niedziela, 19 sierpnia 2012
Wigan - Udowadnianie klasy niedowiarkom

Dziwi mnie nagle eksplodujący fenomen Roberto Martineza, nawet bardziej niż znakomite wyniki Wigan w ostatnich dziewięciu-jedenastu kolejkach poprzedniego sezonu. Fajny styl zespołu, świetne kontry, gra kombinacyjna, ambicja i przede wszystkim oferowanie widzom czegoś innego niż utartych dróg do utrzymania się jemu ceni. Ale pewne zaćmienie towarzyszące tamtym wydarzeniom po prostu trzeba skomentować.

rmdw
Do chwili zdobycia dwudziestu jeden punktów na dwadzieścia siedem możliwych, Wigan ugrało trochę więcej niż to - dwadzieścia dwa konkretnie. W sumie piętnaście porażek - raz osiem klęsk z rzędu, dziewięć meczów bez wygranej - powinny stawiać zupełnie inne pytania o nie tylko jakość składu, ale i pracę menedżera. Z największym uśmiechem wspominam te oburzenia i przypominanie, że przecież Wigan od początku sezonu grało niezły futbol. Kiedy? Przegrywając z Wolves, Boltonem, QPR czy Sunderlandem?

Zostawmy poprzedni sezon - w zasadzie dyskusji być nie powinno, przecież cel uświęca środki, a Wigan się utrzymało. Jednak zbudowanie pewnej reputacji Martinezowi po świetnej końcówce roku pozwoliło mu na rozejrzenie się po rynku menedżerskim i znalezienie sobie szansy. Liverpool, Tottenham i Aston Villa zmieniały szkoleniowców, nie wspominając o Norwich, które jakościowo przypomina Wigan. Trwały negocjacje, podchodzy, Dave Whelan nakręcał atmosferę, prężył się przed kamerami relacjonując letnie przygody Martineza.

I dlaczego mu się nie udało odnaleźć na nowym, lepszym stanowisku? Czy tak obfitą chciał gażę? Żądał pełni władzy? Jeśli w jakimkolwiek stopniu te pytania zgadzają się z rzeczywistością to najwyraźniej Martinez ma problemy z oceną własnej wartości. On jeszcze niczego nie osiągnął, poza pojedynczymi zwycięstwami nad ligową czołówką - nie oszukujmy się, okazanie się lepszym w poprzednim sezonie od Boltonu, Wolves czy Blackburn to nie było wielkie wyzwanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę problemy z jakimi te kluby się zmagały. Słabszy zestaw spadkowiczów był tylko wtedy, gdy z ligi leciało Portsmouth, Hull i Burnley.

Może więc te większe kluby wcale go nie chciały? Nie był on numerem jeden na ich liście? Nie uważają go za menedżera, który gwarantuje tą samą jakość na przestrzeni całego sezonu? Widzą, że ma on problemy z odwracaniem niekorzystnej sytuacji, gdy zespół znajduje się w dołku (w każdym z trzech ostatnich sezonów Wigan miało przynajmniej jedną siedmiomeczową serię bez zwycięstwa)?

Takiej wersji się jednak nie przyjmuje. Co dziwniejsze, uważa się, że Brendan Rodgers wcale nie okazał się lepszym kandydatem, ale po prostu zdecydował się pójść na kompromis z władzami Liverpoolu, gdy temu dzielnemu Roberto Martinezowi nie pozwoliła na to jego duma! Ze zrozumieniem przyjmuje się to, że menedżer, którego najlepszym rezultatem jest piętnaste miejsce w lidze, któy wygrał 25% swoich spotkań chciał pełnię władzy w klubie, którego przyszłością - całkiem bliską - jest walka o mistrzostwo! Nie dajmy się zwariować - doceniajmy, ale z rozsądkiem.

Lato Wigan było przez to show Whelana - w ogóle nie obwiniam za to Martineza - lekko zachwiane, ale trzeba przyznać, że nie doznali oni znaczących uszczerbków na składzie. Owszem, odejście Diame może wpłynąć na jakość rozegrania i destrukcji w środkowej strefie, lecz udało się nieźle podziałać i przyjście Kone oraz Ramisa należy zdecydowanie pochwalić. Frasier Fyvie pozyskany z Aberdeen to zawodnik młody, który raczej szybko nie przebije się do pierwszego składu, choć niektórzy porównują go do Paula Scholesa. Najwięcej można obiecywać sobie po wypożyczeniu Ryo Miyaichiego z Arsenalu, który powinien udowodnić postęp zanotowany już w poprzednim sezonie.

Wiele zależy od tego, jak do sezonu wystartuje... Chelsea. Klub z Londynu chciał zabrać Wigan Victora Mosesa, ale Dave Whelan kontynuuje grę na odrzucanie ofert, starając się jak najwięcej dla klubu ugrać. Dziewięć milionów funtów może go przekonać, ale Roberto Martinez kręci nosem - wręcz domagając się, by okienko transferowe zamykać przed startem sezonu, bo przez desperackie transfery innych cierpią piłkarze. Na pewno miał on też w pamięci to, że Franco di Santo oraz Shaun Maloney przyszli w ostatnich dniach i od razu wkomponowali się w zespół, bez problemów osobistych.

Co czeka Wigan? Czy wreszcie zakotwiczą w środku tabeli na cały sezon, nie grzebiąc się na dnie i potwierdzając nieprzypadkowość wyników z ostatniej części poprzedniego sezonu? Czy Roberto Martinez od samego startu będzie trzymał się tego poniekąd rewolucyjnego systemu 3-4-3 i stylu gry, który za nim idzie? To jest sezon udowadniania jakości i to nie tylko naczelnemu niedowiarkowi Wigan - jeśli Roberto Martinez nie potwierdzi swoich umiejętności menedżerskich, którymi tak szybko zauroczył wielu, oferty z klubu o historii i przyszłości pokroju Spurs czy Liverpoolu mogą się już nie powtórzyć. Jego związek z Wigan się przedłuża, to też ciekawa historia i zaangażowanie godne podziwu, ale tak młody menedżer musi mieć ambicje sięgające szczytu, a nie środka tabeli. Przynajmniej sądząc po tym co chciał ugrać na Anfield Road...


---
Czego nie spodziewać się po Wigan? To chyba najtrudniejsze pytanie ze wszystkich klubów - raczej nie oczekuję, by Victor Moses pozostał w klubie. Jeśli nie odejdzie latem, zimą na pewno znajdzie nowy przystanek.

sobota, 18 sierpnia 2012
Tottenham - Cena pressingu

Jak na takie lato Tottenhamu, ich start ligowy naprawdę wyróżniał się pozytywami. Oczywiście można narzekać na żółte kartki, kilka nieporozumień w środkowej strefie, brak dominacji nad Newcastle, ale trzeba zauważać zmiany w dobrym kierunku - dla mnie jest to znacznie lepsze funkcjonowanie środkowej strefy w grze defensywnej, znak też, że Andre Villas-Boas uczy się na błędach popełnionych w Chelsea.

Na co, zupełnie szczerze mówię, nie zapowiadało się, mimo jego słów i gwarancji w wywiadach po podpisaniu kontraktu na White Hart Lane. Wiele było w tym goryczy i rozczarowania po spektakularnej porażce na Stamford Bridge osiągniętej w mimo wszystko tak młodym wieku. Może nie powinien on tak gorąco reagować nawet po kilku miesiącach, ale rana jaką zadali mu piłkarze Chelsea i sam Abramowicz musiała być głęboka. Inna sprawa, że chłodniejsza głowa pozwoliłaby mu na lepszą lekcjęi w komentarzach, co pewnie byłoby lepszym zagraniem na jego starcie kariery w Tottenhamie.

Wróćmy jednak do zespołu, bo największym problemem nie są mimo wszystko słowa AVB o Chelsea, ale to co się dzieje na linii klub - Luka Modrić. Wydaje się niemożliwe, by współpraca znów ułożyła się wzorowo (choć nie takie cuda widywano w Anglii, vide zatrudnienie El Hadjiego Dioufa przez Neila Warnocka w Leeds, który kiedyś nazwał piłkarza mianem 'szczura z kanału'), a transfer zapewne jest dopinany. Problemem Spurs w Newcastle był właśnie brak zawodnika, który szybciej przenosiłby ciężar gry pod bramkę rywala - zresztą efekt wejścia Van der Vaarta także po części pokazuje, gdzie najwięcej było do poprawy.

