środa, 26 lutego 2014
Anglii respekt dla Europy

Duma futbolowych anglofilów urażona, pięć czołowych zespołów nie było w stanie zdobyć nawet jednej bramki. Już podnoszą się głosy o ratowaniu honoru przez Chelsea, która przecież potyka się na niełatwym terenie w Stambule. Już trwają bezsensowne, bezowocne i po prostu nudne debaty o wyższości jednej czy drugiej ligi.

Oczywiście można poddać się tej narracji. Można zdecydować się na zabranie głosu, ale pamiętając o kontekście - trudnym losowaniu, skomplikowanych okolicznościach (czerwone kartki Demichelisa i Szczęsnego), braku szczęścia (kilka sytuacji "angielskiej" Swansea). 

Jednak największy problem wcale nie leżał w tym, że zdarzyły się porażki z Bayernem czy Barceloną, że Tottenham odpuścił sobie mecz w Dniepropietrowsku, byle tylko wypocząć na ligę (nie wypoczął), że Swansea była dynamiczna, ale też nieskuteczna (i pewnie przez to odpadnie). 

Patrzcie - te wszystkie drużyny w każde ligowe spotkanie wchodzą jak po swoje. Aplikując swój styl, nie zaprzeczając własnemu charakterowi i stawiając wszystko na jedną kartę. Może ktoś powie, że liga pozwala na takie ryzyko, brak kalkulacji, a w Europie grają zbyt uznane firmy... Tylko ciężko mi w to uwierzyć - że Yaya Toure gaśnie przy Sergio Busquecie, że Arsenal nie jest w stanie raz wyprowadzić składnie akcji, pomimo gry w dziesiątkę z najlepszym zespołem na świecie. 

Nie wierzę też, że Manchester United od Pireusu pojechał z przekonaniem, że porażka może się zdarzyć, bo - jak wyjaśniał David Moyes na pomeczowej konferencji - gospodarze mają świetny bilans. Więc wyszli ostrożniejsi niż zwykle, z poważnymi minami, powoli rozpracowując czy ten teren faktycznie jest taki ciężki. - Nie weszli dobrze w spotkanie - powiedział o piłkarzach Moyesa komentator jakoś w okolicach pierwszej bramki. 

Liga Mistrzów wcale nie uciekła Manchesterom, Arsenalowi czy Chelsea, tak samo jak Liga Europy nie przerasta Tottenhamu czy Swansea. To raczej efekt ostatniego sezonu, gdy ta różnica została brutalnie wyznaczona - City nie wyszli z grupy, Chelsea dostało się ledwie trzecie miejsce, Real ograł United, Arsenal dostał lekcję od Bayernu.

Wiem, tu też trzeba postawić kontekst. Że Arsenal wygrał w rewanżu, że City miało trudną grupę, że na United źle wpłynęło wyrzucenie Naniego. To jeszcze raz - to własna opinia, której będę bronił niezależnie od tych okoliczności. Anglia nie tyle lęka się Europy. Ona nabrała respektu.

Rosną w siłę Hiszpanie, objawili się Niemcy, dołączył ktoś z Francji - i choć angielskie kluby nie mają gorszych piłkarzy to nagle uświadomiły sobie ryzyko gry na własnych warunkach. Minimalizm? Pragmatyzm? Korzystajcie z określeń do woli, dla mnie to raczej sygnał, że trenerzy nowi (Moyes, Pellegrini, Mourinho) lub zmieniający się (wcale nie tak delikatnie pod kątem stylu gry u Wengera) nie są tak przekonani do skuteczności swoich działań jak Martino w Barcelonie, Ancelotti w Realu, Blanc w Paryżu, Guardiola w Monachium.

To może być tymczasowe. Wręcz zakładałbym, że każdy z tych menedżerów jest na tyle inteligentny, że odpowiednie wnioski z większej lub mniejszej klapy wyciągnie. Jednak samemu będąc anglofilem i raczej niechętnie włączając się do dyskusji o rywalizacji lig szukam najważniejszego aspektu do poprawy dla obecnie reprezentujących Anglię klubów. I właśnie w respekcie do rywala to znajduję.

I tak Pellegrini zbyt wiele defensywnych zadań zrzucił na Toure czy Fernandinho, jeszcze Kolarowa z Clichym zestawiając. Arsenal grając w dziesiątkę w zasadzie chciał wyłącznie kontrolować skalę zniszczeń, zamiast naprawdę cokolwiek z własnej puli talentu wykorzystać. David Moyes np. oszczędzał Adnana Januzaja, chociaż Young czy Valencia to, no właśnie, dawno zgrane płyty. I to tylko początek listy wstydu Szkota.

Los się musi odmienić? Pewnie tak, wkrótce znów doczekamy angielskich przedstawicieli w półfinałach czy finałach. Futbol nie znosi próżni, a ambitni i patrzący na skalę globalną dyrektorzy, prezesi i właściciela także nie pozwolą Hiszpanii czy Niemcom na zagarnięcie europejskiej strefy. To może wyłącznie kwestia nastawienia, może konkretnych planów, może wymienionego jednego czy drugiego kontekstu dla danego zdarzenia - ale nie może przejść w mentalność. Dopiero jak to się stanie będzie można się obawiać o pozycję Premier League w tym wyścigu.

sobota, 15 lutego 2014
Porozmawiajmy o kontraktach

Zastanawiając się jakich gierek psychologicznych musiałby użyć Jose Mourinho, by usprawiedliwić wybitnie przeciętną, a momentami nawet kiepską postawę przeciwko City, umknąłby nam ważny aspekt rywalizacji Chelsea w obecnym sezonie. Otóż rozmawiając z mediami przed sobotnim spotkaniem Portugalczyk wspomniał, że tęskni - nie, nie za kolacjami z Arsene Wengerem, ale możliwością wystawienia Johna Terry'ego na środku obrony. I w gronie "The Blues" nie jest osamotniony.

Spójrzcie na Gary'ego Cahilla - ten na Etihad przypominał Jamiego Redknappa Carraghera, który w jednym z pierwszych programów "Monday Night Football" w tym sezonie do znudzenia powtarzał, że z takim Davidem Luizem nie chciałby grać na środku obrony. Dla Brazylijczyka o wytłumaczenia trudniej, bo na wpół zdrowy Anglik przynajmniej ratował lub starał się ratować beznadziejne sytuacje, gdy jego kolega preferował pytać asystenta sędziego o pozycję spaloną rywala. Może i przy bramce Nasriego miał rację, ale - niech zaboli go ta klisza - gra się do gwizdka. 

W Luiza można by uderzać jeszcze godzinami, ale co istotniejsze to Gary Cahill pokazał, że jako obrońca wciąż nie jest produktem skończonym. Co więcej, chociaż stara się kopiować obecnego kapitana jak tylko może, wciąż odbiega od gry Terry'ego. Może z tego względu, że na razie stara się za kolegę nadrabiać, ratując jego niedostatki w szybkości i zwrotności, ale nie będąc tym od czytania gry i dyrygowania drużyną. I dokładnie tego brakowało Chelsea w sobotę do dorównania postawą tej sprzed dwóch tygodni.

- Tęsknię za nim - wyznał więc Mourinho, może lekko zrezygnowany lub przewidujący trudne popołudnie w Manchesterze. Wedle angielskich mediów niczym wahadło zmienia się stanowisko klubu wobec nowego kontraktu dla Terry'ego, który raz jest bliski rocznej umowy, a raz odchodzi do Turcji lub Stanów Zjednoczonych. Wydaje się, że po takim meczu szala tym razem przechyli się na korzyść podania mu pod nos dowolnej umowy - choćby z tego względu, by trzymać się narracji Mourinho.

Ten mówił wielokrotnie, że to następny sezon ma być dla Chelsea kluczowy w rywalizacji o tytuł mistrzowski. Nie oszukujmy się - we współpracy Cahilla z Luizem musiałoby dojść do jakiejś niespodziewanej rewolucji, może powiązanej ściśle z długą rozmową z Brazylijczykiem na temat odpowiedzialności i taktyki, by dało to efekty. Przecież nikt nie oszukuje się, że zakupiony zimą Zouma wejdzie marszem do pierwszego składu i spełni wszystkie wymagania ligowe, gdy okazjonalnie miewa problemy z tym samym w Ligue 1. Odpowiedzią nie jest też Czech Tomas Kalas, ale to pewnie już doskonale wiecie.

