poniedziałek, 20 października 2014
Wiem, co robi Arsene Wenger

A przynajmniej tak mi się wydaje. Może i dziwacznie wyglądało starcie Arsene'a Wengera z Jose Mourinho, a jeszcze dziwniej to, jak zachowywał się w obliczu słynnego już wywiadu dla BBC, jak długo przetrzymał zespół po szczęśliwym remisie z Hull City (godzinę, nie pozwalając im również rozmawiać z mediami) i jak generalnie nie pasuje mu ten wizerunek... menedżera groźnego.

Jednak tego Arsenal potrzebuje. Jak słusznie napisał "Guardian", jedynym promykiem nadziei w sobotę był Alexis Sanchez, jeden z najlepszych letnich transferów w lidze. Tylko musimy sobie zadać pytanie - jak długo Chilijczyk będzie nadrabiał za przeciętnie grających kolegów? Kolegów, których nawet menedżer rywali - w tym wypadku Steve Bruce - nie traktuje z jakimś wielkim poważaniem, realnie mówiąc o stracie dwóch punktów na Emirates. 

To chyba nawet mocniejszy cios niż porażka z Chelsea dwa tygodnie temu. Wtedy wokół Arsenalu krążyło przekonanie, że wynik po prostu odzwierciedla różnicę między drużyną, która wypełniła braki, a tą, która wciąż je ma. Zespołem dojrzałym, wygrywającym niemal automatycznie, a tym, który aspiruje, ale bez przekonania i charakteru.

Już wtedy sugerowano, że reakcja Wengera - może przesadzona, może faktycznie sprowokowana - miała wpłynąć bojowo na jego piłkarzy. Za swoje zachowanie Francuz przeprosił, ale dopiero po kilku dniach, a i sama informacja przepadła w zgiełku meczów reprezentacji, gdy piłkarzy nie było w klubie. Może to i lepiej?

Może więc Wenger dostrzegł, że oto jego pomysł na klub, drużynę, styl gry załamuje się, że jego reputacja wszechmocnego w Arsenalu jest coraz słabsza, stawia się nad nią znak zapytania. Zdecydowane wejście na jego terytorium trwa już od jakiegoś czasu, wygranie Pucharu Anglii uspokiło krytyków na chwilę, przynajmniej do czasu nowych, ale i odgrzewanych kryzysów w Arsenalu.

I faktycznie przydałoby się tych piłkarzy pobudzić. Piłkarzy, którym brakuje waleczności, zdecydowania, reakcji, umiejętności dominowania i, niestety, trochę charakteru. Znów odgrzewamy ten kotlet - to jeszcze chłopcy, a nie mężczyźni. 

Wenger próbował różnych metod, był "dobrym gliną", tym broniącym swoich zawodników i swojego planu, wykazującym przewagi rywali. Teraz te wymówki finansowe jednak powoli mu uciekają, uzywanie ich przychodzi mu z trudem. Więc na stół musi rzucić nową kartę. 

I kto spodziewał się groźnego Wengera? Nikt. Nawet sugerowano, że ten ogień w nim zgasł, że częściej woli wyżyć się przez rzucenie butelką za linią boczną, rozłożeniem rąk i obserwowaniem, jak ze słabszymi rywalami to jego piłkarzom brakuje... chęci. Tego charakteru.

Czasem warto być chamem. Może przykład musi pójść z góry? Może po raz kolejny to Wenger musi ożywić ten zespół, ale niekoniecznie transferem piłkarza charakterem, kogoś na miarę Vieiry czy Keowna, których wszyscy przywołują po dziesięciu latach od końca wspaniałej serii 49 meczów bez porażki z rzędu.

Wzbraniał się i dopiero teraz... ruszył. Efektów jeszcze nie znamy, ale widać, że po meczu z Hull nie było wesoło. Jednak przed nim i przed Arsenalem zestaw teoretycznie łatwiejszych spotkań, szansa na podniesienie się i ponowne zdobycie zaufania szkoleniowca, kibiców... i zarządu? To byłoby najgorsze i na to Wenger nie może sobie pozwolić.

czwartek, 25 września 2014
Pellegrini z Mourinho nie powalczy

- Zagrali bardzo podobnie do Stoke, gdzie jako duży zespół walczyliśmy z małą drużyną posiadającą bardzo dobrych piłkarzy, która tylko się broniła i próbowała utrzymać remisowy wynik - powiedział po niedzielnym meczu Manuel Pellegrini.

Od czego tu zacząć? Może od tego, że zabrakło mi wczoraj pochwały Chilijczyka, płomiennego przemówienia na obronę Sheffield Wednesday, które w samej drugiej połowie pozwoliło jego Manchesterowi City na strzelenie siedmiu bramek. Wedle logiki Pellegriniego, piłkarze z niższych lig, tak otwierając swoją defensywę, pokazali mentalność zespołu wielkiego, ambitnego.

Kpię, bo sądzę, że słowa Pellegriniego są niesłusznie pomijane - wyobrażam sobie, gdyby powiedział to Jose Mourinho. A przecież tak było, gdy w poprzednim sezonie krytykował West Ham za "dziewiętnastowieczny futbol", który dał im bezbramkowy remis na Stamford Bridge. Wszystkie media zgodnie uderzały w rozżalonego Portugalczyka, jakby na złość zapominając, że chwilę później przyznał, że i on takiej taktyki by pewnie użył, walcząc o wynik. Nie minęło kilka miesięcy i w Madrycie zobaczyliśmy Chelsea westhamową właśnie, która również dopięła swego celu.

Nie wierzę też, by człowiek, który w poprzednim sezonie wygrał mistrzostwo Anglii, był tak naiwnym szkoleniowcem. Czyżby podchodził do meczu nieprzygotowany? Czyżby nie widział meczów Chelsea z poprzedniego sezonu, gdy w zasadzie Mourinho ustawił zespół tak samo i po taktycznym majstersztyku wywiózł z Etihad trzy punkty? Przegapił spotkanie z Evertonem, gdzie "The Blues" wyłącznie kontrowali, aż sześciokrotnie masakrując rywali?