Na pewno w Spurs nie przespano transferowego lata, choć zbyt długo czekano na Adebayora - i warto dodać, że tu negocjacje wciąż trwają. Patrząc na formę Jermainea Defoe, Daniel Levy ma jeszcze kilka chwil na dogadanie się ze snajperem Manchesteru City. Sigurdsson błyszczy formą od momentu postawienia stopy na angielskim lądzie, a Jan Vertonghen to solidna firma w obronie i także potwierdzenie ambicji oraz zasobów finansowych Spurs - Belg był na celu już innych klubów i to większych.

Ciekawiej działo się na straganie wystawionym przez Levy'ego, a tam zawodników było sporo - King, Kranjcar, Corluka i Pienaar to piłkarze z niezłym doświadczeniem, którzy również prezentowali odpowiedni poziom... choć może z drugiej strony nie tak często. Jednak trochę ucierpiała na tej wyprzedaży ławka rezerwowych Tottenhamu, gdzie może i usiadł Van der Vaart, ale i nieobyty na salonach Harry Kane - on na przykład sobotniego meczu im nie uratował i jeszcze trochę wody w Tamizie upłynie zanim mu się to uda.

Cenę za styl gry Tottenhamu przypłaci też William Gallas, lecz tu wcale nie dopatrywałbym się aspektu sportowego - Villas-Boas naprawdę chce się wyzbyć wszelkiego pierwiastka niepewności i buntu ze swojego składu, a jak wszyscy wiemy, Francuz namieszał już w niejednej szatni. Dlatego należy oczekiwać, że ostatnie dni będą bardzo pracowite dla dyrektora i menedżera, którzy obiecali sobie pełną współpracę przy transferach. Działa Levy, opinię przedstawia Villas-Boas - pytanie co z nią robi ten pierwszy pozostawmy na razie do wyjaśnienia.

Tottenham, jeśli Andre Villas-Boas okaże się nawet względnym sukcesem, rozwijać się będzie w kolejnych miesiącach, a ten start trzeba wziąć z pewną rezerwą i naprawdę szukać pozytywów. O straconych bramkach zadecydowały błędy indywidualne (zwlekanie z blokiem Gallasa, okropne byk do spółki Van der Vaarta i Lennona), a nie minusy systemu, którego zalążki również dało się zauważyć. Będzie to łagodniejsza rewolucja niż w Chelsea, z większą pamięcią dla poprzednika, ale wciąż ze znaczącym wpływem filozofii Portugalczyka. Co o niej dobrze świadczy, bo płynność w Tottenhamie już widywano, ale brakowało jej kształtu i opanowania. Tego próbki już były, będą i efekty.

---
Czego nie należy spodziewać się po Tottenhamie? Zlekceważenia problemu krótkiej ławki. Duch Redknappa na White Hart Lane krąży, biznes jeszcze się zakręci.

Arsenal - To co, sprawdzamy rzeczywistość?

Jeszcze nigdy Arsene Wenger nie mógł się poczuć tak samotny jak tego lata. Z krzesełka obok zniknął Pat Rice, który często tonował nastroje francuskiego szkoleniowca, zbierał po nim te bidony i butelki, które ostatnio roztrzaskiwały się przy ławce rezerwowej coraz częściej. Brak będzie kapitana, który w trudnych momentach minionego sezonu ratował skórę swoim kolegom i ciągnął wyniki Arsenalu za uszy, do góry, do zaskakującego trzeciego miejsca. Tak, zaskakującego.

rvp

Nikt tak pięknie nie mówi o klubowych finansach, nikt z taką dobrocią nie traktuje budżetu i księgowych, jak robi to Arsene Wenger. Nie chce przepłacać piłkarzom, nie zamierza wydawać niezdrowych pieniędzy na transfery, nie pozwala sobie na chwilę zapomnienia, na takie prezenty, nawet raz na jakiś czas. Tylko, powiedzmy sobie szczerze, Wenger stawia się pod ścianą i to wcale nie jest do tego przymuszany. Gdy tylko rozmowy z United na temat Van Persiego stały się poważne, Wenger przyznał, że sprowadził już na jego miejsce zawodników.

Teraz nie wyklucza kolejnych transferów i jestem przekonany, że w następnych kilkunastu dniach na Emirates pojawią się nowi piłkarze, także w miejsce Songa, który ponoć już wyczyścił swoją szafkę w bazie treningowej Arsenalu. I, tak jak przed rokiem, Wenger będzie zmuszony do dosyć desperackich zakupów, jednak przepłacając - bo kupując w ostatnich godzinach nigdy nie dyktujesz warunków, raczej jesteś do nich zmuszony się dostosować.

Oczywiście daleki jestem od ferowania wyroków, że zeszłoroczne szaleństwa z trzydziestego pierwszego sierpnia nie wyszły Arsenalowi na dobre - ale skoro już te pieniądze były (niemałe, rok temu wydano prawie pięćdziesiąt milionów funtów), to czy nie lepiej byłoby zatrudnić odpowiednich piłkarzy wcześniej? Tak samo w tym sezonie - jeśli Arsenal stać na transfery, są wszakże we wzorowej kondycji finansowej, to czemu nie dano powodów Van Persiemu, by przemyślał swoją decyzję z argumentami pokroju nawet dwóch więcej piłkarzy?

Przed rokiem, jeśli dobrze sięgam pamięcią, kibice Arsenalu mówili, że do tytułów brakuje im tylko zdrowego i strzelającego napastnika. Czy przed tym sezonem są podobne wymówki? Czy brakuje im lub Wengerowi cierpliwości? A może po prostu zrozumienia, że, niestety, w obdartej z romantyczności rzeczywistości, gdzie królują futbolowi burżuje, sukces trzeba sobie kupić.

Z pozoru rozumiem nieszczęścia Wengera - przecież, jakby nie było, prawie czterdzieści milionów poszło już w kierunku innych klubów, a Francuz otrzymał doświadczonego na międzynarodowej arenie Podolskiego, ekscytującego technika Cazorlę i bramkostrzelnego Girouda. I to są argumenty za futbolowym postępem, gdyby... No właśnie, gdyby nie odejście Van Persiego, gdyby nie prawdopodobna ucieczka Songa, gdyby nie przedłużająca się nieobecność Wilsherea.

To jest bardzo silny zespół, ale teraz jedyny zawodnik, który realnie obracał niekorzystny obrót wydarzeń odszedł - patrząc na nowego kapitana, Thomasa Vermaelena nie sposób czasem nie dostrzec jego desperacji. Ucieka ze swojej pozycji, dołącza do ataku i tam się przydaje... lecz za to powinni być odpowiedzialni inni piłkarze. Napastnicy, skrzydłowi - a w Arsenalu ktoś się tego lata krótko łudził, że jeśli Chelsea czy Liverpool faktycznie zgłoszą się po Theo Walcotta to zapłacą trzydzieści milionów funtów.

Mam takie wrażenie, że optymistyczne czy wręcz buńczuczne zapowiedzi mocnego sezonu Arsenalu po ostatnich wydarzeniach to kolejne złudzenia. Nie życzę im źle - to nawet mogłoby być dla ligi bardzo korzystne, gdyby choć raz faktycznie coś zawojowali, zamiast w końcu nie tyle odpadać z wyścigu, ale będąc z niego wypuchanym przez zespoły kadrowo silniejsze. Mimo wszystko szans na poprawienie pozycji z poprzedniego sezonu nie widzę, ale też większe zmiany zaszły u rywali, którzy o to trzecie miejsce by rywalizowali. Problemem Arsenalu nie jest jednak futbolowa jakość.

Problemem Arsenalu jest ambicja. Nie ta wyrażana przez kibiców, ale przez Wengera. "Z Oxladem-Chamberlainem i Wilsherem mamy fantastyczny potencjał, jak wszyscy będą zdrowi to go zobaczycie" - mówi szkoleniowiec. Arsene, wszyscy o tym wiemy, ale fakt, że trzeba czekać na powrót po kontuzji świeżo nominowanej "dziesiątki" jest niepokojący dla Twojego zespołu. To jest raczej przykra rzeczywistość i problem na jakim należałoby się skupić, a nie  na liczeniu, że wszelkie porachunki czy szanse wyrównają regulacje FIFA.

"To był cud, że zakończyliśmy poprzedni sezon na trzecim miejscu" - powiedział także Francuz. Serio? To co z tym potencjałem, to co z tą nadzieją na te rozgrywki, co z oczekiwaniami? Czy kibice znów mają liczyć na cud? Czy to jeden z tych sposobów na chowanie presji przed swoimi piłkarzami? Gdzie to stawia Arsenal wobec pozytywnych zapowiedzi kibiców i ekspertów?

