niedziela, 12 stycznia 2014
2-0 z odkurzonej księgi Architekta

Powiedzcie o meczu Hull City z Chelsea co chcecie - że nudno i brzydko, że bolał brak klarownych sytuacji, ładnie rozgrywanych akcji i jakiejkolwiek dramaturgii - ale Jose Mourinho dbać o to zdanie nie będzie. Tak rzadko ocierająca się o faktyczną piłkarską perfekcję jego drużyna wreszcie zdaje się osiągać przynajmniej tę określaną przez samego szkoleniowca.

Niewiele bowiem różni wygraną nad Hull z tym jak zaprezentowała się Chelsea w meczu z Derby County. Dwa schematyczne zwycięstwa, niezagrożone i klasyczne "dwa do zera", zanudzające i z nielicznymi przebłyskami. Kilka razy urwał się Hazard, odnalazł się też Oscar w dogodnej sytuacji, Torres nawinął obrońcę rywala. Lista naprawdę ogranicza się do kilku punktów.

Gdyby nie kolejny stały fragment i chaotyczny styl bronienia przy dośrodkowaniach rywali, Chelsea w ostatnich sześciu meczach nie straciłaby żadnej bramki. Biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno żyło się problemami jakie stwarzały Cechowi ekipy Stoke, Sunderlandu i Crystal Palace, dziś jego klubowy rekord czystych kont (209!) zdaje się być czymś nierealnym - nie tylko przez samą istotę tego osiągnięcia.

Co takiego zrobił Mourinho? Jakimi działaniami doprowadził do tego, że w dziewięciu ostatnich meczach rywale strzelili ledwie jeden raz więcej niż uczyniło to Stoke? Czy cały blok obronny gra niżej, czy lepiej funkcjonuje pressing zawodników ofensywnych?

Sugerowałbym szukanie odpowiedzi po raz kolejny w organizacji zespołu - czymś, czego wypracować nie da się na boisku treningowym, bo w świąteczno-noworocznym nawale meczów nie ma na to czasu. Za to wystarczy godzinny wykład, rozmowa indywidualna czy w grupie i przekonanie piłkarzy do celu, którym jest wygrywanie.

Po raz pierwszy w tym sezonie i zapewne tylko na moment, na jedną noc na szczycie Premier League, Chelsea wreszcie po nowym roku nie traci kilkunastu punktów do lidera, nie rozmawia o swoich szansach mistrzowskich czysto teoretycznie. Może i najlepszy napastnik ma ledwie cztery gole strzelone (w tym Southampton, Hull i Crystal Palace, a nie potęgom ligi), ale odpowiedzialność spada też na barki reszty drużyny. 

Póki co dźwigają ten ciężar, nawet jeśli wciąż brakuje gracji. Gdzieś pośród tych perfekcyjnych wyników dwa do zera, które Mourinho musi uwielbiać przez wzgląd na swój plan, minimalizm środków i zdolność do zmiany losów spotkania odpowiednimi rotacjami - czyli wszystko, co mieści się w zakresie jego pracy - brakuje jednak odpowiedzi na pytanie, którym Portugalczyk męczył nas przez ostatnie sezony. Co z tą nową, lepszą Chelsea?

Na KC Stadium był powrót nie tylko do Luiza w pomocy - wytłumaczalny, jeśli uznamy zmęczenie Mikela po podróży do i z Afryki oraz brak formy Essiena - ale i do stylu gry długą piłką na Fernando Torresa z Oscarem, który sprytnie zbierał to co akurat spadło w jego pobliżu. Gdyby nie lepiej i dynamiczniej rozgrywający akcje piłkarze w drugiej połowie, przejście na 4-3-3 i wykończenie rywala, ten wczorajszy Mourinho byłby o słaby rzut kamieniem od zeszłorocznego Beniteza.

Wydaje się, że w biurach Stamford Bridge uznano, że już w tym sezonie można ten wyścig pociągnąć do końca, nie będąc tylko biernym obserwatorem ze stresującą sytuacją tuż za podium ligowym. Ok, fajnie było w okresie przejściowym, ale może brak jest kluczowych elementów - pomocnika, napastnika, lewego obrońcy - by ten plan do końca wypełnić. Odłożony na lato (?) i do szuflady w biurku Mourinho, a odkurzona została biblia trenerska Portugalczyka.

Krok po kroku ją realizują, postęp jest namacalny. Tak jak i podpis pod projektem samego architekta. W ekspresowym tempie, w środku sezonu i przy wąskim składzie, jednak ryzyko zmiany chyba się opłaciło - czy tak samo osądzą kibice trenera po ostatnim gwizdku tego sezonu, jeśli zabraknie punktu czy nawet jednego gola?

poniedziałek, 06 stycznia 2014
Przeklęta prośba Fergusona

Były momenty, że na Old Trafford kryzys zdawał się wygaszony. Dwanaście meczów bez porażki, seria sześciu zwycięstw z rzędu, mozolna gonitwa czołówki Premier League i komfortowe wejście do fazy pucharowej w rozgrywkach europejskich z dobrym losowaniem. Cisza przed burzą?

Jednak styczeń United rozpoczęli od dwóch porażek na własnym stadionie. Wszelkie podstawy dla świętego spokoju jaki David Moyes sobie budował szybko się ulotnił i to w najgorszym możliwym momencie - na początku stycznia, gdy pytania o cele transferowe są częstsze od tych o zdrowie piłkarzy, a rany letnich "popisów" wciąż świeże. Zresztą te sprawy są nie do końca wyjaśnione - jak z De Rossim o którym Moyes powiedział, że "klub mógł złożyć za niego ofertę", choć o oficjalnym zapytaniu pisał sam piłkarz i media.

Fanów rozsierdza nie tylko brak kolejnych zwycięstw, brak stylu, woli walki i tego "czynnika United" ("czynnika Fergusona"?) - to też proste deklaracje Moyesa, jak choćby ta o małej aktywności na rynku transferowym tej zimy. Drugi garnitur okazał się słaby i wcale nie kontrolował meczu ze Swansea w takim stopniu, by Szkot nie dorzuciłby do tej puli zarzutów kolejnego zaciemnienia obrazu. 

Zresztą zauważyli to sami piłkarze, powodując kolejny dysonans - Moyes i choćby taki Fletcher, dzisiaj i tak zaskakujący lider przeciętnego zespołu, a jednocześnie twierdzący, że ci na boisku zawiedli menedżera. Prawie jakby dostrzegali jego dramat, widząc niepewność, brak pomysłu, postępu i... świeżości. I w jakikolwiek sposób chcieli go z tego odciążyć.

Bo piłkarzy Moyes nie oszuka tak łatwo jak kibiców. Wrażenia nie uratuje kilka zwycięstw z rzędu, pamięć po (ponoć!) zbyt trudnym okresie przygotowawczym pozostanie, a po raz kolejny punktem odniesienia będzie Wayne Rooney - jakby nie było kolejny z nieoczekiwanych liderów u Moyesa. Z rozbrajającą szczerością Szkot wyznał, że jego napastnik może nie rozpocząć negocjacji nowego kontraktu, jeśli United nie wejdą do przyszłorocznej Ligi Mistrzów. 