Pierwsza porażka Mourinho w Pucharze Anglii różnicą większą niż jednej bramki była poniekąd też odpowiedzią na inne decyzje kontraktowe. Skoro Ashley Cole, przy niemałym kryzysie personalnym w defensywie, nie jest wystawiany by Ivanović mógł zagrać w środku, oznacza to jego nikłą przydatność. Świetnie ten problem opisuje Jonathan Wilson, lecz zdaje się, że jest to problem wyłącznie Roya Hodgsona. A nawet nie jego, jeśli najbliższy sparing z Danią okaże się promocją Leightona Bainesa. 

Frank Lampard ma się lepiej - niewiele, ale jednak. Może z tego względu, że postawa Mikela nie napawała optymizmem, a ta współpraca z Maticiem w niczym nie przypominała skutecznością tej sprzed dwóch tygodni. Dla kluczowych pozycji to porównanie będzie nieodzowne, a angielski pomocnik wciąż może zaoferować coś więcej niż Nigeryjczyk. Lepszą grę do przodu, także dowodzenie zespołem, nawet jeśli kosztem gry defensywnej. 

Pod wieloma względami najbliższe tygodnie będą decydujące - dla całej Chelsea, bo pokaże gdzie jest w Europie i w Anglii (przegrana z City przegraną - można powiedzieć, że różnicę na boisku wskazał też ich odpoczynek w środku tygodnia), ale też tych na skraju kontraktu. Terry wydaje się, że tym sezonem wywalczył sobie prawo do pozostania na Stamford Bridge. Dzisiaj zobaczyliśmy, jak nawet w przeciągu tygodnia cały zespół może za nim zatęsknić.

środa, 12 lutego 2014
Uciekając od presji

Jak żaden inny zespół w angielskiej lidze, West Brom potrafi sprowadzić Chelsea do poziomu murawy. Zwalniając dwóch poprzednich menedżerów zatrudnionych na pełen etat (sorry, Rafa), teraz odebrał Mourinho cztery punkty, gdy tak naprawdę powinien ich zgarnąć pięć. 

Jednak to w ten wtorkowy wieczór na The Hawtorns, przepraszam za wyrażenie, West Brom oddzielił źrebię od koni. Więcej razy w tym sezonie widziałem Arsenal "zabijający" podobne spotkania (ostatnio: Newcastle, Cardiff, Fulham, Crystal Palace), albo Manchester City zgniatający rywali zanim ci zdążyli zaplanować zmasowany atak na ostatnie trzydzieści minut.

Pepe Mel zaplanował ten mecz zręcznie - najpierw zminimalizował zagrożenie Edena Hazarda (zero strzałów!), a w przerwie umiejętnie przewidział, że przy utrzymującym się prowadzeniu Mourinho przejdzie na 4-3-3. Łatwo? Na pewno nie, ale podwyższony pressing i wprowadzenie dwóch bardziej siłowych graczy (Mulumbu oraz Anichebe) dało zamierzony efekt - nawet jeśli dzięki kontuzji Gary'ego Cahilla.

Mourinho po meczu stwierdził, że w kluczowym momencie zabrakło jego drużynie osobowości - zresztą chciał Lamparda wprowadzić, lecz jego plany pokrzyżował gol wyrównujący. Rzucenie Salaha miało nie tyle uspokoić Chelsea, co jeszcze dać szansę na wygraną. Mało prawdopodobną, ale jednak.

Po części można się zgodzić z tym sposobem usprawiedliwienia drużyny. Jednak Portugalczyk musi mieć w pamięci, że bez Lamparda, Terry'ego i Cole'a wkrótce Chelsea przyjdzie pewnie rozgrywać każdy mecz. Osobowość by się przydała, może na takiego piłkarza wyrośnie Matić, może Ivanović nie będzie tak szalał, a Cahill łyknie kilka tabletek przywództwa, lecz zastąpić kapitana i jego vice będzie niebywale trudniej. (W to, że Luiz dojrzeje do opaski także poza kadrą Brazylii nawet chyba ja nie wierzę.) Nie jakościowo, nie pod względem szybkości czy techniki, ale obycia i prezencji.

Jeśli chcesz zamykać mecze jak ta dawna Chelsea, to musisz mieć piłkarzy do tego przyzwyczajonych - proste. 

Większym błędem było zdjęcie Oscara. Może powiecie, że nie błyszczał w ataku, że nie dał drużynie asysty, gola czy kluczowego podania w ważnym momencie, ale przy tych wszystkich wybiciach, które oddalały zagrożenie sprzed pola karnego Cecha, on gonił piłkę. Był pośród muskularnych gości jak ten wredny szczeniak, co wszędzie biega i wszystkich podgryza, ale nie sposób go nie lubić. Nie pozwalał obrońcom West Bromu piłki opanować, zmuszał do pojedynków główkowych, zachęcał skrzydłowych do zdwojonego wysiłku.

Gdy pojawił się Mikel, wszystko minęło. Torres sam nie był w stanie tego zrobić, Hazard z Willianem już i tak byli wciśnięci we własną strefę obronną. 4-3-3 nie zdało egzaminu, a może nawet okazało się furtką dla ambitnych gospodarzy.

Jest też wersja wedle której West Brom potwierdził ostatnie komentarze Mourinho - nie do końca dojrzały zespół, Hazard, który jeszcze ma problem z ustabilizowaniem formy, brak instynktu zabójcy w kluczowych momentach i wciąż nikła przydatność napastnika (Eto'o strzela tylko na Stamford Bridge). Czyżby Pepe Mel oddał Portugalczykowi przysługę?

Może, kolejna wersja do dyskusji, to jest sposób Mourinho na budowanie wielkiej drużyny na kolejny sezon (bujda na resorach 1) czy też sprawdzanie jakości i mentalności rywali (bujda na resorach 2)? 

Popatrzcie na pierwsze pytanie - rzuca ten zespół bez lidera na głęboką wodę, w zasadzie na najważniejszym etapie zdaje to egzamin, ale przy takim potknięciu  zauważa, że wymaga od nich więcej niż tylko umiejętności. By źrebak dojrzał musi pokazać charakter nawet w tak mało spektakularnych okolicznościach jak wtorkowy, deszczowy wieczór w West Bromwich.

Popatrzcie na drugie pytanie - Manchester City Pellegriniego znalazł się na nieznanym dotąd zakręcie (brak goli przez 180 minut), a presja wyjścia na lidera może znów splątać im nogi. Do tego Arsenal, który ma na rozkładzie najłatwiejszy i najbardziej schematyczny Manchester United od lat, ale też jest po dotkliwej porażce z Liverpoolem. 

Dla nich ten remis Chelsea jest nie tyle furtką do powrotu na pozycję lidera, ale testem charakteru - jak to przecież mówił Mourinho, presji nie ma na szczycie, lecz na pozycjach dwa i trzy.

O ile oczywiście akurat tych miejsc nie zajmuje źrebak z jego stajni.

poniedziałek, 10 lutego 2014
Bądź panem swego losu

Chociaż Rene Meulensteen by się kłócił, dużo łatwiej jest teraz uderzyć w Davida Moyesa i Manchester United niż radzić sobie z tuzinami dośrodkowań posyłanych przez piłkarzy "Czerwonych Diabłów". Analiz przyczyn nie brakowało i nie zabraknie, bo taktycznie czy fizycznie mistrzowie Anglii już nikogo nie tłamszą, a jeśli już to są tłamszeni. 

Oczywiście można trzymać się linii obrony Davida Moyesa. Już po meczu w Stoke przyznawał, że nie wie, co ma jego zespół zrobić by wygrać mecz. Z Fulham doprowadził wręcz do bombardowania pola karnego gości - co 67 sekund z bocznych sektorów lub z głębi pola w "szesnastkę" leciało dośrodkowanie, rekord ligi pobito zanim minęła godzina gry. 