To co, sprawdzamy rzeczywistość? Przykre jest jednak to, że Wenger ucieka wciąż do bilansowania budżetu, zamiast udzielać odpowiedzi na pytania, które zostały postawione powyżej, ale i powtarzają się kolejny rok. Problemem jest nie utrata Van Persiego czy Songa, nie to, że czekają fanów jeszcze (mniej lub bardziej) chaotyczne transfery w ostatnich dniach, ale rzeczywistość w której Arsene Wenger nie potrafi określić ambicji inaczej niż porównując finanse swojego klubu i rywali z Manchesteru czy Chelsea. Można się śmiać, że ten mały chłopiec w głowie Van Persiego krzyczał mu o dwustu trzydziestu tysiącach funtów tygodniowo, ale on przede wszystkim wybrał klub, gdzie deklaracje "walczymy o mistrza" bez bólu przechodzą przez usta menedżera, nawet przy problemach finansowych właścicieli i niekończących się pytaniach o rozgrywającego. Przed tym sezonem jak nigdy w ostatnich latach posuchy oczekiwałbym tak mocnej deklaracji od Wengera, a tymczasem on sam określił rzeczywistość Arsenalu - "trzecie miejsce było cudem" - i... pokazując jednoznacznie, czego brakuje Kanonierom, by rywalizowali z United czy City. Bezczelnej ambicji, cholera jasna.


---
Czego nie spodziewać się po Arsenalu? Czy jak napiszę, że mistrzostwa to będzie to zbyt oczywiste?

West Bromwich Albion - Najbardziej zasłużony debiut lata

Są ludzie, którzy z pewnych ról nie wychodzą do końca życia. Tak też mogło być w wypadku Stevea Clarkea, który... zawsze był drugi. Występując na boku obrony zawsze był gdzieś tam na drugim planie, gdy reflektory i telewizyjne kamery skierowane były na zawodników ofensywnych. Ceniony za ciężką pracę w ich cieniu, potem przyjął i taką rolę trenerską wspomagając Mourinho i kolejnych menedżerów w Chelsea, a potem przenosząc się na północ Anglii.

sc

Jednak z każdego w końcu wychodzi ambicja i na pewno ostatnie wydarzenia w jego karierze dały mu do zrozumienia, że i dla niego jest gdzieś szansa zaistnienia na najwyższym szczeblu. Bo jeśli te miesiące problemów w Liverpoolu dawały do myślenia na temat umiejętności piłkarzy czy nawet Dalglisha, to reputacja Clarkea nie ucierpiała - nadal pozostał fachowcem od defensywy, łącznikiem z szatnią... Pozostał ceniony, choć i jego można było obarczyć przyczynami nieudolnego sezonu to on sam dostał okazję, by wkroczyć na salony nie w dresie drugiego trenera, ale menedżerskim garniturze.

Tym bardziej dziwi to, że Steve Clarke jest faworytem do... najszybszego zwolnienia z klubu Premier League, przynajmniej w opinii większości korespondentów piłkarskich Guardiana. Czy West Brom ma tak słaby skład? Czy wbrew jemu sprzedano pół składu w tym najcenniejszych zawodników? Czy klub jest na skraju upadku przez nierozsądne gospodarowanie finansami? Nikogo może więc nie pozyskano?

Nie. West Brom ma się dobrze, a lato - pomijając zmianę na stanowisku menedżera - było spokojne. Sprowadzono naprawdę dobrych piłkarzy z Benem Fosterem na czele, który będzie podstawą tego, czym chce zaimponować Clarke - solidnej defensywy. Ją teżma chronić Claudio Yacob, przecież piłkarz, który w ostatnim roku trzy razy wystąpił w reprezentacji Argentyny. Markus Rosenberg zaliczył niezły sezon w ataku Werderu strzelając dziesięć bramek w Bundeslidze, a Romelu Lukaku to wciąż surowy talent, który potrzebuje szans, by nie być tym nieokrzesanym i rzucającym się po boisku olbrzymem.

"Dobrze wiemy, że gdy kończy się okienko transferowe to sprawy wyglądają dosyć chaotycznie, a my nie chcieliśmy być w pozycji klubu wykonywującego nerwowe ruchy w ostatnich godzinach, gdy niewiele już można zrobić" - tłumaczył wczesną aktywność transferową WBA menedżer. Ze strat można przyczepić się jedynie do oddania Simona Coxa oraz ze straty Nicky'ego Shoreya, ale przecież są w klubie wartościowi następcy.

Czy wobec tego problemem były kiepskie wyniki tego lata? Nie - pierwsze trzy porażki były osiągnięte przez eksperymentalny skład, zaraz po ciężkich treningach, gdy budowana była kondycja, a nie schematy czy taktyka. Co więcej, po tym etapie rezultaty przyszły i powinny cieszyć największych malkontentów - pokonanie Kopenhagi, ostatnio 2-0 spacerkiem z Nottingham Forest... Steve Clarke naprawdę coś ciekawego buduje i to nie jest projekt bez solidnych fundamentów, ale z pomysłem i podparciem naprawdę solidnych piłkarzy.

Mulumbu, Dorrans, Long, Morisson, Gera, Odemwingie... Największą bolączką ma być dla Clarkea brak nawiązania do rezultatów Roya Hodgsona, który pozostawił świetne wrażenie, ale... na jakiej podstawie odmawia się mu szansy, albo nawet zaufania w jego talent? Na pewno takie tuzy z jakimi miał współpracował nie zaufałyby byłemu obrońcy, gdyby swoimi uwagami, pomysłami, ćwiczeniami i rozwiązaniami nie oferował odpowiedniego poziomu. A skoro miał szansę podpatrywać ich przy tryumfach i porażkach (to zwłaszcza ostatnio) to ma pokaźny bagaż doświadczeń, którego pozazdrościć mogą mu inni menedżerowie.

Steve Clarke zasługuje na te wątpliwości przy łatwym wystawianiu go na pierwszą linię walki z zarządem, mediami i nawet kibicami. Przede wszystkim jest to człowiek, który ciężkiej pracy się nie boi i swoją karierą dowiódł - kto czytał biografię Dennisa Wisea ten wie - że tylko właśnie codziennym pojawianiem się na murawie, każdym zagraniem, każdą próbą można się stać lepszym. Dobrze, że na The Hawtorn mu uwierzyli, bo o ile ich możliwości są ograniczone, to na pewno nie sięgają wyżej niż umiejętności ich nowego menedżera. Środek tabeli, może niezły sezon w krajowych pucharach... ale nikt od Clarkea nie oczekuje wygrywania mistrzostwa. Solidność to słowo-klucz i wystarczy spytać Mourinho co myśli o swoim byłym współpracowniku.

"Steve Clarke? Jeśli miałby szansę prowadzić drużynę samemu, nawet tak wielką jak Chelsea, myślę, że by sobie poradził. Jest właśnie tak dobry."


---
Czego nie spodziewać się po West Bromwich Albion? Zmiany w stylu gry. W gruncie rzeczy Hodgson i Clarke to piłkarze, którzy sporo czerpali z europejskiego futbolu, czy to przez pracę poza granicami kraju, czy poprzez współpracę z zagranicznymi zawodnikami w roli piłkarza i trenera. 

piątek, 17 sierpnia 2012
Swansea - Paniki nie było, nie ma i nie będzie

Dobrze wiedzieć, że są kluby w Premier League gdzie wszystko dzieje się według określonego z góry planu, schematu. Odejścia nie robią na nikim wrażenia, choć przecież wyrwanie z serca drużyny zawodników klasowych, tworzących grę, strzelających gole powinno być bolesne. Nawet gdy menedżer wybiera sobie inne wyzwanie po drugiej stronie wyspy nie ma panicznych telefonów do znajomych agentów, by poratowali swoimi kontaktami.

ml

Nie, miał być trener wielbiący futbol ofensywny, miała być osoba podążająca śladami Brendana Rodgers, to będzie. Michael Laudrup, mimo raczej nieudanych przygód w poprzednich trzech klubach jest osobą pozytywnie nastawioną do wyzwania, które go czeka, z dystansem podchodzący do presji towarzyszącej pracy menedżera. "Wcale nie chciałbym być na szczycie, gdzie jeden mecz może zaprzepaścić kilka lat mozolnego wspinania się na to miejsce" - mówi legendarny Duńczyk.

