sobota, 17 września 2011
Jak napisać dobry tekst o Arsenalu

Kiedyś oglądanie Kanonierów było rozrywką, ale dla bezpośrednich rywali raczej niewygodną – nie dosyć, że dzieciaki Wengera fajnie grały, to jeszcze zwykły w irytująco dobry sposób rozbijać większość defensyw ligowych, aplikując przeciwnikowi kilka wyższej jakości bramek. Zmieniło się jedno – teraz mecz Arsenalu przegapić chcieliby tylko jego kibice, gdy wszyscy rozsądni życzą sobie ich w następnej kolejce, jako ekipy rozbitej psychicznie, którą wystarczy jeszcze dobić fizycznie i efekt jest gwarantowany.

Tak jak mnożą się błędy w obronie Kanonierów, o czym na pewno dzisiaj przeczytacie, tak mnożą się teksty, które obrazują sytuację Arsenalu, następnie ją analizują, by na koniec przedstawić własne rozwiązanie degrengolady klubu z Londynu. Z poziomem jest tak jak z receptami kibiców, są lepsze i gorsze, a ponieważ nie zapowiada się, by w najbliższym czasie ten temat zszedł z priorytetów blogowych wszystkich o Arsenalu myślących, wydaje się rozsądne, by kolegom po fachu pomóc i stworzyć schemat wedle którego kolejne wpisy mogłyby powstawać.

  1. Zapytać Arsenal/Wengera/świat dokąd Arsenal/Wenger/świat zmierza (najlepiej w łacinie lub innym obcym języku). Prosty zabieg dający czytelnikom pierwszy sygnał, że jednak coś jest z tym Arsenalem/Wengerem/światem nie tak, a także możliwość twórcy wykazania się w następnym punkcie.
  2. Wytłumaczyć co jest nie tak z Arsenalem/Wengerem. Wręcz obowiązkiem jest powrót do finału Pucharu Ligi oraz tragicznego błędu dwóch Polaków (no, półtora Polaka) od którego zaczął się kryzys. Szybkie przeskoczenie do ostatnich wizyt Kanonierów Old Trafford lub Ewood Park dla lepszego efektu wskazane.
  3. Opisać nadzieję jaką dały kibicom Arsenalu/Wengera ostatnie dni okienka transferowego. Udowodnić, że transfer Mertesackera jest lepszy od ściągnięcia Cahilla, przedstawienie Artety jako zawodnika lepszego od Fabregasa i Benayouna jako lepszego od Nasriego, unikając słowa "lepszy". Temat dwóch pozostałych transferów poruszyć tylko pobieżnie, by nie napisać głupoty o bliżej nieznanym obrońcy/napastniku, albo nie wysłuchiwać później, że pochwaliło się piłkarza, który jest gorszy od samego twórcy.
  4. Wskazać cele Arsenalu na ten sezon, nie przesadzając oraz przypominając, że taktyka wydawania pieniędzy przyjęta przez Wengera jest lepsza od tej prezentowana przez Chelsea, Manchester United, City a nawet Liverpool. Nie tłumaczyć tego, by teza nie upadła.
  5. Bronić Wengera. Użyć argumentów o obrońcach, którzy nie potrafią bronić i piłkarzach Manchesteru United, którym wyszedł mecz życia. Spuentować stwierdzeniem, że to nie wina Wengera.
  6. Rozważyć zwolnienie Wengera, nie brnąć w kwestię potencjalnego zastępstwa, pamiętać, że sir Alex Ferguson raczej nie odejdzie z Manchesteru United, Jose Mourinho to tak naprawdę wróg, a Steve Kean wcale nie jest dobrym menedżerem bo wygrał z Arsenalem.
  7. Skrytykować Fabregasa (argument: „przecież w Barcelonie nie będzie dużo grał”) i Nasriego (argument: „poszedł za pieniędzmi”). Można dodać do listy Williama Gallasa, przecież gra w Tottenhamie.
  8. Przypomnieć dobre wyniki ze Swansea i Borussią, nie napominając o szczęściu w obu spotkaniach oraz tego jakie one miały przebieg, by nie popaść w depresję oraz nie zrujnować dobrze zapowiadającego się tekstu.
  9. Zacytować Arsene Wengera, koniecznie wypowiadającego się w pozytywnym kontekście, unikać wypowiedzi po ostatnich dwóch meczach wyjazdowych w lidze. Dorobić teorię pasującą do cytatu, zakończyć stwierdzeniem, że Arsene wie/nie wie co robi.
  10. Koniecznie wskazać na zawodników, którzy się wyróżniają, lecz uważać przy nadużywaniu liczby mnogiej, ponieważ lista zaczyna się i kończy na Wojciechu Szczęsnym. Ewentualny brak kandydatów nadrobić opisem jego kapitalnych interwencji. Chętni, na potrzeby tego punktu, mogą stwierdzić, że po dziesięciu miesiącach odblokował się Chamakh, choć nie polecam. Pod żadnym pozorem nie wspominać o Arszawinie.
  11. Optymistycznym akcentem na zakończenie powinny być obrazowe opisy zdobytych przez Arsenal bramek. Przy podaniu Songa nie wspominać jego trafienia samobójczego, przy golu Gervinho nie pisać o jego tajemniczym zniknięciu w drugiej połowie. Wskazać datę powrotu do zdrowia Jacka Wilshere’a. Dodać, że United też zwykle słabo zaczynają sezon, a nikt ich nie skreśla – nie przypominając formy Arsenalu z końcowych miesięcy ostatnich kilku sezonów.
  12. W zależności od tezy oraz nastroju autora odpowiedzieć na pytanie zawarte w punkcie pierwszym, wydając werdykt na temat przyszłości klubu. Pamiętać, że używanie stwierdzeń „mistrzostwo” jak i „Liga Europy” jest niebezpieczne i raczej odnieść się do kolejnego meczu. Wpleść cytat z Twitterowego konta Wilshere’a lub opisać jedną z parad Szczęsnego zapominając, że pewnie wynika ona z nieporadności obrońców. Ostatnie zdanie powinno zawierać następujące słowa: Wenger, nadzieja, liga, puchary, dzieci, Arteta – kolejność i kontekst zależy od autora.
czwartek, 05 maja 2011
Dzień w którym umarł polski futbol

