poniedziałek, 24 marca 2014
Szaleństwo ostatnich dni

To nie był dobry weekend dla leniwców. Ostatnia aktywność bloga się ograniczyła, ale to nie znaczy, że zabraknie dla Was czytania - wręcz przeciwnie. Zaczniemy od wydarzeń sobotnich...

(...) "Mourinho w roli myśliwego sprawdza się doskonale i po wyliczeniu błędów, ale też oczywistych momentów depczących szanse Arsenalu, jedynym co dziwi to łatwość z jaką Wenger swój zespół na ten jednostronny show wystawił." (...) Jednak nie ulega wątpliwości, że do mistrzostwa kraju tak Arsene Wenger, jak i jego Arsenal, muszą nauczyć się rywali "mordować". To dosyć smutny wniosek dla jubilata po jego imprezie z okazji tysięcznego spotkania jednego z niewielu futbolowych purystów..."

Całość tekstu o sobotnich derby Londynu przeczytacie na serwisie Krótka Piłka, a ja polecę Wam jeszcze podsumowanie rocznej działalności tego portalu, gdzie wybrano najlepsze teksty z ostatnich dwunastu miesięcy. Kawał dobrego czytania!

W niedzielę natomiast doszło do starcia w Hiszpanii i emocji było więcej niż tylko w otwierającym kwadransie spotkania... 

"(...) Zresztą po raz pierwszy od 2008 roku w drużynie "Królewskich" na El Clasico zabrakło miejsca dla typowego defensywnego pomocnika, o innych umiejętnościach niż te Xabiego Alonso. Hiszpan jest, zupełnie słusznie zresztą, odbierany jako cofnięty rozgrywający, a nie destruktor w roli, z której w meczach z Barceloną słynęli Pepe, Ramos, Khedira czy Diarra... (...)"

Moje bardziej taktyczne niż emocjonalne podsumowanie El Clasico przeczytacie na sport.pl, chociaż po takim meczu krew w każdym buzowała. Co dopiero u samych zawodników, prawda?

Na serwisie "Droga na Mundial" rozpoczął się tydzień angielski, a więc świetny powód, by sprawdzić to jak się ma "złota generacja" w kadrze Hodgsona (słabo) i jakie są szanse, by w Brazylii błyszczeli ludzie... Pochettino

"(...) Nie powinno nikogo dziwić to, że w obecnym sezonie Roy Hodgson zagląda najczęściej na niebieską i czerwoną część Merseyside, ale też do Southampton, bo to tam ci mniej doświadczeni kadrowicze zachwycają. Adam Lallana zagrał w każdym z ostatnich trzech sparingowych spotkań i jak na 25-latka jego debiut w kadrze przyszedł późno, lecz też wskazuje na jego wierność oraz rozwój. Wszak on grał na trzech różnych poziomach w Anglii! W tym sezonie udowadnia, że to jest materiał na lidera z klasą - bo to świetny drybler, ciężko pracujący w odbiorze i wymaganym przez Pochettino wysokim pressingu "Świętych". Podobnie Jay Rodriguez, z którym Lallana ma świetną nić porozumienia, a przecież w eliminacjach Ricky Lambert grał i strzelał dla Anglii bramki. (...)"

Zapraszam do lektury TUTAJ, a jeszcze jak dobrze poszukacie to znajdziecie ciekawy tekst Michała Szadkowskiego, który pisze o nastrojach w angielskiej kadrze.

A tu spotkamy się najpewniej po derby Manchesteru, już teraz zapraszam...

niedziela, 13 maja 2012
Bezczelne rżnięcie

To był zupełny przypadek. Znudzony, oglądający opustoszałe półki dworcowego kiosku w Kołobrzegu, mój wzrok padł na najnowsze wydanie tygodnika „Piłka Nożna” – z ósmego maja. Dawno nie miałem okazji czytać tego tytułu, zresztą powodów dla których zrezygnowałem z jego regularnego kupowania jest mnóstwo, a rosnąca cena przy spadającej jakości jest jednym z nich. Mimo to ostatni egzemplarz zdjąłem z półki, otworzyłem i się uśmiechnąłem.

PN 

Kazimierz Oleszek. Nie, nie mam z tym Panem żadnego problemu, poza tym, że czasem mnie rozśmiesza i jest pośród kilkudziesięciu powodów dla których z „Piłki Nożnej” bez bólu serca zrezygnowałem. Innym – pozwolę sobie na dygresję – była okładka przed finałem Ligi Mistrzów pomiędzy United i Barceloną. Zamiast herbu drużyny Fergusona, była kiepska imitacja tego co na sercach noszą piłkarze Manchesteru, owszem, ale FC United. Im do finału było daleko, prawda?

Wracając do tematu jednego z autorów tygodnika. Zwykle udawało mu się wywoływać uśmiech na mojej twarzy tekstami, które albo przytaczały statystyki z jednej z angielskich gazet i pobieżny komentarz, albo zawierały zbitkę kilku wpisów z Wikipedii i mało odkrywczą puentę. Jednym z najlepszych momentów Kazimierza Oleszka było przetłumaczenie znanego powiedzonka pewnego Szkota – „Football, bloody hell!” – na „Futbol, krwawe piekło!”. Tak, to naprawdę miało miejsce.

Chyba po raz pierwszy od kilku lat nie żałuję, że wydałem na tygodnik prawie cztery złote. Nie chodzi o zawartość – będąc pod wrażeniem jednego tekstu po prostu na resztę nie spojrzałem. Oczywiście chodzi o to co wyszło spod pióra Kazimierza Oleszka w jego cotygodniowym felietonie, szumnie nazwanym „Futbolowy High Life”. Spod jego pióra? A nie przepraszam, kiepski dobór słów. Ale o tym za chwilę.

Drugiego maja na stronach piłkarskich Guardiana pojawił się tekst Jonathana Wilsona, autora Wam zapewne doskonale znanego, którego książka „Odwrócona Piramida: Historia Taktyki Piłki Nożnej” właśnie trafiła do obiegu w kraju. Jego artykuł wpadł mi w pamięć, głównie przez świetne wnioski, nawiązania do fenomenalnych zespołów oraz tezę, opierającą się na powiedzeniu słynnego węgierskiego szkoleniowca, Beli Guttmanna, która mówi, że każda wspaniała drużyna kończy swój żywot po trzech sezonach.