Specyfika Swansea jest nam doskonale znana po imponującym pierwszym sezonie, który bardziej polegał na wpływaniu na świadomość obserwatorów przez styl gry, a nie wyniki - stąd czternaste miejsce wcale nie zostało przyjęte jako rozczarowanie, a na liczbę punktów i pozycję nie patrzy nawet nowy menedżer. "Jeśli spytacie się mieszkańców i kibiców Swansea o to co by wybrali - grę opartą na wyniki czy na styl - odpowiedź byłaby oczywista" - stwierdził Laudrup.

Jego zadaniem nie jest wcale kontynuowanie pracy Rodgersa czy utrzymanie kierunku wyznaczonego przez swojego poprzednika - sam Duńczyk powiedział, że największą bolączką Swansea jest fakt, że ich styl jest tak rozpoznawalny, że aż przewidywalny. Czternaste jedenaste miejsce w poprzednim sezonie i piętnaście spotkań w których nie potrafili strzelić bramki świadczy o tym, że były ekipy, które Swansea zatrzymały.

Najważniejsza będzie nie tylko alternatywa dla systemu opierającego się na posiadaniu piłki, ale przełożenie dominacji na szanse strzeleckie. Trzeba przyznać, że pod tym względem Swansea nieźle operowało na rynku transferowym, opierając się na własnych kontaktach i obserwacjach na kontynencie (wynikających z... oszczędności - klubem zarządzają kibice, nie lubią przepłacać za rodzime 'gwiazdy'). Michu to pomocnik, który w ostatnim sezonie strzelił piętnaście bramek dla klubu w Hiszpanii słabiutkiego, ale dzięki temu wyróżnił się z całej gromady rozgrywających Realu i Barcelony. Z kolei Jonathan de Guzman kiedyś był na celowniku Manchesteru City, ale jego rozwój zatrzymały kontuzje.

Gra może stanie się bardziej ofensywna, ale czy przez to lepsza? Swansea na pewno stać w obecnym składzie na wyższą pozycję, lecz przy całej sympatii piłkarskiego otoczenia, szukanie odpowiedzi na pytanie o więcej szans i bramek przyjdzie im ciężej niż adaptacja do ligowej rzeczywistości bez Joe Allena. Uniknięcie spadku to nadal nadrzędny cel na najbliższy sezon - zwłaszcza przy trudnym terminarzu w samej jego końcówce - ale reprezentanci Walii w angielskiej lidze muszą ostatecznie dążyć do tego, że satysfakcja przychodzi rónież z efektów pracy, a nie samo jej wykonywanie. W tym wypadku chodzi oczywiście o nieustanny ruch, przemieszczanie się po różnych strefach, a nawet - jakby to określiły wszechwiedzące głowy polskich szkoleniowców - cyrkulacja podań/piłki. Niepotrzebne skreśli Rafał Ulatowski.

Na pewno nie zabraknie pozytywów w grze Swansea, lecz, słowami klasyka, chodzi o to, by te wszystkie plusy nie przesłoniły nam minusów. Stąd przyjęcie Laudrupa jest stosunkowo chłodne, a na pewno nie towarzyszy temu taka ekscytacja jakby chodziło o zatrudnienie jego jako piłkarza. Sparingi obfitowały w bramki, ale nie w imponujące zwycięstwa i nie odznaczały się szczelną defensywą, co raczej wskazuje, że z oglądania Swansea będzie jeszcze więcej przyjemności niż za czasów Rodgersa. Jeśli to się uda Laudrupowi, trend w Swansea o szybkim zapominaniu o poprzednikach zostanie utrzymany.


---
Czego nie spodziewać się po Swansea? Nerwowych ruchów menedżerskich, nawet, gdy wyniki nie będą szły po myśli zarządców klubu. Ich rozsądek to był jeden z powodów, które zachęciły do współpracy Michaela Laudrupa, który sam nie kryje swoich wątpliwości. Te szybko zostały rozwiane...

Fulham - Gdy przeciętność nie boli

Po nich nikt nie oczekuje rozwoju. Prawdę mówiąc, Fulham jest skazane na przeciętność. Ten osąd nie wynika z braku sympatii czy oceny jakości tego zespoł, daleko mi do tego. Zresztą wystarczyło spojrzeć na poprzedni sezon - pierwsza myśl o Fulham jest pozytywna, bo dobrze grali ofensywnie, był Clint Dempsey, świetnie spisywał się Dembele, a Martin Jol złożył interesujący zespół... ale zaraz. Dziewiąte miejsce? Nawet za Liverpoolem? Gorszy stosunek bramek?

clint

Przeciętność Fulham schowała słabe wyniki, beznadziejne spotkania i rozczarowujące porażki. Do tego stopnia, że w walkę o wyższe cele uwierzył nawet właściciel klubu, kontrowersyjny Mohamed Al-Fayed, a oznaką jego intencji na wyniesienie się w Londynie ponad Chelsea, Arsenale i Tottenhamy jest rozwinięcie uroczego obiektu Craven Cottage.

Wbrew pozorom te plany nie są szalone, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że stadion zawsze był wypełniony po brzegi. Także poparte stabilizacją ligową oraz statusem klubu, który potrafi oprzeć się Liverpoolowi jeśli chodzi o transfer najlepszego strzelca. Bo nie ukrywajmy, że bez amerykańskiego napastnika zespół Martina Jola wyglądałby beznadziejnie słabo - żaden inny zawodnik nie zbliżył się do jego dorobku strzeleckiego, ledwie dwóch przynajmniej pięć razy trafiło do siatki rywali. I Zamory oraz Pogrebniaka już na Craven Cottage już nie ma.

Stąd wrażenie, że Jol do spółki z Al-Fayedem zbytnio skupili się na powstrzymaniu Dempseya, raczej zapominając jaką wartością w drużynie był nieśmiertelny Danny Murphy, który w jednym z najbardziej zaskakujących ruchów transferowych lata wylądował w Blackburn Rovers. Na tej niezatrzymującej się karuzeli napędzanej przez nieudolność właścicieli i partactwo menedżera. Nagle właściciel, który z własnej fanaberii stawia przed swoim stadionem pomnik pewnego kontrowersyjnego wokalisty wcale nie wygląda na takiego złego, prawda?

Co ciekawe, Fulham to ostatni zespół, którego manierą jest gra krótkimi podaniami - średnio na mecz przekraczają liczbę czterystu takich zagrań, co osiągnęło jedynie osiem zespołów w lidze. Brak Murphy'ego może wpłynąć nieznacznie na te dokonania, zwłaszcza, że następców brak. Diarra oczywiście jest zawodnikiem, który w destrukcji gwarantuje odpowiedni poziom i może zastąpić Anglika, ale czy gwarantuje odpowiednią kreatywność? Pewne nadzieje można mieć co do Hugo Rodallegi, który poprzedni sezon miał wyjątkowo słaby.

Na pewno sam Jol będzie wymagał więcej od zawodników, którym dawał więcej szans w poprzednim sezonie, a nie byli oni pierwszoplanowymi postaciami w jego zespole, głównie ze względu na wiek. Lewoskrzydłowy Kerim Frei, który ostatnio zmienił Szwajcarię na Turcję, czy jego rodak (?) Pajtim Kasami, który może być naprawdę niezłym rozgrywającym.

Wzrok kibiców spocznie jednak na stałych bohaterach z pierwszego składu, którym stosunkowo rzadko rotuje Martin Jol. Więcej na pewno będzie oczekiwać się od Brede Hangelanda - zaliczył on słaby sezon, jakby nie mogąc pogodzić się z faktem, że kolejne lato nikt z większych klubów nie odezwał się w jego sprawie, a to po prostu nie jego poziom. Technicznie świetnie uzdolniony Bryan Ruiz, którego drugą najbardziej wybijającą się umiejętnością jest nagłe znikanie z pola widzenia w spotkaniach, gdzie po prostu się od niego nie wymaga.

To chyba określenie kluczowe - od Fulham nikt nie wymaga cudów. Martin Jol trafił na cudowną enklawę w dziko ścigającej się o jak najlepszy finansowo-sportowy wynik lidze, wiedząc, że jedynym jego zadaniem jest zapewnić pewien poziom - przeciętność. Wszystko co przyjdzie ponad - taki Dempsey, wcześniej Zamora, Chris Smalling, Jimmy Bullard... to jest coś ekstra. Nawet pod tę kategorię można podciągnąć Roya Hodgsona, który z Fulham wędrował w całej Europie, by stać się cudem zmienionego formatu Pucharu UEFA, zespołem wszystkich tych, którzy akurat nie czuli się kibicami Atletico Madryt.