Można powiedzieć, że pod tym względem nie było szkoleniowca w Anglii, który do tego stopnia uwierzyłby w siłę Chelsea. Przecież jaką wiarę musiał mieć Pellegrini w jakość rywali, by sądzić, że Mourinho na mecz z czołowym rywalem nie przygotuje czegoś specjalnego z naciskiem na defensywę? Rekord Portugalczyka jest świetny, ale z czegoś - uporczywego planowania, poprawiania detali do perfekcji - wynika.

Oczywiście Pellegrini mógł być wściekły na sposób w jaki Manchester City został powstrzymany. Jego drużynie brakuje już takiej swobody w grze ofensywnej, radości w atakach. Wynika to z tego, że dogonili ich inni, Arsenal czy właśnie Chelsea. 

Nie wydaje mi się, by - jak uważa Phil McNulty z BBC - rywalizacja Pellegriniego z Mourinho stała się takim menedżerskim klasykiem jak choćby starcia Wengera z Fergusonem. O ile przy okazji ich bezpośrednich potyczek może być ciekawie, to jednak nie do tego stopnia. Z prostego względu - jeden drugiego nie ceni zbyt wysoko, a inne rywalizacje były czy są bazowane na pewnym respekcie. Uważam, że reakcja Mourinho w stosunku do Wengera ("specjalista od porażek") to właśnie pokazała, podobnie jak ich marcowe starcie, podkreślające dobitnie złość i urazę jaką wywołały słowa Francuza. O Pellegrinim Portugalczykowi nawet nie chciało się gadać, a gdyby była wola, to pewnie do dziś by się to  ciągnęło.

Cenię Pellegriniego, naprawdę. Wiele dobrego zrobił Manchesterowi City, jest zdecydowanie lepszym szkoleniowcem od Roberto Manciniego, którego zastąpił. Wylewam tu raczej nie złość, nie jest to próba rewanżu czy wykpienia Chilijczyka, a zdziwienie, że tak łatwo - na dość wczesnym etapie sezonu - wkurzyć go... taktyką, której powinien się spodziewać, znać ją doskonale i znaleźć już na nią rozwiązanie.

Chwila słabości Chilijczyka? Nazywajcie to jak chcecie, możecie też mieć wiele przeciwko Mourinho, dziwiąc się jego taktycznym rozwiązaniom, ale... Każdy przyzna, że wypowiedzom Pellegriniego brakuje takiej trenersko-taktycznej logiki. 

środa, 17 września 2014
Oezil najsłabszym ogniwem i lekarstwem Arsenalu?

Już wszystko zostało przeanalizowane, sprawę rozwałkowano, Wengera skrytykowano, a Oezila w jakimś sensie rozgrzeszono. Nie jego wina, że wbrew własnej woli jest rzucany po lewym i prawym skrzydle, gdy tak naprawdę i według siebie samego, jest jednym z najlepszych ofensywnych środkowych pomocników. 

Tymczasem obecnie jest najsłabszym ogniwem Arsenalu. Biorąc pod uwagę jego możliwości, potencjał i ambicje jakie wiązano z jego obecnością, od kilku, kilkunastu spotkań Niemiec rozczarowuje. I to najbardziej z całej drużyny - po defensywnych pomocnikach Arsenalu nikt nie spodziewa się cudów, Bellerin dopiero zaliczył prawdziwy debiut w poważnym meczu, Welbeckowi brakuje tylko skuteczności. A Oezil przegrywa zdecydowaną część pojedynków (wczoraj aż 87%!), jest na boisku statystą, podaje głównie do tyłu i nie widać po nim kreatywności z której słynie. Statystycznie brutalnie jest rozjeżdżany przez każdego dziennikarza, który zabiera się za jego występy.

Ale mecz z Borussią to już przeszłość - niezbyt odległa, wciąż bolesna i wywołująca u kibiców Arsenalu ból głowy - i Arsene Wenger kwestię Oezila musi jakoś rozwiązać. W tym też jest główny problem: Francuz nie wygląda na takiego, który chciałby zrobić ruch w którymkolwiem innym kierunku niż obecnie, nawet jeśli przerzucenie go z lewego na prawe skrzydło było jakąś odmianą.

W książce "Futbol i statystyki" jest całkiem ładnie opisane, jak można ukryć najsłabsze ogniwo w drużynie. Autorzy starają się argumentować, że także przez obstawianie najgorszym piłkarzem najmniej... spektakularnej pozycji - bocznego obrońcy. Tam jednak Wenger ma już swoje problemy, a i dla niego taką najlepszą opcją wydaje się ofensywny pomocnik.

Najpierw należy zastanowić się też, z czego wynika słaba forma Oezila. Czy to faktycznie kwestia niemal miesięcznego urlopu, braku klasycznego okresu przygotowawczego i specyfika organizmu zawodnika? Może są jeszcze inne kwestie, które powodują, że Oezil jako piłkarz obecnie niemal nie ma wpływu na grę Arsenalu? Problemy pozaboiskowe, może ambicjonalne po wygraniu mistrzostw świata? By choćby uniknąć takich sugestii Wenger potrzebuje Niemca w grze, do tego naprawdę dobrej.

Może to też po części tłumaczyć chęć utrzymania nieefektywnego ustawienia 4-1-4-1, które Arsenalowi robi więcej szkód niż dobrego. W zasadzie, to logicznie współgra to z dwiema tezami autorów wspomnianej książki w kwestii najsłabszego ogniwa - po pierwsze pozwala Oezila ukryć, a po drugie udziela mu wsparcia. 