Jakież było moje zdziwienie, gdy otworzyłem trzydziestą trzecią stronę najnowszej „Piłki Nożnej” i zobaczyłem felieton Oleszka zatytułowany „Prawo Guttmanna” – z każdym zdaniem utwierdzałem się w przekonaniu, że raz już to czytałem i to nie w polskiej prasie. Gorzej – dla autora tygodnika, zapewne – że postanowiłem nie odpuścić i bezczelne rżnięcie z Wilsona obnażyć.

Zastanawiałem się jak to zrobić i postanowiłem po prostu przytoczyć każdy fragment najnowszej rubryki Oleszka i porównać z tym co napisał Jonathan Wilson. Po lekturze tego co znajdziecie poniżej osądzicie, czy mam zwidy… czy po prostu mam rację. Wyróżnienia tylko i wyłącznie moje.

KO: „Od wieków wypowiadamy zaklęcia, opowiadamy mity czy korzystamy z medycyny, aby uciec przed tym stanem. Internet oferuje ponoć 15 milionów stron na temat starzenia się i ponad 67 tysięcy o zapobieganiu długotrwałemu procesowi dotyczącego naszego stanu społecznego, umysłowego i biologicznego. Futbol, oprócz dawania radości, przypomina nam, że biologii nie da się oszukać.”

Bo i też futbolowa egzystencja nie różni się specjalnie od tej, którą wiodą normalni zjadacze chleba. Największą różnica polega na tym, że procesy zachodzą tam szybciej. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie wielkich drużyn. Stopniowo rosną w siłę, potem świecą, promienieją blaskiem, gromadzą trofea. Aż tu nagle, po latach tłustych przychodzą chude. Jazda w dół odbywa się czasami na dużej prędkości. Wydaje się, iż podobne myśli nachodzą obecnie Pepa Guardiolę.

JW: Football has a habit of reminding us of our mortality. The transition from hot young prospect to experienced old hand takes place in the length of time it takes most of us to blunder from A-levels into something approaching a regular job. A life in football is real life speeded up, and that is truer even of great sides than great players: they rise, they flicker, they shine, they win things, they fade, the descent seeming usually more rapid than the ascent and generating far less historical interest.

The thought of decline seemed to haunt Pep Guardiola. Even as his side produced some of the finest football the world has known, even as it controlled games and destroyed teams, in three years landing an unprecedented haul of trophies, he seemed unable to enjoy it, worrying always about what came next, about sustaining that level of brilliance, his anxiety graphed in the retreat of his hairline.”

KO: “Nawet gdy jego podopieczni z Barcelony prezentowali najwyższy kunszt jaki widział do tej pory futbolowy świat; nawet gdy kontrolowali przebieg wydarzeń na placu od pierwszego do ostatniego gwizdka, by demolować przy tym rywali; nawet gdy kosili trofea jak wprawny żniwiarz łany pszenicy, Guardiola sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie był kontent. Jego twarz wyrażała niepewność, co będzie potem. Jak długo można utrzymać się na tak wysokim pułapie?”

„Trzeci rok jest zazwyczaj krytyczny – zwykł mawiać prominentny przedstawiciel trenerskiego fachu Bela Guttmann. Proroctwo Węgra sprawdza się w przypadku drużyn, które stosują pressing na całym boisku. Trzy lata takiej taktyki zbierają teraz żniwo. Choć każdy przypadek ma też swoją specyfikę.”

JW: „"The third year is fatal," said the great – and irascibly peripatetic – Hungarian coach Bela Guttmann and there does seem to be a general truth that, particularly with hard-pressing sides, three years is the maximum lifespan of a great side. But it is just a general truth; in each case there are specific causes.”

KO: „Ale chyba największym problemem jest proza życia. Piłkarze są coraz starsi. Ten czynnik położył kres wielkiej drużynie Realu Madryt, która zdobyła pięć razy z rządu Puchar Mistrzów w latach 1956-60.. Królewscy wywalczyli też pięć razy po kolei mistrzostwo kraju w latach 1961-65. Co ciekawe, Ferenc Puskas i Alfredo di Stefano w finałowym meczu o Puchar Mistrzów z Interem w 1964 roku mieli po 37 lat. Jose Santamaria miał 34 lata, a Paco Gento – 31.

Starzenie się położyło kres wielkiej drużynie Leeds, którą w 1974 roku pozostawił Don Revie. Odczuli to jego następcy na Elland Road Brian Clough i Jimmy Armfield. Nawet Bill Shankly miał problemu na początku pracy w Liverpoolu. Jeśli chodzi o Pepa Guardiolę, wygląda na to, że był świadom, iż w futbolu funkcjonuje Zasada Trzech Lat Guttmanna. Stąd być może jego ostatni sezon w Barcelonie przypominał trochę grecką tragedię. Bohater zna swój los, ale nie może nic zmienić.”

JW: „One of the biggest problems, of course, is that players get old. That was what ended up doing for the great Real Madrid side that won five European Cups in a row between 1956 and 1960 (avoiding Guttmann's Three-Year Rule with constant changes of manager). Although they, thanks largely to the wealth that enabled them to buy the cream of Europe at a time when very few clubs did that, won five straight league titles between 1961 and 1965 (and added the 1966 European Cup as well), it's striking that both Ferenc Puskas and Alfredo Di Stéfano played in the 1964 European Cup final against Helenio Herrera's Internazionale at the age of 37, while José Santamaría was 34 and Paco Gento 31.

Age did for the Leeds that Don Revie left in 1974, for Brian Clough and then Jimmy Armfield, even for Bill Shankly's first Liverpool, although he was able to construct another great side before his retirement.”

KO: “Guardiola próbował. Sprowadził Zlatana Ibrahimovicia, aby mieć większe pole manewru w ataku, ale musiał się go pozbyć ze względu na trudny charakter. Potem zaczął eksperymentować z ustawieniem, Dani Alves zaczął operować w środkowej strefie boiska. Zamiast elementu zaskoczenia miało to odwrotny efekt. Rywale wiedzieli z góry, jak może zagrać Duma Katalonii. Duma, której przybyło parę lat.”

