wtorek, 20 sierpnia 2013
Kolejny epizod legendy

Są informacje o których nigdy nie spodziewałeś się usłyszeć - zwłaszcza w świecie futbolu. Przecież dyrektor sportowy jednego z bardziej zasłużonych klubów w Anglii uczestniczący w porodzie dziecka swojej córki, której towarzyszy mocno zdenerwowany... piłkarz Brighton i zarazem jej mąż. Lecz nazwisko Barry'ego Fry'a wiele wyjaśnia - kto o byłym zawodniku, trenerze i właścicielu Peterborough nie słyszał, ten do tej pory wiele stracił. Przed wysłuchaniem jego historii dnia jednak i tak sporo nadrobicie.

68-letni Fry, obecnie odpowiadający za transfery występującego w League One Peterborough, to wielki oryginał. Mniejsza o jego mocno przeciętną karierę piłkarską, ale gdy zaczynał karierę menedżerską w połowie lat siedemdziesiątych w Dunstable Town odpowiadał za wszystko. W noc przed najważniejszym meczem sezonu - w grudniu! - kosił murawę i za donośne śpiewy aresztowała go policja. Następnego dnia sędzia dziwił się, że tylko połowa boiska jest odpowiednio przygotowano. - Wiem, ale to wtedy mnie cholera aresztowali! - odpowiedział. Na pierwszy mecz pod jego wodzą przyszło 34 kibiców.

Jeden z piłkarzy kiedyś "główką" powalił go na murawę... po wygranym meczu. Fry nazwał swojego podopiecznego "cholerną pustą koszulką", a jego zespół zwyciężył 4-3, choć do przerwy stracił trzy gole bez odpowiedzi. Oddał mu prawym sierpowym, by po meczu razem z nim obśmiać ten incydent pod prysznicem. Innym razem na swojego największego i najstraszniejszego obrońcę wylał czajnik pełny gorącej herbaty. Legenda West Brom, Jeff Astle poczuł jego gniew także w przerwie jednego ze spotkań, gdy Fry wykopał mu kubek herbaty z rąk. - Nie zasłużyłeś nawet na to! - krzyczał menedżer Dunstable. Astle odpowiedział strzelając hat-tricka i... przepraszając szkoleniowca. - Następnym razem jeszcze przed meczem kopnę cie w jaja! - brzmiała groźba.

Przeszedł dwa zawały serca. Dwukrotnie wymieniano mu biodro, z kolanami było tak samo. Zarobioną fortunę prawie stracił na ratowaniu Peterborough. Gdy został właścicielem i prezesem tego klubu oraz przyszło mu walczyć z fochami piłkarzy oraz własnego menedżera, przedzwonił do wszystkich swoich byłych pracodawców i ich przeprosił. Będąc jeszcze juniorem, strzelił gola Szkocji na Wembley na oczach 93 tysięcy kibiców w meczu... reprezentacji młodzieżowych.

Był jednym z "Dzieciaków Busby'ego", ale otwarcie mówi - ze śmiechem - że zawodową karierę przepił, przegrał na wyścigach i przespał z kobietami z Manchesteru. Gdy prowadził Birmingham i przez trzy miesiące jego zespół nie wygrywał, uznał, że to cygańska klątwa i oddał mocz w czterech narożnikach boiska. Taki wciąż jest Barry Fry, wiecznie przeklinający, podchodzący do wszystkiego ze śmiechem i posiadający anegdotę na każdą okazję. 

Czy tym przebił samego siebie? Niekoniecznie, ale wysłuchać tej niesamowitej historii z jego ust i tak jest warto.



sobota, 04 maja 2013
Finisz Championship - z odtworzenia

Jeśli po piątkowym grillu mocno zaspaliście, albo nie planowaliście włączać się w transmisje od wczesnego sobotniego popołudnia to... straciliście jeden z najgorętszych dni w angielskim futbolu. Ostatnia kolejka Championship, ostatnie rozstrzygnięcia na dole i na szczycie tabeli, ostatnie minuty decydujące - uwierzcie, było dramatycznie!

Cardiff, które już zapewniło sobie awans do Premier League grało na KC Stadium w Hull z drużyną, której najbliżej było do wejścia do wyższej ligi. Jednak ekipa Steve'a Bruce'a nerwowo patrzyła za plecy, ponieważ Watford Gianfranco Zoli miał także mecz na swoim boisku i tylko punkt straty do "Tygrysów". Czwarte Brighton i piąte Crystal Palace w zasadzie już były pewne gry w fazie play-off, lecz zainteresowane znalezieniem się w czołowej szóstce było Leicester City kosztem Nottingham Forest. Bolton, który podniósł się po kiepskim starcie sezonu, również liczył na łut szczęścia.

W dole tabeli też było nerwowo, ponieważ aż pięć drużyn było zagrożonych zajęciem dwudziestego drugiego miejsca, ostatniego oznaczającego relegację do League One. Peterborough grało na wyjeździe z Crystal Palace, Barnsley walczyło z bezpośrednim rywalem w tej batalii Huddersfield, Millwall miało wyjazd do Derby, a Sheffield Wednesday podejmowało Middlesbrough. Wolves, tylko z mocno teoretycznymi szansami na utrzymanie, grali na stadionie Brighton.

Emocje nie zaczęły się jednak równo z pierwszym gwizdkiem na dwunastu stadionach Championship - dwadzieścia minut przed pierwszym gwizdkiem na Vicarage Road, gdzie gra Watford z Leeds, kontuzję w czasie rozgrzewki odnosi kapitan gospodarzy, Manuel Almunia. Jego miejsce w bramce zajmuje Jonathan Bond, a na ławce pojawia się 19-letni Jack Bonham, który jeszcze pozostawał bez debiutu w pierwszym zespole. 

Start wszystkich spotkań zaplanowano na godzinę 13:45 (naszego czasu) - następujące wydarzenia zostały spisane chronologicznie by oddać dramaturgię ostatniej kolejki Championship. Jeśli nie wiecie co się zdarzyło i jak skończyły się spotkania, nie regulujcie odbiorników, nie przewijajcie na dół strony. Zapraszam na naprawdę ostrą jazdę.

13:48 Simon Cox otwiera wynik na City Ground, Nottingham Forest obejmuje przewagę nad resztą stawki w walce o szóste miejsce.

13:52 Brighton z Tomaszem Kuszczakiem w bramce również mocno rozpoczyna swój mecz, Kazenga LuaLua otwiera wynik spotkania z Wolves, którzy desperacko potrzebują zwycięstwa.

13:56 Sheffield oddala się od miejsc spadkowych po tym jak Steve Howard wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W tym samym czasie Hull City trafia do siatki Cardiff, ale sędzia odgwizduje spalonego. 

14:01 Barnsley umieszcza Peterborough w strefie spadkowej, ponieważ Chris O'Grady otworzył wynik w meczu z Huddersfield. 

14:06 Popołudnie coraz lepiej układa się dla Nottingham Forest, bo Matt Phillips wyprowadza Blackpool na prowadzenie w meczu z Boltonem, który również szukał swojej szansy w walce o play-off...

14:09 ...i koniec udanego dnia Forest? Uderzenie Matta Jamesa z Leicester po rykoszecie trafia w róg bramki, ale gospodarze utrzymują swoje miejsce w czołowej szóstce. Jeszcze.

14:11 Bolesna kontuzja bramkarza Jonathana Bonda! Napastnik Leeds wpadł w golkipera Watfordu, który nie może podnieść się z murawy. Na stadionie kompletna cisza...

14:14 Sensacja w Londynie, gdzie Crystal Palace przegrywa z walczącym o utrzymanie Peterborough. Bohaterem gości zostaje Lee Tomlin, który strzela gola po indywidualnej akcji, ale podopieczni Darrena Fergusona wciąż muszą liczyć na wyniki innych spotkań.

14:17 Z ulgą odetchnęli kibice Wednesday, gdy Leroy Lita podwyższył prowadzenie ekipy z Sheffield. Czyżby miał to być spokojny dzień dla tej połowy Sheffield? Ich wynik oznacza, że przegrywające Huddersfield spada do strefy spadkowej...

14:20 ...a tymczasem emocje na szczycie! Bolton traci już drugą bramkę z Blackpool, tym razem autorem jest Ludovic Sylvestre

14:21 Watford z Leeds wracają do gry, Jack Bonham wchodzi za Bonda, który zostanie odwieziony do szpitala. Już wiadomo, że ten mecz skończy się ponad dziesięć minut później od innych. Jak w bramce gospodarzy spisze się debiutant?

14:27 LuaLua pogrąża Wolves, którzy lecą do League One w rok po spadku z Premier League...

14:28 Forest już przegrywają! Od trzydziestej minuty na boisku jest Radosław Majewski, ale gol Andy'ego Kinga daje Leicester miejsce w play-off!

14:29 Gol dla Leeds! Ten, który kontuzjował Bonda, Dominic Poleon wykorzystuje nerwy obrony Watfordu i daje pewny awans Hull!

14:31 Bolton wraca go gry? Chris Eagles z dystansu strzela kontaktowego gola tuż przed przerwą.

14:33 Ale zaraz, karnego ma Crystal Palace, które przegrywało z Peterborough...

14:34 ...i Glenn Murray się nie myli! 1-1, a Peterborough znowu w strefie spadkowej! W tym samym czasie Bolton, jeszcze przed zejściem do szatni, wyrównuje stan meczu z Blackpool - Craig Davies rozpala trybuny!

14:38 Przerwa trwa na jedenastu stadionach, ale Watford z Leeds wciąż grają. Ikechi Anya ścina akcję z prawego skrzydła, drybluje przez trzech obrońców, ale zostawia piłkę Almenowi Abdiemu, który uderza w samo okienko! Co za gol! 1-1!

14:50 Przerwa wszędzie w Championship, oddychamy głęboko, choć tylko przez chwilę...

14:51 ...i wracamy do gry, przynajmniej na jedenastu boiskach.

14:55 Niezły powrót! Cardiff w ostatnich tygodniach tylko świętowało po awansie, ale nie wpłynęło to na ich grę z Hull - Frazier Campbell pojawił się po przerwie i od razu dał przyjezdnym prowadzenie!

14:57 Barnsley spada? Jermaine Beckford z golem dla Huddersfield, który zrzuca ich rywali do ostatniej trójki. Tymczasem trafienie Eliotta Warda dla Nottingham z ulgą przyjmują kibice Forest, którym play-off wymknęło się jeszcze przed przerwą. Leicester znowu na dalszych miejscach.

