czwartek, 30 października 2014
Mourinho minimalista?

Kiedy Twój klub nie przegrywa spotkania przez ponad dwa miesiące, pewnie prowadzi w rozgrywkach krajowych i europejskich, jest w ćwierćfinale pucharu ligi, a rywale już na tak wczesnym etapie sezonu się krztuszą, to krytyka wydaje się nie na miejscu. 

- Kiedy spotkałem się z Jose Mourinho dwa tygodnie temu i porównywaliśmy jego obecną Chelsea z tą z 2005 roku, to mówił, że brakuje jej "instynktu zabójcy" - mówił w programie "Monday Night Football" Gary Neville. Angielski były piłkarz i obecnie ceniony ekspert telewizyjny pokazał również, jak w meczach z Manchesterami - City i United - zmieniała się mentalność drużyny. Na niekorzyść. Pomimo przewagi jakości czy piłkarzy, rywale za każdym razem wyrównywali przed końcem spotkania. Na dowód tego przedstawił nie tylko niżej zamieszczoną statystykę posiadania piłki, ale też kilka akcji Chelsea, które przy 1-0 na Old Trafford były spowalniane zamiast kończone strzałami. 

mnf

Neville oczywiście zaznaczył, że to niekoniecznie jest wina Mourinho - choć już fakt, że to on wpuścił Mikela i generalnie zespół zaczął się wyłącznie bronić. Jednak ekspert SkySports wyznaczył ambicję Portugalczykowi i jego drużynie. - Jeśli w następnych tygodniach ich mecze będą trudniejsze, a wymagamy sporo, bo to fantastyczna drużyna, to muszą osiągnąć wyższy poziom - powiedział w poniedziałek Neville - Myślę, że w niedzielę odpuścili United w piętnastu minutach po strzelonym golu - dodał.

Częściowo, jestem skłonny przyznać Neville'owi rację. Nie doszukuję się tu ani złośliwości (bo taki nie jest), ani stronniczości (bo akurat uwielbia Mourinho), ani przesadnego czepialstwa (bo to cechuje dobrego eksperta - nie samo chwalenie, ale uargumentowana krytyka). Anglik cześciowo ten temat "następnego poziomu" już poruszał przy swoim tekście o Cesku Fabregasie sprzed kilku tygodni. Wtedy pisał, że Hiszpan jest tym, który może zagwarantować Chelsea to, że przy minimalnym prowadzeniu zespół Mourinho nie będzie się bronił, ale przez posiadanie piłki kontrolował spotkanie. W obu spotkaniach w Manchesterze kontrola była względna - typowo dla zespołów Portugalczyka, defensywna, reaktywna i, jak się okazało, do pierwszego błędu.

Wierzę, że to o czym mówi Neville i czego wciąż w drużynie nie dostrzega Mourinho jest potrzebne Chelsea - ten "instynkt", ta zimna krew w wielkich meczach. Portugalczyka chęć zwyciężania wysokiego, spektakularnego cechowała bardzo rzadko, wręcz w specjalnych okolicznościach. Nie jest to stawiany przez niego wymóg, choć trudno mówić o człowieku, którego celem każdorazowo są trzy punkty, awans czy po prostu zwycięstwo, że jest minimalistą. Może po prostu ten minimalizm ma na tym etapie budowy drużyny swoje koszty - czy jednak jesteśmy pewni, że z tym składem Mourinho chce tworzyć zespół na miarę tamtych terminatorów, którzy, jak słusznie przypomina Neville, po dziewięciu kolejkach stracili dwa punkty, strzelając 28 goli. Z kolei zespół Mourinho z drugiego sezonu był jeszcze lepszy defensywnie, spokojnie wygrywając mecze, posiadający wspomniany instynkt.

Minimalizm Mourinho można zobrazować inaczej niż przez sposób gry Chelsea w najważniejszych spotkaniach - siedmiu piłkarzy rozpoczęło każdy mecz drużyny, dziesięciu piłkarzy było w wyjściowej jedenastce w przynajmniej siedmiu kolejkach ligowych. Z dwudziestu piłkarzy, których Portugalczyk do tej pory wystawił do gry w lidze, tylko 13 zaczynało od pierwszej minuty. Biorąc pod uwagę to, jak rotują inni - może niekoniecznie porównując do trzydziestu kilku nazwisk na liście Louisa van Gaala - można zapytać się, czy eksploatowanie drużyny na tak wczesnym etapie sezonu jest rozważne.

Jednak za odpowiedź służy mecz z Shrewsbury. Mniejsza o wynik, strzelców i inne wydarzenia, najciekawsza była późniejsza wypowiedź Mourinho. - Jeśli piłkarze, którzy dwa dni temu zagrali 90 minut na Old Trafford byli dzisiaj fantastyczni, to oczekuję, że ci, którzy występują mniej podniosą swój poziom i stworzą mi problem w selekcji - mówił otwarcie Portugalczyk we wtorkowy wieczór - Uwielbiam takie problemy, ale teraz wybór składu na sobotnie spotkanie jest łatwy.

Truno nie wziąć tego za krytykę piłkarzy, którzy dostali szansę w Pucharze Ligi. Rozczarowujący był Schuerrle, choć nie tak kompromitujący jak chaotyczny Salah. Czy to jednak usprawiedliwia Mourinho? Akurat w tym wypadku specjalnie ograniczył lub zwiększył udział poszczególnych piłkarzy - w wypadku Drogby było wiadomo, że na sobotę wróci Diego Costa, Oscar szybko potrafi się zregenerować, podobnie jak Cahill. To, że czekał ze zmianami tak późno pokazuje, że chciał oszczędzić udział Williana, choć pojawienie się Hazarda na ostatnie sekundy - dosłownie sekundy - musiało zdziwić każdego obserwatora.

Nie wszyscy będą zachwyceni zaakceptowaniem teorii o minimalizmie Mourinho, ale może coś w tym jest? Może on po prostu swojej drużynie jeszcze nie ufa, dlatego zamiast przy tej jakości walczyć o podwyższenie prowadzenia, zadowala się bronieniem jednobramkowego zwycięstwa, ostatecznie z satysfakcją przyjmując remis na trudnym terenie. Dlatego w ostatnich minutach na Old Trafford rzucił na boisko Zoumę, dlatego twierdzi, że jego piłkarze zagrali z United "fantastycznie", gdy tak naprawdę nie był to nawet niezły mecz w ich wykonaniu. 