Kibice uwierzyli, bo prosił ich o to ten, który pozwolił im marzyć. To już wydaje się przedawnioną historią niosącą się echem po Old Trafford, lecz jeśli półfinał Pucharu Ligi ma dla United być odkupieniem za dwa ostatnie wyniki, to niech tylko sygnalizuje słabość pierwszych miesięcy związku Moyesa z fanami i klubem. Naprawdę łatwiej byłoby mu zacząć... inaczej niż dzięki oficjalnemu namaszczeniu Fergusona.

Więź kibica z nowym szkoleniowcem normalnie tworzy się dzięki wynikom - tymczasem nawet to 1-0 z Arsenalem nie było specjalnie heroiczne, ani wyjątkowe, ani nie dało United kopa w "nowy" sezon. Kolejne trzy mecze ligowe były remisami i porażką. Wszyscy - kibice, piłkarze i sam Moyes - myśleli, że ta więź będzie od samego początku i będzie tak mocna, że każdy kryzys przetrwa. Bo tu nie chodzi o liczbę porażek w tym sezonie - bądźmy realistami, na kłopoty się zapowiadało - ale ich styl, zatracenie charakteru, brak perspektyw i rozwoju w kierunku przypominającym o dawnym United. Albo dawało nadzieję na coś innego, ale porównywalnego.

Oceny przedwczesne? Niekoniecznie. Bo Moyesa to różni od Fergusona, że ten drugi na kryzys reagował stanowczo i ze złością. Były szkoleniowiec Evertonu po raz kolejny narzeka na brak skuteczności i kreatywności, ale lekarstwa nie znajduje w kolejnych tygodniach treningów... Jeśli już to wygląda na coraz bardziej zagubionego. 

Kibice zostali poproszeni o zaufanie Moyesowi - a raczej, jak to ujął Ferguson, ma być to ich "praca" - ale z tej przysługi pozostaje coraz mniej. Tyleż z tego jest ich frustracji, co presji na samym szkoleniowcu. Szkot uparcie powtarza, że nie jest tym, który w trudnym momencie rezygnuje czy poddaje się i chwała mu za to, lecz, przy napływie zdrowego rozsądku, i on może wkrótce stwierdzić, że przebudowa takiego składu wymaga ludzi większego kalibru - działaczy (Ed Woodward...), piłkarzy (transfery!) i może menedżera? 

Za całe porównania Fergusona z Moyesem, nikt nie powinien kupować tego o podobnej cierpliwości do wyników, którą otrzymał starszy z nich ponad ćwierć wieku temu. Rodzina Glazerów wie najlepiej co to inwestycja, jak ją rozwijać i kiedy pewna jej część po prostu przestaje się opłacać, nawet jeśli własne długi spłaca się zyskami innych.

Nie wróżąc Moyesowi rychłego potknięcia i przy szczerych życzeniach powodzenia, kibice United po kolejnych wpadkach coraz głośniej będą przeklinać prośbę Fergusona, chcąc budować zaufanie wynikami i czynami, a nie dawać od siebie coś za sam status. Może to pytanie o przyszłość dojdzie nawet do właścicieli, a moment w którym sam David Moyes je rozpatrzy, będzie oznaczał koniec pewnego etapu. Bo na rozpoczęcie tego własnego u Szkota się na razie nie zapowiada.

PS. Napisałem o Juanie Macie i mitach o jego odejściu z Chelsea. Wbrew pozorom ta sprawa nie jest taka prosta. Zresztą przeczytajcie sami.

wtorek, 31 grudnia 2013
Niebieski rok 2013

Mecz: Superpuchar Europy, Chelsea 2-2 Bayern (karne 4-5)

Co z tego, że Guardiola z Mourinho znów zaoferowali ten sam schemat meczu (posiadanie piłki vs dynamiczne kontry)? Co z tego, że Chelsea przegrała? To był jeden z najlepszych meczów tego sezonu, zwłaszcza jeśli weźmiemy okoliczności, dramaturgię, strzelane gole (kontra na 1-0 i jeszcze ten Ribery!)... Nie było lepszego. Obydwu trenerom ten mecz dał pole do popisu, perspektywę na dopiero nadchodzący sezon. Guardiola już zaczął wygrywać, wysoko wieszając poprzeczkę.

Mourinho przegrał (ponoć) przez Lukaku, zesłał go do Evertonu, Chelsea jest bez napastników, a Portugalczyk może bajdurzyć o tym, jak daleki jest jego skład od wygrywania meczów na równi z takimi potęgami jak Bayern. Czy ma rację? To chyba już pytanie na pierwszą połowę 2014 roku...

Zawodnik: Oscar

Uważajcie na niego - to tylko mylne wrażenie, że mamy do czynienia z marniejącym w oczach chucherkiem, które nie ma prawa utrzymywać się w fizycznej walce w Europie. Tymczasem to nowoczesny piłkarski terminator, wytrzymały nie do zdarcia, grający prawie sto meczów bez odpoczynku (reprezentacja, Igrzyska, Brazylia, liga, rozgrywki kontynentalne...) i tak rzadko... ginący w spotkaniach. 

On zawsze jest zauważalny, prawda? Miesza się między nogami większych, wskakuje w starcia, by piłkę odzyskać, ucieka od wślizgów zaraz po zagraniu. To współczesna dziesiątka, stawiająca na mobilność i agresję w pressingu, nieustępliwość w sprawianiu rywalom kłopotów. Tylko kiedy Mourinho przeniesie go na pozycję Lamparda?

Najgorszy mecz: Chelsea 0-1 QPR (Premier League)

Zatrważające, jak nisko zostali sprowadzeni piłkarze The Blues, jak mierny był to występ... Jasne, były szanse przed przerwą, ale z każdą upływającą minutą zespół rywali zyskiwał przekonanie, że na Stamford Bridge można coś ugrać. I nawet nie sama porażka, ale właśnie to, że zespoły pokroju QPR mogły spokojnie przyjechać i zgarnąć pełną pulę było najbardziej martwiące. Spóźnione zmiany, niechęć do zmiany formacji i katastrofalnie marnowane szanse. Końcową dramaturgię niszczyła każda próba drużyny, która, po czterech wygranych meczach (w tym 8-0 z Aston Villą) nie była w stanie przejść na połowę przeciwnika i tam wymienić trzy celne podania. Nigdy więcej!

Największe przekleństwo: Newcastle

Zespół, który składa się z trzech bardzo dobrych, dwóch dobrych i reszty przeciętnych piłkarzy jest dla Chelsea zagadką. Urywając punkty w podobny sposób na St James' Park. Widok do zapamiętania - Alan Pardew powtarzający swoim piłkarzom co mają robić, a minutę później Petr Cech wyciągający piłkę z siatki. Tak, to możliwe. Chciałbym również zgłosić Bazyleę... 