15:04 Wreszcie! Steve Bruce szaleje przy linii bocznej, a Nick Proschwitz odkupuje swoje winy po tym jak chwilę wcześniej z pięciu metrów nie trafił w bramkę - teraz dzięki jego główce jest 1-1!

15:05 Na Vicarage Road też wracają do gry...

15:08 ...ale czy Paul McShane kończy nadzieje Watford? Wyprowadza on Hull na prowadzenie w meczu z Cardiff!

15:09 Niesamowite rzeczy! Crystal Palace przegrywa z Peterborough, 1-2! Nathaniel Mendez-Laing po ładnej akcji daje ratunek ekipie Fergusona. Barnsley spada?

15:17 Nie! Jason Scotland wyprowadza ich na prowadzenie, a przeciwników z Huddersfield zrzuca na ostatnie spadkowe miejsce.

15:22 Ależ głupota napastnika Watford! Troy Deeney ostrym wejściem w Michaela Browna zasłużył na czerwoną kartkę i przy prowadzeniu Hull oraz osłabieniu gospodarzy, szanse na bezpośredni awans drużyny Zoli drastycznie maleją.

15:24 Znów rotacja na dole, znów Barnsley spada! Huddersfield wyrównuje za sprawą Jamesa Vaughana...

15:27 Ale nadzieja dla kibiców gości, bo 39-letni Kevin Phillips strzela swojego piątego gola w sezonie dla Crystal Palace i jest już 2-2. Peterborough jeszcze bezpieczne... tylko dzięki różnicy bramek. 

15:30 Millwall wciąż nie jest pewne swojego miejsca w Championship, bo właśnie Conor Sammon dał prowadzenie Derby w 85 minucie spotkania. Coraz bliżej końca...

15:34 Tragedia Peterborough! Mile Jedinak po dośrodkowaniu trafia do ich siatki dając Crystal Palace trzeciego gola!

15:36 Kolejny dramat, tym razem w Nottingham! W szalonym meczu i już w doliczonym czasie gry, Leicester obejmuje prowadzenie po golu Anthony'ego Knockaerta! Majewski i jego zespół poza play-off, kosztem właśnie City.

15:38 Karny dla Hull! Gospodarze mogą w doliczonym czasie przypieczętować awans do Premier League z jedenastego metra - prowadzą już 2-1, podchodzi Nick Proschwitz... karny obroniony!

15:39 Radość gospodarzy i gości w Huddersfield, tragedia Peterborough, które już prowadziło w meczu z Crystal Palace... Witaj, League One...

15:40 ...ale my już na szczycie tabeli, bo teraz jest karny dla Cardiff! Niewyobrażalne, po pudle Proschwitza wydawało się, że ostatni atak Cardiff, dośrodkowanie i ręka w szesnastce. Nicky Maynard się nie myli i mecz kończy się 2-2! Kilkudziesięciu kibiców wbiega na murawę, ale radości jeszcze nie ma, bo przecież mecz Watford będzie trwał jeszcze kilkanaście minut. Obydwie drużyny idą do szatni i tam, na małych monitorach telewizyjnych, ogląją rywali...

15:43 Leicester w play-off! Desperackie ataki Forest nie pomogły, sensacja na City Ground. Billy Davies przejął zespół w tym sezonie, wywindował ich na czołowe miejsca, ale nie zapobiegł tak dramatycznemu finiszowi. Plany na Premier League przełożone o kolejny sezon!

15:49 Steve Bruce miał chyba atak serca, bo oto Fernando Forestieri w zamieszaniu w polu karnym Leeds uderza, ale Paddy Kenny świetnie broni na linii! Wciąż 1-1...

15:50 ...kontra Leeds, Ross McCormack wyprowadza piłkę z połowy, zauważa, że niedoświadczony bramkarz Watford wychodzi z bramki i próbuje go przelobować. Wydaje się, że jego strzał jest zbyt lekki, ale golkiper... wrzuca sobie piłkę do bramki! Ależ tragedia młodego Jacka Bonhama! A to już doliczony czas gry, Leeds z przewagą jednego zawodnika i prowadzeniem 2-1! Hull świętuje!

15:55 Koniec meczu, Watford przegrywa, Hull w Premier League! Oddychamy, oddychamy... i oddajemy głos innym. 

"Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem" - mówi Steve Bruce, menedżer Hull City, którego rok temu prawie zatrudniono w Wolverhampton. Dziś on wraca do najwyższej ligi, a "Wilki" zaliczają kolejny spadek...

"Tak bardzo wierzyłem, że się utrzymamy" - powiedział załamany Darren Ferguson, szkoleniowiec Peterborough. "Moje słowa już nic nie zmienią. To był dziwaczny sezon, że spadliśmy mając 54 punkty. To się nigdy wcześniej nie stało."

Co za dwie godziny z Championship... i wiecie co jest najlepsze? Czeka nas jeszcze pięć wysokiej jakości spotkań w fazie play-off. Watford gra z Leicester, Brighton przeciwko Crystal Palace, a zwycięzcy z tych par spotkają się na Wembley 27 maja. 

poniedziałek, 25 lutego 2013
Di Canio to Clough

Gdy tylko znany i wpływowy piłkarz przekracza magiczny wiek trzydziestu lat, nikt nie może się oprzeć dyskusji na temat przyszłości po karierze na murawie. Często powtarza się, że przyjdzie czas na zajęcie się trenerką, wyrabianie licencji szkoleniowej i pozostanie przy futbolu - lecz raczej dotyczy to albo liderów, albo tych, którzy do kontrowersyjnych raczej nie należą.

Gdy Paolo Di Canio miał trzydzieści lat, popchnął i wywrócił sędziego po tym jak ten pokazał mu czerwoną kartkę w meczu z Arsenalem. Jeszcze kilka lat i transferów później tak nawrzucał swojemu menedżerowi, Glennowi Roederowi, że ten doznał niewielkiego wylewu. Włoch wkurzył się, bo szkoleniowiec twierdził, że jego napastnik jest kontuzjowany. Sam Di Canio zwalił winę jeszcze na klubowych włodarzy, którzy ponoć kazali jego agentom rozglądać się za nowym klubem.

PDC

Kandydatem do menedżerki nie był najlepszy, choć w zawirowaniu kontrowersji i ostrych reakcji na pewno nie brakowało mu serca. Nigdy nie chciał nic za darmo, ale był i jest cholernie ambitny - zanim jeszcze zaczął w rodzinnym kraju wyrabiać papiery trenerskie, zgłosił się po pracę w West Hamie. Na swoją szansę czekać musiał jednak aż trzy lata, gdy w 2011 roku zgłosiło się Swindon z angielskiej League Two. Propozycję Paolo z radością przyjął.

Przed przejściem do ostatnich dwóch bardzo gorących tygodni z życia malutkiego Swindon i tamtejszego klubu, warto prześledzić ich ostatnie sezony pod wodzą Di Canio. Pracując bez pieniędzy na transfery i pod presją bankructwa, Włoch zdołał wydźwignąć "The Reds" do wyższej ligi, nawet docierając na Wembley w pucharze dla klubów z Football League - choć w futbolowej świątyni Swindon przegrało i w gablocie do dziś stoi tylko trofeum za League Cup z 1969 roku. Jeden awans to jednak za mało, a o postępie zespołu Di Canio niech świadczy to jak radzili sobie w tegorocznych krajowych pucharach, aż do dramatycznej porażki z Aston Villa. Dopiero w sobotę spadli z pozycji lidera League One po remisie w Preston.

Di Canio ten mecz miał (ponoć) oglądać z pozycji kibica, siedząc w sektorze gości i zastanawiając się jak doszło do tego, że dwóch zatrudnionych przez niego piłkarzy wykonuje teraz jego robotę. Tommy Miller i Darren Ward zostali tymczasowymi trenerami po tym jak resztki włoskiego sztabu szkoleniowego zdezerterowały... w trakcie wywiadu po wtorkowym zwycięstwie w lidze. Dzień później niż ich szef. Co więcej, Swindon Town ten tydzień kończyło nie tylko bez menedżera na pełen etat, ale także (jeszcze formalnie) bez właścicieli - chaos na szczycie tylko się pogłębiał.

W gruncie rzeczy sporą odpowiedzialność ponosił za tę sytuację Paolo Di Canio. Od czterech miesięcy groził odejściem. Kilkanaście dni temu postawił nieudolnym właścicielom warunek sprzedaży klubu, a gdy ci jeszcze sprzedali najlepszego skrzydłowego bez jego zgody, Włoch podał się do dymisji wydając długie oświadczenie. W tygodniu Anglię obiegła historia, jak to kamery przemysłowe złapały Di Canio na nocnym szwędaniu się po klubowych korytarzach - miał on jeszcze klucze, przekonał ochronę by go wpuścili, a w starym gabinecie część pamiątkowych zdjęć podarł, resztę ze sobą zabierając. Negocjującym przejęcie klubu inwestorom, którzy wyrazili nadzieję, że wróci on do swojej pracy, Di Canio postawił wyższe warunki finansowe i zażądał pełnej kontroli nad transferami. Wciąż zresztą pozostaje faworytem bukmacherów do objęcia schedy... po samym sobie.

Teza więc może jest ryzykowna, ale dotychczasowa przygoda Paolo Di Canio z zawodem menedżera jest pewnym odzwierciedleniem tego, co dekady temu wyprawiał w Derby County (i nie tylko) legendarny Brian Clough. Nikt nie porównuje talentów, ani osiągnięć, lecz nie trzeba długo myśleć, by dostrzec pewne analogie.

I Clough, i Di Canio byli napastnikami. Obaj słyną z niewyparzonej gęby i tekstów, które przechodzą do legendy. Aż szkoda po raz kolejny przywoływać niektóre wyczyny najlepszego menedżera, który nie został selekcjonerem reprezentacji Anglii, ale zdecydowanie Włoch goni go pod względem efektowności swoich popisów. W Swindon był przez osiemnaście miesięcy, ale zdążył naubliżać bramkarzowi, którego zdjął w trakcie meczu, grozić na konferencji swoim piłkarzom wysokimi grzywnami po "żenującej" porażce, czy w swoim ojczystym języku wyzywać sędziego po niekorzystnej (jego zdaniem) decyzji. Spotykały go kary, reprymendy, ale on dalej był sobą - wielbiony przez zawodników, czczony przez kibiców, znienawidzony przez zarząd.