Raz jeszcze - to nie krytyka, ani zarzuty, a raczej wątpliwości. Bo nawet Mourinho musi zdawać sobie sprawę z tego, że spokojne prowadzenie w ligowej tabeli zawdzięcza tyle doskonałej formie Fabregasa, Costy czy kilku innych, co słabości rywali. Najważniejsze testy dla jego Chelsea przyjdą w grudniowym natężeniu spotkań, a także później na wiosnę. Wtedy na jakikolwiek przejaw minimalizmu miejsca nie będzie.

piątek, 03 października 2014
Pan 7/10 bohaterem niedzieli?

Więc tak, znowu przychodzi ten moment.

Jose Mourinho versus Arsene Wenger.

Tylko, po prawdzie, nie czuje się tego tym razem. Owszem, jest wielka okoliczność, jest osiemnasta rocznica podjęcia pracy w Arsenalu przez Francuza, ale nie w ten sam dzień, co mecz, ani nie tak spektakularnie to wygląda, jak tysięczne spotkanie. Zresztą w poprzednim sezonie szkoleniowcy także mocno starli się ze sobą - wszyscy pamiętamy słynne słowa o specjalizacji w przegrywaniu...

A jednak ani Wenger, ani Mourinho nie chcieli rozdrapywać tamtej rany. Dziennikarze próbowali w obydwu wypadkach prowokować jakiekolwiek interesujące wypowiedzi, ale nawet wyciągając niechęć Portugalczyka do przeproszenia Francuza jest to po prostu na siłę. - Moja wypowiedź była konsekwencją jego - powiedział Mourinho i na tym się powinno to skończyć. Obaj byli pełni szacunku dla jakości drużyn przeciwnych.

Został więc tylko Fabregas? Jednak i o niego nie ma kruszenia kopii między szkoleniowcami. Wenger mówił, że sprawa rozstrzygnęła się znacznie wcześniej, może nawet na początku 2014 roku, że to nie była jego decyzja, a Mourinho tylko wspomniał, że to mało istotne, bo Hiszpan jest już ich piłkarzem i tyle się liczy. 

Pewnie, w Internecie znajdziecie tuziny tekstów przedstawiających liczbowo lub felietonowo dominację Fabregasa, jego znaczenie w tamtym Arsenalu i obecnej Chelsea, jak stał się kolejnym tematem głównym tej derbowej rywalizacji... Tylko znowu wydaje się to nadużyciem. Bo dzieje się to przed meczem, też przez względu na to, ilu piłkarzy miał (ma) Wenger na jego pozycję i kilka innych aspektów.

Dlatego warto zwrócić uwagę, że w niedzielę swój setny mecz w oficjalnym meczu Chelsea rozegra Cesar Azpilicueta. I przy tym Hiszpanie naprawdę warto się zatrzymać.

Nie wstydźmy się tego, że gdy Chelsea sprowadzała Azpilicuetę wielu musiało sprawdzać jego wcześniejsze dokonania we Francji, a spora część skrzywiła się, że przychodzi rezerwowy. 

Dlaczego więc zwracam uwagę na Azpilicuetę? Choćby dlatego, że Mourinho uwielbia takich piłkarzy jak on. - Jest prawym obrońcą, ale może grać też na lewej stronie, być skrzydłowym, kimkolwiek chcemy - mówił na piątkowej konferencji - Pracuje i zachowuje się tak samo, niezależnie od swojej sytuacji w drużynie.

To, że ktoś z dziennikarzy, a nie najbardziej zakręconymi statystykami zauważył taką okazję w londyńskiej karierze Azpilicuety samo w sobie jest wyjątkowo. Mourinho rzadko musi odpowiadać na pytania o niego. Nikt już nie dziwi się, że w drużynie, która miała być najsilniejsza kadrowo w lidze prawy obrońca gra po lewej stronie - że przez niego na ławce siedzi Felipe Luis, który tak świetnie radził sobie w Atletico.

Nikt nie dziwi się, bo Azpilicueta gra świetnie. W poprzednim sezonie Mourinho powiedział, że gdyby mógł, to chciałby mieć na boisku jedenastu takich piłkarzy jak on. Takich jak on określa się również mianem "seven out of ten" - ponieważ głównie grają właśnie na taką notę, bardzo rzadko na słabszą, a często na lepszą. Zresztą, kto przypomni sobie jego poważny błąd? Może tylko ten, gdy faulował Jozy'ego Altidore'a w końcówce poprzedniego sezonu... A i tak miał pecha, bo po prostu się poślizgnął i to Amerykanin nadepnął mu na stopę.

Jednak znacznie częściej Azpilicueta jest tym, który "zamyka" swoje skrzydło, bezustannie biega, zawsze jest perfekcyjnie ustawiony, nie odpuszcza, nie pozwala się mijać... Statystycznie, te sześć pierwszych spotkań dało mu najlepszą notę od portalu WhoScored od czasu czterech meczów w barwach Marsylii w Lidze Mistrzów cztery sezony temu.

I tak, jak łatwo jest go przeoczyć, tak trudno jest go nie podziwiać. Tę minę zawodu, gdy zablokuje strzał czy dośrodkowanie, a rywale mają rzut rożny. Te standardy zachowania na boisku, które powinny być wzorem dla innych - zawsze fair i z szacunkiem do rywala, nigdy nie szukający złośliwych fauli czy nieprawidłowych zagrań. W poprzednim sezonie ligowym obejrzał tylko jedną żółtą kartkę.

Jest największym problemem Felipe Luisa, ale też idealnym batem na Branislava Ivanovicia. Serb musi wiedzieć, że jakikolwiek spadek jego formy oznacza pewną ławkę i powrót Azpilicuety na prawą stronę obrony. A to jakby było równoznaczne z tym, że Serb musi przyzwyczaić się do roli rezerwowego...

Może więc zamiast niepotrzebnie szukać powodów lub tematów, by rywalowi dopiec jeszcze przed meczem, skupić się na jednym z zawodników, który po cichu znaczy coraz więcej i jest coraz lepszym piłkarzem. Wciąż młody, wciąż zdobywający nowe doświadczenia (w reprezentacji rozegrał tylko 9 meczów!) oraz... będący tu na dłużej. Właśnie mija miesiąc od czasu rozpoczęcia się jego nowej, pięcioletniej umowy. Setny występ to pierwsza okazja, by "Panu 7/10" przyjrzeć się uważniej, ale nie martwcie się, jeśli tę przegapicie. Na pewno będzie jeszcze kilka takich w następnych latach.

poniedziałek, 15 września 2014
Fear of failure

Gdy Arsene Wenger mówił w lutym tego roku, że niektórzy menedżerowie w lidze negują możliwości swojego zespołu, Francuz nie zawahał się ani chwili wypowiadając legendarną już kwestię o "strachu przed porażką".