Moment: Lampard (Aston Villa 1-2 Chelsea)

Jak rzadko ogląda się piłkarzy, którzy biją takie rekordy jak pomocnik Chelsea? Anglik nie mógł wybrać sobie lepszego momentu, gdy osłabiony zespół potrzebował zwycięstwa, a on powoli dążył do swojego osiągnięcia. Doprawdy, Lampard nie mógł tego rozbić na dwa mecze, on po prostu musiał zrobić to w sposób dramatyczny. Jego radość, porównywalna do poziomu emocjonalnego jakie osiągnęło jego trafienie z Liverpoolem kilka lat temu, dała drużynie cudownej mocy na dwa ostatnie mecze. A byli oni wycieńczeni...

Absurd: Hazard vs chłopak od podawania piłek na Swansea

Wreszcie nie John Terry czy jakiś skandal rasistowski... Przykro to mówić, ale pod względem PR-u, w ostatnich kilku sezonach po prostu Chelsea nie da się lubić. Zapominając o spodobach finansowania czy kontrowersyjnych uwagach trenerów, to wydarzenie wręcz nawarstwiło ten problem. Może jednak pomogło Hazardowi, który trochę dojrzał? Mniejsza o to, że chłopaka wcale nie kopnął, że ten sprytny młodzieniec w ogóle nie powinien się tam znaleźć i tak zachować... To wydarzenie było abstrakcją, tak podobną do strzelania ze śrutu do stażystów (Ashley Cole!), oprowadzania wycieczek za dodatkową kasę (Terry), czy skandalu z udziałem Clattenburga (Ramires!).

Trener: Rafa Benitez (tak, tak!) 

Choćby bazując wyłącznie na wygranych tytułach. Mniejsza o przynajmniej tuzin wyjątkowo beznadziejnych meczów, jakie jego udziałem zdarzyły się w minionym roku, podejście do rotacji taktycznej i zmian, ale Hiszpan został dobrany do tej roboty... idealnie. Idealnie, bo w krótkim czasie naprawił to co nie działało i nie zniszczył tego, co powinno dobrze funkcjonować. Zrealizował swoje cele, odszedł i każdej ze stron wyszło to na dobre. Dlaczego nie Mourinho, jedyny kontr-kandydat? Bo on jeszcze nawet nie zdefiniował swoich celów, migając się od odpowiedzi. 

Komedia: Rafa Benitez i pomeczowy atak na Middlesbrough

Mniejsza o to, że to taktyczne działania szkoleniowca doprowadziły do niewygodnego rewanżu w środku tygodnia, który zresztą przebiegał bardzo nędznie, nudno i w stylu, który nie można było pochwalić... Hiszpan narzekał na tytuł stanowiska, które przyjął podpisując kontrakt, wiedząc na co się godzi i za co będzie mu zapłacone. Rzadko się zadarzają tak otwarte ataki pracowników klubu na swoich pracodawców i można zastanawiać się jakim cudem Roman Abramowicz, niecieprliwa bestia, zdecydował się go zachować na stanowisku. Może na tamtym etapie sezonu obydwu było wszystko jedno?

Gol: Demba Ba (vs Manchester United w Pucharze Anglii) lub Eden Hazard (vs Stoke City w Premier League)

Nie mogę się zdecydować, ale chyba jednak to pierwsze trafienie. Akrobatyka. Jeszcze wtedy myśleliśmy, że mamy napastnika!

Najgorszy: Yossi Benayoun

Sprowadzony, bo Benitez go znał i grający stanowczo zbyt wiele, jak na to co oferował. Raczej wyłącznie zapełniacz, choć w zbyt istotnej roli, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, co udało mu się zrobić pozytywnego w drugiej części poprzedniego sezonu. Dla pocieszenia, Yossi, powiem, że Marko Marin był bardzo blisko.

Największy postęp: Cesar Azpilicueta

Wzór profesjonalizmu. Wyrzucony z pierwszego składu, bo Mourinho preferuje silniejszych fizycznie bocznych obrońców (Ivanović), potem rzucony na głęboką wodę i lewą stronę, gdy Ashley Cole po prostu nie dawał sobie rady. Hiszpan spisuje się znakomicie, może jeszcze nie gwarantując wiele w ataku, ale będący miłą odmianą dla nieco chaotycznego ostatnio Serba. Więcej odwagi i będzie w ligowej (europejskiej?) czołówce.

Najlepszy wypożyczony: Patrick Bamford (rok w MK Dons, 20 goli)

Napastnik, który strzela, ale przy okazji nie narzeka. Weź to pod uwagę, Romelu, to mogłeś być ty. Może przyszłość klubu - z dużym naciskiem na pierwsze słowo...

Pierwsza połowa: Chelsea 2-1 Liverpool (Premier League 2013/2014)

Nie bierzmy pod uwagę fatalnego rozpoczęcia, bo przez czterdzieści dwie minuty tej pierwszej połowy oglądaliśmy zespół, który był najbliższy tego, co tak szumnie Mourinho nazywa swoim nowym projektem. Wysoki pressing, świetne kombinacje, spokój w defensywie... I gole. Nawet napastnik strzelił!

Druga połowa: Manchester United 2-2 Chelsea (Puchar Anglii 2012/2013)

Rewelacyjny Mikel i Hazard wprowadzeni po przerwie zagwarantowali remis po jednym z najgorszych startów do meczu na Old Trafford jaki można było zaobserwować. Tak, znów strzelali Hernandez i Rooney, ale odpowiedź była imponująca. 

Rozczarowanie: Ramires

Może faktycznie przesadzam, ale wydaje mi się, że jego sezon zdefiniował ten mecz z Bayernem na samym starcie. Od początku zbyt agresywnie w odbiorze, zbyt bojaźliwie przy piłce i w rozegraniu, coraz gorzej w dryblingu... Brakuje jego rajdów, już nie ma kombinacji, które wyprowadzają go na czystą pozycję, a proste techniczne błędy strasznie irytują. Brazylijczyk nie rozwinął się na miarę swojego talentu? Torres pośród zasłużenie nominowanych.

Transfer: Willian

Głównie wynikający z mierności innych. Schurrle błyszczał nawet rzadziej, Demba Ba nie jest na tym poziomie, Samuel Eto'o był, ale kilka lat temu, Marco Van Ginkel szybko wyleciał z kontuzją... Na koniec roku to Brazylijczyk jest najbliżej pierwszego zespołu, nawet jeśli wszyscy zgodnie uznamy, że oczekujemy więcej dobrego.

Najgorsze wspomnienie: Brentford 2-2 Chelsea (Puchar Anglii)

Mocnym rywalem był Walentynkowy mecz ze Spartą w Pradze na którym wymarzłem i do którego zmusiłem swoją drugą połówkę, ale to fartowny remis w najlepszych pucharowych rozgrywkach na świecie pozostanie tym najchętniej odrzucanym. Okropna murawa, beznadziejny mecz i desperacko nudna Chelsea... Nauczka na przyszłość, że nawet ze słabszymi trzeba się liczyć.

poniedziałek, 30 grudnia 2013
Pięć punktów pomeczowych - Che 2-1 Liv

Odbicie usprawiedliwione?