 

 

Ten tekst pierwotnie powstał na potrzeby mojego bloga o polskiej piłce nożnej, którego możecie znaleźć pod adresem polishscout.blogspot.com. Uznałem jednak, że warto go przetłumaczyć i także udostępnić w tym miejscu, ponieważ wierzę, że zaistniały problem dotyczy polskich kibiców piłki nożnej, a moja opinia zainteresuje także Czytelników tej strony. Chciałbym by smutne sprawy futbolu w naszym kraju były poruszone na tym blogu po raz pierwszy i zarazem ostatni – czego sobie i Wam życzę.

To co stało się po finale Pucharu Polski pomiędzy Legią Warszawa i Lechem Poznań było skrajną kompromitacją, czymś czego obecni na meczu delegaci UEFA nie chcieli oglądać na niewiele ponad 400 dni przed pierwszym gwizdkiem na Euro 2012 w Polsce. Jednak, gdy rząd i władze zdecydowały się zamknąć stadiony i uznały, że to jedyne rozwiązanie problemu dotyczącego chuliganów – mniejszości z około stu tysięcy ludzi odwiedzających stadiony Ekstraklasy każdego tygodnia – wtedy dopiero rozumiesz, że futbol umarł. Futbol, który nie jest już sprawą dla kibiców.

Piłka nożna w Polsce jest obecnie sceną walki pomiędzy rządem i chuliganami podczas gdy normalni fani będą cierpieć, siedzieć w domach, nie mając możliwości obejrzenia jak gra ich zespół, przegrywa czy wygrywa. Nie wolno im, ponieważ władze będą zamykać stadiony za każdym razem, gdy policja wyda opinię, że jest możliwość zaistnienia niebezpieczeństwa na nich lub w ich pobliżu. Coś, by być jasno zrozumianym, co może się zdarzyć w każdym mieście, na każdym meczu, każdego tygodnia. Nie tylko w Polsce.