Gdy Jose Mourinho mu odpowiadał, zarzucając Francuzowi, że jest "ekspertem w przegrywaniu", Portugalczyk był pewnym swego, od razu wyrzucając z siebie tę kwestię. 

W każdym z tych przypadków zarzut zawsze był przygotowany, poparty przemyśleniem czy wcześniejszą refleksją, na pewno też animozjami, jakie tych menedżerów dzieliły i wciąż dzielą. Jednak sam faktu użycia takich słów jak "strach" czy "porażka" pokazuje, jak są one determinujące w ligowej walce. 

Zostawiając Arsene'a Wengera na boku - ma on własne problemy, takie, które są materiałem na zupełnie oddzielny tekst - warto zastanowić się nad Mourinho, jednym z tych menedżerów przed którymi postawiono nie tyle cel, co obowiązek wygrania przynajmniej jednego znaczącego trofeum. 

Wiem - sam Mourinho jest bestią zbyt ambitną, by nie stawiać przed sobą takich celów, choć w poprzednim sezonie... W poprzednim sezonie może zbyt dosadnie i zbyt pewnie odrzucał możliwość wygrania, nie dając dobrej przecież drużynie żadnych szans. Mówił o projekcie, ambicjach, ale i głównie brakach w swoim zespole. Nikt ich nie neguje, prędzej inaczej odbierając realną wartość tamtej kadry.

Kadry, która uległa znacznej zmianie. Tak personalnej, jak i mentalnej, choć o dokładny moment w którym Chelsea przemieniła się z poddającej się lub nie widzącej zwycięstwa w momencie trudnym w maszynę demolującą rywali na życzenie trudno. Przecież w każdym z dotychczasowych meczów ludzie Mourinho byli testowani - Burnley wystawiło ich na próbę już w pierwszym meczu, lecz odpowiedź przyszła szybko i zdecydowanie. Leicester było o jedną skuteczną interwencję Courtoisa od sensacji i sprawienia problemów, a Everton upierał się, że na gole odpowie golami. Nawet Swansea zaskoczyła Chelsea perfekcją, która pozwoliła im utrzymać prowadzenie niemal do końca pierwszej połowy.

A jednak odpowiedź zawsze przychodziła, tempo zawsze było podkręcane, reagowali tak piłkarze, jak i trener. W sobotę wystarczył jeden rzut rożny, ale i zmiana ustawienia, wprowadzenie przydatnego w odbiorze Ramiresa w miejsce bezproduktywnego Schuerrlego. Tak wcześnie w sezonie wydają się być już wypracowane schematy reakcji w trudnych sytuacjach. Bo po przerwie Chelsea po prostu wrzuciła trzeci, czwarty bieg, jakby bez większego wysiłku.

Oczywiście wciąż możemy się upierać - poniekąd słusznie - że te reakcje przychodziły łatwo, bo rywal nie był z tej najwyższej półki. Nawet Everton, bo pomimo wielu pozytywów jakimi da się obdarować zespół Roberto Martineza, nie wolno zapomnieć o fatalnej tego dnia defensywie. Stąd pewna obawa - nazwijcie to strachem - że magia Fabregasa, skuteczność Costy czy drybling Hazarda zostaną jeszcze postawione w wątpliwość. Media uderzą na pewno, przy pierwszym potknięciu. Może więc przez samego menedżera?

Mourinho w tym akurat jest specjalistą. To, co zrobił w poprzednim sezonie - przejście na system bardziej defensywny po katastrofie w Sunderlandzie - zdało egzamin, nawet jeśli wspomniane braki drużyny nie pozwoliły jej rywalizować do samego końca. Tym razem Portugalczyk triumfował, mówił o wyczekiwaniu na tego właściwego napastnika, cierpliwości klubu i szerszej perspektywie z jaką wiązało się jego zatrudnienie.

Jednak on jeszcze zostanie sprowokowany, albo sam kogoś sprowokuje, właśnie przez zagrożenie jego i Chelsea pozycji. Nie będzie tak łatwo jak w pierwszych dwóch sezonach, nie będzie tak pięknie, że na celebrowanie mistrzowskiego tytułu możemy umówić się w marcu. Już po perfekcyjnym starcie kariery Diego Costy w Londynie Mourinho tonował nastroje mówiąc, że tego się po nim nie spodziewał. Słusznie nie zamierza też wymagać powtórki siedmiu goli w czterech kolejnych meczach. 

To strach przed porażką każe myśleć, że ten sezon nie będzie tak łatwy, jak jego 4-kolejkowy zwiastun. Strach innego rodzaju niż ten o którym mówił Wenger - nie napędzany obawą rywalizacji z równymi sobie, ale tym, że zwycięstwa się od Chelsea po prostu oczekuje.

wtorek, 02 września 2014
Oby chaos nie powrócił

Okej, okej - wątpiłem.

"Kiedy już Jose Mourinho skończy swoją pierwszą po powrocie konferencję prasową, znów oczarowując angielskie media, ponowne zapoznanie się z klubem zacznie od wizyty na Cobham. Jednak wkraczając do ośrodka szkoleniowego - pustego, bez przebywających na urlopie piłkarzy - nie poczuje się tak pewnie, jak za swojego debiutu w 2004 roku. Wyjątkowy wie, że duch jego wewnętrznych rywali wcale nie uleciał.
On ma się dobrze. On już nie jest Avramem Grantem - przeciwnikiem ma być teraz Michael Emenalo."

To było w czerwcu zeszłego roku, kilka tygodni po potwierdzeniu powrotu Jose Mourinho do Chelsea. Wątpiłem, bo pojawiły się informacje najpierw o rezygnacji Emenalo (wywołanej właśnie przyjściem Portugalczyka, jak również ofertą z Wigan), ale też pamiętałem, jak Wyjątkowy poustawiał sobie sprawy w Madrycie. To właśnie zakulisowe rozgrywki w Realu były jednym z ważniejszych "celów" Mourinho w pierwszym sezonie, a wyniki przyszły tak naprawdę dopiero po pozbyciu się Valdano.

Wątpliwość wynikała też z kariery Emenalo. Patrzcie na jego przygodę, od trenera nastolatek w Ameryce do osoby odpowiedzialnej za budowę jednego z największych klubów na świecie! Wciskany na siłę, po znajomościach... Taka opinia przez lata ciągnęła się za nim, raczej bez jakiegokolwiek dementi. Zwłaszcza, że do czasu powrotu Mourinho Chelsea była daleka od stabilizacji. Chaosem były te dwa lata, które przyniosły triumfy w europejskich pucharach. Ale trzech menedżerów w tym czasie, brak wypracowanego stylu gry, brak konsekwencji w transferach... Nie działo się najlepiej.