Pamiętacie, gdy Willian już podpisał kontrakt z Tottenhamem, ale do akcji wkroczyła Chelsea, a Daniel Levy uznał, że nie warto walczyć o piłkarza, któremu kupił bilet do Londynu? Ludziom Abramowicza się dostało - bo to mało profesjonalne, bo kolejny skrzydłowy, bo kolejne kilkadziesiąt milionów funtów. I pierwsze miesiące Williana w Chelsea jakby miały potwierdzać słuszność tych uwag, bo Brazylijczyk - pomimo gola z Norwich - prezentował się przeciętnie

Tymczasem mecz z Liverpoolem był jego dziesiątym w lidze i, jeśli uważnie oglądaliście, wiecie dobrze, że jego występu nie należy ograniczać do sześciu fauli. Mourinho, początkowo niezbyt przekonany do wolno adaptującego się do nowych warunków zawodnika, teraz używa go w roli pasującej do innych ofensywnych piłkarzy - Hazarda i Oscara. Cała ta trójka często wymienia się pozycjami, szuka kombinacji, ale najważniejsze jest to, że - czy z lewej, prawej, czy w środku - oferuje ten sam poziom, umiejętności i wszechstronność, kluczową również w fazie defensywnej. Willian, przykładowo, ma więcej odbiorów niż... Gary Cahill. Więcej przechwytów niż Juan Mata. Na najtrudniejszym etapie sezonu, Brazylijczyk przekonuje, że telefon wykonany do jego agenta bardzo się Chelsea opłacił...

Kto potrzebuje kontrowersji?

Mourinho. Szkoda. Może znudziły mu się komplementy, którymi obdziela Hazarda? Może nie miał ochoty rozmawiać o Luizie w środku pomocy? Może po prostu media muszą bardzo fajny mecz wynieść na jeszcze wyższy poziom dyskusji i zainteresowania? Jak z cytryną z której wyciskają cały kwaśny sok? 

U mnie wywołuje to grymas na twarzy. Wiem, że Eto'o uratowało wyłącznie to, że jego faul był pierwszym w meczu, ale już dyskusje o latającym Suarezie... Zupełnie jakby na potrzeby tego świetnego piłkarza tworzono narrację w której nie był on w gruncie rzeczy zminimalizowanym przez Chelsea zagrożeniem. Szkoda Suareza, Webba i naszego czasu.

Najważniejsza odpowiedź

Zarówno dla spotkania z Arsenalem, jak i Liverpoolem, najgorszy scenariusz przewidywał gola straconego na samym starcie. O ile w derby udało się tego uniknąć, to we wczorajszym pojedynku już w czwartej minucie Skrtel wykorzystał fakt, że żaden inny zespół nie radzi sobie tak fatalnie w bronieniu stałych fragmentów gry jak Chelsea. Jednak znacznie ważniejsze było to, co stało się później.

Piłkarze z ataku wzięli na siebie odpowiedzialność. Nie tylko wspomniany wyżej Willian, ale przede wszystkim świetny Hazard, który po świetnym meczu z Sunderlandem za bardzo wrócił do gry z poprzedniego sezonu - popisów statecznych, bez produktu końcowego, zabawy z rywalem dla... samej zabawy. Jednak wczoraj znów atakował na szybkości, w zasadzie nie podejmując złych decyzji.

Oscar? Podobnie - wymieniający pozycje, schodzący pod obronę, sprytnie wykorzystujący swoje walory w grze ofensywnej, w ścisku i pośród agresywnie grających rywali. Lampard, który przed przerwą dodawał spokoju i ubezpieczał Luiza. Zespół dojrzeje nie tylko w grze defensywnej, jak z Arsenalem, ale też w ataku, gdy jest presja wyniku. Gdyby jeszcze napastnicy strzelali tak jak powinni...

Kiedy rozsypie się robot?

John Terry, obok Petra Cecha, jest jedynym, który w lidze rozegrał każdą minutę z dotychczasowych dziewiętnastu kolejek. Wielokrotnie już powtarzano pochwały na jego temat, porównując sytuację kapitana z jego statusem "zapomnianego" u Beniteza, a nawet wpraszano go ponownie do reprezentacji Anglii. Wczoraj lepszym z pary stoperów był Cahill, ale ważniejsza była współpraca. 

To nie jest oczywiście para na lata - bo trudno oczekiwać, że Terry się nie rozsypie, że Cahill jeszcze się rozwinie (a musiałby). Zresztą kilka meczów tego sezonu pokazało, jak krucha jest ta współpraca, gdy rywal wie, jak odpowiednio wykorzystać jego słabości. Od każdego z nich Luiz ma większy talent (nie znaczy, że jest ostatnio do tej roli odpowiedniejszy, oczywiście) i właśnie w kierunku nowoczesnego stopera powinni działacze Chelsea iść. Póki co dobrze oglądać, jak Terry wrócił do bycia... sobą - może lekko wyśmiewaną, ale dumną wersją dumnie prężącego pierś robota, który zawsze podejdzie i porozmawia z arbitrem, zawsze rzuci się głową, tam gdzie inni nie wsadzą nogi, dowodząc linią w charakterystycznym geście. 

Niech ten jego sen trwa - to już wszakże sześćset spotkań w Chelsea. A w sześciu meczach z głównymi rywalami do walki o podium, Chelsea przegrała ledwie raz, tracąc trzy gole. 

Rotacja, głupcze

Benitez miał rację - bez szerokiego składu i możliwości rotowania składem nie ma szans na rywalizację na przestrzeni całego sezonu. Jeśli jednak ktokolwiek myśli, że to właśnie świąteczno-noworoczne granie pokazało siłę ławki Chelsea ten... się myli. Trudne miesiące dopiero przyjdą, gdy takich meczów jak z Liverpoolem będzie więcej. Po wczorajszym spotkaniu mówiono o potrzebie wzmocnień w kontekście składu rywali, bo ratowanie wyniku Aspasem czy Smithem wyglądało przynajmniej desperacko. Jednak patrzcie na te problemy - przed trudnym wyjazdem do Southampton, Mourinho w środku pomocy wystawić będzie musiał Essiena i Mikela. Ma tylko dwóch zdrowych stoperów. Dwóch bocznych obrońców. Na każde westchnięcie o silnej ławce rezerwowych Chelsea powinna przypadać uwaga o kruchej stabilizacji trzeciej drużyny Premier League.

Mourinho jeszcze nie był zmuszony nie tyle do rotowania, ale ratowania własnej wyjściowej jedenastki, lecz ten moment nadchodzi. Ponoć niechętnie spoglądająca na styczniowy rynek transferowy Chelsea powinna przynajmniej zachować czujność i sytuację swoich celów kontrolować... w nie mniejszym stopniu niż Liverpool.

sobota, 28 grudnia 2013
Come on, Tan FC!

Może gwizdać na swoich piłkarzy. Może domagać się więcej strzałów z własnej połowy.

Może pytać dlaczego boczni obrońcy nie strzelają więcej goli.

Może zatrudnić w roli dyrektora sportowego chłopaka, który latem malował płoty.

Może rozpisać e-maila do szkoleniowca na trzy strony i postawić mu ultimatum - odchodzisz, albo Cie wyrzucę.

Może, w pierwszym meczu po rzeczonym zwolnieniu, świętować gola dla swojej drużyny tak, jakby to jemu wiwatował cały stadion.

Vincent Tan może wszystko.