I w zasadzie szczęścia brakowało. W Stoke gospodarze desperacko wybijali piłkę z linii bramkowej, Begović jakimś cudem dwa razy ratował swój zespół, a gdy w decydującym momencie wystarczyło huknąć pod poprzeczkę, to futbolówka spadła pod nogi nikogo innego jak Toma Cleverleya. I ten ją posłał na trybunę, gdy z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że nawet Ashley Young by znalazł w tej sytuacji drogę do siatki.

Tak samo przy ostatniej akcji niedzielnego meczu - przecież w dziewięciu na dziesięć przypadkach obrońca United piłkę przyjmuje i posyła na orbitę (lub w pole karne gości), pewnie jeszcze rzadziej Michael Carrick pozwala sobie nie zasłonić piłki ciałem, a David De Gea broniąc mocny strzał wybija go na rzut rożny z którym gospodarze radzą sobie łatwo. No i jeszcze Robin Van Persie apelował o rzut karny mając całkiem solidne podstawy. 

Tylko szczęście to nie wszystko. Wręcz utarło się, że bilans szczęścia i pecha w futbolu zawsze na koniec sezonu jest równy zeru. Kiedy budujesz "swój" zespół, starasz się wprowadzić do niego nowego zawodnika i potrzebujesz desperacko wyników nie możesz swojej reputacji i jakości oddawać w ręce losu.

Potraktujcie to jako dygresje, chociaż mocno połączoną z obecnym stylem United - bo byli już tacy, którzy wierzyli, że masowe wrzucanie piłki w pole karne (z ang. "bang it in the mixer") daje rezultaty. - Liczba stworzonych szans w trakcie meczu jest wprost proporcjonalna do czasu jaki piłka znajduje się pod bramką przeciwnika - mówił menedżer Wolverhampton Stan Cullis

On z kolei miał do pomocy znanego statystyka i... pilota Charlesa Reepa, który po obserwacji 578 spotkań i dokładnych wyliczeniach doszedł do następujących wniosków: 91,5% akcji składało się z trzech lub mniej podań, a ze wszystkich zaobserwowanych goli, 77,8% padło po akcji składającej się z trzech lub mniej podań.

Wolverhampton więc tak grało - bazując na przygotowaniu fizycznym i szybkościowym, szybko zagrywając piłkę na skrzydła i dośrodkowując w pole karne, gdzie było przynajmniej trzech piłkarzy Cullisa. "Wilki" dzięki temu wygrywały, a menedżer ma przed stadionem postawiony pomnik. Nic to, że chodzi o lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte dwudziestego wieku...

Analogia do obecnego Manchesteru United nasuwa się sama. Przykładowo, z czternastu wykorzystanych w niedzielę piłkarzy, tylko dwóch nie próbowało choćby raz dośrodkować - Vidić i De Gea. Połowa zagrań Januzaja to wyłącznie wrzutki. 

Problem polega na tym, że z tych legendarnych już 81 dośrodkowań - wyłączając stałe fragmenty gry - zaledwie kilka było zagranych z pierwszej piłki. Nie było elementu zaskoczenia, a raczej Meulensteen nawet chciał, by w bocznych strefach piłkarze United mieli poczucie komfortu. Nie ma pressingu, przyjmą piłkę i przymierzą - tylko że wtedy defensorzy byli już zwykle ustawieni, Van Persie przykryty, Rooney bez możliwości nabiegnięcia, przedpole zaasekurowane przez pomocników.

- Styl United był bezpośredni. Piłka na bok i dośrodkowanie. Łatwo się przeciwko temu bronić, jeśli jesteś dobrze zorganizowany w obronie - powiedział Meulensteen. Łatwo jest się bronić przeciwko drużynie, która oblega Twoje pole karne przez 90 minut? I kto tu bardziej polega na szczęściu? Zespół, który notuje 31 strzałów i 81 dośrodkowań, czy ten polegający na w zasadzie 3 groźnych akcjach w całym spotkaniu?

Jednak Meulensteena i jego podejście można łatwo wytłumaczyć - jeśli ostatni zespół w tabeli jedzie na Old Trafford czy każdy inny stadion drużyny z czołówki tabeli, to poza doskonałą organizacją gry defensywnej musi liczyć na szczęście w ataku. Lecz to samo nie powinno się tyczyć drużyny dominującej. Gdy West Ham zablokował ostatnio Chelsea to Mourinho nie mówił o braku szczęścia czy "słabości mentalnej" jak Moyes w niedzielę, ale wręcz skupił się na uwagach o dziewiętnastowiecznym stylu gry rywali, nie mając żadnych pretensji do swoich zawodników.

Wracając do analogii z Wolverhampton, Cullisa zafascynował jeszcze jeden efekt badań Reepa - "Pozycja Najwyższej Szansy". To kawałek przestrzeni między bramką a linią piątego metra na długim słupku od strony akcji, gdzie dośrodkowana piłka sprawia najwięcej problemów rywalom. Cullis odpowiednio dostosował i wytrenował swój zespół, by z tego korzystali i to im się udawało - niektórzy angielscy dziennikarze byli tak bezczelni, że po zwycięskim sparingu z Honvedem Budapeszt nazwali jego zespół najlepszym na świecie. Zresztą zobaczcie sami z jakiej pozycji Wolves strzelili drugiego gola...

Problem Moyesa polega na tym, że jedynym, który umiejętnie dośrodkowywał właśnie w tą najgroźniejszą strefę był Rafael Da Silva. Ashley Young jest kompletnym jego przeciwieństwem - chociaż potrafi sobie stworzyć miejsce i zbiec do linii końcowej na dośrodkowanie, większość kończy się albo na aucie po drugiej stronie lub pierwszym blokującym obrońcy. Juan Mata szuka płaskich wrzutek, Evra centralnie w środek, Januzaj posyła je za głęboko. Jeśli taktyka United Moyesa faktycznie ma się opierać na dośrodkowaniach, to wypadałoby dany element poćwiczyć, zgrać ruch piłkarzy z wrzutkami. Niestety, jak niedawno pisał Daniel Harris dla "Guardiana", "preferencja Moyesa do trenowania gry defensywnej jest powszechnie znana, a jego piłkarze są zaskoczeni brakiem czasu poświęconego kombinacjom w ataku".

Jego artykuł powstał w kontekście tego, jak Juan Mata miałby dać inspirację słabo spisującemu się Manchesterowi. Problem w tym, że David Moyes z góry odrzucił tę możliwość skazując Hiszpana na grę bliżej prawego skrzydła. Owszem, ma on swobodę, bo taka jest jego natura i często jest blisko gry w innych strefach, lecz jego potencjał nie jest w pełni wykorzystywany - pomimo trzech asyst, które już zaliczył.

Kolejnym problemem Moyesa jest błędne rozumienie "współpracy" Rooneya z Robinem Van Persiem. Nie ma przypadku w tym, że najlepiej United ostatnio grali, gdy Anglik obserwował i później zmienił Holendra w wygranym meczu z Cardiff. W poprzednim sezonie - od tego typu odwołań Moyes nie ucieknie - to ten duet, zrozumienie ich ruchów, podania nad linią obrony, kombinacje zagrań w pole karne, dał United mistrzostwo. Teraz? W ostatnich dwóch meczach wymienili oni między sobą sześć podań z czego trzy były rozpoczęciem gry od środka boiska! 

Wayne Rooney w tym sezonie stworzył już prawie tyle okazji, co w całym poprzednim, ale najbardziej liczą się strefy - przed rokiem 49% wykreował bezpośrednio sprzed pola karnego gości, a teraz prawie podwoił procent szans z bocznych sektorów boiska (do 44%). To jedna z bardziej znaczących różnic między Manchesterem Fergusona a United Moyesa.