JW: „What is fascinating about Pep Guardiola is that he seemed so aware of the dangers of Guttmann's Three-Year Rule. In that sense, his final season at Barcelona became like a Greek tragedy – the hero aware of his destiny yet unable to avert it (…)”

Guardiola had brought in Zlatan Ibrahimovic to offer a variety of attack, but was forced to offload him because Ibrahimovic's personality threatened to destabilise the squad (…)”

“He was worried by teams sitting deep against Barça, worried that his team would become predictable, and so he devised a way of getting more players, Dani Alves in particular, higher up the pitch to try to outflank blanket defences. All that did, though, was to make Barça more predictable: it is easier to mark a player who starts high than one coming from deep.”

---

Artykuł Wilsona jest dużo, dużo obszerniejszy niż ten Oleszka. W tym drugim nie znajdziecie ani cytatu, ani choćby wspomnienia, że zainspirował się tym pierwszym autorem. Wilson przywołuje porównania do „futbolu totalnego” w wykonaniu Ajaxu Amsterdam, przypomina co to stało się z Interem Herrery, a i puenta wyszła mu lepsza, co już jednak możecie sprawdzić sami.

Praca Kazimierza Oleszka? Zgaduję, ale najpewniej fragmenty, które wyżej umieściłem przemielił przez translatora Google i lekko jeszcze zedytował. Dopieścił to, co przedstawił mu automat, a stworzył Wilson. Za dowód wystarczy lektura porównania, jestem przekonany, że przykładów bezczelnego rżnięcia Oleszka wymieniać już nie muszę.

Jako naprawdę sporadyczny czytelnik „Piłki Nożnej” ciekaw jestem, czy Kazimierz Oleszek kiedykolwiek podniósł temat symulowania fauli w profesjonalnym futbolu, w lidze angielskiej. Biorąc pod uwagę to ile pisze się o tym na Wyspach, nie może być to wykluczone, a przecież to jest źródło wielu tekstów tego autora. Czy kiedykolwiek zdarzyło mu się „nurków” piłkarskich krytykować? Czy kiedykolwiek apelował o wprowadzenie technologii do futbolu? Tak naprawdę, od boiskowych oszustów nie różni się on niczym. Miał tylko jeden problem – jego czytelnicy dysponowali narzędziem weryfikacji, dobrodziejstwem technologii. Internetem.

Plagiat? Jak najbardziej. Tylko pytanie nie jest o to co pchnęło autora „Piłki Nożnej” do bezczelnego zerżnięcia tekstu ze stron Guardiana. Raczej ciekawi mnie reakcja wydawców - lub jej brak - czy zdają sobie sprawę z tego co się dzieje na ich łamach, do czego gotowi są posunąć się ich autorzy, by odebrać wypłatę. Ciężko oceniać cały rynek prasy sportowej (piłkarskiej) przez pryzmat jednego, dołującego tytułu, ale pewne wnioski co bystrzejszy czytelnik wyciągnie sobie sam. Nie od dziś wiadomo, że ryba psuje się od głowy – „Piłka Nożna” już od dawna tą głową nie jest i chyba już każdy wie dlaczego. Szkoda, że smród jest ten sam.

czwartek, 25 sierpnia 2011
Godne polecenia

Polecam Wam obszerny wywiad z Jonathanem Wilsonem, autorem książek o tematyce piłkarskiej, w tym taktycznej biblii, "Inverting the Pyramid: History of football tactics". Jest on również autorem wielu ciekawych artykułów, które znajdziecie na stronie Guardiana, FourFourTwo, Sports Illustrated, a ostatnio wystartował z bardzo ciekawym projektem pod tytułem The Blizzard, który z całego serca mogę polecić. Wywiad przeprowadziłem ja, choć pytania pochodziły także od innych autorów bloga Taktycznie - wśród nich znajdziecie pytanie o Chelsea, oczywiście... Nie tylko o taktyce, ale warto posłuchać co jeden z większych dziennikarskich autorytetów ma do powiedzenia - zapis rozmowy tu.

sobota, 23 lipca 2011
O sagach na Weszło

'Saga, saga i jeszcze raz saga' - to tytuł mojego debiutu na dobrze znanym i ostatnio nawet odnowionym portalu piłkarskim Weszlo.com. Niektórzy go nienawidzą, inni komentują pod pseudonimem 'Jacek Gmoch', a reszta czyta i nienawidzi. Ale mi nie chodzi o polskie piekiełko, lecz jak najbardziej transferowe zawirowania Premier League, te najsłynniejsze. Będzie więc o angielskim wyjściu Teveza, pogrywaniu Redknappa Modriciem i Fabregasie, co podzielił dwa prezentujące identyczną boiskową filozofię obozy... Nie ukrywając ekonomicznego aspektu wysłania tego artykułu na podlinkowany portal, zapraszam Was do lektury! :-)

środa, 20 października 2010
Mikel a internetowy underground

Mikel John Obi, nie John Obi Mikel, chyba jednak John Mikel Obi. Zagadką jest nie tylko nazwisko ale także forma – albo brak – pomocnika Chelsea. Pierwszą z łamigłówek rozwiązuje ojciec piłkarza, Michael – Na imię mu John, natomiast Michael otrzymał na bierzmowaniu, a nasze rodowe nazwisko brzmi Obi – mówi. Drugą na łamach tygodnika Piłka Nożna stara się rozwiązać Kazimierz Oleszek w artykule 'Afrykańska enigma'.

Kiedy ostatnio usłyszeliście, że reprezentant Nigerii grający w Chelsea to zmarnowany talent? Staram się naprawdę daleko sięgnąć pamięcią, ale i tak zmuszony jestem strzelić w ciemno – może trzy lata temu gdy obejrzał czerwoną kartkę w meczu z Arsenalem? Od dwóch prezentuje się jednak bardzo dobrze, wychodząc z cienia Ballacka i Essiena – choćby przyczyniając się do tego, że z Niemcem nie przedłużono umowy, a brak Ghańczyka nie był dla Chelsea odczuwalny przez okrągły rok. Redaktor Piłki Nożnej odpowiadający za ligę angielską jednak najwyraźniej ma problemy ze wzrokiem, ponieważ nie potrafi dostrzec zawodnika, którego w obecnym sezonie zabrało w składzie The Blues tylko raz.