Wszystkim nam się wydawało, że są granice. Że nawet z tym wrednym, anonimowym i nerwowo reagującym Abramowiczem nie jest tak źle, gdy wydaje miliony i zwalnia trenerów. Że on sam nie wrzuci się na stanowisko trenera. Że nie wysyła w przerwie meczów karteczek ze zmianami. Że, krótko mówiąc, potrafi zachować pozory normalności.

Vincent Tan pozorów się nie trzyma. On najwyraźniej nie ma planu - prędzej marzenia, mary i pragnienia, które skaczący naokoło niego pracownicy mają spełniać. Jak w tym już legendarnym video krążącym po sieci, gdzie zatrudnieni w jego firmie ludzie śpiewają o miłości do swojego szefa i jego wielkiej dobroci. 

On ustanawia własne prawa. Zmienia barwy, może uda mu się z nazwą, nagle wszczepia w klubowe DNA smoka i kolor czerwony, a flagi Malezji na stadionie przebijają każdy z walijskich symboli. Fair play, panie Vincent - jesteś na każdym meczu, obserwujesz co się dzieje, ktoś mógłby uznać, że chciałbyś być częścią Cardiff City.

Błąd. Ty chcesz dostosować klub tak, by on - z piłkarzami, kibicami, historią, stadionem i tożsamością - stał się częścią Twojego życia. Gdzieś w centrum miasta-państwa Tan, światowej potęgi w każdej dziedzinie, musi być dumny reprezentant. Cardiff to już nie jest samodzielna metropolia, to dzielnica, kolejny powód do wdzięczności kibiców dla właściciela.

Może wkrótce każdy z piłkarzy na koszulkach - zamiast własnego nazwiska - nad numerem będzie miał nadrukowane: "Vincent Tan".

Ma on wyobraźnię. Ma on też doradców. Wiedzą, że by ktokolwiek chciał załapać się na tą unikalną współpracę potrzeba milionów w styczniowym okienku, stworzenia iluzji własnego wpływu, wyrobienia legendy efektu nowego menedżera. Jednak, Sven, Ole i inni zainteresowani, nie bądźcie zdziwieni, gdy okaże się, że nikt z Was nie pracuje dla tysięcy kibiców, że piłkarze nie grają dla tych co płacą za bilety. 

Może wkrótce każdy mecz na pięknym stadionie - zamiast przy dopingu fanów - odbywać się będzie wyłącznie na potrzeby Vincenta Tana. Jedynego obserwatora, jedynego w koszulce jedynego odpowiedniego koloru, jedynego właściwego fachowca, krytyka i opiniotwórcy. "C'mon Tan City", wykrzyknie spiker po strzelonym golu.

***

Prośba o postawienie się w roli kibiców Cardiff City jest bezzasadna. Pewnie większość z nich jest już pogodzona z tym co się dzieje, ograniczająca się do krótkich wylewów frustracji, które są przerywnikami milczącej depresji. Nikt nie chciałby być w ich skórze - co tydzień idąc na stadion dokonywać wyboru. 

Czy powiedzieć sobie dość i ukochany klub opuścić, gdy z ukochanego klubu robi się kolejne trofeum w gablocie właściciela? Czy iść i protestować głośno, ryzykując wyrzucenie ze stadionu, odebranie drogiego biletu? Czy pogodzenie się z losem kosztem oglądania świetnych piłkarzy w jednej z najlepszych lig na świecie?

Wzdrygamy się wszyscy na samą myśl. Teraz jest kolejny powód do depresji dla kibiców City - przez tak długi czas Malky Mackay zdawał się być jedynym pozostałym w klubie pracownikiem, którego zmysły nie opuściły, który robił swoje ignorując notorycznie upominającego go właściciela. I robił wyniki, gwarantując sobie kruchy rozejm, podejrzliwe zaufanie i jeszcze bardziej czujne spojrzenie na swoich plecach. W Tan City nikt nie może być większy od jedynego właściwego wodza-prezesa. 

Vincent Tan mógł na to nie pozwolić. Inaczej - on nie mógł na to pozwolić. Nawet jeśli całkiem absurdalnym i dobijającym, to on właśnie musi być mitem z Leckwith Road.

Vincent Tan, on może wszystko.

 

***

 

Nie, nie może. Nie obroni strzału w 96. minucie meczu, nie strzeli jednej z kilku doskonałych sytuacji, nie przyzna karnego, nie popełni błędu przy dośrodkowaniu. Nie wygra z futbolem. I jest jakaś sprawiedliwość w tym, że nawet słabiutki Sunderland ratuje remis z dużo lepiej dysponowanym rywalem, na przekór "efektu Tana", który właśnie zwolnił uwielbianego i świetnego trenera, a zwycięstwo tylko utwierdziłoby go w przekonaniu o własnej doskonałości. Może ten jeden remis nie zachwieje tego samouwielbienia, ale każdy kolejny stracony punkt, przyczynek do chaosu i marszu w dół tabeli to potencjalne katharsis dla Cardiff City.

Już nie Tan City.

Futbol, jak już w przypadku innych problemów, okaże się najlepszym lekarstwem na takie wybryki. Jak w sprawnym organizmie, choć przy innych ustrojstwach też w natarciu, czegoś się po prostu pozbędzie.

niedziela, 22 grudnia 2013
Levy i jego tarcza

Wyobraźcie sobie, że kiedyś futbol na Wyspach nie polegał na panowaniu na boisku, dominacji siłowej, kontroli wydarzeń. To był chaos, a główne założenie trenerów polegało na stworzeniu czegoś właśnie z przypadkowości kolejnych ruchów - czy to dalekich zagrań pod pole karne rywala, czy wygraniu fizycznej walki w strefie środkowej. Krótko mówiąc - dążono do tego, by z chaosu wynikała kontrola (wyniku). Dziś nikt nie chce, by z kontroli wyniknął chaos.

W Tottenhamie sytuację doprowadzono do skrajnego absurdu. Andre Villas-Boas chciał, by jego zespół kontrolował sytuację na boisku, dominował w posiadaniu piłki i rozklepywał rywali w schematach ruchu pomocników oraz (jedynego) napastnika. Jakikolwiek chaos miał tłamsić wysoki pressing, albo przynajmniej ograniczenie pola gry rywalowi w wyniku których oddawał on futbolówkę drużynie Portugalczyka. Tak to przynajmniej miało wyglądać w teorii.

Jak wyszło naprawdę w tym sezonie wszyscy dobrze wiemy. W całym zamieszaniu z najpierw podważaniem pozycji Villasa-Boasa, a później zwalnianiem go chyba najciekawszą (medialną) sugestią była ta o zarządzie Tottenhamu, który w rozmowach z wciąż zatrudnionym szkoleniowcem chciał go przekonać do gry dwoma napastnikami. Oto przecież najprostsze (i najczęściej wyszydzane) rozwiązanie wszelkich problemów w ataku - zwiększenie liczby snajperów. Tim Sherwood, ponieważ z AVB rozmawiał rzadko lub w ogóle, słuchał tych rad jakby czując, że jego szansa przyjdzie - tak by wiedzieć co robić.