Nie ma większego sensu starać się wyznaczyć drużynie z Londynu czy Jolowi granicy cudu. Bo jeśli będą to puchary, to na pewno zaskoczą, ale czy to jest wyczyn na miarę tak górnolotnego określenia? Nie. Może jakby walczyli o czołową czwórkę, byli liderami tabeli londyńskiej... jednak to są mrzonki. To jest fikcja na którą nie może pozwolić sobie nawet Al-Fayed, tak stanowczo odrzucający zakusy innych drużyn na czołowych piłkarzy. Zwłaszcza, że póki co Martina Jola nie był w stanie wspomóc finansami, a Holender radził sobie na rynku tylko licząc na wolnych agentów - Mladen Petrić to dobry znajomy menedżera, a Sascha Riether to tylko i wyłącznie zmiennik wątpliwej jakości. George Williams sprowadzony z MK Dons już dokonał jednego cudu, zostając najmłodszym strzelcem w historii swojego poprzedniego klubu, więc nie należy liczyć w kolejny, czyli przebicie się do pierwszej jedenastki tego siedemnastolatka.

Utrzymywanie się na poziomie, imponowanie przy okazji wizyt mocniejszych zespołów, gubienie punktów na jak zwykle trudnych wizytach u zespołów, które walczą desperacko o utrzymanie. Czasem naprawdę przeciętność nie musi być obelgą, czasem są drużyny, który szukają swojego miejsca i znajdują je, dając kibicom pewien komfort, ale i nadzieję, że zdarzy się coś nieoczekiwanego. Tak jak to było z wyczynami Fulham w Lidze Europy. Spokojnie, w tym sezonie najbardziej imponujący rozwój będzie dotyczył stadionu tej drużyny, a nie wyników jedenastki Jola. I za rok znowu spojrzymy na kalendarz, znowu pojawi się grymas, bo czeka nas wieczorny wyjazd w środku tygodnia na Craven Cottage. I ten cholerny Amerykanin. Mógłby już go Liverpool kupić, prawda?


---
Czego nie spodziewać się po Fulham? Nerwowych ruchów szkoleniowych. Martin Jol to człowiek na właściwym miejscu. Koniec i kropka.

czwartek, 16 sierpnia 2012
Aston Villa - Poczuć się jak milion dolarów

Ktoś mógłby pomyśleć, że jeśli Aston Villa nie spadła w poprzednim sezonie, to z Premier League nie ruszy jej nic. Najgorsze wyniki w historii na własnym boisku, tragiczna wręcz skuteczność oraz Alex McLeish, ten znienawidzony typ z drugiej, niebieskiej strony miasta. Dodać żałosne ambicje dyrektorów, którzy rok temu marzyli o europejskich pucharach a rezultat końcowy... Dno było bardzo blisko, dało się je wyczuć na kilka punktów. Utrzymanie się przyjęto jak pierwszy oddech po zawale serca.

DB
Decyzja o odejściu McLeisha była oczywista i jedyna słuszna. Zresztą nie było momentu w którym kibice Villans byliby przekonani do byłego menedżera Birmingham City, a jego tryumf z tym klubem w Pucharze Ligi przyjmowali w zasadzie jako jeszcze większe przekleństwo - zwłaszcza, że sami czekają już kilkanaście lat na podobny zwycięstwo. Teraz, przez tego cholernego Szkota, są jeszcze do tyłu za lokalnym rywalem. Opinia przegranych, zrezygnowanych i negatywnych, która przylgnęła do nieudaczników McLeisha w ostatnich dwunastu miesiącach nie pomagała w budowaniu wizerunku na miarę ambicji Randy'ego Lernera. Do ratunku, na Villa Park potrzebowali zwycięzcy.

"I'm a winner" usłyszał z ust Paula Lamberta Ivor Beeks, prezes Wycombe Wanderers, gdy przyjechał przesłuchać, przekonać byłego zawodnika Borussii Dortmund do przejęcia sterów swojej drużyny. To chciał usłyszeć. Po kilku miesiącach, po przegranym rewanżu z Chelsea na Stamford Bridge w półfinale Pucharu Ligi wiedział, że lambert nie kłamał. Dla drużyny z czwartego poziomu rozgrywkowego to był i tak nie lada wyczyn, że w pierwszym spotkaniu rywali pod wodzą Mourinho powstrzymali.

Teraz za podobne słowa w twardym akcencie z Glasgow - dziennikarze oraz jego podopieczni często narzekają, że w stanie mocnego zdenerwowania Szkot jest nie do zrozumienia - wiele by dali na Villa Park i, choć one jeszcze nie padły, atmosfera już jest całkowicie odmienna od tej, która przywitała Alexa McLeisha.

Optymizm, świadomość własnej siły, przygotowania do sezonu... Są kibice Villans, którzy sądzą, że tak jak blisko ostatnio było im do dna, tak teraz niewiele będzie ich dzieliło od szczytu. To oczywiście bardzo naiwne podejście, zwłaszcza, że Paul Lambert nagle banku nie rozbił i nie wydał sum większych niż Manchester United, Chelsea, Arsenal czy wszystkie te kluby razem wzięte. Ot wzmocnienia składu, które na pewno okażą się przeciętnymi na skalę krajową. Solidny obrońca Ron Vlaar, Matthew Lawton z Sheffield, który ma wreszcie dać argument, by Alan Hutton odpoczął od łamania nóg rywalom. Brett Holman to inteligentny skrzydłowy - taki, co woli jednak piłkę podać niż stracić w kompletnie bezsensownym dryblingu przeciwko czterem obrońcom przeciwnika.

Z kolei Karim El Ahmadi z Feyenoordu ma być hitem transferowym, lecz póki co, ograniczając się do słów samego menedżeta Aston Villa, "jest naprawdę dobrym piłkarzem". Dosyć słaby to argument na inwestycję trzech milionów funtów, lecz to bardziej niż jakość Marokańczyka pokazuje niechęć z jaką Lambert zdradza swoje zdanie na jakikolwiek temat.

Tym bardziej fani powinni patrzeć na znajome im nazwiska - tak, te, które w ostatnim sezonie zawiodły - i liczyć, że wreszcie pokażą swój pełny potencjał. Mark Albringhton w ostatnich miesiącach robił wszystko, by dowieść, że jego talent pozostanie spełniony jedynie na poziomie dziesiątego miejsca w lidze. Gabriel Agbonlahor jak zwykle mignie nam na skrzydle kilka razy w sezonie, zacznie się mówić o zimowym transferze, ale skończy jako najlepszy strzelec zespołu z dorobkiem na poziomie Salomona Kalou. Darren Bent nawet znów zagra w kadrze - przecież w letnich sparingach błyszczał - ale potem jego kruche zdrowie nie pozwoli mu czaić się na piłki w polu karnym rywala. Richard Dunne będzie jeszcze bardziej się prężył w świetle reflektorów kolejnych stadionów, ale nie ukryje faktu, że jego postura znacznie się powiększyła w ostatnich latach, proporcjonalnie do spadku zwrotności i szybkości ruchów środkowego obrońcy.

Niestety, tylko naiwni mogliby sądzić, że odrodzenie przyjdzie i da Villans miejsce w pierwszej dziesiątce. Praca nad odbudowaniem dawnej jakości z lat Martina O'Neilla jeszcze potrwa, a dwa miesięce dla Paula Lamberta to zdecydowanie za mało, by przeprowadzić cudowną metamorfozę. Jasne, zespół będzie grał bardziej ofensywnie - bo mniej się nie da - system będzie bardziej płynny, pozwalający się rozwinąć poszczególnym piłkarzom, lecz koniec końców okaże się, że brakuje i jakości, i większego odbicia od tego, co z klubem zrobił McLeish.

"On pozwala ci się poczuć jak milion dolarów" - powiedział o Lambercie jeden z jego byłych piłkarzy. Wzorujący się na niemieckiej szkole futbolu, głównie czerpiąc z Ottmara Hitzfelda, lubi, gdy jego zespoły dosyć szybko przemieszczają futbolówkę z jednego końca boiska na drugi. Norwich w poprzednim sezonie było zespołem grającym najczęściej długimi podaniami, lecz oglądając ich spotkania wcale nie miało się uczucia, że jest to kick&rush w najbardziej z klasycznych odmian. To wszystko miało plan, łączyło się to z grą techniczną, schematami dającymi okazję i, co najważniejsze teraz dla fanów AV, bramki.

