwi.

 
1 , 2