Gdy nagradzanie zwycięzców w Bydgoszczy po finale Pucharu Polski było opóźnione przez chuliganów Lecha walczących z policja, wszyscy na około zgadzali się, że pewne środki muszą być przedsięwzięte, że rozwiązanie problem, który nie zniknął, musi zostać znalezione. Jak najszybciej. Jednak, gdy był to znów idealny czas by usiąść, porozmawiać, zmienić prawo, wreszcie wykopać chuliganów ze stadionów, rząd zdecydował się na demonstrację, pokazówkę. Rząd po prostu zdecydował się zagrać stereotypami, które mówią, że każdy kibic piłkarski to chuligan.

Wszyscy są winni temu co się stało w Bydgoszczy – ktoś pozwolił by ten mecz się odbył mimo negatywnej opinii policji; organizatorzy pozwolili kibicom Legii na inwazję na murawę zaraz po rzutach karnych; kibice dali cichą zgodę ludziom by ich reprezentowali, tym, którzy nigdy nie powinni takiej zgody dostać; rząd, który nie walczył z problemem, nie zaprezentował odpowiedniego prawa. Jednak jedynymi, którzy ucierpią po bezsensownej decyzji o zamknięciu stadionów po wtorkowych wydarzeniach będą prawdziwi, normalni kibice i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na wojnie z chuliganami znów odniesiono porażkę.

Co stanie się teraz? Trzeba powiedzieć, że nawet jeśli ci, którzy organizowali protesty przeciwko mediom i rządowi na finale Pucharu Polski stracili prawo do głosu w debacie (więcej o tym tutaj), to premier rządu, ze swoimi sugestiami o zamykaniu stadionów za każdym razem, gdy policja doniesie o możliwym zagrożeniu, dał im z powrotem miejsce przy stole rozmów. Niepotrzebnie, ponieważ te grupy kibiców, zrzeszone w ogólnopolskim stowarzyszeniu udowodniły kiedyś, że nie powinno im się nigdy zaufać.

Czemu policja teraz wydaje opinię, że stadion Legii nie jest bezpieczny, gdy taki był tydzień teamu? Czemu domagają się zmian teraz, gdy nie mieli żadnych obiekcji w ostatnich miesiącach? Nawet nie starają się ukryć faktu, że jest to rewanż i kara za chuliganów, którzy zdewastowali stadion w Bydgoszczy. Kara, która nigdy nie będzie rozwiązaniem, jak już to kolejnym ciosem w normalnych kibiców, aż do momentu gdy zrezygnują oni z chodzenia na stadion.

Premier Donald Tusk powiedział, że będą zamykać stadiony po każdych problemach na trybunach, za każdym razem gdy policja zgłosi swoje obawy co do bezpieczeństwa. Jest bardzo ciężko mi zrozumieć jak on oczekuje, że sytuacja sama się rozwiąże, gdy stadiony będą puste – czy chce i oczekuje, że to normalni kibice wykopią chuliganów z trybun? Czy może jego rząd da klubom porządne prawo, prawo, które będzie wykonywane przez sądy i policję, coś co obecnie nie ma miejsca? Jeśli chce użyć zamykania stadionów jako jedynej drogi dla rozwiązania problemu chuliganów w Polsce, to tylko zabije futbol, ligę i szansę, że piłka nożna wzniesie się na poziom na który czterdziesto milionowy kraj zasługuje.

To bardzo smutny dzień. Donal Tusk, kibic piłkarski, sam często uczęszcza na mecze Lechii Gdańsk, prawie każdego tygodnia – i jest to coś czym lubi się dzielić publicznie. Czemu więc po prostu nie rozumie jak bardzo się myli zakładając, że jego pomysł, wielka pokazówka, rozwiąże cokolwiek? Te działania postawiły media, fanów, grupy kibiców, a nawet władze niektórych miast przeciwko niemu. Mniejsza o to – z wyborami już za kilka miesięcy stracił on wiele, wiele głosów tych, którzy mniej dbali o politykę, a bardziej o futbol. Ludzi takich jak ja, normalnych kibiców. Takich, co zostali skrzywdzeni przez osoby ponoć zaangażowane, ale nie rozumiejące prostej zasady tego pięknego sportu – że piłka nożna przede wszystkim jest dla kibiców.