Mniejsza o to, że wyliczenia Cullisa i Reepa przynosiły Wolverhampton tytuły prawie sześć dekad temu - współczesny futbol na najwyższym poziomie też opiera się na procentach, ale raczej ograniczających szczęście i przypadek do minimum, niż traktowania ich jako warunku do wygrania meczu. Mówi się o reżyserii w kontekście zwycięstwa Chelsea nad City, zmianie planów i filozofii Brendana Rodgersa, by przynosiła ona Liverpoolowi wyniki, ale przecież nawet tiki-taka to nic innego jak taktyka mająca na celu ograniczyć przypadek - rywal posiadający piłkę i stwarzający sobie okazję - do zera.

Tymczasem David Moyes nawet taki aspekt jak współpraca napastników ogranicza wyłącznie do goli, gdy przykłady z czołowych drużyn (Liverpool, City czy zeszłoroczny Manchester United) pokazują, że efekty przynosi duet faktycznie grający ze sobą, a nie tylko liczący, że jak nie koledze, to drugiemu uda się wcisnąć piłkę do bramki.

- Nie wiem już co mamy zrobić, by wygrać mecz - desperacko stwierdził David Moyes po meczu ze Stoke City, zresztą w podobne tony wpadając po remisie z Fulham. To oczywiście kłamstwo, bo tak a nie inaczej usposabiając swój zespół zakłada on, że dany styl przyniesie najlepsze efekty. To raczej fakt, że w ten sposób brnie, nie zmienia go czy uważa za skuteczny jest problemem Manchesteru United. 

Coraz więcej kibiców go krytykuje, coraz mniej trzyma się prośby sir Aleksa Fergusona, a i nerwowość trybun udziela się menedżerowi. Chociaż David Moyes wrócił do mówienia o swoim zespole w formie "ich" i "oni", a też pewnie sądzi, że ciąży nad nim jakieś fatum czy towarzyszy mu zła karma, jest dla niego ratunek. Niech przestanie liczyć na procenty, łut szczęścia i błędy rywali, a zrozumie, że tylko on jest panem swojego i Manchesteru United losu - i niech wreszcie postara się nad nim zapanować.

piątek, 07 lutego 2014
Czas jest przereklamowany

W tygodniu, który rozpoczął się od wielkiego grania w Manchesterze, ale rozwinął się w raczej powolną, niespodziewanie nudnawą przerwę w wydawałoby się najgorętszej części sezonu, iskierką, która rozpaliła dyskusję był temat zwolnienia Michaela Laudrupa ze Swansea. 

Jak już pewnie wiecie z tekstu Michała Okońskiego, powodów do zwolnienia nie brakowało. Czy to domniemane luźne podejście Duńczyka do prowadzenia zespołu, czy krótki urlop po porażce w kluczowym meczu z West Hamem, czy nie dbanie o atmosferę w zespole... Czy wreszcie kiepskie wyniki na przestrzeni ostatnich pięciu spotkań, miesiąca, sezonu czy roku. Niewiele świadczyło na korzyść Laudrupa. Nawet ten zdobyty puchar ligi był już tak dawno temu, że nie potraktowano go jako powód do kontynuowania współpracy.

Niektórzy powiedzą, że jest to słuszne działanie klubu - reakcja na splot wydarzeń o których wiemy lub nie, które już ujrzały światło dzienne lub dopiero ujrzą, choćby w obliczu rozważanego przez Laudrupa pozwu. Nie dali nawet czasu na pożegnanie się z piłkarzami, uwierzycie?

Właśnie, czas. Czas był też tematem bodaj najciekawszego tekstu w tym tygodniu autorstwa Rory'ego Smitha. Na stronach piłkarskich ESPN tłumaczy, dlaczego w Anglii czas nie jest... przyjacielem. - Jeśli tylko menedżerowi da się czas, sukces jest zagwarantowany. Spójrzcie na Sir Aleksa Fergusona, Arsene Wengera czy Sir Matta Busby'ego i całą resztę. Wszyscy mieli czas, wszyscy osiągnęli sukces - pisze dziennikarz "The Times".

Po czym gnębi ten popularny i zurzyty argument, tłamsi go w dłoniach, rzuca pod nogę i jeszcze butem przygniata przed ostateczną utylizacją. - Te przypadki [Ferguson, Wenger, Busby i jeszcze Clough - przyp. red.] nie udowadniają, że menedżerowie mogą odnieść sukces tylko dzięki temu, że dostali czas. Wręcz przeciwnie, to świadczy o tym, że sama czołówka menedżerów znajduje sposób, by ich przesłanie było ciągle świeże, a efekt znaczący - udowadnia Smith.

Jednak wnioskiem dziennikarza, poprzez odwołanie do Laudrupa i tego jak czas działał na jego niekorzyść, nie jest zrezygnowanie ze wzajemnego zaufania, ale to co "czas" oznacza. - Czas nie jest gwarancją sukcesu - punktuje Smith - To obietnica klęski.

Pójdźmy dalej - ten czas w pracy menedżera jest generalnie przereklamowany. Przecież pomijając sposób czy samo załatwienie sprawy, Swansea postąpiła słusznie zwalniając Laudrupa. Nie widzieli sensu w tym, by prowizorkę kontynuować, a sygnały z szatni (serio, zajrzyjcie do tekstu Michała Okońskiego!) były bardziej niepokojące niż jedno spojrzenie w tabelę. 

Nie ma też czasu szukać następcy, więc bierze się tego, który problem zdiagnozował już dawno i to pewnie w bezpośrednich rozmowach z prezesem klubu. Garry Monk prosto szatni przeniósł się do gabinetu. Swansea może i w prasie jest łączona z Glennem Hoddlem, ale nie daje sobie czasu jak np. West Brom. Pierwsze mecze Pepe Mela nie były świetnymi widowiskami, a i zwolnienie Steve'a Clarke'a nadal pozostaje kontrowersyjne, lecz progres jest zauważalny.

Tylko West Brom trzy tygodnie stracił - najpierw z Hiszpanem rozmawiając, potem szukając innych, oddając zespół asystentowi i ciągle powtarzając, że "spokojnie, mamy czas" i ostatecznie zwracając się do Mela. Nieprawda. Jak w grudniu tego czasu nie było, tak teraz jest go tak mało, jak przewagi nad strefą spadkową. Włodarze WBA dawali sobie czas na znalezienie kogoś odpowiedniego, pasującego do projektu (już teraz mówi o nim Mel w perspektywie kolejnych 2-3 lat), ale ich proces rekrutacji, podobnie jak owiany legendą "czas", był i jest przereklamowany.

Stąd Manuel Pellegrini od początku sezonu mówi o poczwórnej koronie, stąd nikt nie wierzy w wygadywane przez Mourinho bzdury o "źrebaku" - nawet jeśli proces dorastania jego zespołu jest zauważalny i zrozumiały, to pewnych rzeczy po prostu się oczekuje. Chillijczyk z kolei czasu nie ma, bo jego zespół to drużyna u szczytu - z PIĘTNASTOMA piłkarzami pomiędzy 25. a 28. rokiem życia, najlepszym w okresie kariery piłkarza. Kiedy więc stawać na szczycie, jak nie taraz?

Czasu nie ma David Moyes. Oczywiście Manchester United wyjdzie na prostą, a może i doczłapie się do Ligi Mistrzów, lecz szkockiemu menedżerowi coraz bardziej brakuje czasu na pokazanie swojego pomysłu. Owszem, dostanie kolejne lato i pewnie sprowadzi 2-3 piłkarzy, lecz z już i tak mocno ograniczonym zaufaniem kibiców, Moyes może również stracić czas powierzony mu przez właścicieli. Właścicieli, którzy czasu nie mierzą w sezonach, ale kolejnymi notowaniami na nowojorskiej giełdzie. Tam też nie jest wesoło dla United.

Brendan Rodgers fajnie pracuje nad projektem i sam się na nim uczy, ale nie ma już czasu, by czekać na Ligę Mistrzów - on potrzebuje jej teraz, choćby dla zatrzymania Luiza Suareza czy zbudowania reputacji klubu. Nie patrzcie w bogatą historię Liverpoolu, bo nie robią tego piłkarze z listy życzeń szkoleniowca - dla nich czas jest przereklamowany także w tym względzie, perspektywa walki o Ligę Mistrzów jest niczym przy faktycznej grze na szczycie.