W Chelsea obawiałem się starć, nieporozumień, walki i problemów przy transferach, które niewątpliwie miały nadejść. Tymczasem ostatni rok był pod tym względem rewelacją - powrót Maticia, sposób w jaki "nabito" budżet sprzedażą kilku niechcianych i niepotrzebnych piłkarzy, ale też działania tego lata. Szybko, sprawnie i skutecznie. Fabregas i Costa już są rewelacją, o Filipe Luisa też jestem spokojny. Torresowi nagle zachciało się zmienić barwy? Żaden problem, transfer Loica Remy'ego był niemal przygotowany i skompletowany. 

Porównajcie to z innymi klubami - szaleńczą, ale mało zrównoważoną taktyką Manchesteru United i tą Arsene'a Wengera, który pominął przynajmniej dwie pozycje przy wzmacnianiu kadry Arsenalu. Liverpoolu, który zaryzykował z Balotellim i 32-letnim Rickie Lambertem. Pełną wymianą składu Southampton, uzupełnianiem składu Tottenhamu na ostatni gwizdek i wydawaniem wielkich pieniędzy na stopera przez Manchester City. 

Gdzie się nie obejrzycie, wszyscy chwalą transfery Chelsea. Gdzie ta krytyka szaleńczych wydatków z którą musieliśmy się zmagać praktycznie od 2003 roku? Transfery z klubu pozwoliły niemal na perfekcyjne zbilansowanie tego lata, a dodatkowo bardzo poprawiły sytuację pierwszego zespołu. Czyja to zasługa?

Tu trzeba pochwały skierować i na Emenalo, i na Mourinho. Nie ma możliwości, by taka przemiana dokonała się w kilkanaście miesięcy. Oczywiście teraz presja na menedżerze i całym klubie znacznie wzrosła, bo nie wygrać ligi będzie po prostu wstyd. Jednak pierwszy po powrocie, pozbawiony spektakularnego zwycięstwa sezon Mourinho nie przyniósł nerwowości - dał jedynie powód do dyskusji i kluczowych zmian. Teraz Portugalczyk ma pełne pole do popisu, podobnie jak jego skład. Oby to wypaliło, oby chaos nie powrócił.

środa, 20 sierpnia 2014
Fabregasów dwóch, czyli inna Chelsea

Proste to i oczywiste - po pierwszym meczu Chelsea w nowym sezonie ligowym, wszyscy zachwycają się Ceskiem Fabregasem. Hiszpan grał świetnie, zaliczył piękną asystę i już można przeczytać, że jego transfer pozwolił Mourinho zrewolucjonizować styl gry na bardziej atrakcyjny.

Spokojnie, to przecież było tylko dwadzieścia kilka minut dobrego, a nawet bardzo dobrego grania, ofensywnego futbolu na najwyższym poziomie płynności wymiany podań. Niektórym te 25 podań poprzedzających gola Schuerrlego uderzyło do głowy. Do tego stopnia, że jeden z Twitterowiczów po poniedziałkowym meczu ironicznie pytał, czy Chelsea już można przyznać tytuł mistrzowski.

Jednak ja nie chcę tych hurraoptymistycznych nastrojów ani tonować - kto rozsądny ten wie, jak wiele trudnych wyzwań jeszcze czeka Chelsea - ale zwrócić uwagę na bohatera nie tyle drugiego, co nawet trzeciego planu. Fabregas wyrósł w poniedziałek na bohatera, za nim wymieniano Schuerrle, Hazarda, Diego Costę, Maticia, Ivanovicia, Courtois... Dlaczego więc występ Oscara przeszedł niezauważony?

W głowach wielu po tym meczu pozostanie głównie drugi gol, piękna akcja całego zespołu i kombinacja podań z tym ostatnim, najlepszym Fabregasa. Mi dużo bardziej imponowały momenty w środku pola, gdy Matić, Hiszpan i Oscar łapali rytm wymiany podań na jeden kontakt, tworząc różne kombinacje w trójkątach, ciągle ruszając się, utrzymując nawet dwóch rywali bezradnie patrzących i starających się nadążyć za ich "klepką". To był jeden z tych aspektów gry Chelsea, którego w poprzednich sezonach próżno było szukać na boisku.

Bez Oscara byłoby to niemożliwe, ale by to zrozumieć trzeba do kwestii jego obecności i wkładu w grę zespołu podejść metodycznie - spojrzeć na charakterystykę jego i Fabregasa oraz ustawienie w jakim ma grać Chelsea.

Latem, dyskutując o transferze Fabregasa do Chelsea, Mourinho mówił o tym, ile Hiszpan może dać drużynie. - To bardzo uniwersalny pomocnik - tłumaczył Portugalczyk - Może grać jako "dziesiątka", ale też niżej, chociaż nie jest ani "szóstką", ani "ósemką" - dodał. W skrócie, by rozstrzygnąć te taktyczne zawiłości - Fabregas w ustawieniu z trójką zawodników w środku pola może spełniać każdą rolę, jednak najlepiej wypada, gdy ma więcej swobody w interpretacji swojej roli. Jeszcze lepiej, gdy ktoś mu w tym pomaga. 

Oscar jest równie uniwersalnym pomocnikiem. Pamiętamy, że początkowo w Chelsea był "dziesiątką", później grał jako skrzydłowy, by po powrocie Mourinho wrócić na pozycję za napastnikiem. Jednak i on nie jest piłkarzem typowym dla tej roli - jest bardziej zdyscyplinowany taktycznie, mniej błyskotliwym w rozegraniu piłki pod samą bramką rywala, ale znacznie lepiej radzącym sobie w głębi pola, dodatkowo świetny w odbiorze i pressingu. Regularni czytelnicy tego bloga przypomną sobie wielokrotnie apele do kolejnych szkoleniowców - w tym Mourinho - by spróbować ustawienia z Brazylijczykiem grającym bliżej defensywnego pomocnika niż napastnika. W meczu z Burnley wreszcie to zobaczyliśmy.

Tu należy przejść do rozmowy o ustawieniu Chelsea. Wyjściowym było 4-2-3-1, jednak okazało się ono czysto teoretyczne. Mourinho, chociaż tak mocno stawiający na dyscyplinę pozycyjną swoich piłkarzy, dostrzegł możliwości jakie oferują uniwersalne możliwości Fabregasa i Oscara - w wielu aspektach całkiem podobne. Można więc mówić o hybrydzie dwóch systemów, tego nominalnego oraz 4-3-3. 