Nie wierzycie? „Równie intrygująca jest odpowiedź na pytanie, dlaczego Nigeryjczyka w tym sezonie prawie nie widać w Chelsea. (…) Teraz trudno powiedzieć, czy w 2006 roku warto było aż tak zabiegać o jego transfer na Stamford Bridge.” – to wierny cytat z Oleszka. Problem w tym, że Mikel należy do najaktywniejszych graczy w talii Carlo Ancelottiego. Nie dość, że gra w zdecydowanej większości spotkań (opuscił tylko jedno, w ramach Carling Cup) to jeszcze w każdym meczu to on ma najwięcej kontaktów z piłką - grubo ponad 90% jego zagrań jest celnych. Tezę dziennikarza brutalnie obnażają przygotowywane dla Guradiana statystyki czy też tabelki z każdej kolejki ligowej, które może sprawdzić każdy znający język angielski choćby w stopniu bardzo podstawowym. Skąd więc taka opinia u redaktora Oleszka?

Były rzecznik prasowy reprezentacji Polski dzieli się własną obserwacją stylu gry Mikela. „Teraz jego rola polega na asekuracji stoperów, ale szczególnie Ashleya Cole’a, który często zapędza się pod pole karne rywali. Doprawdy trudno pojąć, dlaczego prawie nie widać tam Mikela”. Żeby było jasne, ja bronić pomocnika Chelsea nie zamierzam – wierzę, że każdy kto ogląda spotkania ligi angielskiej dostrzega jego niesamowity zmysł kierowania grą, fenomenalne odbiory, świetne zastawianie piłki, nieomylność w podaniach, wizję oraz odpowiedzialność taktyczną na najwyższym światowym poziomie… chyba właśnie go obroniłem, prawda? Jednak problem z artykułem w Piłce Nożnej mam zupełnie inny.

Obawiam się, że Premier League schodzi w Polsce do podziemi… przepraszam, Internetu. To tu, a nie w polskiej prasie sportowej można natknąć się na prawdziwie eksperckie spojrzenie na angielski futbol. W mediach (ogólno)dostępnych, pomijając świetnie przygotowane i interesujące transmisje w dwóch stacjach pokazujących rozgrywki z Wysp Brytyjskich, mamy do czynienia z gronem osób (są wyjątki), których nie bardzo interesują wypowiedzi ekspertów, rzadko zaglądają na blogi dziennikarzy traktując źródła internetowe oraz opinie kibiców jak zło najgorsze. Statystyki dla nich to trutka, taktyka oznacza dla nich ustawienie personalne, a futbol to generalnie gra w której każdy kto dba o defensywę powinien kończyć karierę.

Szkoda. Gdyby pan Kazimierz Oleszek trochę poszukał dokładniej informacji to by się dowiedział, że ci kibice krytykujący Mikela to zwykle ledwo kilkunastoletni odbiorcy nie rozumiejący do końca najprostszych nawet schematów taktycznych, wymagający od każdego pomocnika wyczynów godnych Naniego, Ronaldo czy Maloudy. Pokolenie Bravo Sport, krótko mówiąc. Zresztą ja wędrując z ciekawosci po internetowych forach Chelsea nie dostrzegłem ludzi, którzy by zarzucali pomocnikowi... niewidzialnosć.

Mógłby też Kazimierz Oleszek trafić na artykuł Michaela Coxa (znanego też jako Pan Zonal Marking), który rolę Mikela i zawodników jemu podobnym opisywał, w superlatywach, już kilka miesięcy temu. Jego eksperckie uwagi na pewno redaktorowi Piłki Nożnej by się przydały, nie mówiąc o redaktorach Przeglądu Sportowego, którzy w relacji z derby Liverpoolu Heitingę umieścili na prawej obronie, a Colemana na lewej pomocy. Ot taki banał, a kłuje w oczy. Davida Moyesa zapewne najbardziej.

Takie kłopoty i kompromitujące błędy powinny się raczej zdarzać dopiero aspirującym blogerom, a nie dziennikarzom z kilkunastoletnim doświadczeniem publikującym w gazetach codziennych, tygodnikach i miesięcznikach. Kilkunastu znanych mi internetowych dziennikarzy (znajdziecie ich w zakładkach, ale nie tylko) dzielących się swoimi spostrzeżeniami na temat Premier League powinno być dumnych z tego, że wiedzą i tematami przebijają profesjonalistów, którzy w teorii powinni górować w tych kategoriach.

Ja jednak tak tego nie postrzegam, bardziej martwiąc się, że futbol w Polsce idzie na dno ciągnąc za sobą dziennikarzy za niego odpowiedzialnych. Wkrótce w gazetach nikt nie będzie miał pojęcia o taktyce, prawdziwy talent piłkarzy będzie pomijany, albo promowani będą nie ci, którym się to należy. A może to już za nami? Dobrze, że przynajmniej jest ten nasz Internetowy underground…

czwartek, 12 sierpnia 2010
Michał do Roberta

Drogi Robercie!

Uwierz, że dawno nic mnie tak nie zdziwiło w kontekście naszego klubu, jak Twoja wypowiedź. Zresztą od razu zastrzegam, że Twojego zdania, choćby nie wiem jak kontrowersyjne było, nie lekceważę, nie potępiam, a własnej reakcji i tej odpowiedzi nie traktuję jako prawdy ostatecznej. Raczej traktuję to jako próbę znalezienia właściwej odpowiedzi na nurtujące nas pytanie (co to lato ma oznaczać dla Chelsea?), ponieważ już zdarzyło mi się w ostatnich dniach, równie pesymistyczną opinię jak Twoja usłyszeć. Może to ja się mylę?