To jednak ostatnie wydarzenia nakazują wręcz zwrócenie uwagi na to co się działo z Brianem Cloughem w Derby. Anglik odnosił tam na przełomie lat 60. i 70. wielkie sukcesy - dużo ponad miarę możliwości finansowych prezesa, Sama Longsone'a. Zawsze było mu jednak mało i zawsze był w konflikcie z właścicielami. Za ich plecami kupował piłkarzy wyszperanych przez Petera Taylora, na przedsezonowe turnieje zabierał rodzinę, kazał opłacać własne wakacje na Majorce z klubowej kasy. Wszystko to w cieniu kontrowersji związanych z wiecznymi pretensjami w stronę wrogich sędziów, idiotów z władz federacji, nieczysto grających rywali (najczęściej z Leeds), czy wiecznie tchórzących Włochów (po porażce z Juventusem w półfinale Pucharu Europy).

Z Derby Clough rozstał się z wielkim hukiem w listopadzie 1973 roku. Kibice go wielbili, choć on fanów często prowokował - czy to narzekając, że w zbyt małej liczbie wypełniają trybuny jego stadionu, czy to stwierdzając, że zbyt późno wzięli się za doping. Jednak w najtrudniejszym momencie stanęli za nim i Peterem Taylorem - zarząd obydwu zwolnił, co doprowadziło do masowych protestów. Na najbliższym meczu Clough pojawił się na trybunach, patrząc jak jego piłkarze radzą sobie w lidze - trybuny przez cały mecz obrażały prezesa i jego ludzi, oczywiście. Po spotkaniu zespół zebrał się w domu byłego menedżera, pisząc list protestacyjny. Brakowało tylko Dave'a Mackay'a, który w tym czasie negocjował z Longsonem umowę o pracę na stanowisku menedżera. Tak, to Clough wybłagał kilka lat wcześniej gwiazdę Tottenhamu by dołączyła na koniec kariery do małego klubu z Derby - nie tylko przedłużył mu karierę, ale też otworzył drzwi do bardzo owocnej, jeśli nawet egzotycznej przygody z trenerką.

Analogie piszą się same, ale Clough przynajmniej nie zdemolował swojego byłego (?) miejsca pracy. Za to w świetnej książce Davida Peace'a "The Damned United" o 44-dniowej tragicznej przygodzie świetnego menedżera w przeklętym przez niego Leeds, pojawia się wzmianka o... paleniu biurka po swoim poprzedniku, znienawidzonym Donie Reaviem. Jak twierdzi rodzina, jest to akurat wymysł tylko i wyłącznie autora, lecz faktem pozostaje, że na Elland Road zabronił o legendzie klubu mówić, a jego zdjęcia z pucharami szybko zniknęły z korytarzy.

Najbardziej obu panów łączy jednak pewne wyczucie decyzji, naturalny styl bycia połączony jednocześnie z luzem, pasją i nawet agresją w pracy menedżerskiej. Przed finałem Johnston Paint Trophy, w foto-reportażu "The Guardian", Di Canio z szelmowskim uśmiechem odpowiadał na konferencji na pytania dziennikarzy, później jakby performując w kabarecie przy stolikach z kawą, zaraz po tym jak wściekał się, zginał i wyginał przy linii bocznej przez dziewięćdziesiąt minut. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć.

Oryginał z Paolo Di Canio spory, pewnie większy niż talent menedżerski, choć i tych umiejętności nie można mu odmówić. Włoch ze Swindon osiągał świetne wyniki, na pewno ponad stan klubowych finansów, ale daleko mu było do rzeczywistości i akceptowania tego stanu rzeczy. Ze szkodą i stratą dla kolorystyki niższych lig angielskiego futbolu byłoby odrzucenie jego ambicji, chęci do ciężkiej pracy i talentu perswazji we współpracy z piłkarzami. Jeśli nie wróci na dawne stanowisko, to ktoś pewnie mu jeszcze uwierzy, tak jak po krótkiej przygodzie w Leeds Clough dostał szansę w Nottingham Forest. Nie może Włoch jednak zapominać, że tak pięknie wypracowaną reputację - nawet jeśli jest ona z domieszką szaleństwa - można łatwo sobie zabrudzić. Czy to paląc biurko, czy to nocnym wejściem do byłego klubu...

"Będę unikał pewnych sytuacji, ale kolejne swoje batalie będę toczył bez chwili zawahania i z jeszcze jeszcze większą pewnością siebie," powiedział kiedyś Paolo Di Canio. Z tej postawy Brian Clough też byłby dumny.

środa, 25 lipca 2012
Trzy kroki wstecz, czyli w dobrym kierunku

Joey Barton już nie raz był bohaterem wpisów na tym blogu i, zakładając, że jeszcze nie raz na boisku mu odbije, pewnie zapełni także gazetowe szpalty ze złych powodów. Tak, jak w ostatniej kolejce, gdy powtórzył wyczyn Johna Terry'ego z meczu z Barceloną i z kolana przywalił rywalowi. Media miały temat na dodatkowe strony, Mark Hughes ból głowy, FA sporo roboty - jakby wcześniej z Bartonem jej nie mieli, ech? - a sam zawodnik, najwyraźniej, wyrzut sumienia.

JB 

To lato mogło być dla niego decydujące, zwłaszcza w obliczu kary jaka na niego spadła - zasłużenie, co sam były już kapitan QPR przyznaje. Stracił cholernie dużo, znacznie więcej niż te dwanaście spotkań, ponieważ wie, że Hughes nie buduje drużyny na nowy sezon przy jego wydatnym udziale. Owszem, nazwisko to przewija się w planach długoterminowych, ale jeśli Rangersi wystartują w takim stylu, jaki jest przez bogatych właścicieli wymagany, może się on nie przebić i przez kolejne tygodnie.

Zaboleć musiało także zostawienie go poza kadrą QPR, która wyjechała do Azji na kilka tygodni, by grać ostatnie sparingi. Nie to, że Barton nie ma co robić, wszakże ledwo wystartowała jego strona internetowa i samo pisanie na tematy różne, od polityki, przez kulturę, aż do futbolu właśnie, musi pochłaniać sporo czasu. Tak jak dyskusje na Twitterze, zaczepianie dziennikarzy, krytykowanie rywali, cytowanie filozofów... i gdzie tu miejsce na piłkę nożną, prawda?

Dowodów na to, że  futbol Bartonowi mógł przestać smakować nie brakuje, z wydarzeniami z ostatniej kolejki poprzedniego sezonu na czele. Czy ktoś, komu kopanie piłki sprawia frajdę, wymierzyłby kopa rywalowi w sumie bez powodu i jeszcze bez oporów starał się "zabrać" ze sobą do szatni jednego z nich? Odpowiedź może być tylko negatywna.

Dla Bartona te dwa sezony to ciągły rollercoaster, lecz na nim znalazł się z własnej woli, skrupulatnie budując opinię... okej, powiedzmy to - myśliciela, by potem znów boiskową agresją przypominać o dawnych grzechach. Nawet na własnej stronie oficjalnej, zapewne ironicznie, przedstawia się jako były skazaniec oraz brutalny bandyta.

Jestem bardziej niż pewny, że nawet mimo swoich agresywnych popisów, Barton w futbolu jest zakochany. Widać, że szuka swojego miejsca, nawet na boisku, gdzie menedżerowie rzucali go ostatnio po bokach pomocy, choć z niego żaden skrzydłowy. Zdecydowanie najlepiej czuje sie w roli osoby krytykującej media, człowieka z mocnymi poglądami, brylując w gazetach i Internecie, chodząc po galeriach sztuki, zachowując się jak krytyk. Po raz kolejny wypada jednak zapytać, czy futbol nie jest do tego dodatkiem?

Dwanaście spotkań to cholernie długo, a brak treningów z pierwszą drużyną, z seniorami, to równie dotkliwa kara, co każde potrącenie części jego niemałych zarobków.  Barton, najwyraźniej, postanowił ten czas nie tylko wykorzystać na dalsze szerzenie swoich poglądów społeczno-kulturalno-politycznych, ale także na odnalezienie powodu, dla którego wciąż na boisko wybiega. Przecież mógłby odpuścić, zostać komentatorem wydarzeń sportowych, pisać artykuły i żyć z procentów, ciesząc się wolnością od presji o której też często wspomina. 

On nie odpuścił, ale wiedział, że musi zdecydować się na kilka kroków wstecz, by potem wykonać skok na Premier League i udowodnić, że jakością i repertuarem zagrań dorównuje swoim często kontrowersyjnym wypowiedziom. Lepiej wybrać nie mógł.

Fleetwood

Oto, wstępnie na dwa tygodnie, przenosi się do Fleetwood Town FC, beniaminka League Two, drużyny z północnych rejonów Anglii, których ksywka to "obsługa trawlerów" lub, bardziej potocznie, "kuternicy". Powiedzmy sobie szczerze, nawet mimo ładnego, niedawno odnowionego, kameralnego obiektu o znajomej nazwie Highbury, nie jest to miejsce, gdzie łatwo byłoby spotkać gwiazdę z Premier League.

Dlaczego więc Barton trafił idealnie? Przede wszystkim, wreszcie ucieknie od Londynu. Zgodnie z wyświechtanym powiedzeniem, jest to miasto, które wciąga, gdzie można zapomnieć się, zgubić, przysnąć i obudzić będąc zerem. Barton ucieka od kamer, które pewnie towarzyszyłyby mu przez większość czasu, przypominając jego grzeszki, karę i nie dając w spokoju pracować nad formą. Formą tylko i wyłącznie treningową.

Dla Fleetwood Town gra kilku jego dobrych przyjaciół, więc w szatni nie będzie czuł się nieswojo, raczej pewnie do niej wejdzie, z uśmiechem na ustach. Tak, jak nie zdarzyło mu się już dawno w Rangersach.  Co więcej, "The Trawlermen" rozdeptali rywali na piątym szczeblu rozgrywkowym, zanotowali serię dwudziestu dziewięciu spotkań bez porażki oraz, pierwszy raz w ponad stuletniej historii klubu, dotarli do trzeciej rundy Pucharu Anglii.