Zadanie przed Lambertem jest bardzo trudne - po poprzednim sezonie piłkarze i fani czuli się nie jak milion dolarów, ale bardziej banknot jednodolarowy, zmięty w tylniej kieszeni, poplamiony, zużyty, zapomniany, popisany, a może nawet i opluty. Nadchodzący sezon nie powinien jednak być dla nich od razu przeskokiem na siedmiocyfrowe liczby, ale bardziej odnowieniem tego, co już dawno na Villa Park nie dało się odczuć. Dumy z bycia częścią tego klubu, jego historii, dziedzictwa... Wyniki też z tym przyjdą, na pewno, lecz łatwiej będzie na ten milion dolarów zapracować, niż go sobie namalować i liczyć, że w jego prawdziwość uwierzą inni. Może dobrze, że z dwojga to menedżer zdaje sobie z tego sprawę, nie kibice.


---
Czego nie spodziewać się po Astona Villa? Stabilizacji wyników. Norwich miało jedną z najkrótszych serii zwycięstw pod rząd w lidze, a i dodając nawet do tego remisy to nie było najlepiej. Co więcej, były klub Lamberta z obecnym łączy jeszcze jedno - seria czystych kont zwykle trwała dziewięćdziesiąt minut. Mało, prawda?

wtorek, 14 sierpnia 2012
Liverpool - Wątpliwości po jasnej stronie mocy

Nad Anfield niebo było ostatnio ciemne, a deszczowych chmur nie odpędził nawet nieprzekonywujący tryumf nad Cardiff City w Pucharze Ligi. Rozczarowujące rządy Kenny'ego Dalglisha - naznaczone raczej przez niekorzystne decyzje pozaboiskowe, słowa momentami kompromitujące klub wizerunkowo - jeszcze bardziej oddzieliły ligę od Liverpoolu. Kibice będą udawać, że wrogie nastawienie reszty stawki ich nie obchodzi, ale każdy gdyby miał do wyboru imponować stylem i wynikami, a toczyć bezsensowną walką na usprawiedliwianie Suareza, wybrałby tę pierwszą opcję.


unv
Witamy po jasnej stronie mocy. Wydawałoby się, że decyzja o zatrudnieniu Brendana Rodgersa była właśnie pierwszym krokiem na nowej drodze, ku światłu. Górnolotne stwierdzenia zostawimy na razie na boku - faktem jest, że dobry futbol widziano ostatnio na Anfield raczej rzadko, a jeśli już to nie kończył się on na umieszczeniu piłki w siatce, lecz na rekordowych obiciach słupków i poprzeczek. Liverpool może nie miał szczęścia - statystyki i wróżby dotyczące punktów straconych na obramowaniu bramki są ogólnie dostępne - ale wytłumaczenie na różnicę dzielącą The Reds od faktycznego gola, a tylko kolejnej sytuacji jest w braku piłkarskiej klasy.

Oto jednak nadchodzi ratunek. Potężne i opasłe dzieło Brendana Rodgers - 180 stron jego futbolowej filozofii, wizji, metodyki i rozwiązań problemów, których Liverpool w ostatnich dwudziestu sezonach nie był w stanie pokonać. Odkrycia antidotum na mistrzowską niemoc byli kilka razy blisko, ale, co zaznaczał na samym starcie Anglik Irlandczyk, w ostatnich trzech latach tendencja była spadkowa.

Teraz lekiem na całe zło ma być Rodgers. Nie jest bezczelny, ale niesamowicie ambitny, a przy tym całkowicie przekonany o swojej wyjątkowości - o czymś co założył sobie jeszcze mając dwadzieścia lat i zaczynając pracę szkoleniowca zespołu juniorów Reading. Dalszy rozwój jego kariery to bajka - polecenie Stevea Clarkea, telefon Mourinho, gdy miał 31. lat. Cztery sezony później i pierwsza praca z seniorami, w Watford. Jest przed czterdziestką i już ma być wybawcą Liverpoolu. Co najważniejsze - on się w tej roli idealnie czuje.

Zaczął od mocnego uderzenia, wizerunkowo wypadł świetnie - media wybaczą mu nawet złamanie dżentelmeńskiej umowy ze Swansea, wedle której miał nie zabierać im piłkarzy przez dwa najbliższe okienka transferowe. Jednak żądając pełnej władzy na Anfield Road musiał pokazać swoje wpływy - przecież mówił: "Jestem lepszy, gdy mam kontrolę" - a sprowadzanie swoich podopiecznych, którzy są wpatrzeni w niego jak w obrazek było właśnie tym, popisem siły. Inna sprawa, że szybko ocenił braki drużyny uznając niektórych piłkarzy za niewystarczająco... młodych, by podołali stawianym przez niego wymaganiom.

"Moją filozofią jest zrównoważenie gry efektownej i jednocześnie zdyscyplinowanej, ale przy jak największym udziale młodych piłkarzy" - powiedział Brendan Rodgers i tak też robi. W Liverpoolu nie będzie miał takiej pełnej swobody przy czyszczeniu składu, na pewno musi liczyć się z tym, że wobec niektórych piłkarzy władze mogą postawić veto. Ale jeśli Manchester City na serio podchodzi do nich z ofertą za Daniela Aggera, to brak zdecydowanego sprzeciwu może świadczyć o tym, że słowa o szacunku dla spuścizny po poprzednich menedżerach pozostaną... po prostu słowami.

Kto się nie dostosuje - albo kto się nie wpasuje w czysto teoretycznych założeniach Rodgersa - wypada z obiegu. Nie dziwią mało ambitne założenia o tylko i wyłącznie spróbowaniu nawiązania walki o powrót do Ligi Mistrzów - nie wszystko działa od razu, a i na zrozumienie i dostosowanie się do tiki-taki wszyscy na Anfield potrzebować będą czasu. Prób jakości nie zabraknie, do końca września Liverpool u siebie podejmuje całą czołową trójkę poprzedniego sezonu - fajnie byłoby zobaczyć pierwsze efekty ciężkiego lata treningów taktycznych.

Kto ma błyszczeć? Młodzi i sprowadzeni. Joe Allen ma dać większą jakość rozegrania i w zasadzie uzupełniać powracającego po ciężkim urazie Lucasa, ubezpieczać Gerrarda, który dostanie tyle swobody na boisku, ile on sam wie, że potrzebuje, by być zawodnikiem wielkiego kalibru. Co z Adamem i Hendersonem? Może sezon zaczną na boisku, ale trudno w nich zauważyć zalety, które mają ci wcześniej wymienieni. Charlie Adam i szybkość, elegancja z jaką po środkowej strefie przemieszcza się Joe Allen? Nie róbmy sobie żartów. Precyzja i odwaga zagrań Lucasa Leivy u Jordana Hendersona? Jeszcze nie teraz, jeszcze nie jutro. Może kiedyś.

Kolejne nazwisko do zapamiętania to Raheem Sterling, który w mig zrozumiał co w systemie Rodgersa ma robić skrzydłowy - w ostatnim sparingu przed sezonem, z Bayerem Leverkusen, idealnie ściął ze skrzydła do środka pola, ominął dwóch rywali i posłał piłkę przy słupku. Gol w wyjazdowym spotkaniu z FC Homel w Lidze Europy? Stewart Downing z prawego skrzydła wystawia sobie futbolówkę na lewą nogę i kończy akcje petardą z dwudziestu metrów. Joe Cole - jeśli przypomni sobie swoje najlepsze lata - też tak potrafi i dlatego wciąż jest w drużynie.

Boki obrony do systemu także pasują, ale porozmawiajmy o snajperach - wybór Rodgersa jest ograniczony do trzech nazwisk i pewnie tylko ten fakt ratuje Carrolla, który miał być w drodze do West Hamu. Jest on dobrą opcją rezerwową, nie tylko dla Boriniego czy Suareza, ale przede wszystkim zostaje jako alternatywa dla systemu - znów to określenie! - który stara się wpoić piłkarzom były menedżer Reading. Jego siła i wzrost mogą się przydać, gdy gra nie będzie się na tyle kleić, by przynosić efekty.

Na co stać w tym sezonie Liverpool? Wbrew pozorom są oni zespołem silnym, lecz nie ma w tym jakości dającej nadzieję na tytuły. To ma być sezon ogrania, testów przydatności i zgrywania się, budowania zrozumienia, szukania automatyzmu w schematach i intuicyjnych zachowaniach piłkarzy. Przede wszystkim będzie zależeć Rodgersowi na dalszym budowaniu reputacji nowego guru angielskiego futbolu. On już się czuje pewnie, on już w butach wchodzi na transferowy rynek, działa pozbawiony skrupułów. Uczył się od najlepszych tych sztuczek, tej gry na pozy.