Nie rozumiem jednak ciągłych porównań Chelsea Ancelottiego do Milanu Ancelottiego. Dwie różne drużyny, o różnym potencjale, w różnych ligach, z różnymi ambicjami, z różnymi właścicielami… Chyba tylko kaliber klubów się zgadza, a ostatnie sezony pokazują, że strategia zatrudnienia Ancelottiego okazała się trafną, czego nie można mówić o rozstaniu się klubu Berlusconiego z włoskim szkoleniowcem. Rozumiem jednak, że nawet najwybitniejszy sezon w historii klubu nie pozwolił mu wygrać kibiców do tego stopnia, że ufamy mu bezgraniczne – tłumaczę to sobie nieudanymi przygodami z fachowcami, którzy poprzednio doprowadzali nas na skraj szaleństwa i pesymizmu. Tylko, że nawet wtedy nie było mowy o grze w Lidze Europy.

Co więc takiego zrobił nam Carlo Ancelotti, że klub ten, przez wielu stawiany w roli faworyta, jest skazywany na klęskę przez własnych fanów? Wyrzucił najlepszych piłkarzy? Nie. Pozbył się tych najbardziej utalentowanych? Nie. Może więc wygaduje głupoty, dokonuje bezmyślnych zmian, stosuje idiotyczną taktykę i generalnie nie wie co robi? Nie, to też nie to. Carlo Ancelotti pozbył się piłkarzy, którzy nie decydowali w stopniu największym o obliczu Chelsea, tych, którzy albo sami chcieli odejść (Carvalho, Deco), albo przestali reprezentować poziom wymagany przez kibiców i trenera (Belletti, Ballack), albo zażądali nieadekwatnych pieniędzy (Joe Cole), albo nie oceniali swoich szans na grę zbyt wysoko (Miroslav Stoch). Czy to aż taka zbrodnia?

Zwłaszcza, że bierność transferowa Chelsea jest największym mitem tego lata. Jasne, nie oceniam tej aktywności najwyżej, ale widzę starania klubu w celu pozyskania piłkarzy na pozycje, które tego wymagają. W dniu w którym pozwolenie na pracę dostał Ramires, a sprawa z Neymarem wydaje się zbliżać ku końcowi, mam pełne prawo powiedzieć, że to lato jeszcze może należeć do Chelsea – ściągając dwóch młodych, obdarzonych nieprzeciętnym talentem Brazylijczyków raczej nie psujemy sobie przyszłości. Przytoczone przez Ciebie słowa Ancelottiego biorę jako chęć wymieszania składu – do doświadczenia i niewątpliwej klasy liderów zespołu, dołożyć im młodzież, która musi przejąć częsć odpowiedzialności za wyniki i oblicze tego zespołu. Nie na zasadzie dwóch osobnych grup, jak to zgrabnie ująłeś, ale jednego zwycięskiego organizmu.

Niepotrzebnie także lekceważysz Akademię w chwili, gdy osiąga ona swoje największe sukcesy w historii. Do wyprodukowania zawodnika na miarę obecnego kapitana jeszcze daleko, ale nie możesz w ciemno twierdzić, że tworzymy zawodników tylko dla klubów zaplecza Premier League. Oprócz piłkarzy, których wymieniłeś do wypożyczenia, szkoda, że nie przytoczyłeś piłkarzy (młodych!) zostających z pierwszym zespołem, znajdujących się w każdym meczu co najmniej na ławce. Kakuta, Van Aanholt, Hutchinson, Bruma, Mancienne, Clifford – oni wszyscy zostają na pierwszą połówkę sezonu, a nikt nie zamierza skreślać zawodników już wypożyczonych (Corka czy Bertranda).

Myslę także, że wiem z czego wynika Twoja (i innych) obawa przed zbliżającym się sezonem. Zwykle zespół, który przeprowadza rewolucję w składzie równej tej na Stamford Bridge najbliższy rok nazywa przejściowym. Daje się ograć i wpasować do drużyny nowym, są sprawdzane pewne ustawienia, rozwiązania taktyczne i, choć nikt w klubie tego oficjalnie nie chce potwierdzić, tytuły nie są priorytetem, a raczej dodatkiem. Dla mnie strategia ‘wykonania kroku w tył, by następnie wykonać kilka do przodu’ jest rozsądna, nawet konieczna jeśli weźmiemy pod uwagę starzejącą się ekipę Ancelottiego. Wiem też, że na koniec rozgrywek mówiono już nie o dublecie ale potrójnej koronie, ale też lepszego momentu na przeprowadzenie od początku do końca wspomnianej rewolucji, może już nie być.

Twoje pisanie o średnim Mikelu, zasługach Cole’a, strasznym regresie formy Terry’ego, przewidywaniu kontuzji Essiena, Lidze Europy w przyszłym sezonie… dla mnie, osoby, która Ciebie zna, może nie aż tak dobrze, to nie tyle opinia Roberta Błaszczaka, ale jego zmyślna prowokacja, której niżej podpisany się poddał (dowodem na to, ta odpowiedź). Podobnie jak Ty oraz inni kibice Chelsea, obserwowałem zespół przez ostatni miesiąc, miałem szczęście widzieć jeden mecz na własne oczy i swojego zdania nie zmienię. Do końca sierpnia zespół będzie gotowy, a najbliższe dwa tygodnie, mimo pierwszych trzech kolejek ligowych, zostaną potraktowane jako kontynuacja okresu przygotowawczego. Ancelotti będzie miał pięć dni w tygodniu spokojnej pracy, wykorzysta to równie dobrze jak za każdym razem w poprzednich rozgrywkach. Ci, którzy mają największe braki, a są one widoczne, nie zamierzam tego kryć, nadrobią zaległości i klasa zostanie przywrócona.

Podkreślam raz jeszcze, nie wierzę, że Twój wpis nie jest w większej części zręczną prowokacją. Jednak szkoda by było, żeby kibice ufający Twojej opinii, zresztą całkiem słusznie biorąc pod uwagę Twoje doświadczenie oraz przywiązanie do klubu, dali się na nią naciągnąć i prowadzić kampanię negatywną zanim ten sezon tak na dobre się zacznie. Apeluję więc nie o zdrowy rozsądek, ten nie jest Ci obcy, ale spokojniejszą ocenę dotychczasowych wydarzeń. Wierzę, że wtedy cała sytuacja wcale nie wyda się Tobie tak dramatyczna jak w przytoczonym wpisie!