Pod wodzą 40-letniego menedżera, Micky'ego Mellona, byłego piłkarza WBA, Blackpool i Burnley, Fleetwood przeszli prawdziwą metamorfozę, przez dwa awanse, od klubu stricte amatorskiego do takiego z pełnym zawodostwem, który stać na transfery rzędu kilkudziesięciu tysięcy funtów. Jasne, to pewnie równowartość jednej tygodniówki Bartona, lecz na konferencję oraz League Two są to sumy do pozazdroszczenia. Wszystkich skręcało, gdy za najlepszego strzelca drużyny, Jamiego Vardy, Leicester City dało milion funtów, co jest rekordem dla klubu spoza Football League

Micky Mellon to społecznik z zacięciem, zresztą też jest pierwszym w historii klubu trenerem, który został zatrudniony na pełen etat. Kiedyś prowadził również rodzinny biznes, siłownię dla młodzieży z trudnych rejonów Blackpool, ale pomysł upadł bez wsparcia sponsorów. Teraz buduje zespół, który ludzie chcą oglądać, o czym świadczy 29% wzrost frekwencji na stadionie w ciągu ostatniego roku. W ostatnim sparingu ze spadkowiczami z Premier League, Blackburn Rovers, przegrali zaledwie 0-2, a mimo to Mellon był mocno zawiedziony. "Nie powinniśmy tracić takich bramek" - mówił - "musimy jak najszybciej te zwyczaje z naszego systemu wyrzucić."

Czy pomoże w tym Barton? Tak jak wspomniałem, w klubie na razie będzie tylko na dwa tygodnie i pewnie na początku przyciągnie ciekawskich przedstawicieli mediów, którzy jego pensję porównają z niedużym budżetem Fleetwood, a zrobione zdjęcia z treningów obiegną Anglię. Wstępnie mówi się, że możliwe jest wypożyczenie Bartona do zespołu z League Two, ale tylko po to, by szybciej go odebrać - dwanaście spotkań na tym szczeblu to nawet trzy tygodnie mniej, niż musiałby przeczekać pomocnik na Loftus Road.

Niewątpliwie Joey Barton obrał kierunek dla piłkarzy Premier League egzotyczny, do tej pory niesprawdzony, a nawet dla sporej większości uznawany za niepewny. Mimo wszystko, wejście do szatni w której dominują tematy bardziej przyziemne niż najnowszy garnitur, dodatek do garderoby, kolacja w szykownej restauracji czy niebezpiecznie szybkie auto, będzie miłą odmianą i na pewno przyciągnie ostatnio często odlatującego w chmury piłkarza do ziemii. Bez ciągłego obrzydzenia tym przepychem, Bartonowi, zaciętemu anty-celebrycie, łatwiej będzie skupić się po prostu na futbolu. "Wreszcie!" - pewnie westchnie po pierwszym treningu. Mimo, że uczynił on aż trzy kroki wstecz, wydaje się, że w końcu Joey Barton obrał dobry kierunek.

poniedziałek, 31 października 2011
Zgubieni w lesie

Oficjalnie nikt na City Ground nie przyzna, że w ostatnich dwóch sezonach, naznaczonych porażkami w fazie play-off Championship, Billy Davies zawiódł nadzieje kibiców Forest – mimo to coraz bardziej napięta sytuacja w klubowych gabinetach wymagała zmiany na stanowisku trenera. Ambicje właściciela, Nigela Doughty’ego nie od wczoraj sięgają Premier League i jego zespół przed sezonem słusznie stawiano w jednym szeregu z innymi kandydatami do walki o miejsce premiowane awansem do angielskiej elity. Zwłaszcza, że postawił on na jakość znaną z boisk najlepszej ligi na świecie.

Trzy lata Billy’ego Daviesa w Forest nie dały awansu i nawet ci kibice, którzy uwielbiali szkockiego menedżera, niekoniecznie mieli w swoich rękach argumenty, które mogły by go bronić. Bez dwóch zdań, warunki z jakimi musiał się mierzyć na City Ground nie przypominały niczego co znamy ze szczycącej się pełnym profesjonalizmem piłkarskiej Anglii. Na pewnym etapie swojej kariery w Nottingham, Davies musiał polegać na komitecie transferowym w którego skład nie wchodził, choć i tak budżet miał mocno ograniczony. Mimo wszystko, wedle powszechnej opinii to nie jego styl zarządzania zespołem oceniono negatywnie na koniec poprzedniego sezonu, ale to jak może układać się jego dalsza współpraca z zarządem.

Billy DaviesBilly Davies wciąż pozostaje bez pracy...

Oczywiście nie zabrakło krytyki ze strony menedżera w mediach. Po porażkach zwykł narzekać, że bez wzmocnień, jego nieliczny skład nie będzie w stanie rywalizować skutecznie o miejsce w Premier League. Według bardziej krytycznych kibiców nie ufał on ani klubowej młodzieży, ani nawet zawodnikom rezerwowym, przez co sam ograniczał własne pole manewru w trakcie trudnego sezonu Championship. „Gdybym był na miejscu Nigela Doughty’ego, powiedziałbym Billy’emu by się zamknął i zabrał za swoją pracę lub po prostu zrezygnował” – powiedział mi Rish, który jest jednym z współautorów wspaniałego bloga „EighteenSixtyFive”.

Zawodników trzymał krótko, ale atmosfera była w zespole bardzo dobra, choć nie brakowało opinii, że ma on swoich faworytów i nie kryje się z tym przy wyborze podstawowej jedenastki na każdy kolejny mecz. „Jeśli Davies widzi, że na treningu nie ma ostrej walki, od razu reaguje. U niego musisz schodzić z zajęć z tętnem 200”oceniał go Radosław Majewski. Po porażce ze Swansea w półfinałach play-off Championship w poprzednim sezonie, wystarczyła jedna długa rozmowa Szkota z właścicielem, by przekonać obu, że ich drogi się rozchodzą. Zadziwiające, że od momentu ogłoszenia odejścia Daviesa z City Ground, szkoleniowiec nie udzielił żadnego wywiadu. Wróciwszy do rodzinnego Glasgow ponoć analizował ze swoim sztabem przyczyny porażki w poprzednim sezonie. Teraz ponoć kontynuuje swoją edukację trenerską w Hiszpanii, lecz jego nazwisko co chwilę wrzucane jest do kolejnej puli kandydatów na zwolnione właśnie stanowisko w drużynach z Football League.

Ogłoszenie jego następcy zabrało prezesowi Forest zaledwie kilka godzin, a wybrańcem został Steve McClaren – kojarzący się kibicom angielskim bardziej z chowaniem się pod parasolem w trakcie jednego z ostatnich meczów w roli selekcjonera reprezentacji na Wembley, niż sukcesami w Middlesbrough czy holenderskim Twente. Wyśmiewany i skazany na niebyt po zwolnieniu z najbardziej niewdzięcznego stanowiska w trenerskim światku, Anglik ratował swoją karierę na starym kontynencie, choć przygoda z Wolfsburgiem okazała się kompletnym niewypałem. Znów wątpiono w jego umiejętności pracy na najwyższym poziomie klubowym, ale McClaren się uparł i zdecydował wrócić do kraju, choć ofert z Premier League brakowało. „Będąc szczerym, byłem trochę zawiedziony” - mówił po podpisaniu kontraktu z Forest – „nie mam jednak nic do udowodnienia swoim krytykom.”

SteveWally with the brolly

Tymczasem jego przygoda na City Ground trwała znacznie krócej niż kariera w Bundeslidze sto jedenaście dni było naznaczonych głównie porażkami oraz zakulisowymi rozgrywkami, które raz jeszcze zaszkodziły formie piłkarskiej Nottingham Forest. Są co prawda także tacy, którzy wskazują na różnice między Daviesem i McClarenem, twierdząc, że piłkarze mieli problem z zaadaptowaniem się do stylu pracy byłego selekcjonera, nie stosującego różnych sztuczek motywacyjnych jak Szkot. „Z jakiegoś powodu nie był on w stanie wyciągnąć wszystkiego co najlepsze z piłkarzy, nawet tych przez niego zatrudnionych” – dodaje Rish.

Transfery są także warte chwili uwagi, zwłaszcza, że McClaren dostał to, czego Davies domagał się przez większość poprzedniego sezonu, jeśli nie pobytu na City Ground. Forest udało się utrzymać najważniejszych piłkarzy (choć Lee Camp, Luke Chambers, Dexter Blackstock, Lewis McGugan i Paul Anderson byli w planach kilku klubów z wyższej ligi), a do tego sprowadzono zawodników z doświadczeniem z Premier League – Jonathana Greeninga, Matta Derbyshire’a, Ishmaela Millera oraz Andy’ego Reida. To zdecydowanie był i jest skład na walkę przynajmniej o utrzymanie dobrego trendu gry w fazie play-off.

Wiele osób twierdzi, że przyszłość McClarena była znana już w przerwie meczu na Turf Moor, gdzie Nottingham Forest oberwali cztery bramki w pierwszej połowie od Burnley. Czarę goryczy przelało Birmingham City, które w ostatnim kwadransie następnego spotkania strzeliło trzy bramki i wszelkie szanse na utrzymanie przez byłego selekcjonera pracy spadły do zera. Po zaledwie kilku godzinach od ostatniego gwizdka na City Ground, kibice usłyszeli nie o jednej ale dwóch dymisjach – McClarena i Doughty’ego. Łatwiej było zastąpić tego drugiego, co zrobił zresztą… sam zainteresowany – przecież jest też właścicielem klubu.

Nowym prezesem został Frank Clark, były obrońca Forest, a w latach dziewięćdziesiątych także ten, który zastąpił Briana Clougha, gdy legendarny menedżer po spadku z Premier League zdecydował się zakończyć swoją bogatą karierę. Zresztą Clarkowi udało się przynajmniej nawiązać do sukcesów „Wielkiej Gęby”, gdy po roku przywrócił Nottingham na mapę najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii, by kolejny sezon skończyć na trzecim miejscu, z zapewnionym startem w Pucharze UEFA. Odszedł, gdy uznał, że stosunki między nim a zarządem są tak beznadziejne, że nie gwarantują kolejnych sukcesów.

McClaren w ciągu tych stu jedenastu dni na City Ground zawiódł na całej linii – Forest przed sezonem pod względem doświadczenia i jakości porównywano nawet z West Hamem, tymczasem już samo starcie obu zespołów zakończyło się przekonywującym zwycięstwem podopiecznych Sama Allardyce’a. Co ciekawe, obecny menedżer Młotów był ponoć jednym z jego kontrkandydatów do pracy z reprezentacją Anglii, satysfakcja była więc dla „Wielkiego Sama” podwójna.