Patrzmy na Fulham - tam po zwolnieniu Jola zatrudniono nie tylko menedżera (Rene Meulenteen), ale szybko dokoptowano mu asystenta (Ray Wilkins) i jeszcze doradcę (Alan Curbishley) z których to każdy może ten zespół przejąć. Nie ma czasu na pomyłki, nie będzie później na zmiany. Tu nie chodzi o to, że "co trzy głowy to nie jedna" - sensem przekazu Fulham jest, że gdy zetnie się jedną, kolejna pod topór podstawi się sama.

Lista może ciągnąć się dalej, czas przecież kończy się wielu menedżerom w Premier League, a nawet jak spojrzymy pod pewnymi aspektami na pracę Arsene Wengera, on też już o tym wie. Czas jest przereklamowany, a wspominają o nim wyłącznie dziennikarze krytykujący niecierpliwość właścicieli i prezesów. Czasem zdarzy się jednemu lub drugiemu kibicowi, bo zaraz wyjdzie na hipokrytę, gdy przy drugiej czy trzeciej porażce z rządu włączy się do grona śpiewających menedżerowi o "zwolnieniu następnego poranka".

Czas jest przereklamowany w pracy menedżera. Czas coraz częściej obnaża ich słabości (patrz: Laudrup i artykuł Smitha), a coraz bardziej ceniony jest wpływ natychmiastowy, reakcja na kryzys i szybkie podniesienie jakości zespołu. Nie można jednak powiedzieć, by kluby operowały tym samym czasem - dla nich perspektywa jest inna, coraz częściej to już tylko prezesi i dyrektorzy budują drużyny, po prostu dając kogoś do właściwego ustawiania pionków na szachownicy. 

Nie chodzi o to, że świat pędzi do przodu, a niektórzy mają problem, by się załapać - po prostu przy takiej prędkości niektórzy nie potrafią działać. W końcu metodą naturalnej selekcji, sposobem "skoro szybko zatrudniłem to i zwolnię" znajdzie się kogoś, kto da wyniki. I czy dostanie on czas? Nie, do pierwszego kryzysu, do pierwszej zadyszki i będzie po wszystkim. 

Wzorem menedżerskiej tymczasowości jest oczywiście Chelsea. Grant, Hiddink i Benitez w ostatnich latach takie role mieli wpisane w swoje umowy z klubem, ich przyjście i odejście nie zmieniło wiele, nie było efektu negatywnego, raczej po prostu byli krótkim przystankiem na drodze całego klubu. I nawet Jose Mourinho, który ostatnio tak wiele mówi o "projekcie", "wieloletnim planie" i tym podobnych czarach zdaje się wpadać w zastawioną raz pułapkę. O ile przecież w talent składu wierzy każdy rozsądny czy oglądający poniedziałkowe wyczyny Chelsea, to już w długą i owocną pracę Portugalczyka w jednym miejscu nie. 

Czas nie jest gwarantem sukcesu? Pełna zgoda. I za tym kibicowska, ekspercka czy neutralna perspektywa też się zmienia. Zwolnili Laudrupa? Nie ma wielkiego płaczu, nie ma skandalu, nie było go też przy AVB, Clarke'u czy Mackayu - jeśli już to głosy oburzenia zajmowały się sprawami pobocznymi (transfery, właściciele, odpowiedzialność), nie czasem przez nich (nie) otrzymanym. Wkrótce z pracy menedżera ten termin całkowicie wykreślimy - albo wykreślą go oni sami?

wtorek, 04 lutego 2014
Futbol i szachy - Mourinho i Gerrard

Futbol i szachy? Blisko czy daleko? Po świetnym meczu Manchesteru City z Chelsea staram się bronić tego porównania i przede wszystkim nadać mu znaczenia nie tylko w kontekście tego spotkania, ale całego wyścigu mistrzowskiego. Fragment:

"Jeśli jednak nadal znajdą się nieprzekonani, powinni obejrzeć poniedziałkowe starcie Manchesteru City z Chelsea. Chociaż nie był to pojedynek mistrza z nowicjuszem - zbyt wiele szacunku ma Mourinho do Pellegriniego, by go tak lekceważyć i to pomimo osobistej, dzielonej niechęci obu panów - zagrania, istota oraz znaczenie ich decyzji o przesuwaniu swoich "figur" po zielonej szachownicy były lekcją nie tylko piłkarskiej taktyki."

Natomiast dla sport.pl napisałem o temacie, który poruszałem cząstkowo w poprzednim wpisie na blogu i który nie dawał mi spokoju od dłuższego czasu. Przeczytajcie więc o Stevenie Gerrardzie i tym jak pięknie ma się starzeć w Liverpoolu Rodgersa. Bynajmniej nie na podobieństwo Andrei Pirlo... Fragment:

"Największą uwagę przykuły niedawne komentarze szkoleniowca Liverpoolu, który otwarcie stwierdził, że ma on wielką szansę na bycie dla swojej drużyny tym, kim jest Andrea Pirlo w Juventusie czy już okazjonalnie Javier Zanetti w Interze. O ile porównanie z Argentyńczykiem ma więcej sensu, tak przy domniemanym podobieństwie Anglika do Włocha jest znacznie więcej znaków zapytania - a stawia je sam Gerrard swoimi występami."

Miłej lektury!

środa, 29 stycznia 2014
Jak nauczyciel został uczniem

Względnie grzeczna postawa Luisa Suareza? Wprowadzenie do drużyny Kolo Toure? Wzorowe wręcz prowadzenie Daniela Sturridge'a (łącznie z dzisiejszym zdjęciem go z boiska - tyleż pozwalającym kibicom na owację, co pokazującym, że napastnik przesadził z samolubnością w dążeniu do hat-tricka)? Doprowadzenie Raheema Sterlinga do porządku? 

Nie. Największą zmianę w Liverpoolu przeszedł Brendan Rodgers.

- To psy się trenuje - powiedział kiedyś na potrzeby telewizyjnego programu szkoleniowiec Liverpoolu - Ja wolę swoich piłkarzy uczyć.

Wpasowuje się on w profil nauczyciela świetnie. Pięknie mówiący, obrazowo przedstawiający sytuacje i z pewnością nie do przegadania dla każdego młodocianego gagatka z trzema Ferrari w garażu, Rodgers lubi zrobić groźną minę, pogrozić wydaleniem ze szkoły, a potem otoczyć ramieniem. Z pewnością miał olbrzymi wpływ na to, że Suarez latem nie odszedł, choć do prawnej bójki już wszystko było przygotowane.

Ale patrzcie też na innych, a nie tylko największych bohaterów tego sezonu. Jona Flanagana w zasadzie w pierwszym sezonie Rodgersa na Anfield nie było w pierwszym składzie Liverpoolu. Teraz, bardziej z potrzeby chwili niż odkrycia piłkarskiego diamentu, to pewny punkt zespołu. Mający swoje potknięcia, popełniający błędy, ale, jak pokazały choćby wtorkowe derby, wykonujący dokładnie to, co przekazał mu Rodgers. Ten znalazł i w trudnej chwili wykształcił sobie kapitalnego zadaniowca.

Jeszcze więcej powie Wam przemiana Jordana Hendersona. Znów nawiązując do poprzedniego sezonu, gdy co drugi mecz przesiadywał na ławce, angielski pomocnik ani nie wyglądał komfortowo przy piłce, ani nie potrafił się mądrze przemieszczać na boisku, ani nie wspierał zespołu w defensywie.

Teraz jest maszyną napędową Liverpoolu - w kontrach, gdzie zawsze idealnie wykorzystuje wolną przestrzeń zmuszając rywala do rozluźnienia obronnych szyków. Aktywniej uczestniczy w grze (średnio ponad 20 podań na mecz więcej w tym sezonie), kapitalnie spisuje się w defensywie (już 16 więcej odbiorów i prawie 40 więcej wybić) i przede wszystkim gra odpowiedzialnie. Żaden geniusz, ale trybik konieczny, by zespół zachował balans między obroną i atakiem.