To pośród takich piłkarzy jak Sanchez, Wilshere czy Ramsey łatwiej będzie mu "schować" Oezila niż gdyby Niemiec siedział na ławce. Tam, jako jeden z rezerwowych, byłby świadectwem niepowodzenia Francuza, szybciej dając mediom możliwość rozdmuchania jednej z (bezzasadnych nawet) plotek o których wspomniałem. Teoretycznie na skrzydle robi mniej szkody, bo Arsenal ma trzech innych kreatywnych graczy, którzy do meczu z Borussią spisywali się przyzwoicie (Ramsey), obiecująco (Wilshere) lub bardzo dobrze (Sanchez). Im Oezil krzywdy nie zrobi - po prostu odda piłkę, czasem zwolni akcję, ale mając trzech innych ten problem Kanonierów wyglądał na nieźle skryty. Tak naprawdę przed Dortmundem były spory, czy Niemiec gra fatalnie, czy może przeciętnie lub nawet nieźle.

Tym samym też pomaga Oezilowi - gra jest najlepszym lekarstwem na brak formy, Francuz może liczyć, że Niemiec stopniowo podniesie swój poziom przygotowania motorycznego, a i zdarzy się moment w którym to wszystko się zazębi, wróci dawny poziom zagrań i zaangażowania. Robi to stawiając go na skrzydle, bo tym samym nie ogranicza piłkarzy będących w lepszej formie, dając Oezilowi mniej odpowiedzialności w trudnym momencie, do tego nie zmuszając jego kolegów do ciągłej gry przez cierpiącą "dziesiątkę".

Na bycie menedżerem - zwłaszcza dobrym - składa się wiele różnych czynników, ale jednym z ważniejszych jest to, by umieć podejmować trudne decyzje. Po prawdzie, Wenger właśnie to robi. Uważa, że szybciej przygotuje Oezila, który ma większą wartość dla drużyny na "długim dystansie" niż np. Podolski, Cazorla czy Oxlade-Chamberlain. Ten pierwszy u Francuza pozostanie wyłącznie opcją awaryjną lub rezerwową. Do tego, gdy spojrzycie na zeszłoroczne statystyki goli i asyst Hiszpana oraz Anglika, to zobaczycie, że w sumie mieli oni je gorsze od samego Oezila. To logiczne, że Wenger tak ceni Niemca, wystawiając go nawet, gdy jego forma dołuje - na tym etapie sezonu szanse Arsenalu w lidze czy europejskich pucharach nie są zagrożone. Porażka w Dortmundzie to oczywisty krok w tył, ale kilka dni wcześniej oglądaliśmy Arsenal niemal pokonujący mistrzów Anglii, drużynę więc lepszą i do tego bardziej dojrzałą.

Może więc 4-1-4-1 to tylko rozwiązanie tymczasowe? Może Wenger czeka na powrót Oezila do formy, by mógł postawić go w najbardziej oczywistej roli lub jego rola na skrzydle nabrała znaczenia? Zresztą to nie tylko kwestia ustawienia - Wenger preferuje system płynny, z dużą wymiennością pozycji oraz podań. Tak naprawdę nie musi przypisywać swoim piłkarzom pozycji, ale role, które mają odgrywać. Póki co nie padła komenda, by Oezilowi zagrywać podania w strefie "dziesiątki", więc stamtąd atakują inni, lepiej przygotowani, będący w lepszej formie - Wilshere, Ramsey, Sanchez. To też całkiem logiczne.

Jest ryzyko, że przywracanie Oezila zabierze więcej czasu, że Arsenal straci jeszcze kilka punktów - ale to w równej mierze wynikać będzie ze słabości systemu, błędów czy niedostatków innych piłkarzy. Niemiec nie jest jedynym problemem Wengera, w zasadzie niekoniecznie jest nawet tym priorytetowym. Co więcej, odwrócenie tych wszystkich  negatywnych aspektów zajmie mu więcej czasu niż przywrócenie Oezila. Krok po kroku, występ po występie, Niemiec wróci na swój poziom. I taki "sukces" czy "osiągnięcie" pomoże także wrócić Arsenalowi na właściwą drogę w górę. Sądząc po reakcjach po meczu z Borussią i samej postawie Kanonierów w Dortmundzie, Arsene Wenger po prostu świetnego Oezila potrzebuje, jak najszybciej. To osiągnie tylko go wystawiając.

środa, 27 sierpnia 2014
Warnock na statku, Palace do spadku

Straciłem wiarę w Crystal Palace.

Oglądałem ich mecz z Arsenalem na otwarcie nowego sezonu i, 48 godzin po odejściu Tony'ego Pulisa, nie widziałem zespołu rozbitego, grającego bez głowy lub z myślami daleko od murawy pięknego stadionu The Emirates. To nadal był jego zespół, odpowiednio ułożony, taktycznie zdyscyplinowany, trudny do rozbicia i z jakością w szybkim ataku. Nawet jeśli wciąż nie na tyle odpowiednią, by wywieźć stamtąd punkt, to do walki o utrzymanie wystarczającą.

Oglądałem skrót ich spotkania z West Hamem i widziałem zespół, który potrzebuje nowego trenera. Można cenić Keitha Millena za jego doświadczenie w pracy trenerskiej, ale przy braku doświadczenia w byciu numerem jeden na stałe (udało mu się tylko przez jakiś czas w Bristol City) szanse na utrzymanie by malały. Crystal Palace było tego dnia chaotyczne, słabe i bez pomysłu.

Od dzisiaj ich pomysłem jest Neil Warnock. I tak straciłem w nich wiarę.

Pamiętajmy o istnym sztormie przez jaki przeszedł klub w ciągu ostatnich dwóch tygodni. To była walka najpierw z Pulisem, później przy negocjacji z kolejnymi trenerami, następnie presją otoczenia, by nie tylko zrezygnować z rozmów z Malkym Mackayem, ale też wyrzucić z Selhurst Park Iaina Moody'ego. W takich warunkach ciężko nie tylko o wzmocnienie składu w ostatnich, kluczowych zwykle dla takich klubów jak Palace dniach okienka transferowego, ale też rekrutowanie menedżera.