Zaledwie dwa zwycięstwa w lidze były efektem katastrofalnej gry w obronie i niskiej skuteczności… Interesujące, że McClaren zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawiódł, choćby odmawiając przyjęcia odszkodowania za zerwanie kontraktu. Mimo to nie omieszkał powiedzieć prasie, że co innego obiecywali mu działacze przy negocjacjach kontraktu w lecie, a na dodatek odmówili pozyskania kolejnych dwóch graczy na wypożyczeniu z klubów Premier League, gdy była taka potrzeba. „Niepokojące jest to, że kolejny menedżer dzieli się taką opinią – warto przypomnieć, że tak mówił Davies, Megson, a nawet Joe Kinnear!” – dodaje Rish z „EighteenSixtyFive” jednocześnie zaznaczając, że w wypadku McClarena sporą część winy za wyniki ze startu sezonu powinni ponieść piłkarze.

Frank Clark nie miał czasu nawet rozgościć się w swoim gabinecie, a już musiał przeprowadzić szereg rozmów z potencjalnymi kandydatami na nowego szkoleniowca Nottingham Forest. Do ostatniego etapu tego swoistego castingu dostała się zaledwie trójka trenerów – Steve Cotterill (wtedy w Portsmouth), Kevin MacDonald (pracujący w Aston Villa) i Mark Robins (poprzednio w Barnsley). Wybrano tego, który przez ostatnie dwa lata pracował w zgliszczach pozostawionych mu na Fratton Park przez niekompetentnych właścicieli i menedżerów. Wedle opinii kibiców Pompey, Cotterill poradził sobie z tym niewątpliwym wyzwaniem bardzo przyzwoicie, choć zdziwiła fanów Forest opinia Franka Clarka, który przy podpisaniu kontraktu stwierdził, że bogate CV ich nowego menedżera przechyliło szalę w wyścigu o posadę. Zaskakujące wyznanie, zwłaszcza, że może on pochwalić się tylko awansem do League One z Notts County czy wygraniem FA Trophy z Cheltenham Town

Start Cotterill zaliczył bardzo dobry, wygrywając dwa z trzech dotychczasowych meczów, ale najważniejsza była poprawa w jakości gry Nottingham Forest, zwłaszcza jeśli chodzi o organizację defensywy. „Na pewno zadziałał efekt nowego menedżera, ale teraz przynajmniej zespół broni się znacznie wyżej na boisku, no i wreszcie blokujemy dośrodkowania we własne pole karne!” – dzieli się swoimi opiniami Rish, który jest stałym bywalcem na meczach Forest – „Najważniejsze, że teraz piłkarze przynajmniej wyglądają na takich, którzy wiedzą co mają robić na murawie.”

Nottingham Forest przegrali w weekend z Hull City, lecz na najbliższe dwa mecze nie ma innego celu jak tylko zwycięstwa. Zwłaszcza drugie spotkanie będzie warte bliższej uwagi, gdy zaledwie po trzech tygodniach Steve Cotterill wróci na Fratton Park, ale zasiądzie na ławce rezerwowych gości. Forest od miejsca w pierwszej szóstce dzieli zaledwie dziesięć punktów i na pewno nie wszystko jest stracone jeśli chodzi o jakiekolwiek szanse na awans. Sam Cotterill choć wierzy, że jego nowy klub da się wyciągnąć z lasu w jakim się znalazł po ponad trzech miesiącach zgubnych rządów McClarena, to już zapewne wie, że by przetrwać na City Ground musi sobie równie dobrze radzić przy linii bocznej jak i na spotkaniach z zarządem…

sobota, 22 października 2011
Systemowy szantaż

Pamiętacie to marzenie z młodości? Gdy idąc na pierwszy poważniejszy mecz piłki nożnej chcieliście zabrać ze sobą (oprócz notatnika na autografy) własne korki? Tak na wszelki wypadek, jakby lokalnej drużynie wypadł zawodnik, albo, co bardziej prawdopodobne, szukaliby na trybunach maskotek lub chłopców do podawania piłek. Wtedy, dzięki kilku kopnięciom dostrzegłby Was trener, zaprosił na zajęcia… kilka lat do przodu i sami byście brali za rękę juniora w drodze na wyśnioną murawę. Takie marzenie jest wciąż niezmienne u milionów dzieciaków na świecie.

Niewielu je realizuje, a jak już to na pewno ta droga wygląda inaczej. Część zniechęca się jeszcze zanim kopnie piłkę prosto, większość nie ma wymaganego talentu i zacięcia, inni odpuszczają na rzecz nauki, może imprez. W biznesie utrzymuje się niewielki procent dzieciaków i to na nich miliony zarabiają wielkie kluby, setki tysięcy koszą średniacy, a maluczkim dostaje się tyle, by utrzymali się na powierzchni i kontynuowali swą lokalną egzystencję.

youth cup

Jedne z najlepszych akademii w Anglii, City i Arsenalu, regularnie zatrudniają młodych piłkarzy z różnych zakątków świata.

Przez tą nieliczną grupę chłopców - na tyle upartych, że uczęszczających na treningi i rozwijających swój talent - rozpętała się w Anglii prawdziwa burza w ciągu ostatnich dni, prowadząca do ostrej krytyki firmy jaką jest Premier League. Wobec rosnącej od lat przewagi młodzieży innych futbolowych potęg, Anglicy zdecydowali się zrewolucjonizować własny skostniały system szkolenia, przewrócić do góry nogami od lat panujący porządek, który broniony był przez autorytety z Football Association. Wyobrażacie to sobie? To tak jakby Polski Związek Piłki Nożnej wreszcie wypiął się na trenerów Piechniczków i Engelów, by wprowadzić coś… cokolwiek co ma sens i dobro rodzimego futbolu na celu.

Chodzi o Elite Player Performance Plan, który na przestrzeni ostatnich dni został zinterpretowany na wiele różnych sposobów. Przede wszystkim pozwala on na wydłużenie godzin szkolenia młodzieży (z pięciu tygodniowo, przypominam), co przełoży się na jakość treningów oraz da więcej możliwości trenerom. Zlikwidowano także zasadę dziewięćdziesięciu minut, które musiały maksymalnie oddzielać dom juniora od siedziby klubu, by mógł ten go zwerbować. Pod czujnym okiem federacji akademia każdego z dziewięćdziesięciu dwóch klubów zrzeszonych w Premier i Football League zostanie oceniona i przypisana do jednej z czterech kategorii. Wystarczy, że nakreślę Wam czym jest pierwsza, najwyższa – klubowa akademia powinna dysponować budżetem w wysokości przynajmniej 2,5 miliona funtów, posiadać obiekty najwyższej klasy i minimum osiemnastu trenerów zatrudnionych na pełen etat.

Spór mimo tego nie dotyczy bezpośrednio kategoryzacji klubów, choć wiele z ekip ze średniego szczebla w Anglii na pewno na tym ucierpi – choćby akademie Southampton czy Crystal Palace, produkujące talenty wręcz taśmowo, lecz nie łapiące się na najwyższy poziom wymagany przez FA. Jak zwykle w piłkarskiej teraźniejszości, chodzi przede wszystkim o pieniądze.

44 kluby zrzeszone w Football League zagłosowały za EPPP (22 były przeciw, 4 same się z szansy decydowania wykluczyły), lecz i tak poczucie jest jasne – zrobiły to z przymusu. Premier League zagroziła, że wycofa wypłacane co sezon pięć milionów funtów na szkolenie młodzieży tym klubom występującym na trzech szczeblach zaplecza najbardziej rozpoznawalnej i najbogatszej ligi na świecie. Co więcej, dzięki pozytywnej decyzji tych klubów, które powiedziały TAK, najlepsi będą wydawać mniej na utalentowanych juniorów.

O ile mniej? Za każdy rok spędzony w pierwszym klubie między dziewiątym a jedenastym rokiem życia FA naliczać będzie po trzy tysiące funtów, gdy dwanaście miesięcy w wieku od dwunastu do szesnastu lat ma kosztować od dwunastu i pół do czterdziestu tysięcy funtów. Do tej pory, gdy tylko klub z Premier League chciał zdolnego juniora, prezes macierzystego klubu wciągał w układ agenta, zachęcał inne zespoły do licytacji, a cenę i tak trzeba było wynegocjować – zwykle w milionach, nie tysiącach. Najdobitniej mówią o tym jednak przykłady. Czternastoletni Oluwaseyi Ojo z MK Dons niedawno przeszedł do Chelsea za półtora miliona, choć kwota może urosnąć do dwóch milionów funtów, wraz z rozwojem piłkarza. W 2008 roku Tottenham sprowadził Johna Bosticka z Crystal Palace za 750 tysięcy funtów, po ciężkich i długich negocjacjach. Pierwszy, po wprowadzeniu w życie reguł EPPP, kosztowałby Chelsea czterdzieści sześć tysięcy, gdy Kogut byłby wart sto trzydzieści tysięcy funtów. Drobne, prawda?

JB

John Bostock po kilku wypożyczeniach przebija się wreszcie do pierwszego składu Spurs.

Teraz płatność, choć mniejsza, ma być rozciągnięta na wiele lat, o ile z piłkarza wyrwanego z macierzystego klubu będzie pociecha w seniorach. Reakcja mediów była łatwa do przewidzenia, krytyka na Premier League spadła z każdej strony. „To straszny dzień dla futbolu”powiedział jeden ze współwłaścicieli Crystal Palace, Steve Parish i dodał, że drużyny, które zagłosowały za EPPP przyjęły trzydzieści srebrników, ulegając żądzy pieniądza bogatych, zadowalając się ochłapami, decydując w strachu, zaszantażowane przez najzamożniejszych w futbolowym światku.

Ten plan został stworzony przez przedstawicieli Premier League, kontrolowany przez Football Association i tylko poddany do dyskusji udziałowcom Football League. Są jednak tacy, którzy EPPP bronią. Gareth Southgate wierzy, że wspólna dyskusja może doprowadzić do tego, że ta zmiana nie będzie dla wielu tylko formalnością czy upadłością, ale wielką szansą dla rodzimego futbolu. Inni mówią, że najważniejsza jest zmiana tendencji w akademiach – powstrzymanie importu młodych talentów z zagranicy i odważniejszego postawienia na lokalne talenty, wyszukane w juniorach mniejszych klubów. Rezerwy Realu i Barcelony mają w swoich składach zaledwie po dwóch obcokrajowców, gdy taki Arsenal płaci szesnastu, Liverpool dwunastu, a United dziewięciu przyjezdnym.