Imponujące, że Rodgers nie poddaje się i uczyć będzie też zupełnie innego futbolu 33-latka, przy okazji legendę klubu. Już sam fakt, że niegdyś dynamiczny rozgrywający w ogóle na to się zgodził świadczy o sile perswazji Irlandczyka. Może i ten projekt robienia z Gerrarda Pirlo mu nie wyjdzie, ale utrzymuje legendę przy życiu i grze, osładza koniec jego kariery. Nawet w tak delikatnej sprawie, Rodgers zdaje się idealnie balansować.

I jest jeszcze Sterling na którego reputacji lekcje Rodgersa najbardziej się odbiły w przeszłości, a teraz są argumentem na zdolność szkoleniowca do przekazywania wiedzy. Może i Daniel Sturridge jest wciąż toporny czasem, albo ma takie momenty futbolowego zaciemnienia, lecz w ciągu roku niesamowicie podniósł jakość wykończenia i przekładania gry zespołowej nad sztuczki technicznie - tudzież łącząc te dwa aspekty.

Nauczyciel byłby jednak tylko sprawnym belfrem w mało znanej czy szykownej szkole z przedmieść, gdyby nie jego własna chęć do doskonalenia samego siebie i swojego systemu. W tym tkwi klucz Liverpoolu - nawet gdy ich kadra jest wąska, w środku obrony są problemy, a i liderzy czasem zawodzą - Brendan Rodgers z uczenia filozofii "barcelońskiej" przeszedł na kombinację kilku innych.

Derby z Evertonem były wręcz wzorowym popisem gry przeciwko drużynie, która najbardziej ceni sobie posiadanie piłki, wymienność pozycji i krótkich podań. Drużynie, którą nie był Liverpool, choć Rodgers jeszcze rok temu mówił o "zabijaniu dominacją posiadania futbolówki", a jego Swansea z hukiem wbiła się na czołówkę ligi pod tym względem. Zresztą ten mecz przypominał niektóre pojedynki "Łabędzi" z ich premierowego sezonu w Premier League, gdy wystarczył stały fragment gry, kontra czy sprawnie przeniesiona akcja z obrony lub przechwyt w środku, by rozstrzelać jego zespół. Mało - Liverpool też tak przegrywał przed rokiem (West Brom, Tottenham i kilka innych spotkań).

Może i Rodgers by doszedł drogą dominacji posiadania piłki do pozycji ligowej jaką obecnie "The Reds" zajmują. Wreszcie znajdując złoty środek na rozstawianie rywali po kątach, a następnie wykorzystywanie przestrzeni, czy też przez wyuczenie tych przeklętych klepek na kilku metrach kwadratowych w polu karnym przeciwnika. Tylko na to Rodgers potrzebowałby czasu, a pewnie też rewolucji kadrowej w Liverpoolu przeprowadzonej za spore pieniądze. Na razie udała mu się z tego tylko rewolta w klubowej akademii.

Dlatego lekcja, którą wielokrotnie przyjmował Rodgers od rywali była najcenniejszą, wychodzącą ponad wszystkie, które dotychczas udzielił swoim piłkarzom. Teraz Liverpool to zespół kontrujący, świetnie pressujący w środkowej strefie, kapitalnie przenoszący ciężar gry i mozolnie poprawiający elementy gry obronnej, gdzie zapewne skończy się na personalnej rewolucji. Nie wszyscy przejdą przez tę adaptację. 

Zamiast więc szlifować jeden styl gry, który, ze światowych boisk to wiemy, odchodzi powoli na niższe stopnie podium w taktycznej klasyfikacji, Rodgers nauczył Liverpool być systemowo płynnym, wymiennym, dostosowującym się czy raczej adaptującym się w warunkach meczowych. "The Reds" naliczono już około pięciu różnych sprawdzonych ustawień w tym sezonie, ewenement jeśli chodzi o preferowaną taktyczną sztywność ich towarzyszów w ligowej tabeli.

Oczywiście, że ten proces nauki jest ułatwiony brakiem spotkań w środku tygodnia, a brak szerokiej kadry może się zemścić przy najbliższej okazji do gry w europejskich pucharach. Jednak to są te pola na których wciąż Rodgers będzie się uczył i Liverpool musi to zaakceptować - będą gorsze mecze (Aston Villa), głupio stracone gole (Stoke!) i pojawią się doniesienia o transferach, których zabrakło (Salah?).

Przez Mourinho nazywany "dzieciakiem", Rodgers zdał swój trenerski egzamin dojrzałości w Swansea, teraz powoli zbliża się do licencjatu na studiach w Uniwersytecie Anfield Road. Okoliczności były trudne, rywale lepsi, dziura do zakopania między nimi spora, ale to entuzjazm i chęć nauki pozwoliły na tak błyskawiczny i może też zaskakujący postęp. Jednak zbliżając się do kolejnej ważnej sesji, Rodgers zdał właśnie egzamin z derbów wzorowo - inżynierem może jednak zostać tylko dzięki wywalczeniu Ligi Mistrzów.

Na magistra niech poczeka do pierwszego pucharu. Na dziś "The Reds" powinno cieszyć to, że ten uczeń bardzo dobrze rokuje.

czwartek, 23 stycznia 2014
Juan Mata i test wielkości

FJO

- "Futbol jest okrutny", Michał Okoński, 2013

Dodajcie szkoleniowców, to przecież oni kibiców katują każdego tygodnia. Wybierają złych zawodników do wyjściowej jedenastki, najlepszy piłkarz drużyny przeciwnej nie ma krycia indywidualnego przy stałym fragmencie gry, a formacja kompletnie nie przystaje do możliwości drużyny. No i temat transferów.

O Juanie Macie wiecie już wszystko - że w swoich dwóch sezonach na Stamford Bridge za każdym razem był najlepszy, że występował zawsze, że od momentu jego przyjścia do Anglii tylko David Silva stworzył swoim kolegom więcej okazji, że kwitł w roli drugiego napastnika, że przez grę w reprezentacji ominął go okres przygotowawczy z nowym szkoleniowcem Chelsea, a od tej pory stał się czwartym czy piątym w kolejce do gry. Może gdyby tak się nie wkurzył po zmianie w meczu z Southampton...

Od dłuższego czasu po Internecie krążyły różne mity dotyczące jego sytuacji w Chelsea - że się nie przystosowuje, że gra tylko w końcówkach, że Mourinho go nie ceni, że nie jest mu fajnie w Londynie, że stracił formę... Pisałem o tym i walczyłem z pewnymi fałszywymi osądami, ale na najważniejszy nikt nie mógł wpłynąć - w roku Mistrzostw Świata, Juan Mata nie miał cierpliwości do czekania na swoją szansę przy dobrze grających kolegach z pierwszego składu. Co gorsza, w pędzie nadążania za przepisami Financial Fair Play i przy chęci zakupienia latem napastnika, prawie czterdzieści milionów funtów robi różnicę. A dla Mourinho to tylko zawodnik rezerwowy...

Nie da się uciec od wrażenia, że akurat ta decyzja dotycząca jednego z najwybitniejszych piłkarzy, którzy grali w Chelsea, po prostu na całym klubie się odegra. Niekoniecznie już w tym sezonie - Portugalczyk pewnie liczy, że Hiszpan United wzmocni w kontekście wykrwawiania bezpośrednich rywali w walce o czołowe lokaty... - chociaż brak zabezpieczenia ofensywnych pomocników już jest widoczny. Pół sezonu Chelsea grała z sześcioma, a gdy dwóch odeszło wystarczy jedna kontuzja, by menedżer dostał... swoje. Dostał szansę na wprowadzenie gry starym i bardzo sprawdzonym 4-3-3 - odbiegającym kształtem i stylem od tego, jak wielokrotnie opisywał "nowy projekt". Mógłby też przecież rzucić na skrzydło Ramiresa, ale, po umieszczeniu Luiza w środku pomocy, byłby to kolejny krok wstecz dla tego zespołu.