Widzicie, w Anglii niewielu młodych szkoleniowców dostaje szansę przebicia się na samym starcie już w najlepszej klasie rozgrywkowej. Najczęściej jest to właśnie przez niespodziewane i tymczasowe przejęcie sterów po i przed kolejnym szkoleniowcy z kontynentu - dwa, trzy mecze, powrót do rezerw/akademii, ciężka praca z juniorami, później praca w niższej lidze i rotacja na poziomach dwa do cztery...

Tim Sherwood ma jasno określone ambicje. Chce być menedżerem Tottenhamu i to nie tylko na okres świąteczno-noworoczny, do końca sezonu czy pierwszej wpadki. Jednak ważniejsze jest to, że Tim Sherwood potrafi słuchać innych, wie czyje opinie są istotne i wpływają na decyzje ważnych osób. Mówił też: "Wiem czego chcą kibice, wiem czego potrzebuje drużyna". Zbyt odważnie? Niekoniecznie zrzucajcie to na jego charakter, ale bardziej zdolność obserwacji tego, jak wprowadzają się inni - zwłaszcza bezczelni obcokrajowcy z Portugalii...

Jeśli można skojarzyć najczęściej używane określenie dla pierwszych kilku dni pracy Sherwooda z pierwszym zespołem Tottenhamu, to zdecydowanie lideruje to o "uwolnieniu drużyny", zupełnie jakby Andre Villas-Boas swoich piłkarzy skuł łańcuchem czy w magiczny sposób odebrał im wszystkie atuty w grze ofensywnej. I to było najłatwiejsze do nadrobienia.

Wystarczyło grę otworzyć. Odrzucić chęć dominacji, oddać wpływ piłkarzom, nie systemowi - to właśnie zbytnie przywiązanie do jednego konkretnego miało być powodem do zwolnienia AVB. Do tego stopnia, że Gary Lineker określal Portugalczyka mianem słabego taktyka... 

Faktycznie, gra ofensywna Tottenhamu wygląda lepiej. Jednak już wcześniej zespół oddawał dużo strzałów (trzeci pod tym względem w lidze), kwestia była wrażenia. Dwóm napastnikom łatwiej zaistnieć niż jednemu - zwłaszcza, gdy ten drugi ma znów tak wiele do udowodnienia. Biorąc pod uwagę jakość indywidualności, którymi teraz Sherwood zarządza, Tottenham wciąż góruje nad... no właśnie, nad takim Southampton choćby.

Można się więc spierać, czy po dwóch meczach jest wystarczająco powodów, by sądzić, że Sherwood sobie poradzi - albo czy Tottenham wytrzyma tak radosną i chaotyczną walkę w środku pola - ale w dłuższym wymiarze ważniejsze pytanie jest to czy tymczasowy szkoleniowiec zdoła cokolwiek naprawić. Może nie dostać czasu (chociaż Levy do zmiany nie był kompletnie przygotowany, więc poszukiwania wciąż trwają), ale może też przed kluczowym styczniem (United, Arsenal, City) stworzyć zespół zbyt wrażliwy na starcia z najlepszymi w kraju.

Tak więc Hugo Lloris nadal jest narażony na to, że rywale będą wykorzystywać jego chęć do opuszczania własnej linii bramkowej. Michael Dawson nadal łatwo jest wyprowadzany w pole przez napastników. Moussa Dembele zbyt długo przetrzymuje piłkę w środku pola. Danny Rose i Kyle Walker kiepsko się ustawiają. Erik Lamela jest w składzie, ale nikt z nim samym na czele nie ma pojęcia co i jak może właściwie drużynie dać. Roberto Soldado pozostaje męcząco nieskuteczny.

Tim Sherwood nie rozwiązał i pewnie nie rozwiąże tych problemów. On, w gruncie rzeczy, zrzucił na nich odpowiedzialność za te najbliższe spotkania, chociaż dla fanów Tottenhamu pewnie lepiej byłoby, gdyby robił to ustawiając ich inaczej niż w mniej lub bardziej tradycyjnym wydaniu 4-4-2. Może grają bardziej agresywnie (dziś prawie 8 fauli więcej niż ich sezonowa średnia). Raz jeszcze należy więc wrócić do kwestii jakości - Adebayor może nie gra zbyt wiele, ale prędzej on wykorzysta prezenty obrony rywala ("To były prezenty od Mikołaja", mówił dziś Mauricio Pochettino), niż taki Jay Rodriguez. Z chaosu wyłania się więcej klarownych sytuacji, to oczywiste.

Tak więc Tim Sherwood wygląda jak przybysz z przeszłości. Menedżer młody, ale jakby działający wedle najbardziej banalnych kliszy, które pamiętamy z pierwszej dekady po powstaniu Premier League. Nie tylko pod względem preferowanej taktyki i radosnego podejścia do meczu (w ostatnich minutach, przy 3-2, zmienia napastnika wprowadzając... kolejnego), ale też stylu bycia. Energicznie skaczący przy linii bocznej, głośny i jasno określający własne wymagania, obietnice i ambicje... To jest taka trochę młodsza wersja Harry'ego Redknappa, może też blisko mu do Glenna Hoddle'a, który po dłuższym czasie bez pracy zasadza się na pełny kontrakt w Tottenhamie. Nawet jego porównania - o Adebayorze: "zagrał jak detektyw Gadget" - są jakby wyjęte z lat dziewięćdziesiątych...

Daniel Levy może i na szybko uzyskał pewne rozwiązanie problemów Tottenhamu - nawet jeśli zespół odpadł z Pucharu Ligi, a zwycięstwo nad Southampton było szczęśliwe (najsłabszy mecz gospodarzy w tym sezonie?). To wyjście tymczasowe może jednak gwarantować problemy, choćby przy ambicjach Sherwooda, które mogą wpłynąć na jego komunikację z prawdziwym następcą. Do tego radosna taktyka menedżera raczej nie podniesie wyników na poziom walki o Ligę Mistrzów, ani nie poprawi sytuacji nowych piłkarzy - dziś zdecydował się on na wpuszczenie juniora, zamiast jednego z kilku zakupionych latem gwiazdorów

Może więc Daniel Levy, przebiegły choć też niezbyt cierpliwy prezes klubu, Tima Sherwooda traktuje jako doskonały... temat zastępczy. Bo Tottenham to nie jest klub kryzysu - blisko czołówki, wciąż z szansami na awans i z kilkoma świetnymi piłkarzami. To jest klub, który chce uniknąć dyskusji o faktycznym problemie w swoich strukturach i przy procesach decyzyjnych, a więc zasłania się tarczą - pechem Sherwooda jest to, że on z tego raczej nie zdaje sobie sprawy... A wkrótce może okazać się celem tak łatwym, jak to jego 4-4-2.

środa, 18 grudnia 2013
Liga Mistrzów, 4-4-2 i Portugalczycy

Wiecie już pewnie, że ten blog nie jest moją jedyną aktywnością, a że od początku tygodnia trochę się naprodukowałem, małe podsumowanie - choćby dla Was, byście mogli wybrać "swoją" tematykę. 