Tym bardziej dziwi mnie to, że Crystal Palace, zamiast burzy się postawić, sytuację opanować i, mimo wszystko w mniej beznadziejnych okolicznościach niż przed rokiem, budować zespół zdolny do utrzymania. Niepotrzebne są rewolucje, można działać tak skromnie jak do tej pory, ale z rozsądkiem. Dlatego Neil Warnock do tego schematu "przetrwania i działania" kompletnie nie pasuje.

Patrzcie na ostatnie przygody Warnocka - każdy klub, który pozbywał się go w ostatnim czasie robił to po wielkim skandalu, przy hałasie w mediach i pod presją kibiców. Neila Warnocka nie da się bowiem lubić, w Leeds powiedzą Wam, że i o szacunek ciężko. Dlaczego?

To menedżer nie zespołu piłkarskiego, ale chaosu. Tam, gdzie wpada zawsze robi się ciekawie - nagle wokół stadionu krążą znajomi agenci, robi się dziwne transfery wyłącznie według jego "widzimisię", a dziewięćdziesiąt minut meczu służy mu do wyzywania sędziów. Tak naprawdę, przeglądając jego karierę szkoleniową, dowiecie się, że on nie jest winny żadnej porażki, klęski, spadku i katastrofy - to ci źli, ale też łysi, grubi, przypadkowi goście (to wszystko epitety regularnie używane przez Warnocka) panowali nad jego losem.

Losem, który według niego samego powinien być łaskawy. W zeszłym roku było kilka ciekawych wypadków - sam Warnock w jednym z wywiadów twierdził, że on powinien pracować w Premier League, ale dla takich jak istnieje coś na kształt "szklanego sufitu".  Z kolei sam przylepił sobie łatkę menedżera odpowiedniego do roboty w Championship, człowieka skrojonego na specyfikę tych dynamicznych i niemożliwych do okiełznania rozgrywek.

Kiedy najlepiej wypada Warnock? Gdy szuka pracy - wtedy jest miły, przyjazny, rzuca anegdotkami, a czasem zdarzy się, że w The Independent przeczytacie jego całkiem ciekawe spostrzeżenia. 

Jednak ponad 1300 spotkań w roli menedżera nie nauczyło go zbyt wiele. Lista jego kłótni z sędziami, rywalami jest pewnie najdłuższa w angielskiej piłce. Strateg z niego żaden - on wiecznie reaguje, zawsze jest na etapie zażegnywania kryzysu. Jeśli już, to on wpędza klub i drużynę z chaosu w chaos, z kryzysu w kryzys. W Leeds działy się różne cuda, ale w większości wypadków "inicjatywę" miał zawsze Warnock. Do tego dochodził fatalny styl ("hoofball") i kiepskie wyniki jak na rangę klubu. Nie mówię o oskarżeniach (nie mediów - samych piłkarzy!) wobec niego, że od "swoich" zawodników pobiera "wejściówki" po wcześniejszym zagwarantowaniu im odpowiednich bonusów.

To nie jest człowiek na ten moment dla Crystal Palace. Owszem, pomógł im w olbrzymi sposób, gdy poprzednio tam pracował, ale teraz i Selhurst Park jest innym miejscem. Wreszcie pełnym kibiców, ze stabilną sytuacją finansową i działaniem na swoją miarę. O to też poszło z Pulisem, chociaż Steve Parish pewnie by zaprzeczył - wydawanie ponad możliwości, istnienie w pewnych ramach, na wyznaczonych zasadach, także zachowania. Przecież o to chodziło w zwolnieniu Moody'ego, prawda?

Tymczasem zatrudnienie Warnocka wygląda fatalnie zarówno dla piłkarzy (wypada pozdrowić Jasona Puncheona), jak i klubowych finansów. - Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić - rzekł kiedyś pewien polski klasyk, a teraz po prostu idealnie powiedzenie to przypasuje do Warnocka.

Przykra sprawa. W Anglii wiele mówi się o dawaniu szans angielskim szkoleniowcom, ludziom, którzy pochodzą z "nowej fali" i są "ograniczani" przez zagranicznych menedżerów. Po prawdzie, to jednak efekt działania takich "Warnocków", ich cwaniactwo i swego rodzaju szpan, styl bycia, odrzucania możliwości własnej winy... To zniechęca większe kluby do inwestowania czasu i szans w rodzimych szkoleniowców. 

Neil Warnock narzekał na "szklany sufit", ale tak naprawdę on i jemu podobni menedżerowie wyznaczają go, blokuję miejsce, bo mają "znajomości", "swoje metody" i gadane. Może spadek z Crystal Palace rozbije to wrażenie. Szkoda, fajny zrobił się to klub.

sobota, 16 sierpnia 2014
Mecz jakiego United potrzebowali

Nie pomogła zmiana ustawienia, nic nie dały zwycięskie sparingi m.in. z Liverpoolem czy Realem Madryt. W debiutanckim spotkaniu Louisa van Gaala w Premier League Manchester United był tak przeciętny, jak w zeszłym sezonie.

Wtedy nie oszczędzano Davida Moyesa, kpiąc z jego usprawiedliwień, taktyki i decyzji personalnych. Jednak drugą "ofiarą" żartów był jeden z jego zwierzchników, Ed Woodward. W pewnym momencie zeszłorocznego tournee po Azji szumnie ogłoszono, że "opuścił zgrupowanie drużyny w celu dokończenia transferów United" - z racji braku efektów niektórzy śmieją się, że nie wrócił do tej pory. Teraz to jego pomocy najbardziej potrzebuje van Gaal - a raczej nie tyle pomocy, co konkretnych działań. Już przed dzisiejszym meczem, porównując defensywy Manchesteru i Swansea, można było stwierdzić, że pewniejszą obronę mają goście. Pokazało to także spotkanie, bo przecież podopieczni Garry'ego Monka sklecili ledwie trzy groźne ataki, które wystarczyły do zwycięstwa.