wtorek, 26 kwietnia 2011
Cztery

26. kwietnia 2007 roku wystartowałem z KTBFFH.blox.pl - po pierwszym roku pisania mniejszych lub (częściej) większych herezji, z każdą kolejną rocznicą czułem, że ten blog się w miarę sprawnie rozwija. Dzisiaj, patrząc na premierowe wpisy, a także bardziej przekrojowo na te wszystkie popełnione wpisy (około pięciuset), czy to o Chelsea, czy o Premier League, czy ogólnie o futbolu... jestem generalnie zadowolony. Z poziomu, który przyprawia mnie o ból głowy i powoduje pewne zażenowanie doszedłem do momentu w którym jest... ciekawie? To Was powinienem o to spytać. I przede wszystkim Wam podziękować.

Za krytykę - to ona mnie napędza, to ona powoduje, że chcę pisać lepiej i ciekawiej. Nic nie motywuje mnie bardziej niż chęć udowodnienia, że jednak jakiś sens w tym moim pisaniu jest. Nawet jeśli później przyznam, że nie mam racji.

Za pomoc - każdym komentarzem, ale też pomocą przy zmianach na tym blogu na przestrzeni ostatnich czterech lat. Każdy nowy link zostawiony, każda polemika, każda uwaga pomogła. I będzie pomagać.

Za zrozumienie - ten blog, całkiem słusznie, kojarzony jest z Chelsea i mną jako kibicem tej drużyny. I choć zdarzyły się wyjątki, nie byłem generalnie przez kibiców innych drużyn (których temat poruszałem) traktowany jako kolejny zazdrosny/nienawidzący heretyk. To mnie cieszy najbardziej.

Cztery lata - cholernie dużo patrząc na to jak pisałem wtedy i to jak piszę teraz. Chciałbym, by postęp był widoczny także za cztery kolejne lata pisania, zamykać bloga nie zamierzam, a wręcz tylko go rozwijać. Czego sobie i Wam życzę.

piątek, 08 października 2010
10 spraw...

…których spodziewaliście się po siedmiu kolejkach nowego sezonu. Nie muszę chyba mówić, że w drugą stronę, czyli przy okazji poprzedniej listy, było trudniej, prawda? Pewnie i tym razem nie obronię się przed wpisaniem kilku oczywistości, ale wierzę, że przynajmniej kilka punktów wywoła Wasze zdziwienie. Zaczynamy – spodziewaliście się, że…