Dlaczego ta rotacja pozycji między Fabregasem i Oscarem jest kluczowa? Przede wszystkim środkowi pomocnicy rywala nie wiedzą kogo pilnować - w poniedziałek wielokrotnie w pierwszej połowie zdarzało się, że Brazylijczyk "wyciągał" Jonesa lub Marneya, pozwalając tym samym Hiszpanowi znaleźć się bezpośrednio przed linią obrony Burnley. To praca trudna do zauważenia w trakcie gry, ale dobrze przedstawiona na obrazku stworzonym przez zespół "StatsBomb", które śledziło pozycje wszystkich zawodników w meczu. Zwróćcie uwagę głównie na tych dwóch pomocników Chelsea.

StatsBomb

Już wspomniałem, że Oscar nie jest graczem spektakularnym - a przynajmniej nie do momentu, gdy zaczyna strzelanie goli - nie gra jak typowa brazylijska "dziesiątka". On, zamiast dryblingów i pojedynków indywidualnych, znacznie lepiej czuje się w wymianach podań na jeden kontakt. Niech pokażą to statystyki - w meczu z Burnley miał 77 kontaktów z piłką i aż 67 podań. Najrzadziej z drużyny "holował" futbolówkę, znacznie częściej tempo akcji przyspieszając, pozwalając kolegom (Fabregasowi!) na zdobywanie terenu na połowie przeciwnika. 

Gra na jeden kontakt to olbrzymi postęp w porównaniu do wolnej i przewidywalnej gry środkowych pomocników z poprzedniego sezonu. Mikel gra zbyt głęboko, Ramires indywidualnie (i często nieskutecznie...) wprowadza piłkę na połowę rywala, Lampard znacznie lepiej rozgrywał wszerz, zmieniając stronę akcji niż dyktując tempo atakom Chelsea, a David Luiz pokazywał się jako pomocnik szukający (bardziej ryzykownych) średnich lub długich podań na wolne pole. 

Nie było płynności, bo brakowało piłkarzy do takiej gry - jednak w wypadku Fabregasa równie istotne, co jego umiejętności jest towarzystwo z którym gra na boisku. Mówiąc o współpracy Hiszpana w środku pola może więc warto zwrócić się w stronę nie Maticia, a właśnie Oscara.

piątek, 01 sierpnia 2014
Wybraliście - gramy w ligę... U7.1!

No to wybraliście. Dziękuję za każdy z 366 głosów oddanych w ankiecie, to znak, że Wam zależy i chcecie się bawić alternatywnie w Fantasy. Wiem, że było wiele różnych propozycji, ale ja narzucać nie zamierzałem, wybór był... demokratyczny. Zresztą zobaczcie sami:

Jak gramy

A więc gramy zawodnikami kosztującymi siedem milionów i mniej! Myślę, że to bardzo fajna formuła. Jak tworzyłem swój skład, to zauważyłem naprawdę wielu świetnych piłkarzy w tej cenie i można stworzyć bardzo mocny zespół. Mój skład to: Tim Howard, Hugo Lloris - Leighton Baines, John Terry, Branislav Ivanović, Filipe Luis, Luke Shaw - Ross Barkley, Alex Oxlade-Chamberlain, Jack Wilshere, Lewis Holtby, Jonjo Shelvey - Bojan Krkić, Danny Welbeck i Emmanuel Riviere. 

Teraz liga - kod do niej to 775133-189467 - i zasady. Kontrolujemy się sami, czyli jeśli ktoś zauważy złamanie zasad, natychmiast wysyła mi skrina na e-mail mzachodny@gmail.com, a ja działam. W poprzednim sezonie sporo usuwałem, teraz powinno być jeszcze łatwiej. Wartość zawodników może się zmieniać, ale nas interesuje tylko moment ich kupna

Dla zwycięzcy U7.1 KTBFFH League oczywiście nagroda. Zapraszam do gry!

PS. Strona to oczywiście fantasy.premierleague.com :-)

środa, 30 lipca 2014
Kwestia Lukaku rozwiązana - tylko na chwilę?

Kiedy wszyscy spodziewają się, że to Fernando Torresa - nie gwarantującego goli na poziomie satysfakcjonującym klub - odejdzie latem, zostanie upchnięty gdzieś pomimo wysokiej pensji, a Didier Drogba będzie swego rodzaju mentorem dla Lukaku i Costy... Belg zostaje sprzedany do Evertonu. Czy Jose Mourinho stracił panowanie nad swoimi decyzjami?

Nie ma wątpliwości, że Lukaku wpasowałby się w Chelsea - pewnie z bólem, pewnie głównie wchodząc z ławki i to na ostatnie minuty, ale jego siłowy styl oraz ruchliwość pod bramką przeciwnika, samolubność to aspekty, których choćby takiemu Torresowi ostatnio brakowało. Biorąc pod uwagę, że Belg zarabiał mniej niż Hiszpan, że jest bardziej perspektywicznym zawodnikiem, że ostatnie sezony miał od niego lepsze, ta decyzja stawia Mourinho w coraz gorszym świetle.

Jest kilka wytłumaczeń tego zamieszania. Po pierwsze - Lukaku był już "wystawiony" na sprzedaż od jakiegoś czasu, gdy jego relacje z Mourinho stały się sprawą publiczną. Tego Portugalczyk wręcz nienawidzi, a sam reagował ostro, przynajmniej w drugiej części sezonu gwarantując sobie spokój. Po drugie - oceniono, że Lukaku nie wejdzie na taki poziom, by rywalizować z Diego Costą. To ryzykowna teoria, bo każdy przeszczep z ligi hiszpańskiej na angielską trzeba traktować z dystansem, przynajmniej do pierwszych efektów. Po trzecie - Mourinho woli w swoim kilkuletnim pobycie w Londynie "ułożyć" kogoś innego, np. Patricka Bamforda, któremu nie szczędzi pochwał, który miał świetny ostatni sezon i teraz również pójdzie na wypożyczenie. Przed rozpoczęciem przygotowań nieśmiało mówiono, że Anglik mógłby nawet zostać w roli "trzeciego" w Londynie, ale ta opcja odpadła tak szybko, jak zaproponowano roczny kontrakt Drogbie.