środa, 07 kwietnia 2010
To jest legenda

Z pewnością zauważyliście, że mam problem z dewaluowaniem pojęcia legenda w kontekście londyńskiej Chelsea. Zresztą w ogóle w ostatnim czasie łatwość z jaką poszczególni gracze są tak określani, znacznie wzrosła i nawet ciężko wyznaczać standardy, którymi można by ten status ograniczyć. Wbrew krzykliwym opiniom kibiców drużyn rywalizujących z Chelsea w różnych rozgrywkach, nasz klub ma historię i to bardzo bogatą. Jasne, trudno oczekiwać, że niektórzy ignoranci zmienią swoje poglądy, ale przynajmniej od fanów drużyny ze Stamford Bridge można oczekiwać znajomości pewnych faktów i osób z jej historii…

Ron Harris

Ron Harris... ten 'na wślizgu', oczywiście

Niestety mało który kibic Chelsea miał możliwość obserwowania wyczynów zespołu w latach 70’ czy 80’ (to dotyczy fanów innych drużyn, oczywiście), więc oprócz wspominek na trudno dostępnych materiałach video w Internecie oraz opisów wydarzeń z tych czasów, źródła mamy dość ograniczone. Czasem można trafić na platformie cyfrowej na program przypominający najlepsze mecze Pucharu Anglii (ESPN Classic dziękuję za możliwość obejrzenia finału FA Cup z 1970 roku…), Premier League czy rozgrywek europejskich. Dlatego cieszę się, że dzięki obszernemu wywiadowi w Daily Telegraph mogę kontynuować blogowy wątek ‘Napisali o Chelsea’, tym razem w odniesieniu do człowieka, który w niebieskim trykocie wybiegał aż 795 razy na boisko. Ron ‘Chopper’ Harris, piłkarz, którego korki odcisnęły się na nogach wielu, wielu rywali.

Z całego długiego i niezmiernie interesującego wywiadu z legendą Chelsea wybrałem trzy fragmenty, ale ich nie tłumaczyłem. Jeśli zajdzie taka potrzeba, piszcie w komentarzach, a postaram się takowe wrzucić jak najszybciej, może nawet całej rozmowy.

O współczesnym futbolu i futbolistach: "Looking at them boots they wear today and them gloves and all that, I think, 'Blimey football: it used to be a man's game, didn't it?' And don't get me started on tackling. I mean, this law about sending off someone if they show their studs in the tackle. Excuse me, if you slide in how are you not going to show your studs? It's not physically possible."

O błyskawicznie przemijającym czasie w życiu Harrisa: "Met a fella from Norway the other day and he said he'd seen me lift the Cup when he was only eight. And I looked at him, saw this middle-aged fella looking back at me and I thought: no disrespect or anything, but how could that be possible? How did he get that old in that time? Because honestly, when I sit down and talk about it, it seems like yesterday."

O obecnych zarobkach piłkarzy: "People always ask me if I'm envious of the money they earn today and tell you what, I am. Most I ever earned was £295 a week here. I still have to work for my living and there's no way most of these fellas will have to work into their old age. Fair play, some of them deserve the money. But I was watching West Ham here the other day and I tell you what, they was an absolute disgrace. Poor old Bobby Moore would have turned in his grave if he'd had to watch that. Some of them fellas earning £40,000-50,000 a week, I'd have been embarrassed to pick up my wages if I played like that. In all honesty, I'd have done a much better job than either of their full-backs. And I'm 65."

Choćby już te fragmenty świadczą o tym, że Ron Harris to człowiek, który nie boi podejmować się żadnego tematu, a odpowiada w sposób równie szczery, co uroczy. Myślę, że każdemu kibicowi, nawet niekoniecznie Chelsea, przypadnie do gustu ten wywiad i przede wszystkim rozmówca Jima White’a. Chcących poznać Rona Harrisa jeszcze lepiej, odsyłam do tego zapisu video rozmowy z Daily Mirrora. Na pewno jest to siedem minut czasu dobrze spożytkowanego. Ja natomiast raz jeszcze apeluję o ostrożnie używanie określenia ‘legenda’, a dla mnie na dobrą sprawę to z obecnego składu Chelsea tylko dwójka takiego statusu się doczekała i kilku na niego usilnie pracuje. Nazwisk podawać nie zamierzam, ale z pewnością odgadnięcie tego problemem dla Was nie będzie.

niedziela, 04 kwietnia 2010
Deserved

Z tytułu angielskiego tłumaczyć się nie zamierzam póki co, ale może już od usprawiedliwienia jak najbardziej. Spotkania niestety nie widziałem, ale też nie będę o meczu pisał bo przecież nie będę się ośmieszał stwierdzeniami czy symulowaniem, że cokolwiek wiem po obejrzeniu kilku skrótów na odpowiednich stronach. Dlatego więcej miejsca poświęcę sprawom, które z oczywistych powodów są dla pewnych osób trudne do zaakceptowania.

Top of the League!

Skoro ja nie mogę (nie chcę!) się wypowiedzieć na temat przebiegu spotkania, niech zrobią to lepsi, doświadczeni i znający Premier League od środka, każdy detal z ligą związany. Na początek oddam głos i miejsce na tym blogu Henry’emu Winterowi, który klucz do zwycięstwa na Old Trafford widzi w fenomenalnej postawie, w odrodzeniu Florenta Maloudy, tak opisuje najważniejsze wydarzenia tego meczu. ‘When Kalou then set up Drogba for Chelsea’s second, it had proved a masterstroke by Ancelotti, although United were vexed by the linesman’s failure to flag for an obvious offside. After Federico Macheda pulled one back, giving United brief hope of an undeserved point, Chelsea readily resorted to the cynical to run the clock down.’ Pogrubienie już tylko i wyłącznie moje.