  1. Berbatow wreszcie wypali. Każdy obserwując przygotowania do sezonu Manchesteru United mógł wysnuć taki wniosek. Niektórzy nawet dali mu szansę i kupili Bułgara do drużyny Fantasy Football (jak niżej podpisany). Zadanie napastnik miał o tyle łatwe, że zawodził i zawodzi Wayne Rooney.
  2. Joe Hart będzie błyszczał i posadzi Givena na rezerwie. Tylko największy wariat (Capello?) posadziłby na ławce rezerwowych bramkarza, który był w genialnej formie na wypożyczeniu w Birmingham City w poprzednim sezonie. Dostał szansę także od Manciniego i już w meczu z Tottenhamem ją wykorzystał. Given sobie posiedzi.
  3. West Ham zawiedzie na początku sezonu. Jasne, Avram Grant doszedł do finału Ligi Mistrzów z Chelsea, zaliczył fajną przygodę ze zdegradowanym Portsmouth w Pucharze Anglii… ale nie jest on trenerem na miarę Premier League. Pomyśleć, że na Upton Park zrezygnowali z obiecującego Gianfranco Zoli…
  4. Gareth Bale będzie wybitnym skrzydłowym. Już w poprzednim sezonie błyszczał (i przełamał fatalną serię!) w barwach Tottenhamu, ale ten sezon to dopiero rozpoczął w wielkim stylu. Cudowny gol ze Stoke City, gra, którą ciągnie za uszy do ataku cały zespół Harry’ego Redknappa. Takiego zawodnika Anglia może Walii zazdrościć.
  5. Manchester United straci punkty na Craven Cottage. To prostu nie jest ich teren, prawda? Jakby im sędzia nie pomagał, co by nie robili, jakby nie grali – na komplet punktów w meczu wyjazdowym z Fulham trzeba czegoś więcej. Nani nie strzelił karnego, Hangeland w ostatniej minucie wykorzystał swoje warunki fizyczne i remis stał się faktem.
  6. Drogba strzeli bramkę Arsenalowi. Ile razy to powtarzam, nigdy mi się nie nudzi stwierdzenie, że Arsene Wenger, by wyeliminować zagrożenie ze strony napastnika Chelsea, musiałby go ze Stamford Bridge wykupić. Snajper-maszyna, tak mówią. On tak gra. Najlepszy napastnik 2010 roku? Dyskutujcie.
  7. W Manchesterze City nadal będą afery. Wiele robił Mancini by uniknąć niezadowolenia w kadrze pełnej gwiazd – nie udało się. Nawet jego nowy kapitan, Carlos Tevez podpadł menedżerowi, po tym jak w przerwie meczu z Newcastle kwestionował taktykę włoskiego szkoleniowca. Mięso latało, ponoć pięści także.
  8. Liverpoolu problemy finansowe się pogłębią. Do czasu, oczywiście – sprzedaż zasłużonego klubu ma być na dniach dokonana, tak by uniknąć odjęcia punktów za przejęcie drużyny przez bank w którym poprzedni (?) właściciele byli potężnie zadłużeniu. Nawet kibice Liverpoolu nie zaprzeczą, że to ostatnio najgorzej zarządzany klub w angielskiej czołówce.
  9. Sven Goran-Eriksson wróci do prowadzenia klubu. Epizod w Notts County go nie zniechęcił, a agent szwedzkiego menedżera wysyłał CV gdzie popadnie… gdzie zapłaciliby więcej niż milion funtów rocznie, oczywiście. Miało być Fulham, potem Aston Villa, a jednak wylądował w Leicester City. Nikt nie da ci tyle, ile Sven obieca, mówi stara prawda.
  10. Blackpool jakoś sobie w tej lidze poradzi. Każdy kto orientował się kim jest przesympatyczny Ian Holloway ten życzył mu powodzenia z beniaminkiem w Premier League. Jasne, może nikt nie spodziewał się cudów na miarę pogromu Wigan, wygranej z Newcastle, zwycięstwa nad Liverpoolem, ale po cichu wszyscy wiedzieliśmy, że jego plan się powiedzie. Oby wiódł się równie dobrze, jak do tej pory.

Tyle na dzisiaj, podczas przerwy reprezentacyjnej pojawi się jeszcze jeden ciekawy ranking. Może macie swoje sugestie dotyczące tej listy? Jeśli tak, to wiecie gdzie trzeba powyższy wpis skomentować.

wtorek, 05 października 2010
5 rzeczy, których...

…nie spodziewaliście się obejrzeć w pierwszych siedmiu kolejkach Premier League. Można mówić, że początek ligi jest dosyć nudny, lider oczekiwany, a Wielka Trójka z poprzedniego sezonu głównie przesiaduje na swoich pozycjach także i w tegorocznych rozgrywkach. Warto jednak podjąć się wyzwania i kilka największych sensacji Wam przedstawić.