***

Chociaż pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów dopiero za dwa miesiące, dotychczasowa forma drużyn w rozgrywkach krajowych i europejskich daje podstawy do dyskusji nad najciekawszymi starciami. Gdzie Arsenal powinien szukać swoich szans? Czy powrót Drogby będzie dla Chelsea bolesny? Jak Atletico rozbije defensywę Milanu? Dlaczego City może wyeliminować Barcelonę?

O taktyczno-personalnych bitwach, które czekają na nas już w lutym, napisałem TUTAJ.

***

Dwa szokujące zwolnienia tuż przed najtrudniejszą fazą sezonu Premier League udowadniają, że to nie menedżerowie nie potrafią zapanować nad swoimi nerwami, ale ich szefowie. Zarówno Steve Clarke, jak i Andre Villas-Boas odeszli, gdy ich praca wciąż rokowała i dawała nadzieję - pomimo wyraźnych sygnałów o problemach.

Steve Clarke i Andre Villas-Boas a kontynentalny model zarządzania klubem i krytyka angielskich drużyn? Znajdziecie to TUTAJ.

***

- Nie ma niczego, co prawdziwe 4-4-2 może powstrzymać - mówił kilka lat temu Jose Mourinho o wymieraniu jednego z najważniejszych i do niedawna najczęściej używanych ustawień w międzynarodowym futbolu. Portugalczyk odnosił się do starcia tej taktyki z bardziej współczesnymi odmianami, 4-3-3 czy 4-2-3-1, które polegają na posiadaniu trzech piłkarzy w środku pola i korzystaniu z liczebnej przewagi w tej strefie. Ostatnio tak wygrywa się tytuły.

O ożywianiu piłkarskiego trupa, czy raczej reinkarnacji 4-4-2 napisałem TUTAJ, na przykładzie Manchesteru City.

***

Nie odbierając nic Sunderlandowi, który w dogrywce po Chelsea się po prostu przebiegł, ich nie powinno się do szansy na wygranie tego meczu nawet dopuścić. Czy to dośrodkowanie z rzutu rożnego, czy, jak się później okazało, prosta akcja środkiem pola, która udała się dzięki wyłączeniu koncentracji, czujności i... umiejętności.

O Mourinho i tym jak pęka jego ewolucja przeczytacie... post niżej. Dla lubiących klikać: TUTAJ. 

Bolesny krok wstecz

Nie odbierając nic Sunderlandowi, który w dogrywce po Chelsea się po prostu przebiegł, ich nie powinno się do szansy na wygranie tego meczu nawet dopuścić. Czy to dośrodkowanie z rzutu rożnego, czy, jak się później okazało, prosta akcja środkiem pola, która udała się dzięki wyłączeniu koncentracji, czujności i... umiejętności.

Mourinho wiedział. On już nie tyle błaga o napastnika, ale też mecz świętego spokoju, dziewięćdziesiąt minut bezbłędności nawet jeśli oznacza ona przeciętne 1-0. Jego wiara jest oparta na tym, że w końcu wypali... wszystko - od akcji skrzydłowych, przez kreatywność "dziesiątki", do skuteczności snajpera. On, jak my wszyscy, sam siebie oszukuje.

Bo nie da się uwierzyć, że jego Chelsea przechodzi jakąkolwiek zmianę. Te rewolucje, owszem, kosztują dużo zdrowia oraz cierpliwości, ale przede wszystkim od czasu do czasu pokazują zajawkę pełnej funkcjonalności i wizji szkoleniowca. Przyjrzyjcie się lepiej temu projektowi i ujrzycie przeciętność z przebłyskami indywidualności, przemieszaną głównie fatalnymi błędami i... śmiertelnością.

Nikt nie oczekiwał cudów, a Mourinho głowy studzi od kilku dobrych tygodni, chociaż jego zespół przecież w poniedziałek może na święta zostać liderem Premier League. Jakżeż absurdalnie wyglądałaby reszta ligi, gdyby przy ich (dużo ładniejszej) grze musiała oglądać plecy Chelsea?

To się nie stanie, spokojnie. Bo ostatnie czego Chelsea potrzebuje to wywindowanie jej na "jazdę obowiązkową" tego sezonu - chociaż tak ja, jak i autor tego powiedzonka (Michał Okoński) doskonale zdajemy sobie sprawę z potencjału drużyny. Błędem byłoby jednak postrzeganie tego kolektywu przez wzgląd na indywidualności.

Niektórzy na obecnym stylu i wynikach opierają swoją nadzieję - skoro grając przeciętnie jesteśmy u szczytu, to co będzie się działo u pełni możliwości? - ale ja widzę w tym prawdziwe rozpoznanie choroby Chelsea. Nawrzucanie skrzydłowych wcale nie skończyło się dla nich samych tragicznie, jak przewidywano i to pomimo narzekań De Bruyne, jednak zespół obnażyło z balansu, dyscypliny i wielu innych umiejętności potrzebnych do rywalizacji na samym czele.

Niektórzy odnajdują się w porównywaniach obecnej Chelsea do tej z pierwszej kadencji Mourinho, zwłaszcza pod względem gry obronnej, ale lepiej spojrzeć na to jak wiele dzieliło zespół od mistrzostwa w dwóch poprzednich sezonach. To była przepaść jak na możliwości tamtych zespołów kolejno Villasa-Boasa, Di Matteo i Beniteza. 

Czas skończyć z definiowaniem tego sezonu jako przejściowego. Bo tu nie o przejście chodzi - Chelsea musi od nowa wspiąć się na szczyt i być na nim na samym końcu, a nie w środku sezonu. Musi się tego nauczyć. 

I krwawi straszliwie, a kolejne ciosy zadają piłkarze tacy jak Chamakh, Ki Sung-Yeung, Stephen Ireland czy Phil Bardsley. Najbardziej trafiają one w Mourinho i nie mam tu na myśli medialnych doniesień o braku cierpliwości Abramowicza. Jak wiemy, ego Portugalczyka jest sprawą sięgającą wyższych stanów znaczenia niż same takie plotki czy nawet niezadowolenie Rosjanina.

Mourinho nie jest do tego przyzwyczajony. Do tworzenia zespołu, który jest tak wrażliwy na każdy mikro kryzys, który przychodzi w trakcie meczu. Do prowadzenia drużyny tak niedoskonałej w trzymaniu się wyznaczonych zasad. Do tłumaczenia się z braków kadrowych i wad piłkarzy. 

Wyraz jego twarzy z ostatnich dwóch miesięcy to nieustanne wkurzenie, złość, grymas niezadowolenia z obserwowanego stanu rzeczy, a czasem też niedowierzanie z naiwności prowadzonego przezeń zespołu. I czasem, gdzieś spomiędzy wybuchów emocji, wysnuwa się pytanie, czy on to potrafi naprawić?

Szczerze - po pierwszych niepowodzeniach z września spodziewałem się, że już do tego etapu sezonu Mourinho pęknie i wróci do pierwszych stron swojej trenerskiej biblii. Nic z tych rzeczy. On uparcie trzyma się planu, który jest niczym innym jak zaprzeczeniem jego trenerskiej osobowości. Chce zaryzykować? Wpaść w łaski właściciela? Wpisać się w pamięć trochę mniej reakcyjnym futbolem?