„My możemy trenować juniorów półtorej godziny dziennie, to absolutne maksimum, gdy Barcelona może to robić ile chce, to ich wielka przewaga”powiedział sir Alex Ferguson w maju – „Mamy nadzieję, że w następnych latach to się zmieni, będziemy mogli poświęcić więcej czasu na uczenie podstaw, techniki, zaufania we własne umiejętności, brania na siebie odpowiedzialności cały czas.” Na jednym z blogów Leeds United autor kłóci się, że mniejsze kluby od zawsze produkowały trzy rodzaje piłkarzy - takich jak Tom Taiwo, na których zarabia się miliony; takich jak Jonny Howson, który będzie pierwszoplanową postacią w zespole i tych anonimowych, którzy nie docierają na koniec futbolowej edukacji. Oni kosztują kluby najwięcej.

TT

Tom Taiwo był bohaterem głośnego transferu do Chelsea, ale nie udało mu się nawet zadebiutować i teraz gra w League One.

Oponenci są jednak głośniejsi. Aaron Cox na blogu FourFourTwo grozi, że gdy zabraknie funduszy na akademie mniejszych drużyn, Anglia straci te talenty, które już raz zostały odrzucone przez wielkie kluby, ale odbudowały się właśnie na zapleczu – wystarczy podać przykłady Joe Harta, Chrisa Smallinga, Darrena Benta, Leightona Bainesa i Garetha Barry’ego. Należy pamiętać, że w profesjonalnych strukturach piłkarskich w Anglii tylko dwa zespoły nie posiadają własnego systemu szkolenia (Hereford i Morecambe), więc stracić może znaczna większość, zwłaszcza jeśli zostaną zakwalifikowani do niższych kategorii niż wskazuje na to liczba wychowanków, którym się powiodło. Czy im FA będzie umożliwiać wyrównanie standardów, przeniesienie się na wyższy poziom? Tego wszystkiego nie ma w EPPP

Najbardziej oponentów nowego systemu złości niepojęta wręcz arogancja najbogatszych klubów w Anglii. Przecież, patrząc na młodzieżowe reprezentacje narodowe, oni i tak już mają w swoich garściach znaczną większość najlepiej wyselekcjonowanych juniorów w kraju. „Naprawdę sądzicie, że Premier League, Chelsea czy Manchester United pójdzie na wojnę tylko dla dobra reprezentacji?” – retorycznie pytał Parish„Dla nich to tylko kwestia zamiany akademii w kolejny dochodowy biznes!”

Jednak taki Roy Keane już w 2008 roku uważał, że wykupywanie z mniejszych klubów największych talentów przez wielkich wcale nie jest takie złe. „Jeśli Arsene Wenger dostanie piłkarza do pierwszego zespołu i ktoś mu powie ‘Cóż, kupiłeś go z Millwall za pięćdziesiąt tysięcy’ to on tylko odpowie ‘I co z tego?’ Po prawdzie, uwierzcie lub nie, czasem te pieniądze pomagają małym drużynom przetrwać trudne chwile” – mówił były zawodnik Manchesteru United, sam wywodzący się z nieznanego Irlandzkiego klubu Cobh Ramblers.

Wątpliwości jednak pozostają, a wręcz powodują powstanie teorii spiskowych – wedle jednej z wielu przeze mnie znalezionych, EPPP to tylko etap na drodze do wprowadzenia zespołów rezerw największych klubów w szeregi Football League. Co więcej, skoro nowy system szkolenia ma dać tak wiele możliwości wszystkim zainteresowanym, a najwięcej korzyści ma czerpać reprezentacja, czemu Premier League musiała użyć szantażu, by przepchnąć projekt przez głosowanie siedemdziesięciu dwóch klubów z jej zaplecza?

Na pewno system, jeśli okaże się dobry, nie rozkwitnie od razu i dopiero po latach, dekadzie lub dwóch będzie można ocenić zasadność tej zmiany. Póki co wydaje się, że EPPP rozkręci rynek transferów młodzieży i to w obie strony, zdejmując z klubów ograniczenia odległości oraz ceny. Ruch juniorów będzie zwiększony, na pewno wielu się sparzy na obietnicach większych i prędko wróci do mniejszych klubów, tam szukając swojej drugiej szansy. „Zmiana była potrzebna” – raz jeszcze krzykną zwolennicy, lecz oponenci tylko pokręcą głową i z rozpaczą przyznają, że nikt nie jest w stanie teraz określić ceny jaką Elite Player Performance Plan ze sobą niesie. Na pewno niektórych więcej nie będzie na zabawę w futbol stać.

niedziela, 02 października 2011
London Calling

Łatwo jest zakochać się w futbolowym Londynie, choćby ze względu na różnorodność wyboru klubów z najwyższych szczebli angielskich dla przeciętnych zjadaczy piłkarskiego chleba z kraju i zagranicy. Jest Chelsea, gdzie ambicje właściciela są równe nienawiści kibiców innych ekip. Mamy Arsenal, gdzie skojarzenia z piękną grą są równe niedowierzaniu naiwności polityki transferowej. Dalej – Tottenham, którego odzwierciedla Harry Redknapp – można go uwielbiać, lub twierdzić, że to nadęty bufon. Mało? Przyjazne Fulham, zawsze dostarczające rozrywki QPR, West Ham z godnymi politowania właścicielami, wciąż cieszący się złą sławą Millwall… i to nie koniec wyliczanki choćby ze szranków Football League, a jednak dla 362 osób to i tak mało w ostatni, zaskakująco gorący poniedziałkowy wieczór.

KFC-LFC

Kingsmeadow to obiekt bardzo kameralny – z czterech trybun tylko na jednej można usiąść na krzesełkach, reszta oferuje miejsca stojące, choć z dachem nad głową, dosyć prowizorycznym. W ostatnich latach stadion(ik) jest znany z tego, że o jego losach decyduje AFC Wimbledon, faktyczny spadkobierca wszystkiego co działo się z tym klubem przed skandaliczną decyzją zezwalającą na przeniesienie go do Milton Keynes. Obiekt obklejony jest plakatami reklamującymi doskonale znaną grę Football Manager, której twórcy są zaangażowani w rozwój The Dons od ich… restartu. Kingsmeadow gromadzi średnio na ich meczach, już w League Two, prawie pięć tysięcy ludzi, więc… już możecie się domyślać, że nie o tym zespole będzie. Nie o nich głównie.

Bowiem to nie jest tylko ich dom – na Kingsmeadow znajduje się także siedziba Kingstonian FC występujących w Isthmian Premier League, na siódmym szczeblu rozgrywkowym (czyli polskiej A-klasie, lecz w Anglii jest ich dziewiętnaście, nie dziewięć jak u nas). Zespół ten raczej nie wychyla się ponad ten poziom, choć odnosił także sukcesy w mniejszej rangi pucharach krajowych, których FA, całkiem słusznie zresztą, organizuje co nie miara. Nie wybijając się także ponad średnią widzów, którą zawarłem we wspomnianym wstępie, Kingstonian nie posiada żadnych graczy z przeszłością w klubach z wyższych lig, a o specyfice drużyny niech świadczy fakt, że wszystkich ich przebija sławą… jeden z asystentów menedżera. Martin Tyler jest znanym i lubianym komentatorem w ESPN. Jednak nawet fakt bycia gospodarzem nie dał im miana bohaterów tego tekstu.

Mowa będzie bowiem o Lewes Football Club, ligowych rywalach z okolic Londynu (mecz skończył się wynikiem 1-0 dla Kingstonian, decydującego gola zdobył Bobby Traynor, który futbol zawodowy zaledwie liznął, a teraz, oprócz rekordowego dorobku strzeleckiego, wyróżnia się w drużynie… brzuchem w stylu Macieja Iwańskiego). Z 362 osób, które zapłaciły 10 funtów za wieczór z piłką pół-zawodową, około sześćdziesięciu przyjechało wspierać przyjezdnych, głównie swoją obecnością, nie głosem. Wiele osób wybrało się na ten pojedynek prosto z pracy w centralnym Londynie – mnie i obecnego także Zachodnego Seniora spod jednej ze stacji Jamie Cutteridge, który pisze o futbolu amerykańskim na Any Given Sunday Night, choć ja bardziej znam go z Twittera.

Także dzięki temu portalowi w ogóle usłyszałem o Lewes Football Club. Klubie, który ponad rok temu przeszedł w ręce kibiców, ponieważ taka była potrzeba chwili – problemy finansowe, kłopoty z zarządem, piłkarze odchodzący z klubu, malejąca liczba widzów… Ci najwierniejsi postanowili ratować popularnych The Rooks i przejęli władzę wprowadzając swój plan – jednym z jego punktów było faktyczne oddanie sterów w ręce fanów – za jedyne trzydzieści funtów rocznie macie głos, możecie startować w wyborach, pytać na zebraniach... Jak powiedział mi także obecny na meczu Stuart Fuller, autor kilku książek o tzw. piłkarskiej turystyce i wspaniałego bloga The Ball Is Round, udziałowców jest już pięciuset i każdy może mieć tylko jeden głos, nie więcej.

Oczywiście, to nie jest jedyny sposób na budowanie budżetu takiego klubu jak Lewes – wręcz tylko jego uzupełnienie. Wiem także co myślicie sobie (no, a przynajmniej większość z Was)… Internet, kibice rządzący klubem… Przykład Ebbsfleet United i My Football Club, którego entuzjazm na początku przyniósł wiele sławy temu klubowi, ale przyszedł kryzys, finansowy i wyników („Futbol to biznes oparty na wynikach” – powiedział ostatnio Ferguson)… z grupy ponad trzydziestu tysięcy wpłacających regularnie składki ostała się jedna dziesiąta. Przykład Lewes, mimo znacznie mniejszej skali projektu, jest także ciekawy, a przynajmniej skłonił mnie bym przyjrzał mu się uważniej.

Lewes FC wczoraj obchodził 126. urodziny, udokumentowane zwycięstwem nad Wealdstone. Każdy kolejny mecz to dla tego klubu, jak i wielu innych kojarzonych z pojęciem „non-league”, walka o widza, który zdecyduje się w weekend wybrać na mecz niższej ligi, niż na stadion Premier League lub do pubu tam oglądając spotkania cały dzień. Czy Lewes i wolontariusze pracujący na jego sukces są w jakimkolwiek stopniu pionierami, nie mam pojęcia, piszę szczerze. Na pewno ich działalność przyciąga uwagę – swój uroczy stadion (The Dripping Pan) wynajmują chętnym za pieniądze, kibiców zapraszają do pubu przy obiekcie przed meczem, a na każdy mecz przygotowują świetne i atrakcyjne plakaty, często również gazetkę. Serio, ich praca, pomysły i poświęcony na nie czas mogłyby wprawić w zakłopotanie większość działów marketingu z Ekstraklasy.