Nie inaczej o spotkaniu (a raczej jego wyniku końcowym) wypowiada się naczelny oddziału piłkarskiego BBC Sport, Phil McNulty, który także nie omieszkał podzielić się na swoim blogu wrażeniami z hitowego meczu. On widzi innego bohatera w drużynie z Londynu – Carlo Ancelottiego, który odważnymi decyzjami zza lini bocznej przyczynił się do zwycięstwa Chelsea nad MU. ‘It capped a tough afternoon for referee Mike Dean and his fellow officials. Dean, who was rightly criticised for incorrectly awarding Blackburn a penalty at Burnley last week, was tested again as he refused respectable claims for spot-kicks from both sides. Let no-one doubt, however, that this game got the winners it deserved. For the most part Chelsea, inspired by the outstanding Florent Malouda, were the more composed, ordered and dangerous team.’ Pogrubienie już tylko i wyłącznie moje.

Mike Dean… to, że ten osobnik będzie bohaterem, negatywnym dodam, sobotniego hitu Premier League nie trzeba było nawet obstawiać. Wiadomo, FA mogła oddelegować gorszego arbitra (Howard Webb?), ale… cóż, wybory związkowe/ligowe są nieodgadnione, prawda? I nawet w tych trzyminutowych skrótach mogą stwierdzić, że dwie bramki zaliczone być nie powinny, a i Chelsea z MU powinny dostać solidarnie po jedenastce za faule Żirkowa oraz Neville’a. Dobrze, że trójka sędziowska jednak nie wypaczyła wyniku spotkania, a tak przecież wynika z doniesień nie tylko przytoczonych tutaj przeze mnie, ale i wszystkich, które czytałem. Także nie mam wątpliwości, że prowadzący mecz oficjele nie wpłynęli znacząco na losy mistrzostwa. Nie oszukujmy się, przewaga Chelsea póki co ogranicza się tylko i wyłącznie do psychologii, odczucia, że jest się od rywala silniejszym w dwóch bezpośrednich starciach. To może pomóc, ale punktów niestety nam od razu do tabeli nie doda.

Zwłaszcza, że przed nami jeszcze pięć ekscytujących kolejek. Jedyną przewagą Chelsea jest to, że jesteśmy pozbawieni spotkań w Lidze Mistrzów, a i przed nami w Premiership tylko dwa (niezwykle trudne) wyjazdy. Niestety pierwszy z tych atutów może być zniwelowany przez Bayern i Barcelonę już w najbliższych dniach. Wtedy to Chelsea będzie w gorszej sytuacji przez półfinałowy pojedynek na Wembley z Aston Villą i jedno zaległe spotkanie ligowe do tyłu. Sami widzicie jak kruche, mimo tych dwóch punktów przewagi w tabeli, jest nasze prowadzenie.

Możemy się odnieść do prostej matematyki, która w tych warunkach wcale taka prosta nie jest. Do końca sezonu pozostało pięć kolejek, a zmiennych wcale nie ubywa – równanie mistrzowskie robi się coraz trudniejsze i bardziej skomplikowane, więc z wszelkimi odpowiedziami na razie się wstrzymajmy. Choć radości odmawiać nikomi, ani sobie, nie zamierzam!

niedziela, 24 stycznia 2010
Docenić Le Sulka

Nie zazdroszczę Nicolasowi Anelce dotychczasowych relacji z kibicami Chelsea. Przyszedł do klubu dość niechciany (Grant niedawno przyznał, że tego wzmocnienia dokonano mimo jego woli), w pierwszym półroczu nie błysnął, a na dodatek na jego barki spadła największa odpowiedzialność za porażkę w finale Ligi Mistrzów, gdy nie strzelił karnego (choć winni byli tak naprawdę inni). Co więcej, nawet zostając najlepszym strzelcem w następnym sezonie Premier League trochę napsuł krwi tym sympatykom the Blues, którzy uważali, że zabiera on miejsce Drogbie (gdy była to decyzja Scolariego, nie Francuza oczywiście). Wreszcie po dwóch latach zasłużył sobie na kilka ciepłych słów.

Anelka

Phil McNulty, szef działu piłki nożnej w BBC Sport chce by Anelka został oceniony przez pryzmat osób, które dobrze znają Francuza, współpracowali bądź robią to do dzisiaj każdego dnia. O osobę napastnika Chelsea pyta nie tylko Ray Wilkinsa, ale także Jamie Redknappa, który grał z piłkarzem Chelsea w Liverpoolu. Właśnie wypowiedź tego drugiego jest o wiele ciekawsza, zwłaszcza, że dotyczy czasów w których Anelka raczej do najspokojniejszych dusz nie należał. Otóż decyzję o dopuszczeniu do odejścia Francuza (a raczej nie wykupienia go z Arsenalu) nazywa były zawodnik z Anfield Road kuriozalnym błędem, jednym z największych popełnionych przez Houlliera. O tym jak dziwnie potoczyła się kariera tego wielce utalentowanego napastnika świadczy choćby lista klubów w jakich przyszło mu grać – bez urazy, ale Bolton i Fenerbace to jednak nie ta klasa co Real, Arsenal, Liverpool czy Chelsea właśnie.

Podoba mi się w tekście dziennikarza BBC zwłaszcza porównanie występu Anelki do… Rolls Roycea. Nie zrozumcie mnie źle, czytając oryginalne relacje na Chelsea Blog przyzwyczaiłem się już do tego, że Anglicy lubują się w różnorakich, czasem naprawdę zastanawiających metaforach. Jednak gdyby zastanowić się nad tym trochę dłużej, to jestem gotów przyznać sto procent racji McNulty’emu po wczorajszym zwycięstwie nad Preston. Wystarczy popatrzeć na jego styl gry, fenomenalne czucie piłki, pewność siebie gdy jest w jej posiadaniu oraz sposób w jakim przemieszcza się po boisku by zdać sobie sprawę, że przypomina ekskluzywne auto, które jest nie tylko efektowne, ale również niezwykle efektywne. Tak jak w pierwszej połowie, gdy kilkakrotnie ‘nawinął’ przeciwnika przy lini końcowej by stworzyć kolegom sytuację do zdobycia bramki. Bo najlepsze w Anelce jest chyba właśnie ta chęć do gry zespołowej, tworzeniu miejsca innym piłkarzom, ułatwienia im rozegrania, znalezienia innych rozwiązań niż te oczywiste.