Zgadujcie, ja też nie wiem. Możliwe, że on sam robi to, by pokazać Abramowiczowi jak mało wiedzą o futbolu jego ludzie w klubie, choćby po ostatnich dwóch-trzech latach transferów. Może chce wymusić kolejne transfery? Może w tym okresie przejściowym faktycznie zespół musi zrobić krok w tył - potknąć się o takie Sunderlandy (znów: bez urazy) i tym podobne - by potem efektownym skokiem ustabilizować się na absolutnym czele? Jeśli tak to może nawet nie jesteśmy w połowie tego procesu cofania się, a granicę ruchu może wyznaczać cierpliwość Abramowicza lub prawdziwość jego "związku" z Mourinho. 

Przygotować się na gorsze? Może na bardziej frustrujące. W rzeczy samej, nie da się przecież bronić gorzej lub komiczniej od tego jak zachowywała się defensywa przy obydwu golach Sunderlandu...

środa, 11 grudnia 2013
Płaskowyż Younga

Ja go dobrze pamiętam. Jak imponował. Jak czekał przy linii bocznej, dostawał podanie i, w lekko zgarbionej sylwetce, ruszał na przeciwnika. Przeskakiwał, omijał, obiegał, wyprzedzał, uciekał, podawał lub sam strzelał. Niektórzy porównywali do najlepszych, mówili o podobieństwie w stylu gry i zagrożeniu jakie stwarzał. To krycie jego podwajali przeciwnicy, to jego skrzydło starali się zamknąć. I wtedy on przenosił się na drugie, terroryzując kolejnych obrońców dośrodkowaniami, rajdami i zwodami. Tego Ashleya Younga znaliśmy wszyscy.

I jest też ten "nowy" Ashley Young. W 2013 jeszcze bez asysty w meczu ligowym czy na kontynencie. Bez gola w ostatnich dwóch sezonach - ostatni raz do siatki trafił w kwietniu 2012 roku. W swojej karierze na Old Trafford zaliczyl niewiele więcej (dokładnie - 3) kluczowych podań niż w swoim najlepszym sezonie w Aston Villa. 

Czy jego występ z Szachtarem cokolwiek wyróżniało? Zmarnował dwie sytuacje, dośrodkowania nie dolatywały do jego kolegów, dryblingi mu nie wychodziły. Jeśli jednak wskazać aspekt najgorszy to współpraca z Buttnerem na pewno była bez konkurencji. Nic dziwnego, że David Moyes zdecydował się na zdjęcie go z boiska po godzinie gry - a to jak wyglądał Manchester United bo wejściu Kagawy na lewe skrzydło i jakie dało to efekty mówi jeszcze więcej o pozycji Younga w Manchesterze.

To może być jedna z największych zagadek zarówno dla Fergusona, jak i Moyesa - głównie dlatego, że piłkarze grający na pozycji Younga to osoby kluczowe w ich systemie. Wszystko co robił w Aston Villa - włącznie z grą w środku pola - w teorii pasuje do szkockich taktyków. Oczywiste ograniczenia talentu Younga wcale nie wyjaśniają tego spadku jakości - zwłaszcza, że pierwszy sezon w Manchesterze miał dobry, a umiejętnościami taki Nani czy Valencia wcale nie byli znacznie wyżej od Anglika. 

I jest też wiek Younga. Od dwóch sezonów on powinien być w absolutnie szczytowym momencie swojej kariery, nawet przy urazach, które go nie opuszczały. Budując na dynamicznym rozwoju w Birmingham, Manchester miał w zasadzie zaoferować wyłącznie wyższą platformę na której wszystkie boiskowe poczynania skrzydłowego także przynosiłyby efekty. Przy takich napastnikach United, świetnych w powietrzu i przy dośrodkowaniach, trudno szukać winy po ich stronie, a nie w piłkach zagrywanych przez Younga. W tym sezonie Ligi Mistrzów i Premier League, skrzydłowemu udały się ledwie 3 z 34 prób.

Patrząc na wczorajszy mecz tę różnicę dało się dostrzec. Chociaż Young próbował ile mógł, wykonywał właściwe ruchy bez piłki (prowadzące do dwóch klarownych sytuacji), problem zaczynał się wraz z podaniem, które do niego dolatywało. Jakby przeszywał go prąd, paraliżował go strach czy łapała go trema. O ile nie kupuję tego, że Young nie radzi sobie z presją (bo pierwszy sezon miał niezły), to przyjąłbym wersję o utracie wiary w sens ponownego udowadniania własnej wartości. 

Ashley Young jakby się już pogodził z tym, że on w United nie zaistnieje, że jego ratunkiem jest ucieczka na poziom, gdzie kiedyś już mu szło. Może zorientował się, że tak naprawdę jego kariera nie ma jednego szczytu, ale po wdrapaniu się na pewien poziom - ten z Aston Villa - znalazł się na płaskowyżu i w górę już nie ruszy. To też mógł być jeden z większych błędów Fergusona, nieumiejętne ocenienie potencjału piłkarza, przeszacowanie możliwości, które on i jego sztab chcieli rozwinąć i dostosować do standardów Manchesteru United.

Jednak ponad wszystko Ashley Young oferuje smutną lekcję dla angielskiego futbolu. Kiedyś elektryzujący talent, młodzieżowiec o wielkich aspiracjach i równający umiejętnościami, boiskową wyobraźnią do najlepszych, teraz za każdym razem pokazuje, jak nie przystaje do najwyższego poziomu w lidze. Tymczasem wciąż jest w kadrze, to zaufanie selekcjonera wcale się nie wyczerpało, a kolejne dramatyczne występy (jak ten z Szachtarem) nie spotykają się z porównywalną krytyką do jego klubowych kolegów - właśnie wspomnianego Naniego czy Valencii. 

I może on mieć najlepszą robotę pod słońcem, trwając do momentu oferty, która zostanie z ulgą przyjęta przez United. Nikt nie oczekuje już goli, asyst czy udanych dryblingów - wszystko co przyjdzie będzie niespodzianką, czymś ekstra i podbiciem drastycznie malejącej kwoty, którą Manchester będzie mógł za niego zażądać. Young z płaskowyżu swoich umiejętności jeszcze nas zaskoczy, bo kariery jeszcze mu kilka lat zostało, a pewnie i na koniec ktoś uzna, że była to przygoda nader udana. Kogoś z Was też oszuka?

wtorek, 10 grudnia 2013
Nowy menedżer od zaraz?

A może lepiej porządnego trenera, nie menedżera? Ile razy słyszeliście o tym, że klub potrzebuje nowego szkoleniowca do ratowania dramatycznej sytuacji w tabeli, niezależnie od etapu sezonu? Stąd zresztą wzięło się wyjątkowo nędzne i nielubiane przeze mnie określenie "strażaków" dla niektórych szkoleniowców - głównie takich, co poza motywacyjną gadaniną niewiele więcej oferują, słynąc jedynie z kilku tymczasowych akcji, a nie długoterminowych planów. Stąd spoglądam na trójkę szkoleniowców, którzy w Anglii wkroczyli na niepewny grunt i... poradzili sobie w zupełnie inny sposób. Czy zredefiniowali "efekt nowego menedżera" na dobre? Czytajcie TUTAJ.