Podobnie jak sprowadzanie kolejnego piłkarza w roli następcy - to również nie miałoby żadnego sensu. Niech Chelsea dokończy ten sezon licząc, że Oscar, Hazard, Willian nie będą kontuzjowani, a jak już to Andre Schurrle będzie grał równie dobrze, jak w tym jednym meczu ze Stoke. Tylko co dalej? Co z armią wypożyczonych o których progresie ostatnio mówił Mourinho, chwaląc też działania akademii i człowieka za to wszystko odpowiedzialnego, Michaela Emenalo?

Piłka nożna się doskonali, liczy się coraz więcej coraz drobniejszych aspektów, a zaangażowane w futbol pieniądze po prostu muszą się zwracać, jednak logiki wciąż brakuje. Gdy Manchester United twardo nie chce sprzedać Wayne'a Rooneya do innego angielskiego klubu, chowając się za brakiem chęci wzmacniania rywali, Chelsea puszcza swojego geniusza środka pola, człowieka odpowiedzialnego za kilkadziesiąt kluczowych podań, które utorowały drogę klubu do największych sukcesów w Europie. Tak, do drużyny, która może wyglądała i wygląda przeciętnie, ale dawanie Davidowi Moyesowi gotowych rozwiązań na kluczowe problemy jest niepokojące w obliczu kolejnych sezonów. Tych, którym Mourinho zwykł przypisywać dużo większe znaczenie niż wciąż trwającym rozgrywkom.

Futbol, cholera jasna.

Zamiast przekonywać Was jak świetnego piłkarza traci Chelsea, jak wiele zyska Manchester United (wystarczy obejrzeć mecz z Sunderlandem), jak odbije się to na drużynie Mourinho i jak z pewnością zemści się to w przyszłości - tak to już jest, po prostu - warto spojrzeć na inny aspekt tego dokonywującego się na naszych oczach transferu. Roman Abramowicz sprzedaje piłkarza rywalowi za ich rekord transferowy, oddaje jedno ze swoich najcenniejszych trofeów. Dyrektorzy sportowi działają w zgodzie ze szkoleniowcem, gdy klub liczy się z pieniędzmi, gotów zaakceptować, że w drużynie nie ma niezastąpionych.

(Przypomnienie: poczekać na odświeżenie tematu odnawiania kontraktów z Terrym, Colem i Lampardem) 

Pośród wielu, wielu, wielu słów, którymi Mourinho w tym sezonie obdzielił już media, kibiców i rywali znajdziecie te o tym, że nikt nie jest ważniejszy od klubu. Żaden piłkarz -choćby jego gole i asysty tak wiele znaczyły, a jego urok osobisty i status wśród kibiców sięgały największych legend. Może Portugalczyk sam nie ma obaw, bo ostatnia seria wyników osiągana była bez większego udziału Maty, a jego następcy spisują się nad wyraz dobrze, wręcz dając argumenty, by wierzyć w Wielki Plan - pomysłodawcę i realizatorów. 

Ale gdzieś w gąszczu zapewnień o chronieniu klubu, dbaniu o jego interesy czy po prostu robieniu dobrego biznesu, niech nikt nie zapomni o lekcji z historii, która doprowadziła do końca Mourinho za pierwszym razem. Najpierw stworzył kilku Nietykalnych, by następnie samemu walczyć o taką reputację ze wszystkimi w klubie - po powrocie nie brakowało też zapewnień o wyciągniętych wnioskach z przeszłości. Teraz wystarczyło kilka miesięcy i przywrócenie Chelsea do realnego wyścigu o mistrzostwo kraju, by Mourinho znów zaczął stawać się alfą i omegą, osobą najbardziej decyzyjną i wpływową, ratunkiem na każde zło i zarazem tym niosącym nadzieję.

- Uwierz, on wie co robi - słyszałem dzisiaj wielokrotnie. 

Mniejsza o sprzedaż jednego z najlepszych piłkarzy. Najgorsze dla Chelsea będzie, jak w swoją nietykalność, niezawodność uwierzy sam Mourinho. W tym kontekście, ten transfer to przynajmniej dla całego klubu wielki test. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014
Napastnik w trzech osobach

Tak rzadko napastnicy Chelsea zbierają hat-tricki. U Mourinho przed tym wczorajszym Eto'o udało się to tylko trzem piłkarzom (zgadniecie? Odpowiedź na końcu tekstu). To też ze względu na styl gry, charakterystykę posiadanych piłkarzy (można się kłócić, że za pierwszej kadencji Drogba dopiero dojrzewał do wielkości) i strzeleckie umiejętności zawsze podzielone na kilku piłkarzy. 

Jednak w ostatnich tygodniach i po kolejnych utyskiwaniach Mourinho, napastnicy naprawdę wzięli się do roboty. W ostatnich czterech spotkaniach ligowy za każdym razem strzelali - z Liverpoolem Eto'o może przypadkiem, ale też przez cały mecz sprawiał rywalom problemy. Z Southampton podobnie Torres miał dużo szczęścia, lecz po spotkaniu był bardzo chwalony przez ekspertów "Match of the Day". Z Hull znów zaprezentował siłę i szybkość. - Świetnie pracował w ostatnim tygodniu i z bólem serca zostawiłem go poza składem - mówił z kolei o Dembie Ba szkoleniowiec Chelsea.

Ale hat-trick przeciwko Manchesterowi United? Ta seria z przełomu grudnia i stycznia? Czy coś się zmieniło?

Paradoksalnie nie - sytuacja nadal jest dosyć nędzna, jeśli chodzi o dorobek poszczególnych snajperów i to co każdy z nich oferuje drużynie. Nie są piłkarzami kompletnymi, nie wykorzystują większości swoich sytuacji, nie są kreatorami (cztery asysty między tą trójką) i nie będą gwarantem sukcesów w przyszłości. Mourinho to wie, pewnie już szykując niespodziankę w lecie lub jeszcze bardziej zaskakujące pojednanie z Lukaku. Zauważyliście, jak po pogrożeniu mu palcem i wypowiedzi o gadatliwym Belgu zadziałały na wypożyczonego napastnika?

Jednak z kolejnymi miesiącami tego sezonu Mourinho wyciągnął odpowiednie wnioski. Po różnych, mniej lub bardziej udanych próbach, wreszcie udało mu się doprowadzić ich i zespół do takiego stanu, że zmiana personalna przychodzi bezboleśnie. Wcześniej ta adaptacja wynikająca z jego rotacji była bolesna do oglądania, przeliczała się na minuty bez goli i kolejne anonimowe występy napastników.

- Torres jest bardzo groźny, gdy ma miejsce. Jest silniejszy od Samuela, ale Manchester United nie przyjechał tu, by dać nam przestrzeń za ich obroną - tłumaczył na pomeczowej konferencji Mourinho. Faktycznie - ilekroć goście tracili piłkę to szybko się organizowali, zawsze starając się mieć czterech lub pięciu zawodników za linią piłki. Zupełne przeciwieństwo sytuacji z meczów z Southampton (kontry Chelsea i rajdy Torresa) i Hull City (gol Hiszpana to w zasadzie siła plus szybkość). 

- Samuel ma więcej umiejętności technicznych, które pozwalają mu grać blisko rywala i być dobrym, gdy nie ma miejsca. To różni go od Fernando, chociaż decyzja by to Eto'o grał była trudna, bo Torres strzela gole - dodał Mourinho.

Portugalczyk wie, że w styczniu nie dostanie żadnego Diego Costy, nie przyjdzie Falcao, że Rooney nie będzie robił cyrków (jeszcze?) w Manchesterze United. Potrzeba matką wynalazków - nie mając napastnika kompletnego, Mourinho raz jeszcze postawił na zespół i z umiejętności każdego z trzech snajperów (już nie w cudzysłowiu) korzysta, biorąc pod uwagę rywala, okoliczności, rozgrywki i rotację. Jeśli już ktoś odnosi się do gry w szachy, to tak jakby Mourinho na planszę raz wrzucał gońca, innym razem skoczka, a z rzadka wieżę.

Jak adaptuje się Chelsea? Z Torresem gra bardziej bezpośrednio (Eto'o w tym sezonie wygrał 4 pojedynki główkowe, Hiszpan 53) i raczej na wolne pole - stąd ma on najgorszą z tej trójki średnią dokładnych podań (mniej niż 60% przy 76% Kameruńczyka), ale wobec częstszej gry z kontry i miejsca, nazbierał najwięcej zagrań kluczowych. Niekoniecznie lepiej podaje - ma on kolegów w lepszych okazjach. 