Musi być jednak w czerwonej części Liverpoolu wątpliwość, nawet jeśli to tylko małe ziarno. A co jeśli Rodgers zawiedzie? Co jeśli jego pokaz siły i wiedzy nie znajdzie przełożenia na boisku? Jeśli znów zmorą będą słupki i poprzeczki, albo - gorzej! - inni okażą się po prostu lepsi... co wtedy? Czy będzie jeszcze droga dla Liverpoolu, by odzyskać mistrzowski tytuł? Nie na wszystkie pytania Brendan Rodgers zna odpowiedź. Jeszcze nie.


---
Czego nie należy się spodziewać po Liverpoolu? Utrzymania wyników na własnym terenie na poziomie tych z poprzedniego sezonu. Grać gorzej, czy nawet podobnie... to po prostu nie uchodzi.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Southampton - Doktorek, co leczy optymizmem

"Cóż za cudowny mecz piłki nożnej!" - powiedział rozpromieniony Nigel Adkins do oniemiałego reportera telewizji klubowej Southampton, który przyszedł zapytać go o opinię po przegranym 0-4 ostatnim sparingu z Udinese. "Szkoda, że na trybunach nie było więcej osób, które mogły by to zobaczyć" - kontynuował w tym samym tonie menedżer "Świętych". Zwariował? Czuje, że traci grunt pod nogami? Aż tak był wkurzony na swoich piłkarzy? Nie, nie i nie - to były zupełnie szczere słowa od jednego z najbardziej lubianych ludzi w angielskim futbolu.

Ricky Lambert
Nigel Adkins to specjalista od awansów, ale nie ma w tym nic negatywnego co mogłoby kojarzyć się Polakom z ich krajowymi rozgrywkami. Zanim dwukrotnie dał radość fanom Scunthorpe, nim sezon w sezon przenosił się na szczebel wyżej z Southampton, sympatyczny szkoleniowiec był fizjoterapeutą. Jeszcze wcześniej bronił bramki m.in. Tranmere Rovers (najmłodszy golkiper w historii), Wigan i Bangor City. Choć trudno w to uwierzyć swoje najlepsze wyniki w pracy trenerskiej osiągał... przed rozegraniem poważnej liczby spotkań w swojej karierze piłkarskiej.

Jako szesnastolatek objął stery drużyny z lokalnej ligi niedzielnej i szybko przeniósł ich z czwartego poziomu rozgrywek na ten najwyższy. Robił tam absolutnie wszystko - sprzątał boisko z psich odchodów, prowadził busa na mecze wyjazdowe i... wydawał program meczowy. Zamiast jednak kontynuować swoją pracę, poszedł na studia i zdobywał wykształcenie. Mimo że czasem kibice drużyn przeciwnych dokuczają mu skandowaniem "physio!" (wolne tłumaczenie - "doktorek") w jego kierunku, on ich szybko ucisza, a sam twierdzi, że bez dziesięcioletniego doświadczenia w tej roli nie byłby tak dobrym menedżerem. "Dzięki temu wiem co zrobić, by piłkarz osiągnął swoje absolutne maksimum" - twierdzi Adkins.

Do Southampton po cudach jakie nawyczyniał w ubogim Scunthorpe nikt nie chciał go puścić. On sam wiedział, że tam są szanse na coś więcej, nawet jeśli jego przyszła drużyna była trzecia od końca w League One, a budżet był podziurawiony i niepewny po śmierci właściciela klubu kilka tygodni wcześniej. Adkins sam doprowadził do zgody pomiędzy dwoma zarządami i szybko zabrał się do roboty - święta spędzili już w czołówce, a w maju przypieczętowali awans. Ktoś pomyślałby, że beniaminek w nowej lidze łokciami nie będzie się przepychał - nic bardziej mylnego, Southampton wygrało pierwsze cztery mecze, a potem przez cały rok trzymało się na pierwszej lub drugiej pozycji.

Pół godziny po awansie do Premier League mówił w wywiadzie, że jutro zawodników czekają testy sprawnościowe, a także dogranie szczegółów okresu przygotowawczego. Formalista? Nie, sam miał oczy pełne łez szczęścia, ale już od pierwszej chwili zdawał sobie sprawę z czekającego jego zespół wyzwania.

Największą jego bolączką jest bowiem brak doświadczenia jego drużyny. Kelvin Davies to doświadczony golkiper, ale reputację wyrabiał sobie głównie na zapleczu Premier League. O stoperach Fonte i Hooiveldzie mówi się tylko dobrze, lecz żaden jeszcze murawy w najwyższej lidze nie powąchał. Ricky Lambert strzelił 78 goli w dotychczasowych 132 występach dla "Świętych", ale jeszcze nie na tym absolutnym topie. Z linii pomocy tylko Jack Cork wie, czym jest Premiership - głównie z tego względu, że przez wiele lat terminował w składzie Chelsea, ale debiutu się nie doczekał będąc rzucanym po kraju na kolejne wypożyczenia.

Mimo wszystko, tego lata udało się Adkinsowi pobić rekord transferowy, ściągając za sześć milionów funtów Jaya Rodrigueza, ale ważniejszym ruchem było zabranie z Glasgow Rangers Stevena Davisa. Obaj to kreatywni pomocnicy, lecz ten drugi ma niemałe ogranie w Premier League i powinien przydać się w trudniejszych chwilach. Jeszcze przed startem ligi "Święci" chcą zabrać Blackpool Matta Phillipsa, lecz wobec ich zakusów sporo szumu w mediach narobił Ian Holloway, zmuszając swoich rywali do podniesienia ceny i potwierdzenia swojego zainteresowania.

"Do pierwszej bramki wydawało mi się, że byliśmy więcej niż równym przeciwnikiem dla Udinese, graliśmy naprawdę efektowny futbol" - mówił po wspomnianej porażce Adkins. Pochwalił to, jak rywale wykańczali akcję, stwierdził, że jego zespół wyciągnie z tego pojedynku lekcję, ale raczej rezultatem się nie przejmował. Dla niego liczy się futbol.

Wszędzie gdzie pracował, chwalony był za to, że odchodził od klasycznego angielskiego stylu gry. Najbardziej ta zmiana widoczna była w Scunthorpe, gdzie zwolniony Brian Laws doprowadził zespół na skraj klęski ograniczając go właśnie do posyłania długich piłek. Tymczasowo zatrudniono fizjoterapeutę, ten w trzech meczach ugrał siedem punktów i podpisał pełny kontrakt. Na koniec sezonu, gdy jego piłkarze w pięknym stylu - grając ofensywnie i, co ważniejsze, piłką po murawie, a nie w powietrzu - osiągnęli awans, trybuny Glanford Park skandowały: "Who needs Mourinho, we have got our physio!" ("Komu potrzebny Mourinho, my mamy naszego doktorka").

Jego decyzje w Southampton, z racji jednak większego kalibru klubu, są częściej kwestionowane, ale nikt nie domaga się radykalnych ruchów. Kibice zwracają uwagę na słabsze wyczucie przy zmianach w trakcie meczu i niechęć w odchodzeniu od własnej taktyki, nawet gdy wydaje się to wskazane. "Całe lato pracowaliśmy nad udoskonaleniem naszego 4-3-3, wprowadzając różne ulepszenia tak, byśmy byli przygotowani na wyzwanie czekające nas Premier League z wiarą, że możemy zaprezentować swój futbol i z mentalnością zwycięzców" - tłumaczył ostatnio Adkins.

Na pewno należy zwrócić uwagę na Adama Lallanę w środku pola, Frazera Richardsona na prawej obronie oraz całą gamę opcji w ataku. O Lambercie już było (kibice "Świętych" twierdzą, że jest lepszym piłkarzem niż Grant Holt), a jest jeszcze Billy Sharp, który okazał się świetnym wzmocnieniem w zimie (9 goli w 15 meczach), bardzo chwalony brazylijczyk Guly, a w odwodzie są jeszcze Japończyk Lee i snajper z Barbadosu, Jonathan Forte. Po Southampton należy oczekiwać kombinacyjnej i ofensywnej gry (najskuteczniejszy zespół Championship), połączonej z błyskawicznym powrotem do defensywy - Nigel Adkins robi wszystko co w jego mocy, by zespół odbierany był tylko i wyłącznie pozytywnie, nawet w obliczu porażki.