Błędem byłoby winienie młodego Blacketta czy po prostu zbyt słabego na ambicje klubu Chrisa Smallinga, choć to oni w drugiej połowie byli dwójką stoperów i mieli wydatny "udział" w rozstrzygającym wynik golu. Niepokojących sygnałów nie brakowało na całym boisku - Wayne Rooney groźny był tylko przy stałych fragmentach gry, a sprowadzony zimą za czterdzieści milionów Juan Mata celnie podawał tylko do tyłu i na boki. W środku pola Fletcher czy Herrera nie panowali nad sytuacją ani przez chwilę. Dodatkowo, taktyka 3-5-2 Louisa van Gaala, którą latem przeniósł z reprezentacji Holandii na Manchester United okazała się tak nieefektywna, że już w przerwie menedżer dokonał korekty. Jednak powrót do 4-4-2 nie rozwiązał żadnego problemu gospodarzy, ich ataki były jeszcze bardziej przewidywalne.

Możliwe, że takiego meczu Manchester United potrzebował. Ta bezradność zmieniającego ustawienie i szukającego innych rozwiązań personalnych van Gaala (na ławce miał tylko Fellainiego i Naniego...) podkreśli słowa szkoleniowca. On już od kilku tygodni tonował entuzjastyczne nastroje po sparingowych zwycięstwach, mówiąc, że nie dysponuje składem na miarę najlepszych w lidze. Powrót dziewięciu kontuzjowanych piłkarzy na pewno zmieni i oblicze, i wyniki United, ale czy do takiego stopnia, by nadzieje o Lidze Mistrzów się urzeczywistniły?

Wydaje się, że van Gaal zna odpowiedź na to pytanie. O ile transfery, zwłaszcza na taką skalę, jakiej naprawa Manchesteru United wymaga, nie są nigdy rozwiązaniem, to należy spytać, jak długo jeszcze na Old Trafford będą sobie pozwalać, by przeciętność i słabość charakteru niemałej części składu była akceptowana. Zresztą van Gaal już swoje rozczarowanie aktywnością transferował deklarował - jeśli odpowiadający za to Woodward zawiedzie tego lata, najważniejsza dla przyszłości klubu może okazać się nie zmiana taktyki, ale jednego z dyrektorów.Holender u ścisłych władz klubu powinien mieć większą siłę przebicia, niż jego poprzednik. W bajki o potrzebie "czasu" a nie "wzmocnień" już zdaje się, że nikt nie wierzy. Oprócz Eda Woodwarda?

United póki co jedynie prosperują, jak czołowy klub, podpisując coraz to kolejne umowy o "sponsoring na wyłączność", od opon po napoje gazowane znane wyłącznie w Azji. Od lat słychać, że pieniędzy na wzmocnienia nie brakuje, lecz sama taktyka Manchesteru wydaje się błędna - Woodward szuka wyłącznie "wielkiego" transferu, zamiast robić to, co od lat przychodziło im z większą łatwością. Szukać piłkarzy do oszlifowania, ukształtowania wedle planu szkoleniowca. Tymczasem ich wyścig z najlepszymi daje póki co kompromitujące efekty - Fabregas i Vermaelen to najbardziej bolesne porażki tego okienka United. Czy Woodward pozwoli sobie na kolejne? Czy van Gaal wytrzyma te i przyszłe niepowodzenia? Na poprawę wyników jeszcze jest czas - na podniesienie jakości drużyny Manchesterowi United zostały ledwie dwa tygodnie... Będzie bardziej nerwowo, niż przeciwko Swansea?

piątek, 15 sierpnia 2014
Ten moment, ten czas - wraca Premier League

Za dwadzieścia cztery godziny będziemy znali już wynik pierwszego meczu nowego sezonu Premier League. Za nami będzie dosyć bolesny okres przygotowawczy - bolesny, bo złożony z wielu nudnych, mało istotnych sparingów, a jeszcze większej ilości spekulacji. Zwłaszcza ostatni tydzień przed ligą może wywołać migrenę, bo przecież wtedy czytacie wszystkie zapowiedzi, pojawia się wiele sprzecznych głosów i opinii, każdy ma coś do powiedzenia (częściej - wykrzyczenia), wszyscy nie zgadzamy się ze sobą, a argumentów przecież trenerzy, piłkarze czy kluby dostarczyły niewielu. Jest więcej interpretowania podobnych argumentów, a mniej faktycznego ich używania - do pierwszego kopnięcia piłki oczywiście. 

To niekoniecznie źle, bo kibic potrafi dostrzec sens w wypowiedziach, nawet jeśli ma inną opinię. Kwestia tego jak operuje się argumentami, jak tłumaczy dane aspekty i w jaki sposób przedstawia się dany zespół na nowy sezon. To zadanie niełatwe, ale wymagające dodatkowych zdolności, zwłaszcza do prowadzenia narracji, wyróżnienia aspektów ważniejszych nad te mniej istotne.

liga wraca

Wierzę, że ekipie serwisu KrotkaPilka.pl to właśnie się udało. Podobnie jak rok temu złożyliśmy kompedium wiedzy przed nadchodzącym sezonem Premier League, wzbogacone ilustracjami... mojej siostry. Chociaż o futbolu nie ma zielonego pojęcia, to świetnie potrafi piłkarzy narysować. 