Sam mecz nie był pasjonujący. Kingstonian lepiej spotkanie rozpoczął i stworzył sobie kilka sytuacji do strzelenia bramki, gdy Lewes polegali tylko i wyłącznie na błyskotliwości Christiana Nanettiego, kiedyś grającego w Queens Park Rangers. Kiepski środek pola gości wybitnie przyczynił się do utraty bramki jeszcze w pierwszej połowie, by po przerwie wymusić odważniejszą grę. Mogła się ona skończyć utratą bramki, ale, zwłaszcza po czerwonej kartce dla kapitana Kingstonianu, blisko było wyrównania. Ostatecznie gospodarze zanotowali trzy punkty, dopiero drugie zwycięstwo w dziewięciu meczach, gdy Lewes straciło szansę na zdobycie szczytu tabeli. Jak to określił Zachodny Senior: „A-klasa w bardzo eleganckim opakowaniu” – a akurat on jest częstym bywalcem zarośniętych i niszczejących trybun we wrocławskich niższych ligach…

Jeśli chodzi o poziom, mógłbym się z Ojcem kłócić, ale byłby to spór maksymalnie o dwie, trzy klasy rozgrywkowe w górę, moim zdaniem. Jednak chodzi o opakowanie – niska cena, możliwość wypicia piwa już na stadionie (na niektórych nawet na trybunie), przyjazna, rodzinna atmosfera, wysiłek piłkarzy ten sam, choć umiejętności mniejsze. Ale są też zadaszone trybuny, dostępny program meczowy, światła, kamery… Kluby z „non-league” walczą o każdego widza (często udziałowca, sponsora, wolontariusza), wystarczy przypomnieć wspaniałą inicjatywę „Non-league Day” i kluby, który zyskują popularność poprzez to jak są prowadzone – przywołany AFC Wimbledon, ale też FC United of Manchester i coraz więcej podobnych.

KFC-LFC

To może i powinna być lekcja dla futbolu w naszym kraju. Można futbol amatorski lekceważyć, wyśmiewać się z podtatusiałych gości biegających w niedzielny poranek, ale prawda jest taka, że w każdym wysoko rozwiniętym piłkarsko systemie podstawy są niezwykle ważne i się je pielęgnuje, dba o nie. Tak jak kierunek angażujący mocniej kibiców w rozwój lokalnej piłki powinny obrać kluby amatorskie w Polsce, tak tworzenia otoczki, atmosfery, jak i marketingu „profesjonaliści” z Ekstraklasy. Samo zainteresowanie się takim angielskim modelem prowadzenia futbolowego biznesu, niezależnie od jego poziomu, może nie wystarczyć, więc w ramach korków zaleciłbym również chętnym wizytację i zobaczenie, że warto takie widowiska organizować i będą one atrakcyjne nawet dla tylko 362 kibiców. Ja wiem, że dziesięciu funtów wydanych na bilet na Kingstonian - Lewes nie zmarnowałem.

piątek, 23 września 2011
Inicjacja i tragedia zielonych Pielgrzymów

Jak każdy kibic angielskiej piłki mam swoje wspomnienia początków fascynacji futbolem z Wysp – pewnie dla wielu fanów z mojego pokolenia wiążą się one z zakupem dekodera pewnej platformy, weekendowymi transmisjami i skrótami. Co innego jednak pierwsze łączenie z Anglią, co innego faktyczna futbolowa inicjacja, zetknięcie się z trybunami, które do tej pory widziało się tylko na ekranie telewizora. Moja nastąpiła wiele lat po tym, jak miałem szczęście po raz pierwszy zobaczyć Gianfranco Zolę strzelającego piękne gole w TV i dostarczyła mi wielu wrażeń. Głównie tych wspaniałych, choć wspomnienie zimnego hamburgera jedzonego na trybunach Selhurst Park raczej do nich nie należy.

Było słoneczne popołudnie w Londynie, gdy na kilka dni przed wylotem do Polski udałem się na trybuny stadionu Crystal Palace, by usiąść za bramką i być katowanym przez dziewięćdziesiąt minut kopaniną wyjątkowo niskich lotów, nawet jak na znane mi wtedy (z TV oczywiście) standardy Championship. Jedyną bramkę dla gospodarzy w pojedynku z Plymouth Argyle zdobył środkowy obrońca Darren Ward, który wykorzystał nieudolne wybicie defensora przyjezdnych. Kibic siedzący trochę wyżej ode mnie co chwilę mruczał „C’mon AJ!”, co miało zmusić Andy’ego Johnsona, niedoszłego reprezentanta Polski, do stworzenia jakiegokolwiek zagrożenia pod bramką rywali. Pamiętam także jak przy ławce gości szalał Ian Holloway, a około trzydziestej minuty dwójka stewardów musiała, nie bez problemów, wynieść fana przyjezdnych, który nie należał do najtrzeźwiejszych. Z wysokości trybuny widziałem jak już poza stadionem stara się utrzymać pion jednocześnie kontynuując gorący doping. Wychodziło mu to średnio.

Bilet i program

Ja jednak nie o swoich wspomnieniach z bardzo udanej inauguracji w futbolu brytyjskim (uwierzcie mi, ze stadionu wychodziłem uśmiechnięty od ucha do ucha!), lecz o Plymouth Argyle. Drużynie, która miała ambicje włączyć się do walki o Premier League pod wodzą wspomnianego i wtedy jeszcze nie tak dobrze znanego Iana Holloway’a, a pięć dni temu wyrżnęła o samo dno rankingów Football League. W dziewięciu meczach League Two zgromadzili zaledwie punkt, strzelili trzy bramki i kibice, ci którzy wciąż uczęszczają na Home Park, boją się, że wkrótce ich ukochany klub czeka trzeci spadek pod rząd.

Jednak problemy „Pielgrzymów” nie zaczęły się wczoraj, ani nawet rok temu. Pierwszym sygnałem, że może być coś nie tak z Plymouth było lato 2008 roku, gdy w ramach oszczędności zespół musiało opuścić kilku ważnych piłkarzy, w tym Peter Halmosi, który dołączył do Hull City za dwa miliony funtów. Jeszcze po tym sezonie udało utrzymać się w Championship, choć piłkarzom nie udało się po ośmiu latach ciągłych postępów zająć znów pozycji wyżej niż przed rokiem. Sygnał alarmowy nie pomógł, kampania ligowa 2009/2010 była katastrofalna i dwóch Paulów, najpierw Sturrock, a od grudnia Mariner, nie utrzymało zaplecza Premier League i Plymouth spadło do League One.

Swoją szansę dostał Peter Reid, który był asystentem Tony’ego Pulisa w Stoke City, ale odszedł, gdy pojawiła się szansa prowadzenia klubu na własny rachunek. Mimo tego, że wielu zawodników opuściło jego nową drużynę, start miał wymarzony – na Home Park przyjechali faworyci do awansu, Southampton, lecz spadkowicz „Świętych” odprawił z kwitkiem. Niestety, kibice może i oglądali waleczny zespół na boisku pod wodzą Reida, ale z gazet dowiadywali się o coraz mniej wesołej sytuacji w klubie. Najniższa liczba osób, które odwiedziły Home Park w sezonie tylko poprzedziła fatalną informację o 63-dniowym odroczeniu kary za długi, taki bowiem czas dostali w Plymouth na znalezienie pieniędzy na spłatę długów.

Zawodnicy, trenerzy, pracownicy nie widzieli pełnej wypłaty od miesięcy, kibiców raczej ubywało, a najlepsi piłkarze nie mogli doczekać się stycznia, by odejść tam gdzie ustalona kwota trafia ustalonego dnia na ich rachunek bankowy. Gdziekolwiek. Bradley Wright-Phillips po strzeleniu trzynastu bramek do stycznia znalazł miejsce w Charlton Athletic – mimo tego został najlepszym snajperem „Pielgrzymów” w sezonie. Jeszcze przed pożegnaniem się z klubem zdobył dwie bramki decydujące o zwycięstwie w lokalnych derby z Exeter City, wyjątkowym meczu na którym po raz ostatni Home Park zapełniło się po brzegi. Kibice wrócili by ratować Plymouth.

Marzec był najgorszy. Długi rosły, nieporozumienia w zarządzie przeradzały się w konflikty, a kolejne plany kupna klubu legły w gruzach. Peter Ridsdale, były prezes choćby Leeds United, autor książki, która miała ujawnić skandale towarzyszące upadkowi tego klubu, doradzał zarządowi z Home Park w czasach kryzysu, ale i on nie potrafił znaleźć porozumienia z inwestorami. Brak pięciu milionów, które były potrzebne, by spokojnie przetrwać sezon, bez szans na spłatę dziesięciu kolejnych w długach, Plymouth Argyle zostało zepchnięte w strefę spadkową, gdy liga ukarała ich odejmując dziesięć bezcennych punktów.

Takie sytuacje jednoczą i Peter Reid z drużyną zyskali wielki szacunek kibiców oraz rywali. Zawodnicy, gdy mieli obiecane pieniądze od zarządu, postanowili przeznaczyć część z nich dla pracowników klubu, którzy, zarabiając mniej, jeszcze rzadziej oglądali wypłaty. Zorganizowana została też aukcja na którą menedżer przeznaczył swoje medale zdobyte w trakcie bogatej kariery piłkarskiej, jak choćby ten otrzymany za grę w finale Pucharu Anglii w barwach Evertonu. Kibice nie chcieli dopuścić do tego, by Reid stracił cenne pamiątki i zebrali potrzebną sumę, która trafiła do tych najbardziej potrzebujących pracowników Plymouth Argyle. Najważniejsza w całej aukcji była gwarancja, że zebrana kwota nie pójdzie na obsługę długu, pensję tymczasowego prezesa (został nim Ridsdale) czy opłacenie rachunku.

Niestety, ligi nie udało się utrzymać. Tak jak sezon fenomenalnie rozpoczęto wygraną z kandydatami do awansu, tak również meczem z Southampton w Plymouth żegnano szeregi League One. Rywale pieczętowali swój awans – jedną z bramek zdobył wychowanek „Pielgrzymów” Ryan Dickson…  Carl Fletcher mówił, że po jednej z porażek w sezonie atmosfera była tak beznadziejna, że piłkarze resztki sensu swojej pracy odnajdowali w czarnym humorze, śmiejąc się z tego co ich spotyka każdego dnia. „Raz trener chciał nas ukarać za spóźnienie się na trening, ale, zastanowiwszy się chwilę, doszedł do wniosku, że i tak nie mieliśmy z czego zapłacić. Obiecaliśmy mu, że jak cokolwiek nam dadzą, wrzucimy do puszki”obrońca wspomina niewesołe czasy na Home Park.