Eksperci nie dają mu wielu szans, raczej miejsca dla "Świętych" szukając w strefie spadkowej niż w bezpieczniejszych okolicach Premier League, lecz menedżer się tym nie przejmuje. Twierdzi, że klub jest teraz bardzo mądrze zarządzany i wystarczająco bogaty, by nie być zespołem, który tylko piłkarzy oszlifowuje i oddaje wyżej. W jednym z wywiadów Nigel Adkins wręcz twierdził, że w niedalekiej przyszłości przeznaczeniem jego drużyny jest gra w europejskich pucharach. Po każdym spotkaniu zwykł on na odprawie przygotowywać dla zawodników analizę składającą się z pięciu pozytywów i jednego negatywu. Oby w nadchodzącym sezonie "doktorek" nie musiał tych proporcji odwracać.


---
Czego nie spodziewać się po Świętych? Panicznego zwalniania szkoleniowca w połowie sezonu. Na St. Mary's wszyscy wierzą w Adkinsa i popierają jego decyzje. Nawet po przegranych meczach, szkoleniowiec zachowuje spokój i uśmiecha się rzucając frazesami o dobrej atmosferze. Ta jest tak dobra, że nikomu takie głupoty do głowy przychodzić nie będą.

niedziela, 12 sierpnia 2012
Stoke City - Duzi i brzydcy popełniają błędy

Najbardziej znienawidzony zespół ligi. Łamacze nóg, niszczący łokciami rywali w walkach na murawie i w powietrzu, gole zdobywający tylko z piłek posyłanych w pole karne drogą podniebną. Na reputację piłkarze Tony'ego Pulisa ciężko pracowali, sam menedżer przyłożył do tego rękę ucząc ich takiego, a nie innego, ładniejszego dla oka stylu, łagodniejszego dla przeciwnika. Zdawać by się mogło, że tylko na Britannia Stadium wiedzą, że liczy się tylko zwycięstwo, a nie droga, która do niego prowadzi.

Pulis
Poprzedni sezon kosztował Pulisa i fanów jego drużyny wiele cierpliwości. Oczywiście można dyskutować, że mieli oni wystarczająco rozrywki w europejskich pucharach, włączając w to starcia z Valencią, lecz rozegranie pięćdziesięciu sześciu meczów po prostu negatywnie odbiło się na wynikach Stoke. "Czytałem ostatnio wypowiedź Dalglisha, który narzekał, że jego zespół musi jechać do Londynu dwa dni przed meczem. My właśnie byliśmy w Timbuku. Byliśmy w Kijowie, Splicie i Tel Avivie, jeszcze czeka nas wyprawa do Turcji. Zagraliśmy póki co dwadzieścia dwa mecze, a dystans, który pokonaliśmy to jakieś piętnaście tysięcy mil" - tłumaczył wtedy Pulis.

W lidze utrzymali się raczej bez problemu, choć zaledwie cztery wygrane w drugiej połowie sezonu po raz kolejny sugerują zmęczenie materiału. Wszyscy się śmieją z tego, że ulubione warunki do gry piłkarzy Stoke to przenikliwe zimno we wtorkowy, deszczowy/śnieżny wieczór - nic bardziej mylnego. Gdyby ktoś zaoferował tydzień przerwy Pulisowi w środku sezonu, pierwsze co by menedżer zrobił to zabrał zespół na plaże i dał im wolne z nakazem spędzenia tego czasu w pozycji leżącej.

Negatywny, czy też pragmatyczny futbol Stoke City odbił się na ich wynikach - brakowało bramek z otwartej gry, zawodzili skrzydłowi, którzy rzadko dorzucali odpowiednie piłki wysokim napastnikom. "Matthew Etherington i Jermaine Pennant spisywali się w naszym klubie świetnie na przestrzeni ostatnich lat, ale w poprzednim sezonie ich dorobek strzelecki był marny" - narzekał Pulis w trakcie okresu przygotowawczego - "Chcieliśmy to naprawić. Obserwuję i podziwiam Michael Kightly'ego już od dawna. Nie tylko przez wzgląd na to jakie piłki dogrywa, ale fakt, że sam skutecznie potrafi wykończyć akcje."

Kightly przyszedł z Wolverhampton, a Pulis, podobnie jak trzy inne kluby z Premier League, skorzystał jeszcze na upadku Glasgow Rangers, zabierając im utalentowanego rozgrywającego, Jamiego Nessa. Do zespołu dołączył teś Amerykanin Goeff Cameron, który może grać na środku pomocy i obrony. Skład Stoke nieznacznie się uszczuplił, należy wspomnieć o odejściu Woodgate'a, Salifa Diao i Ricardo Fullera, lecz nie będzie to ubytek jakości. Po wydaniu ponad dwudziestu milionów funtów poprzedniego lata, teraz Pulis stawia na uzupełnienia, które nie będą obciążeniem dla budżetu - po prawdzie, do wypraw po całej Europie klub w poprzednim sezonie nieznacznie więcej dołożył niż zyskał.

"Ten sezon będzie najtrudniejszym z ostatnich, które zaczynaliśmy w Premier League" - twierdzi Tony Pulis. Może być to jednak tylko zabieg marketingowy, który ma na celu przyciągnąć kibiców na stadion - menedżer Stoke doskonale wie, że atmosfera na Britannia już nie raz dawała im niezbędną przewagę nad przeciwnikami. Oczekiwania towarzyszące nadchodzącym rozgrywkom wcale nie dotyczą zmiany stylu, ani DNA, jak to lubi nazywać sam Pulis - fani chcą bramek od drużyny, która miała najmniejszy dorobek w zakończonym sezonie ze stawki dwudziestu zespołów.

Mimo natężenia poprzedniego sezonu piłkarze nie mogli liczyć na ulgowe traktowanie w sezonie przygotowawczym - co więcej, Tony Pulis jeszcze bardziej dokręcił im śrubę. Po dwudziestogodzinnej podróży ze Stoke do bazy w Columbus, USA, zawodników czekał trening. Potem zajęcia odbywały się trzy razy dziennie, a pierwsze z nich już o siódmej rano, nawet jeśli tego samego dnia mieli mecz towarzyski. Brak seryjnych zwycięstw w sparingach Pulisa nie martwi, bardziej skupia się on na przerwie na reprezentacje, która, jego zdaniem, rozbija zespół przed otwarciem sezonu. "Okradają nas z cennego czasu" - narzekał ostatnio menedżer Stoke.

Pod wieloma względami to lato w wykonaniu Stoke City było po prostu nudne. Można zauważyć, że po raz kolejny Tony Pulis nie zdecydował się na wzmocnienie zespołu piłkarzami z drużyn juniorskich mimo faktu, że akademii Stoke przyznano najwyższą kategorię. "Myślę, że podstawy są jeszcze na etapie budowy" - powściągliwie komentował to menedżer pierwszego zespołu - "Tak wiele tej młodzieży daliśmy, że teraz trudno jest wymagać od nich wszystkiego. Mam swoją opinię na temat szkolenia w klubie, ale Peter [Coates - właściciel Stoke] prosił mnie, bym wspierał ten projekt."

Zmiany stylu gry nie będzie, choć kibice Stoke już w poprzednim sezonie trochę głośniej domagali się częstszego sprowadzania futbolówki do poziomu murawy i pozostawienia jej tam na dłużej niż dwie-trzy sekundy. Po wyczerpującej zeszłorocznej kampanii Pulis będzie chciał jednak wrócić w pobliże miejsc gwarantujących europejskie puchary, a wobec niewielkich zmian personalnych najłatwiej będzie jemu i Stoke dokonać tego przy użyciu środków mu najbliższych. "Jestem wystarczająco duży i brzydki, by przyznać się do popełnionych błędów" - powiedział kiedyś menedżer Stoke. Zadaniem numer jeden na nadchodzący sezon będzie zredukowanie ich do absolutnego minimum. Tony Pulis wie, że to jedyna droga dla jego zespołu, by znów znaleźć się w miejscu, które wielu w Stoke napawało dumą - tam, gdzie wielu ich nienawidzi, ale nie tylko za styl gry, lecz również za wyniki.


---
Czego nie spodziewać się po Stoke City? Zignorowania ostatniego dnia okienka transferowego. W ostatnich czterech latach Tony Pulis starał się czuwać do ostatnich sekund na największe okazje, a przed rokiem wyszło mu to znakomicie. Teraz może potrzeba jest mniejsza, ale, jeśli wierzyć zapowiedziom Petera Coatesa, w banku jest jeszcze trochę środków, by niejednego kibica zaskoczyć.

 
1 , 2