Dlaczego warto ściągnąć tego PDFa i poświęcić mu godzinę? Zanim przejdziemy do zapowiedzi klubowych, chciałbym poświęcić chwilę innym tekstom. Michał Okoński żegna się z Howardem Webbem i jego na pewno nietuzinkową karierą sędziowską, a Robert Błaszczak świetnie pisze o niezapomnianym Bobby'm Robsonie oraz jego wpływie na angielski futbol. Angielski, czyli także Mourinho... Warto rzucić okiem na interesujące spojrzenie Marcina Serockiego na rywalizację Hiszpanii oraz Anglii, by także poczytać teksty Wojciecha Falenty: o zarządzaniu w Premier League, o taktyce w nadchodzącym sezonie oraz tym, jak fajnym klubem jest Burnley. On wie najlepiej, bo pracuje tam codziennie i widzi jak profesjonalny klub działa.

Ja chciałem Wam opowiedzieć o najważniejszej... kolacji nadchodzącego sezonu - przy niej jest również najlepsza (moim zdaniem!) ilustracja całego wydania. Patrzcie Mourinho i Wengerowi na ręce!

Zapowiedzi miały być nietuzinkowe - zwłaszcza, że w tego rodzaju wydaniach to zwykle one są najmniej ciekawe. Nie znajdziecie tam składów, ani zestawień taktycznych, ale nasze opinie - główną częścią jest tekst poświęcony klubowi, jego sytuacji, trenerowi, prezesowi albo piłkarzom. Nie staraliśmy się opowiedzieć Wam o tym, co zdarzyło się latem, ale chcieliśmy wskazać na naszym zdaniem interesującą historię, od Arsenalu po West Ham. Lżejsze podsumowanie znajdziecie na drugiej stronie, dokładnie w kilku... ćwierknięciach, czyli wypowiedziach o maksymalnie 140 znakach. Wierzymy, że taka forma będzie uznana przez Was za atrakcyjną.

Możecie najnowsze wydanie pobrać TUTAJ, zachęcam Was do tego gorąco, a i obiecuję, że na blogu będę już coraz częściej i to nie tylko linkując do innych tekstów, choćby pojawiających się na sport.pl. 

Niech oni już kopną piłkę! 

wtorek, 29 lipca 2014
Fantasy 14/15 - jak zagramy?

Przyszedł czas na wybranie opcji gry w Fantasy Premier League na nowy sezon. Daję sobie i Wam czas do końca lipca na wypełnienie niżej podlinkowanej ankiety, a potem podam wyniki. Myślę, że opcje są wyczerpujące i satysfakcjonujące nawet największe marudy. Liga U23 zdała egzamin, ale może przyszedł czas na inną wersję? Zadecydujcie sami, oczywiście nagród nie zabraknie i w tym roku.

ANKIETA

piątek, 23 maja 2014
Fantasy U23 - podsumowanie

Wreszcie! 

Na początek wyznanie - przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni czy zaniedbani przez to, że nie nadzorowałem należycie ligi Fantasy U-23. Pomysł był świetny, zresztą wybraliśmy ten sposób gry razem, a z pomocą wielu z Was udało się wyeliminować tych, którzy grali nie fair. Dlatego rywalizacja na finiszu była już bardzo emocjonująca, obserwowałem ją nawet jeśli mój zespół skończył na pozycji beznadziejnej - głównie z tego względu, że ostatnie zmiany robiłem w lutym? - i widziałem jaka jest walka na szczycie. Przecież czołową dziesiątkę dzieli mniej niż sto punktów, a to na przestrzeni całych męczących rozgrywek jest cholernie dobry wyczyn. Było tak emocjonująco jak w Premier League, można powiedzieć, i też Liverpool skończył na drugim miejscu... ;-)

liga

No właśnie, miejsca - pierwsze zajął Paweł Radoła, któremu bardzo gratuluję. Drugi, zaledwie szesnaście punktów dalej, był Oskar Szumer, kibic Liverpoolu (ha!), który przeklina zdaje się Andre Schurrle jako winnego jego finiszu. Trzecie miejsce dla Piotra Witalskiego - Piotrku, proszę skontaktuj się ze mną e-mailowo lub na Twitterze, bo dla każdego z podium jest przewidziana nagroda książkowa. Dwaj pierwsi koledzy już wybrali, czas i na Ciebie!

Dziękuję wszystkim za udział w rywalizacji i obiecuję, że wrócimy do gry wraz z nowym sezonem - czy w obecnej wersji, czy w trochę innej... pewnie jeszcze będziemy o tym rozmawiać. Jak zwykle obiecuję poprawę, by nie kosztować Was tyle nerwów - ale, po prawdzie, ja sam nie spodziewałem się, że do ligi dołączy tyle... niezainteresowanych jej zasadami osób! Mniejsza z tym, ważne, że zdecydowana większość z Was grała sprawiedliwie i, mam nadzieję, dobrze się bawiła szukając młodych piłkarzy, którzy daliby Wam przewagę nad resztą stawki. 

Zwycięzcom gratulujemy, a do Fantasy wracamy w sierpniu! 

wtorek, 06 maja 2014
Tak łatwo być złośliwym

Tak łatwo być złośliwym, gdy Liverpool w dziesięć minut traci trzy gole na boisku beniaminka, prezentując kompletną nieświadomość sytuacji czy też właśnie pod tą odpowiedzialnością za wynik padając. Nerwowość w ostatnim kwadransie i załamanie po ostatnim gwizdku mówiły tak wiele, ale chyba najlepiej zareagował na konferencji Brendan Rodgers, mówiąc: - Musimy spojrzeć gdzie i co trzeba poprawić i do tego będziemy dążyć. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy mimo wszystko wydaje się, że my te odpowiedzi już znamy. Z całej czołówki ligowej czwórka podstawowych obrońców i bramkarz kosztowała najwięcej właśnie Liverpool, a nie City czy Chelsea. A pomimo rozegrania kilkunastu spotkań mniej od swoich rywali to właśnie Brendan Rodgers w lidze użył najwięcej piłkarzy. 