Lato nie przyniosło niczego poza kolejnymi rozstaniami, choć najwierniejsi zostali. Fletcher został także asystentem trenera, a pierwszy bramkarz (także golkiper w spotkaniu, które widziałem na żywo!), Francuz Romain Larrieu miał szkolić swoich następców. Z bardzo wąską kadrą i bez większych nadziei przystępowali oni pod wodzą Petera Reida do walki o utrzymanie choćby statusu ligowego, lecz jak pokazały pierwsze kolejki sezonu, i to może okazać się misją niemożliwą. Wszyscy związani z Plymouth Argyle żyli tylko obietnicami Ridsdale’a, że jutro będzie lepiej, że przejęcie klubu jest bliskie finalizacji, że za ten miesiąc pracownikom zostaną zapłacone wszystkie pieniądze.

Nic z tych rzeczy. Na dodatek, po ośmiu porażkach z rzędu, wyrzucony został Reid, choć był w stanie tak wiele poświęcić dla tego klubu, tak wiele już oddał, tak ucierpiała jego reputacja, a kibice, mimo fatalnych wyników, nie chcieli jego zwolnienia. Nóż w plecy wbił mu Ridsdale, który powiedział, że wciąż liczy, że zostaną przyjaciółmi, nawet są umówieni na kolację w tym samym tygodniu w którym został zwolniony. Do tego stopnia nikt nie wierzy już w zapewnienia sprawującego funkcję prezesa, że sami piłkarze myśleli nad strajkiem meczowym wobec jego niekompetencji – bukmacherzy przestali przyjmować zakłady na spotkanie z Burton Albion, jednak do pojedynku doszło.

Nikt w klubie nie wie, gdzie podziały się pieniądze z wpływów z biletów za mecze rozegrane na Home Park w tym sezonie. Na pewno nie obejrzeli ich pracownicy klubu, może więc poszły na pensję Petera Ridsdale’a (25 tysięcy funtów miesięcznie)? O to pytał także Reid, ale odpowiedzi nie dostał. Trzy tygodnie później był już bez pracy. „Jakiekolwiek stoją przed klubem trudności, futbol to biznes w którym ważne są wyniki, a Argyle jest na dnie tabeli z jednym punktem na dwadzieścia siedem możliwych” – dało się wyczytać z oficjalnego oświadczenia Plymouth.

Zastąpił go Carl Fletcher, mianowany jako tymczasowy menedżer, który na swojego asystenta mianował Larrieu. 31-letni Walijczyk, stoper, gra w barwach Plymouth od lutego 2009 roku i był wybierany najlepszym piłkarzem klubu w ostatnich dwóch sezonach. Jest najbardziej również tym najbardziej doświadczonym – jeśli pamiętacie najlepszy finał Pucharu Anglii z ostatniej dekady, epicki pojedynek West Hamu z Liverpoolem, zagrał wtedy 77. minut w barwach przegranych. W lidze w zielonych barwach zagrał dziewięćdziesiąt dziewięć spotkań, na setne poczeka, przesiedzi je na ławce rezerwowych jako trener – nawet nie może sam siebie wybrać, ponieważ obejrzał czerwoną kartkę z Southend w ostatni weekend…

„Dla mnie osobiście to wielka zmiana, lecz myślałem o zostaniu trenerem już od kilku lat”mówi Carl Fletcher„Zrobimy wszystko, by przegnać ciemne chmury znad tego klubu, by przyszłość była jasna i przejrzysta. Obecna sytuacja jest dla wszystkich zaangażowanych w Plymouth Argyle. To świetny klub, otaczają go wspaniali ludzie, jednak wszyscy musimy pchać ten wózek w odpowiednim kierunku. Wierzę, że wkrótce klub w klubie zjawi się nowy właściciel i będziemy wyglądać przyszłości.” Naiwny…

PS. No właśnie, naiwny? Dzisiaj pojawiły się w sieci informacje, że Peter Ridsdale jest gotów odejść jak tylko dojdzie do planowanego wykupienia klubu przez biznesmena, Jamesa Brenta. Zobaczymy co z tego będzie, wszak w Plymouth miało już dojść do podpisania kilku umów, a przynajmniej tak obiecywał Ridsdale... 

piątek, 18 marca 2011
Thursday Night Lights

Wpis ten jest częścią ‘BlogowiskaWielkiego Dnia Naszej Piłki – akcji, której finał odbędzie się w weekend 26 i 27 marca. Ideą WDNP jest pójście na mecz niższych klas rozgrywkowych w te dni, gdy nie gra Ekstraklasa, najlepsze ligi na świecie, a nawet reprezentacja. Zapraszam także na stronę akcji – www.wielkidziennaszejpilki.pl

Cholernie brzydka była dzisiaj pogoda. Znów cały dzień było zimno, a na dodatek lało. Prawe kolano jak zwykle zareagowało na takie warunki przeszywającym bólem przy każdej próbie jego wyprostowania, a trudy poprzedniego wieczoru spędzonego z Ligą Mistrzów objawiły się pod postacią bolącej głowy. Czyli idealne warunki na trening.

Policzmy. Jestem sumienny, kopanie się w czoło na krzywym boisku i przebieranie się w obskurnym budynku klubowym sprawia mi frajdę więc jestem na każdym treningu w tygodniu – konkretnie trzech. Oprócz dwudziestu sześciu tygodni ligowych są także przygotowania – wolne mamy może przez półtora miesiąca w całym roku. No i do tego dochodzą weekendy, oprócz meczów A-klasy są też sparingi, powiedzmy po pięć czy sześć w lecie i zimie.

Ja nie narzekam, ani się nie chwalę – zresztą nie ma czym. Jak bowiem są zwykle traktowane osoby, które rezygnują z wyjść na miasto bo mają mecz następnego dnia, bywają zajęci przez większość popołudni w tygodniu, rezygnują z wyjazdów za miasto? Z pobłażaniem. ‘Po co Ci to?’ jest jedną z najdelikatniejszych wersji wyrażenia swojej dezaprobaty wobec odmowy uczestnictwa w bliżej nieokreślonym wydarzeniu przez trening czy mecz.

Usłyszałem to też gdy po dwóch operacjach i roku żmudnej rehabilitacji poszedłem na pierwszy trening i wróciłem z napuchniętym kolanem, które było także przedmiotem wspomnianych wizyt w szpitalu. Mówią, że sport to zdrowie, ale złamany nos, kość strzałkowa w lewej nodze i zerwane więzadła raczej nie czynią mnie okazem zdrowia. Chociaż patrząc na wielu zawodników kopiących weekendowo piłkę w ramach trzech najniższych klas rozgrywkowych, posiadających przeciążający ich mięsień w miejscu brzucha, wcale ze mną nie jest tak najgorzej. Jeszcze.

Wróćmy do treningu. W niedzielę początek rundy wiosennej dla mojej Polonii Miłoszyce, a podejmujemy lidera więc przygotowania do startu w pełni i jedne z ostatnich zajęć poświeciliśmy na grę oraz taktykę (tak, w niższych ligach też o czymś takim słyszano!). O opłakanym stanie budynku klubowego już wspomniałem, ale boisko, zwłaszcza po zimie, zasługuje na osobne zdanie – choć obecnie to raczej błotnista maź z której nieśmiało wychodzą pojedyncze kępki trawy. Mamy to szczęście, że murawa jest oświetlona. Cóż, jej połowa, a lampy są źle ustawione i przy słupach, które widać na stadionach Ekstraklasy przypominają raczej latarki.

Dzisiejszy trening w zasadzie definiuje moje idylliczne przywiązanie do futbolu amatorskiego, które także wyrażone jest w idei Wielkiego Dnia Naszej Piłki. Fatalna pogoda, kiepskie warunki… Tu nie ma miejsca na osoby, które wybrzydzają, że dobrali zły kolor do swojego Lamborghini – są za to ludzie martwiący się o spadek zleceń w ich firmach, chore dziecko i tym podobne przyziemne sprawy o których gwiazdorzy z ostatnich stron gazet sobie nie mają pojęcia. Tu są sami pasjonaci, gotowi poświęcić swój czas kosztem rodziny, odpoczynku po fizycznej pracy by tyrać przez dziewięćdziesiąt minut na fatalnej murawie, wiedząc, że i tak nie zagrają w kadrze, a wspomnienie w lokalnej gazecie będzie szczytem ich karier.

Doskonale zdaję sobie sprawę z problemów jakie ma piłka amatorska w Polsce – wielu jest idiotów, którzy swoim boiskowym zachowaniem kreują wizerunek łysych bezmózgów z brzuchami otwierających usta tylko by bluzgać na sędziego, rywala i nawet swoich kolegów. Są też działacze – to jest obszerny temat! – których indolencja w zarządzaniu tak prostym mechanizmem jak amatorski klub piłkarski woła o pomstę do nieba. Sędziowie, którzy nigdy nie powinni się tykać gwizdków – mnóstwo kontrowersji wytwarzają co weekend.

To wszystko wpływa jednak na unikalny klimat amatorskiego futbolu. Świeże powietrze, emocje, kolega, znajomy, brat czy syn, który gra w lokalnej drużynie… Zastanawialiście się ilu ich jest? Setki lig w całym kraju, tysiące drużyn, prawie 250 tysięcy piłkarzy z których zaledwie skromny procent kopie futbolówkę w celach zarobkowych. Mamy do czynienia ze zjawiskiem bardzo powszechnym, ale również powszechnie lekceważonym, niedocenianym.

Idea Wielkiego Dnia Naszej Piłki pojawiła się w Polsce by to zmienić. Po to ja i moi koledzy z Playarena zachęcamy do pójścia na mecze w ten jeden wyjątkowy weekend kibiców, którzy do tej pory z piłką amatorską niewiele mieli wspólnego. Chcemy także zmienić mentalność zarządzających klubami, zmusić ich do działania, które może im przynieść wiele, wiele korzyści. Jestem przekonany, że przynajmniej część z Was znów przyjdzie zobaczyć w akcji lokalnych kopaczy, a nikt nie uzna tego czasu za stracony. Bo przecież i tak tego dnia futbolu w wielkim wydaniu w telewizorze nie uświadczycie.

Polonia Miłoszyce gra w niedzielę 27 marca na wyjeździe z Kolektywem w podwrocławskich Radwanicach. Godzina 14. Zapraszam.