Tak, ja też na Anelkę narzekałem. Za poprzednich trenerów (o Granta i Scolariego chodzi) nie widziałem możliwości by Francuz sam grał w ataku. Chelsea miała wtedy straszny problem z wykańczaniem akcji, a za każdym razem gdy piłka leciała już przez pole karne rywali to trudno było w nim dojrzeć Anelkę. On stał przed polem lub na skrzydle gotowy do dalszego rozgrywania piłki. Dlatego też trzeba zdjąć czapki z głów przed tym co zrobili Hiddink z Ancelottim, którzy dołożyli wszelkich starań by współpraca Drogby z Anelką układała się należycie. Co więcej – Włoch pokazał, że wcześniejsze obawy o osamotnionym w ataku Francuzie możemy włożyć między bajki i cieszyć się z kolejnych bramek Chelsea, zdobywanych po zagraniach Le Sulka.

McNulty zwraca również uwagę na tajemniczość jego osoby, doskonale rozpoznawalną, ale zagadkową ‘cieszynkę’ prezentowaną przez Anelkę. Ja jednak widzę w grze Francuza arogancję, taką, która charakteryzowała Chelsea za czasów Jose Mourinho. Byliśmy wtedy najlepsi, mówiliśmy o tym głośno, a także pokazywaliśmy swoją wyższość na boisku. Gdy widzę Anelkę biegnącego na obrońcę to chce pokazać rywalowi, że jest lepszy pod każdym względem. Zapomina się wtedy o jego niestabilności psychicznej za młodu, pieniądzach jakie zapłaciły za niego wszystkie kluby w kariery. Jest on i piłka, a także zbędny element na drodze do bramki – rywal, którego mimo swoich lat na karku mija z łatwością i techniką jakiej nie powstydziłyby się największe gwiazdy Premier League. Bo jednak o tym, że Anelka w tej grupie się znajduje można by dyskutować całymi godzinami, a argumenty czysto piłkarskie zeszły by pewnie na drugi plan.

piątek, 06 marca 2009
Bzdury na kolanie pisane
Z różnych, bardziej lub mniej oczywistych powodów codziennie staram się czytać kilka gazet w tym również Przegląd Sportowy. Kiedyś nie mogłem się bez tego pisma obejść, codziennie rano kupowałem i patrzyłem kto jaką ocene dostał, co tam w transferach etc.. Jednak od pewnego czasu zastanawia mnie spory spadek jakości tego co jest zawarte na kilkudziesięciu stronach ‘PS’, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Szczytem wszystkiego był dla mnie artykuł we wczorajszym wydaniu gazety, z przesłaniem: ‘Drogba znów jest wielki!’
 
 Przeglad, logo
 
Dziennikarz, który zapewne w 5 minut to wszystko wypocił, sugeruje, że skoro Drogba bramki strzela to znów przypomina tego zawodnika, który zachwycał w sezonie 05/06 i był królem strzelców. Cytując Kolińskiego (autora artykułu): „Na przykład Salomon Kalou jeszcze kilka tygodni temu wspominał, że marzy o tym, by grać w Arsenalu. Teraz zmienił zdanie i marzy tylko o jednym - przywrócić mistrzostwo Anglii The Blues. Podobnie Didier Droga - wydawało się, że po sezonie odejdzie z klubu, ale teraz uśmiech wrócił na jego twarzy.” Przepraszam, muszę się przyczepić. Zadziwiające, że odnosi się do sprawy z Kalou jako czasu przeszłego (tak bardzo, że jeszcze na Stamford Bridge był Scolari) gdy tak naprawdę jest to sprawa.. bieżąca. Dziś mija nawet niecały tydzień od momentu gdy Salomon ujawnił swoje pragnienia dotyczące gry pod okiem Arsene Wengera. Nie wiem tylko czy nie jest nasz zawodnik już na to.. za stary?!

Jednak wróćmy do głównego wątku artykułu w Przeglądzie Sportowym. Drogba strzela, Drogba daje zwycięstwa, Drogba odżył, Drogba gra wspaniale, Drogba wyłazi z lodówki, Drogba walczy o tytuł króla strzelców.. Dobra, przesadzam. Pan Koliński najwyraźniej nie widział ani jednego meczu, który Chelsea rozegrała pod wodzą Guusa Hiddinka. Nie wątpię, że zmiana szkoleniowca dobrze wpłynęła na każdego zawodnika (oprócz Maloudy jego stopień obojętności jest nadal na tym samym, wysokim poziomie), ale twierdzenie, że dzięki Holendrowi Drogba staje się znów wielką postacią jest.. bzdurą totalną. Tu radzę wrócić do mojego poprzedniego wpisu – przeczytajcie co napisałem o Drogbie: „cały występ był kwintesencją tego co w tym zawodniku najgorsze i najbardziej żałosne(…)”. Różnica w opiniach między mną, a Kolińskim jest spora. Dlaczego? Cóż, wydaje mi się to oczywiste – ja po prostu mecz widziałem. Doprawdy, nasz napastnik jest lata świetlne od bycia nawet w połowie tak dobrym jak był gdy zdobywaliśmy Puchar Anglii.

Niekompetencja redaktorów już mnie nawet nie oburza tylko śmieszy, a jeszcze bardziej fakt, że nikt z PS nie postanowił sprawdzić czy rzeczywiście to co napisał ich pracownik jest prawdą. Do tego, by poprzeć tezę autora, obok tekstu była zamieszczona tabelka pokazująca całkowicie mizerny dorobek strzelecki Didiera w obecnym sezonie w porównaniu z poprzednimi sezonami reprezentanta Wybrzeża Kości Słoniowej.. Szkoda, że to nie czasy Rafała Nahornego, który choć też notował wpadki to jednak nie pisał takich bzdur na kolanie codziennie. Teraz jest on komentatorem i ubarwia transmisje z ligowych spotkań Premiership w C+, a na jego miejsce do gazety przyszły osoby, które pojęcie o tych rozgrywkach mają takie, jak ja o trzeciej lidze stanowej w Brazylii. Już naprawdę wolałem przeczytać jak to sobie po Mourinho dziennikarze jeżdżą, aniżeli wymysły na podstawie suchego wyniku z livescore.com. Gorąco pana Autora pozdrawiam.


 
1 , 2