Tak łatwo być złośliwym, choć tu przecież nie chodzi o pieniądze. Brendanowi Rodgersowi będzie się przypominać wściekłe wyrzuty pod adresem parkującej trzy autobusy Chelsea i słowa o łatwości nauczania bronienia. Jednak w tym wypadku - jak pisałem już dla sport.pl - on po prostu postawił na inną filozofię, która może/mogła przynieść mu mistrzostwo. O ile jego stwierdzenia o chęci ataków i wygrania są zrozumiałe, tak dziwią mnie pretensje innych o to, że nie zareagował defensywnie w ostatnich minutach. A przecież to ten sam dylemat, który miewa np. Pep Guardiola, tak stanowczo odrzucający możliwość zmiany. Pod tym względem to ten sam typ szkoleniowca - gdy inni swoją siłę biorą ze zdolności do natychmiastowych, ale zaplanowanych zmian, u Rodgersa są one też zauważalne, ale wolniejsze. I, co ważniejsze, u Irlandczyka, jak u Hiszpana, króluje dewiza - "prędzej zmienią nas, niż my zmienimy naszą filozofię". 

Tak łatwo być złośliwym, gdy jednak widzi się, że problem Liverpoolu to nie ryzykowna taktyka trenera czy słabo grający defensorzy. To brak równowagi, ale też kwestia siedząca głęboko w głowach piłkarzy. To nie uwaga czy przytyk, ale chyba najlepiej widać to było po Suarezie, który w doliczonym czasie gry wręcz śmiał się po zmarnowanej szansie swojego zespołu, by następnie chować płacz pod koszulką, gdy wynik został potwierdzony ostatnim gwizdkiem sędziego. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież o wyniku nie zadecydowały gole (one, jak mówi taki jeden, są przereklamowane), ale inne momenty kluczowe. Ten sezon miał ich już tak wiele (o czym z kolei pisałem w kontekście wygranej City z Evertonem), ale niekoniecznie musimy mówić tylko o trafieniach. Przecież w sobotę Joe Hart świetną paradą w końcówce uratował zwycięstwo swojego zespołu, a wczoraj to Speroni kilka razy ratował Palace przed podwyższeniem przez Liverpoolem wyniku i później w utrzymaniu remisu. Jeszcze ta sytuacja Joe Ledleya, gdy uderzał między nogami niepewnie broniącego Skrtela po jednej z kolejnych kontr gospodarzy...

Tak łatwo być złośliwym, choć gdzieś w głowie krąży przeczucie, że to nie może być koniec. Jeszcze grają, jeszcze mają wbrew pozorom niełatwe spotkania i naprawdę wiele może się zmienić. Może nie do takiego stopnia, że to Chelsea nagle okazuje się liderem na koniec rozgrywek czy też wszystkie te zespoły kończą z równym dorobkiem punktowym, ale dramaturgii nie zabraknie. Zwłaszcza w niedzielę, gdy wyniki będą docierać do grających piłkarzy, gdy minuty będą im uciekać, a rywal nagle urwie się z niespodziewaną kontrą... To nie koniec.

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież potykają się wszyscy. Uczucie frustracji innego rodzaju towarzyszyło kibicom Chelsea w meczu z Norwich, gdy kolejne akcje były desperacko niemrawe, zbyt czytelne dla mimo wszystko słabego rywala. To są "historie tego sezonu" (zapamiętać - o tym będzie dłużej i w osobnym tekście), stłumione w 90 minutach emocje i uczucia, które towarzyszyły nam przez te dziewięć wyczerpujących miesięcy. Czasem, zamiast śmiać się z Gerrarda czy Suareza, warto zastanowić się jak my to wytrzymujemy?

Tak łatwo być złośliwym, gdy to w gruncie rzeczy powinien być tekst o fenomenie ligi angielskiej i drużyny, która nie miała prawa odrobić w osiem minut trzech goli. Po prostu - oni już swoje zrobili, oni byli na straconej pozycji, oni dawali rywalom tyle miejsca, że jeśli już to kolejne gole powinny padać na korzyść gości, nie gospodarzy. Tymczasem ataki Crystal Palace miały w sobie nie tyle radość czy desperację, ale plan, szybkość, finezję także niespodziewaną jak na dawniej oceniany poziom tego zespołu. Gdy inni murowaliby własną bramkę szukając raczej oszczędzenia sobie upokorzenia ze strony tak silnego w ofensywie zespołu, Crystal Palace przejęło inicjatywę. Bo wierzyli w remis przy 0-3? Może w futbolu nie powinno być takiego pojęcia jak "wiara w wynik", ale powinniśmy mówić po prostu o grze w piłkę, frajdzie i dążeniu do tego, by ludzie na trybunach nie wychodzili załamani.

Tak łatwo być złośliwym w stosunku do częściej milczących lub rzadko podnoszących głos kibiców innych klubów, gdy na Selhurst Park dzieje się coś niesamowitego. Grupa zorganizowanych fanów - tak, czasem sprawiających ochronie problemy - co dwa tygodnie nie tyle tworzy unikalną na Wyspach atmosferę, ale wynosi stadion i kilkadziesiąt tysięcy ludzi w inną rzeczywistość. Ściany często ogłuszającego dźwięku ich śpiewu zamyka trybuny i murawę, tworzy odosobniony klimat i kreuje markę Crystal Palace na równi z rajdami Bolasiego, sztuczkami Ledleya czy interwencjami Jedinaka. Inni naprawdę powinni pójść tą drogą.

wtorek, 15 kwietnia 2014
Nie wszyscy są narratorami

Widząc, jak Steven Gerrard zbiera na środku boiska swoich kolegów z drużyny po ostatnim gwizdku wygranego meczu z Manchesterem City, jak ich dodatkowo motywuje, jak sam się wzrusza i poddaje emocjom chwili oraz otoczenia, naprawdę trudno jest kwestionować sens tworzenia dodatkowej narracji dla tego sezonu Premier League. Bo jeśli ten moment był właśnie jakimś elementem w wyścigu o mistrzostwo, to na pewno kluczowym, godnym zapamiętania i wielokrotnego przywoływania w kolejnych latach - niezależnie od kontekstu i finiszu.