Drogba jest niejako kluczem w tym wszystkim - podpisanie z nim tak krótkiej umowy świadczy o chęci zabezpieczeniu ten pozycji, ale też budowaniu atmosfery w składzie niż zatruwaniu jej personalnymi wojenkami z Lukaku. Mourinho liczy tylko na żołnierzy wiernych jemu, wrogich agentów usuwa, a Belg już na starcie poprzednich rozgrywek, przed wypożyczeniem do Evertonu, nie był zadowolony ze swojej pozycji w drużynie. Dlaczego niby ta sytuacja miałaby się zmienić, zwłaszcza przy powtarzanych od bodaj stycznia zapowiedziach Portugalczyka, że klub szuka napastnika?

Można jeszcze wspomnieć o podobieństwu Drogby do Lukaku - jednak pierwszemu z nich znacznie bliżej do Costy, który w wieku 25 lat może przyjąć kilka cennych lekcji. Belg jest innego typu piłkarzem, choć oczywiście o podobnych warunkach fizycznych. To było widać w Evertonie, a kto pamięta najlepsze sezony Drogby w Chelsea ten również subtelną różnicę dostrzeże. 

Jednak najważniejsza jest ocena decyzji o ostatecznym pozbyciu się Lukaku. Finansowo Chelsea stratna nie będzie i pewnie na Belgu nigdy nie była, zależnie od tego jaką część gaży wypłacały mu wypożyczające go kluby. Co ze sprawami sportowymi? Mourinho musi wiedzieć, że limit narzekań na napastników i tak mocno nagiął w minionych rozgrywkach - a Lukaku, strzelając gole dla Evertonu, jego retoryce wybitnie nie pomagał. Już w minionych miesiącach trafnymi argumentami zbijano tę teorię, nawet jeśli dorobek bramkowy Ba, Eto'o i Torresa pozostał mierny. To Portugalczykowi zarzucano ich kiepskie wykorzystanie, a nie niską jakość trio snajperów, których miał do dyspozycji. 

Tym razem wymówek być nie może. Podobnie jak w wypadku rywalizacji o najwyższe cele, presja jest skierowana właśnie na Mourinho - już wypomina mu się dwa sezony bez trofeum, już mówi się o niedosycie po pierwszym "powrotnym" sezonie w Anglii. Każde kolejne potknięcie - czy kilku meczowa posucha napastników - będzie wiązała się z dodatkowym problemem na jego głowie. Oczywiście unikanie konferencji czy wypowiedzi jest jakimś tymczasowym rozwiązaniem, lecz ostatecznie od odpowiedzi na pytanie o sprzedaż Belga nie ucieknie. Możecie być przekonani, że w tej sprawie krążyć będą dwie wersje - jedna Lukaku i zupełnie różna Mourinho...

Pierwszy mecz z Evertonem jest dzień przed zamknięciem transferowego okienka. Meczu tak ważnego dla samego siebie Lukaku chyba jeszcze nie grał...

czwartek, 17 lipca 2014
Pressure? What pressure?

"Oj, Ty dobrze wiesz, Jose." ;-)

Wreszcie koniec mundialu. Muszę złapać chwilę oddechu, ale już pierwszy tekst o Mourinho i Chelsea na najbliższy sezon powstał, więc zachęcam do czytania. Jest o nowych transferach, sytuacji kadrowej i testowaniu cierpliwości Abramowicza. A wkrótce wracam do blogowania o Premier League... bo wiecie, pressure!

CZYTAMY

piątek, 13 czerwca 2014
Gasząc wszelkie wątpliwości

Dla Ceska Fabregasa - zawodnika, który teoretycznie właśnie wkroczył na szczytowy etap swojej kariery - los nie był łaskawy. Pomimo wczesnego debiutu i rozkwitu w Premier League, zwycięstw na arenie klubowej i reprezentacyjnej, przypiętej łatki następcy Xaviego, on wciąż ma całkiem sporo do udowodnienia. Choćby del Bosque, że nie powinien grać w roli fałszywego napastnika, ale też Barcelonie, że nie powinna się go pozbywać i również Arsene Wengerowi, że ten powinien był go z powrotem ściągnąć do Londynu.

Jeśli wierzyć źródłom bliskim agentom Jose Mourinho, Fabregas nie był nawet pierwszym wyborem portugalskiego menedżera Chelsea.

A przecież nie powinno tak być. To wciąż jeden z najlepszych pomocników w europejskim (światowym?) futbolu, którego połączenie energii i techniki gwarantuje gole i asysty, szanse oraz kluczowe podania. Od początku sezonu 2006/2007 tylko Wayne Rooney zaliczył w Premier League więcej asyst od Fabregasa - i to pomimo tego, że Hiszpan ostatnie trzy lata spędził w Barcelonie.

Nie ma wątpliwości, że za cenę ponad trzydziestu milionów Euro Chelsea wzięła odpowiednią jakość.

Wątpliwości dotyczące Fabregasa biorą się choćby z tego, że w Hiszpanii jego drugie połowy sezonu - delikatnie to ujmując - nie zachwycały. Kibice Barcelony zarzucali mu, że grając jako napastnik marnował potencjał skrzydłowych, a biegając w środku tłumił wpływ Iniesty czy Messiego. Jakkolwiek absurdalnie brzmią te zarzuty, Fabregas trafił na Camp Nou w okresie, który znamionowały ważne zmiany, ale wszystkie jeśli już to odbiły się negatywnie na drużynie. Gdy Gerardo Martino w pierwszej części sezonu nadawał Barcelonie nowego, bardziej autorskiego kształtu, Fabregas błyszczał - gdy zażądano powrotu do tiki-taki, szybko okazał się zbędnym ogniwem.

Inaczej powinno być w Chelsea - z naciskiem na "powinno". Bo przecież w poprzednim sezonie, nawet jeśli kryzysowym dla Fabregasa, uzbierał on aż czternaście asyst - więcej niż Matić, Luiz, Mikel, Lampard, Ramires i Oscar razem wzięci (w Premier League).

Lamparda i Luiza już nie ma, ponoć do Chelsea w sprawie Ramiresa odezwał się Real Madryt - dla wielbicieli plotek: londyńczycy mieli odpowiedzieć pytaniem o dostępność... Modricia - a Mikelem interesuje się kilka klubów w Turcji. Zresztą nie oszukujmy się, żaden z tych piłkarzy w poprzednim sezonie nie dawał w ofensywie tak wiele, jak potencjalnie może The Blues zagwarantować Fabregas w kolejnym.

Zresztą dziwią plotki o niezadowoleniu Mourinho z tego transferu - czy raczej jego preferencji innych celów Chelsea. Wydaje się, że obecny skład personalny aż prosi się o powrót do tego, co Portugalczyk lubi najbardziej - 4-3-3.