  1. Joe Cole oglądający czerwoną kartkę w debiucie ligowym w barwach Liverpoolu. Dosyć oczywiste, prawda? Wydawać by się mogło, że to Roy Hodgson zrobił złoty interes przyciągając na Anfield (byłego już) ulubieńca Stamford Bridge, dostając jeszcze pięć milionów funtów za Benayouna, który powędrował w odwrotnym kierunku. Czterdzieści minut debiutu za angielskim skrzydłowym i… cóż, jak zwykle, Joey się podpalił - niepotrzebny wślizg (nie mówiąc o faulu!) pod polem karnym rywala, zamiast w piłkę to w nogi piłkarza Arsenalu. Zasłużona czerwona kartka i szybki prysznic dla Cole’a. Na pewno jeszcze nie raz błyśnie w nowym klubie, ale marnując karnego w kolejnym meczu, już w ramach Ligi Europy, zaliczył chyba najgorszy możliwy start z piłkarzy, którzy zmienili w lecie kluby w Premier League.
  2. Beniaminkowie rozstrzeliwują rywali. To, że Chelsea aplikuje słabszym ekipom po cztery czy sześć bramek jest dla kibiców ligi angielskiej do zrozumienia. Jednak żeby Blackpool, klub w którym na pensje w ciągu tygodnia wydają tyle co Manchester City na jednego Yaya Toure, jechał na trudny teren do Wigan (gdzie uległa rok temu choćby Chelsea!) i jechał z rywalami jak z amatorką? Albo takie Newcastle, podejmujące Aston Villę, co prawda ledwo osieroconą, ale wciąż z dużymi ambicjami… i gospodarze aplikują rozpaczliwej obronie gości sześć bramek. Nikt tego nie widział, nikt tego się nie spodziewał. Jestem o tym przekonany.
  3. Manchester United seryjnie tracący punkty na wyjazdach (i w końcówkach spotkań). Z Fulham powinny być trzy punkty, gdyby nie słaby karny Naniego i fenomenalne trafienie Hangelanda to i plan Fergusona zostałby zrealizowany. Jak zatem wytłumaczyć to co się stało na Goodison Park? Kilkadziesiąt sekund przed upływem regulaminowych 90 minut niektórzy kibice Evertonu zrezygnowali opuszczali stadion. Gdyby poczekali te trzy magiczne minuty szaleństwa gospodarzy… Choć ja sądzę, że tak naprawdę to kto inny szalał po ostatnim gwizdku sędziego. Szalał, czy raczej suszył w swoim stylu. Wiecie o kogo chodzi, ale konsekwencje oddania dwubramkowego prowadzenia w dwie minuty musiały być. Co zatem powiedzieć po mocno bezbarwnym i szczęśliwym remisie na Stadionie Światła w Sunderlandzie? Lub kolejny taki rezultat z Boltonem? United zwykle startowali słabo, ale nie przyzwyczajali swoich kibiców do takiego tracenia punktów – wręcz ich oddawania.
  4. Obrona Wigan zachowująca czyste konto na wyjeździe. I to na dodatek na White Hart Lane, gdzie rok temu doznali kompromitującej porażki z Tottenhamem, tracąc dziewięć bramek. Mimo że obrona gosci w poprzednich seriach spotkań raczej przypominała zgraję amatorów z ligi niedzielnej, a menedżer Roberto Martinez był na wylocie to chyba szkoda im było znów płacić za bilety własnych kibiców. Inna sprawa, że nawet fani Wigan nie wierzyli w tryumf w Londynie, ponieważ na White Hart Lane stawiło się ich ledwo ponad… siedemdziesięciu. Szkoda, że kibice Tottenhamu nie domagali się zwrotu od swoich pupili za ten kompromitujący popis nieskuteczności.
  5. Wynik Arsenal 0-3 West Bromwich Albion. Gdy kibice gosci szczypali się by sprawdzić czy to nie sen, to fani gospodarzy modlili się by to okazało się ‘tylko’ koszmarem. Mimo że mecz skończył się innym wynikiem, a Arsenal za sprawą dwóch trafień Nasriego choć w minimalnym stopniu uratował swój honor to nic nie umniejsza tryumfu beniaminka Premier League. Śmiem twierdzić, że do tej pory była to największa sensacja obecnego sezonu, większa nawet niż zwycięstwo Blackpool nad Liverpoolem. Wszyscy, wyłączając kibiców Arsenalu, ze mną się zgodzą.

Jasne, było trochę spraw oczywistych, ale to nie ostatnia lista mojego autorstwa w tym tygodniu. Na siłę mógłbym dodać jeszcze Liverpool w strefie spadkowej, ale po co się powtarzać, zwłaszcza, że już jeden z zawodników Hodgsona trafił na tę krótką listę. Nie martwcie się, jeszcze o kryzysie w Liverpoolu będzie – cierpliwości.