Jednak zaprzeczania nie będzie - narracja jest potrzebna, bo (taka prawda) to o niej głównie dyskutujemy, to ona podnosi nam ciśnienie. To dzięki niej się dowiecie, że "sensacja tego sezonu" toczy nierówną (ha!) walkę z zamożniejszymi klubami, których właściciele to zło wcielone. Co więcej, "Czerwoni" to teraz najmodniejszy wzór gry ofensywnej, na wskroś szaleńczej, z dwoma napastnikami, którzy swoją samolubnością czasem doprowadzają się nawzajem do szewskiej pasji, ale razem mają siedemnaście asyst i prawie sto kluczowych podań

To emocjonalne podejście do "czerwonej fali" Liverpoolu oczywiście wynika z narracji czysto piłkarskiej. Tam to rozróżnienie wyzbyte jest trwającego już prawie dekadę "braku wzajemnej sympatii" (uwaga na eufemizm!) kibiców "The Reds" i Jose Mourinho, pozbawione naciąganej teorii rywalizacji klubu "biednego" z dwoma "obrzydliwie bogatymi". Nie zapominajmy o batalii futbolowego dobra (ofensywy Liverpoolu i City) z piłkarskim złem (defensywą Chelsea) - tu narracja również wyrasta z tego co się dzieje na murawie.

Można trzymać się wyłącznie futbolu - zapominając na chwilę o kiksach Kompany'ego, płaczącym Gerrardzie czy Chelsea desperacko goniącą wyniki przeciwko osłabionej Swansea. Ktoś kto nie jest w stanie zrozumieć dlaczego futbol Liverpoolu jest w notowaniach mediów, ekspertów i kibiców wyżej musi siebie oszukiwać. Powszechnie promowana jest gra ofensywna, zwłaszcza tak czasem nieodpowiedzialna, szaleńcza i dająca publice "produkt". Choćby na bazie reakcji po wysokich wygranych z Arsenalem można to łatwo oddać - gdy o zwycięstwie Liverpoolu pisano w kontekście "demolki", Chelsea "Kanonierów" miała raczej "rozmontować".

Rozróżnijmy więc futbol "proaktywny" (Rodgers, Pellegrini) od "reaktywnego" (Mourinho) - to przecież też dwie odwieczne siły futbolu z różnymi strategami. W niedzielę w pomeczowym tekście dla sport.pl (i nie znając końcowego wyniku ze Swansea) pytałem, czy ligę może wygrać zespół stawiający bardziej na defensywę niż ofensywę. Czy "czyste konto" w średnio prawie co drugim meczu (obecnie to "tylko" 47%) da Chelsea mistrzostwo, czy może ważniejsze jest to ile wpada po drugiej stronie?

To takie proste - defensywa nigdy nie będzie promowana. To przecież jest w ludzkiej podświadomości, że odważniej i lepiej jest zaatakować, niż czekać i dopiero odpowiadać. Nawet jeśli wynika to ze strachu (słabej obrony), jeśli w zalążku jest to uczucie pragmatyczne ("jeśli my mamy piłkę to przeciwnik nie może nam strzelić gola", mawia Johan Cruyff) - narracyjna bitwa zawsze będzie na korzyść Aguero, Dżeko oraz Suareza, a różnica będzie taka, jak w pieniądzach wyłożonych za nich i tych za Cecha czy Cahilla. 

Naprawdę kogokolwiek dziwi, że większość chce zwycięstwa futbolu ofensywnego? Za tym przecież stoi strach, że nastanie czas nudnego zero-zeryzmu czy bezbarwnego jeden-zeryzmu. Przecież nagle nie może okazać się, że ważniejsze są "czyste konta" (ich ma od Liverpoolu więcej np. Norwich) niż "rekordy strzeleckie" - to byłaby "hańba", powrót "piłkarskiego średniowiecza".

Pewnie sami widzieliście wiele różnych absurdalnych teorii w ostatnich dniach, pewnie niektórzy dążyli do niepotrzebnego zwarcia z ich autorami. Można oczywiście zwracać uwagę na trzy filozofie (ale nie takie same, o nie), trzech menedżerów z własnymi pomysłami (ale nie autorskimi, o nie), trzy budżety transferowe, które latem zostały całkiem przyzwoicie spożytkowane (ale nie świetnie, o nie), trzy scenariusze medialnych gierek (wcale nie takie różne, o nie), ale na tym etapie sezonu przebić się będzie niezwykle często.

Zdania i opinie ulegną jeszcze zmianie przynajmniej kilka razy, wyniki zmylą wszystkich, odbiorą lub dadzą nadzieję, by następnie znowu wykręcić jakiś wielki numer. Stąd wydaje mi się, że w szaleństwie końcówki sezonu, w dopisywaniu czy doszukiwaniu się odpowiedniej narracji, najwięcej przytomności zachowali menedżerowie. 

Brendan Rodgers, który rozsądnie budował ofensywną szarżę Liverpoolu i teraz studzi zapał jednocześnie sprawnie podnosząc poziom decybeli na Anfield Road. Manuel Pellegrini, który nie traci rezonu po kiksach Kompany'ego i świetnie reaguje w przerwie kluczowego, wydawałoby się przegranego meczu. Jose Mourinho, którego scenariusz po prostu jakby się realizował, a on sam sprytnie unika potencjalnie trudnej konferencji.

Oni są wyjątkami i wyjątkowi - oni tworzą prawdziwą narrację, my tylko jedną z nich na własne potrzeby wybieramy, wypierając się na inne. Co oczywiście nie znaczy, że trzeba je dyskredytować, zwalczać czy wyśmiewać. Dopiero zrozumienie da pełny obraz tego już fascynującego, ale jeszcze kilka tygodni trwającego wyścigu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20