Nawet z Ramiresem, jeszcze dodając Van Ginkela, cofając lekko Oscara, pamiętając o Fabregasie i z Mikelem czasem wchodzącym w rolę Maticia, to ustawienie może być skuteczniejsze, a nawet bardziej ofensywne od 4-2-3-1. W pressingu, w utrzymaniu piłki i w często najbardziej skutecznych atakach - sprintach z drugiej linii. Co więcej, równie istotną rolę odegra w odbiorze, a jego statystyki są porównywalne z Willianem, Luizem czy Mikelem.

Tak budowa drużyny na nowy sezon trwa, a chyba najbardziej znamiennym jej aspektem jest... porównanie z jedenastką z finału Ligi Mistrzów z 2012 roku. W przyszłym sezonie ostać się może jedynie Cahill (Ivanović i Terry pauzowali), gdyż miejsce Ramiresa jest coraz mniej pewne. To drastyczne, bezwzględne, ale i potrzebne wietrzenie składu, którego wyższym celem jest także odmiana stylu gry.

I tu pojawia się najważniejsze pytanie - czy transfer Fabregasa, zawodnika obytego w Premier League i na każdym światowym poziomie, pozwoli Chelsea bezboleśnie przebrnąć przez moment kryzysowy. Taki, który w minionych rozgrywkach zmusił Mourinho do zmiany na bardziej defensywną grę. Tylko utrzymując się jednej myśli, schematów i mentalności ofensywnej Mourinho udowodni, że jego zapowiedzi z lata 2013 roku nie pozostaną wyłącznie mrzonką.

Zresztą menedżer Chelsea, wielokrotny zwycięzca najbardziej elitarnych rozgrywek europejskich, triumfator w różnych ligach oraz człowiek przywiązujący największe znaczenie do słowa "zwycięzca", także ma coś do udowodnienia. Chociaż nie musi, bo wygrał zbyt wiele, by wątpić w jego umiejętności, to już wypomina mu się drugi kolejny sezon bez żadnego trofeum, zwłaszcza stawiając ten fakt w kontekście jego słów skierowanych w stronę Wengera.

Fabregas nie jest więc jedynym, który sukcesu (w) Chelsea potrzebuje. Panowie, których media już zdążyły postawić naprzeciw sobie, mają wspólny cel, misję i ambicję. Tylko współpracując zgaszą tę iskrę wątpliwości.

wtorek, 03 czerwca 2014
Porozmawiajmy o idolu

- ...a może zamiast oglądać to po prostu porozmawiajmy o Twoich idolach?
- Dobrze, pytaj. Co chcesz wiedzieć konkretnie?
- No... ilu ich było?
- Nie, źle do tego podchodzisz. Nie można mieć wielu idoli. Nie można ich zmieniać, nie można sobie dobierać każdego sezonu, po każdym dobrym meczu...
- Niby dlaczego?
- Bo to nie jest pierwsze lepsze zauroczenie, to nie jest efekt jednego kopnięcia, to nie jest też przypadek piłkarza gdzieś z innego klubu, ligi, gdy zdarzało się go oglądać przy okazji europejskich pucharów... Idol to mocne słowo, to musi być coś trwałego, to musi być powód dla którego siadasz tydzień w tydzień przed telewizorem, znasz każdy ruch na boisku, każde zachowanie, patrzysz na niego, a nie co się dzieje w innych strefach...
- ...no dobrze, rozumiem. To kto?
- Lampard.
- Eee, to gość z innej epoki, jeszcze z lat youtube'a. Bez sztuczek, bez przewrotek, bez rajdów...
- ...a kto powiedział, że idol tak musi grać?
- No a jak inaczej?
- Nigdy nie wybiera się idola tylko przez to jak pięknie grał - zwłaszcza, że to w futbolu nie masz jasno zdefiniowanego piękna. Powinieneś to wiedzieć, prawda?
- Niby tak, ale gdy pokazywałeś innych z tamtych lat to zwykle Messiego, Ronaldo... Oni grali inaczej!
- Ale nie grali tak, jak ja bym chciał grać, jak ja marzyłem by grać, jak sądzę, że powinno się grać. 
- Wytłumacz proszę.
- Bo ktoś spojrzy na jego rekord, przeczyta statystyki i to wszystko będzie imponujące, zwłaszcza, że w tamtych czasach grało się trochę ostrożniej, bardziej defensywnie... ale to nie powie wszystkiego.
- Czego konkretnie nie widziałem?
- A widziałeś wszystkie jego gole?
- Tak, to jedno z tych nagrań, które co jakiś czas oglądasz wieczorem. Widzałem je z milion razy.
- Na pewno?
- Tak, mogę wymieniać w ciemno. Półwolej z piruetem przeciwko Bayernowi, piłka wkręcona do bramki z linii końcowej z Barceloną, te uderzenia z dystansu, te z rzutów wolnych czy karnych, te z wbiegnięcia w drugie tempo...
- ...i nadal nic nie rozumiesz, prawda?
- Czego nie rozumiem?
- Że sztuka zdobywania goli to jedno, a nadawanie im większego znaczenia to coś zupełnie innego. I, fakt faktem, to za rekordy i styl ich osiągania do dziś się Lamparda wspomina, ale dla mnie idolem stał się z zupełnie innego powodu.
- Bo strzelał ważne gole?
- Musisz zrozumieć, że ważne nie tylko przez kontekst wyników tylko jego drużyny - chociaż jak nawet dzisiaj myślę o tych dwóch trafieniach z Reebok Stadium przeciwko Boltonowi w 2005 roku... No zobacz, nawet teraz mam ciary! I jeszcze mógłbym przypomnieć kolejny rok, ten sam stadion, to samo miejsce i ten sam strzelec rzecz jasna... Albo świetny gol z finału Pucharu Anglii przeciwko Evertonowi? Wcześniej z Arsenalem w Lidze Mistrzów. Albo "ratunkowe" trafienie w Moskwie, gdzie niewielu pamięta jak ciężko się Chelsea grało do jego gola. Albo te bramki z Bayernem o których wspomniałeś, albo kolejne z Evertonem... Ale gole to nie wszystko.
- Jak to?
- Bo to tylko efekt końcowy. Patrząc tylko na wykończenie, na samo uderzenie, tor lotu piłki przegapisz to jak on znajdywał się w idealnym miejscu, jak śledził akcję, obserwował zachowanie obrońców, wyczekiwał na swój moment. 
- Czyli po prostu widział więcej.
- Nie - on znaczył więcej. U szczytu kariery... Nie, to przecież byśmy mogli mówić o nawet ośmiu sezonach. On zawsze był tym kierującym akcje zespołu, w charakterystyczny sposób wskazującym kolegom kierunek gry, gdzie i jak mają podać, albo samemu szukając prostopadłych zagrań.
- Czyli asystował.
- Mało powiedziane, że asystował. Chociaż to zagranie do Ramiresa na Camp Nou... Typowy Lampard, rozumiesz? Jeszcze przed otrzymaniem piłki rozgląda się, patrzy jak są ustawieni koledzy, pomimo pressingu rywala świetnie sobie ustawia ją do zagrania i rozdziera obronę Barcelony jednym kopnięciem. 
- Nie brzmi to jakoś skomplikowania...
- Uważaj sobie! Sprawianie, by zagrania tak trudne, skomplikowane wyglądały czy wydawały się proste jest... sztuką. Albo kolejnym powodem wywołującym mój podziw. A Twój?
- Nie no, jestem nieprzekonany. Bo sam przecież mówiłeś, że się z niego śmiali?
- No tak, że niby jest gruby, że wszystkie gole strzela albo z rzutów karnych, albo po rykoszetach. Ale to frustraci...
- ...nie mieli racji?
- Oni po prostu nie widzieli. Albo najczęściej byli na drugim końcu strzelanych przez niego goli, obrywając tymi ciosami.
- Lider, który strzelał gole i asystował. Mimo wszystko - całkiem standardowo.
- To pozwól, że Ci dopowiem jego historię, bo przecież w klub nie wrasta się wyłącznie ważnymi trafieniami. Pamiętasz kogo w maju 2013 roku wyprzedził na liście najlepszych strzelców?
- B... Barry'ego Tamblinga!
- Bobby'ego jeśli już. Ale dobrze. Wiesz, że po tych dwóch golach z Aston Villą, jeszcze przed kamerami, od razu zadzwonił do Tamblinga, który akurat po ciężkiej chorobie przebywał w szpitalu? A wiesz, że gdy tej legendzie Chelsea w jego rodzinnym Cork chcieli zrobić imprezę, to właśnie Lampard wziął na siebie cały rachunek?
- Miał gest.
- Oczywiście, że miał. Był bardzo blisko z Tamblingiem, ale też z kibicami. Zawsze podchodził, podpisał... Czuć było tą więź i to nic sztucznego. Zresztą i on kibiców potrzebował...
- Chyba wiem do czego zmierzasz. Chyba tę historię już słyszałem...
- Ale ją po prostu trzeba przywołać! Gdy zmarła jego ukochana matka, gdy zawalił mu się świat, on zagrał tak wybitnie z Liverpoolem, jeszcze strzelił gola, rozpłakał się całując czarną opaskę... Łzy same napływają do oczu, jak się ten moment wspomina...
- Że też on uniósł ten ciężar...
- Myślę, że on chciał to zrobić, a przede wszystkim wiedział co musi wtedy zrobić. Dlatego zagrał. To była nie tyle magia futbolu, ale czuło się, że to cholernie ważny moment w jego życiu. I on chciał nim podzielić się z kibicami, pokazać im i sobie, że potrafi pokonać każdą przeciwność losu. Każdą. Dlatego on zawsze grał. Zawsze był obecny. Wiesz, kiedyś Mourinho powiedział o "niezastąpionych"...
- ...ale jak jeszcze był w Chelsea za pierwszym razem?
- Tak. Ale jego teoria nie wypaliła, a przynajmniej nie do końca. Bo inni zawodzili, uciekali, nie wytrzymywali presji... A Lampard grał swoje. Był liderem. Nie sprawiał problemów, nie szukał kontrowersji, ale był symbolem drużyny, która mimo różnych przeciwności, własnych słabości i sytuacji zawsze dążyła do zwycięstwa. On był uosobieniem mentalności, której narodziny obserwowaliśmy od pierwszego meczu Chelsea za Mourinho. 
- To dlaczego później to on go tak łatwo wypuścił?
- Musisz pamiętać, że to było po dziewięciu kolejnych latach. Lampard był już innym zawodnikiem, grającym bardziej z tyłu, zabezpieczającym defensywę, bardziej rozgrywającym niż też wykańczającym akcje kolegów. Kolejne kontuzje jeszcze go spowolniły, odebrały mu zwrotność i ten charakterystyczny balans ciałem, a potem przyspawały go do ławki pomimo oczywistych wad innych piłkarzy. Zresztą wydaje mi się, że pomimo całego żalu ze względu na okoliczności rozstania to gdzieś między Lampardem i Mourinho była nić porozumienia - oni wiedzieli, że, wybacz porównanie, drugiego "miesiąca miodowego" nie będzie.
- Serio?
- No... No nie do końca. Wiesz, bo on jak niewielu innych naprawdę zasłużył na bajkowe pożegnanie. Na owację na stojąco na Stamford Bridge, na łzy w oczach, na wzajemne zrozumienie, uścisk dłoni, może ostatni rzut karny, ostatni atak do którego się włączył... A nie jakąś połówkę zremisowanego meczu z Norwich, gdy po prostu został w szatni.
- Dobra, ale wciąż nie wiem, dlaczego on jest Twoim idolem.
- Popatrz: to jest zbiór tych wszystkich cech piłkarskich i ludzkich. Jego przywiązanie do klubu, tworzenie historii na moich oczach, te wszystkie lata cholernej świadomości, że jeśli w środku pola jest Lampard to pewien poziom zostanie zachowany, że jest ten gwarant spokoju. Miał słabsze momenty, miewał kryzysy formy, wypadał przez kontuzje, ale zawsze wracał silny, pewny siebie, chętnie biorący odpowiedzialność. Możesz się tylko śmiać, ale te lata temu to jego zachowania podpatrywałem i starałem się, no nie śmiej się proszę, chciałem je kopiować gdzieś tam między kolegami niestety z miernym efektem... Ale inni też to robią, prawda? Te sztuczki, kiwki...
- A z Lampardem było niby inaczej?
- Nie zaczynajmy od początku... Słuchałeś w ogóle? Przecież on nie był dryblerem. Ale to ustawienie się na "szesnastce", by idealnie nabiec na podanie kolegi, wskazywanie kierunku gry, uspokajanie tempa czy, wręcz przeciwnie, przyspieszanie... To taki futbol może nie spektakularny w każdym ruchu czy zagraniu, ale efektywny, dający wielką satysfakcję i uznanie tych z którymi grasz. No, długo by opowiadać, a lepiej zobaczyć. To co, włączamy odtwarzacz?
- Ale tylko ten jeden jego mecz, tak?
- Zobaczysz, że później będziesz chciał kolejne. Tak to już jest z idolami.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57