Kontynuując porównanie, Eto'o oddał w tym sezonie więcej strzałów od Torresa, chociaż grał od niego mniej - jednak biorąc pod uwagę ostatnie sześć meczów Chelsea w których zaczynali po trzy razy, w sumie każdy z nich uzbierał po dziesięć uderzeń. Pokazuje to, że zespół się adaptuje coraz lepiej do potrzeb swoich napastników - to, że oni odpowiadają golami również daje pozytywny sygnał.

Z Manchesterem United Samuel Eto'o nie zagrał świetnego spotkania. Będąc szczerym, kibice Chelsea wciąż czekają na wybitny czy idealny mecz któregokolwiek ze swoich napastników. Bliski był Torres przeciwko Manchesterowi City, także on i Eto'o mieli udane wieczory w Lidze Mistrzów przeciwko Schalke, ale to po kilku miesiącach sezonu pojedyncze przypadki, a nie jakakolwiek seria. Dopiero ostatnio ich wymienność, czy raczej umiejętność skorzystania z ich talentów pozwala sądzić, że może w tych rozgrywkach odegrają oni swoją rolę.

Przecież narzekał Mourinho, że jego zespół potrzebuje jednego genialnego napastnika, który gwarantuje kilkanaście, kilkadziesiąt goli w sezonie. Nawet bez takiej rozpusty jaką ma w swoim składzie Manuel Pellegrini, ale z tym jednym jedynym, który wykorzystywałby szanse stwarzane mu przez kolegów. Nie ograniczając sobie i kibicom frustracji, jakie dostarczają ci snajperzy obecni w jego składzie, przy tak świadomym wykorzystywaniu swoich napastników - bez żadnego prawa serii, np. "do pierwszego pudła" czy "pierwszego słabego meczu" - Mourinho śmiało może podliczać ich wspólnie

W lidze mają jedenaście goli, co daje im trzecie miejsce. Sześć w rozgrywkach kontynentalnych, też sama czołówka. W sumie dziewiętnaście, dobijając do magicznej granicy dwudziestu. Ostatecznym testem będzie wprowadzenie na scenę Demby Ba wobec kontuzji Torresa. Czy wreszcie wtedy przyznamy, że chociaż we trzech osobach, to Chelsea w końcu ma prawdziwego napastnika?

PS. Odpowiedź na zagadkę z początku - pięć hat-tricków z ery Mourinho w Londynie to Drogba (2), Lampard, Gudjohnsen i Eto'o właśnie.

PS2. Napisałem też o problemie Davida Moyesa. Nie, nie z taktyką, wykonawcami, ani nie z wystawianiem Ashleya Younga. Chodzi o puste słowa menedżera Manchesteru United...

środa, 15 stycznia 2014
Kogo zmieni Matić?

- Każdy menedżer kłamie - mówił latem Jose Mourinho, pytany o transferowe doniesienia. Portugalczyk ma oczywiście swój wkład i to już w tym sezonie, gdy nie tylko zaprzeczał, że Chelsea będzie zimą kupowała, ale też niejako kierując zainteresowanie i plotki.

Komplementując (bardzo skutecznych) napastników innych klubów i narzekając na swoje trio Torres-Eto'o-Ba wręcz napędzał tworzenie się kolejnych "informacji" o "rozmowach" i "ofertach", jak choćby tej o Gonzalo Higuainie z Napoli. Tymczasem w tle toczyły się rozmowy i dyskusje nad ściągnięciem środkowego pomocnika. Gdy tydzień temu gruchnęła wiadomość o bardzo skonkretyzowanym zainteresowaniu Chelsea Nemanją Maticiem, tryumf medialnego manipulatora stał się oczywistością.

Oczywiście to właśnie w środku pomocy tkwi największy problem Chelsea. Gdy Arteta, Wilshere i Ramsey na zmianę zachwycają formą w Arsenalu, Yaya Toure z Fernandinho ciągną cały Manchester City, a nawet Liverpool (miasto, nie klub) może pochwalić się imponującymi postępami Jordana Hendersona czy formą Garetha Barry'ego, w zachodnim Londynie panuje cisza. Okazjonalnie strzelający Lampard, zabezpieczający defensywę Mikel i chaotycznie, nierówno grający Ramires wypadają blado w porównaniu z rywalami na samym szczycie Premier League.

Jedyne wcześniejsze plotki dotyczyły odejścia Essiena - Mourinho już chyba zdał sobie sprawę, że nie warto go wystawiać, by już w przerwie dokonywać korekty składu - a ostatnie wystawianie na tej pozycji Davida Luiza świadczyło o pewnej desperacji szkoleniowca Chelsea. Chociaż z uśmiechem odrzucał pytania dziennikarzy o swój brak konsekwencji po tym, jak na początku sezonu zastosowanie tego konkretnego pomysłu Beniteza odrzucał, można domyślać się, że raczej było to robienie dobrej miny do złej gry. Lub raczej przeciętnej gry, bo David Luiz, pomimo oczywistych zalet, nawet przez Hiszpana traktowany był jako tymczasowe rozwiązanie problemu środka pola Chelsea.

Tu pojawia się Nemanja Matić. Mniejsza o transfer z przeszłości, nieudaną próbę wejścia do zespołu po udanym sezonie w Holandii i nawet sumę za którą do Londynu wróci - dla Chelsea ważniejsze jest to co może dać w środku pola i z kim grać.W zasadzie oczywistym odniesieniem w kontekście jego rywalizacji o pierwszy skład jest John Obi Mikel, który niedawno rozegrał trzysetny mecz w barwach klubu z Londynu. W stosunku do Nigeryjczyka Mourinho nie szczędzi pochwał, ufając mu coraz bardziej po wolniejszym starcie sezonu. Definiujący był okres świąteczno-noworoczny, gdy (wyłączając mecz z Liverpoolem), Mikel był pewnym punktem pierwszego składu.

Inaczej ma się sprawa z Ramiresem. O ile niżej podpisany należy do tych krytykujących Brazylijczyka za jego nierówne występy, okropną manierę tracenia prostych piłek, niebezpiecznie ostre wejścia w rywali i brak zmysłu rozegrania akcji, o tyle nie da się nie zauważyć, że akurat pod jego adresem Jose Mourinho raczej rzadko się wypowiada. Nie chwali, nie gani - o ile nie musi mówić o nurkach Brazylijczyka, to w jego temacie menedżer milczy. Jest to cisza bardzo wymowna.

Biorąc pod uwagę, że Frank Lampard za chwilę dostanie ofertę przedłużenia kontraktu o kolejny rok, a na nowy sezon ma już być gotowy Marco Van Ginkel w drugim podejściu do walki o pierwszy skład, transfer Maticia oznacza większą konkurencję w środku pola.

Co oferuje serbski pomocnik? Jego największym atutem jest gra w powietrzu i wygrywanie pojedynków główkowych. Jednak bzdurą byłoby ograniczanie Maticia do tak podstawowych zalet - jego siłą jest to, że, w przeciwieństwie do Ramiresa, odbiór piłki nie kojarzy się wyłącznie z agresją. Swoje akcje defensywne dobrze planuje, timing wejść w przeciwnika również imponuje, a umiejętność z doskoczeniem z pressingiem, pomoc partnerowi z drużyny w dowolnej strefie sprawia, że spełnia on więcej wymogów stawianych środkowym pomocnikom przez Mourinho. Chociaż Ramires jest liderem drużyny pod względem odbiorów, wynika to raczej z profilu jego kolegów ze środka pola - coraz mniej zwrotny Lampard i raczej starający się szukać przechwytów Mikel rzadziej uciekają się do bezpośrednich interwencji. Matić pod tym względem odbiega od Nigeryjczyka, chociaż również posiada umiejętność przewidywania akcji rywala i pojawiania się w odpowiednich momentach w odpowiednim miejscu, by piłkę przechwycić. 

Co jednak może być dla Mourinho najważniejsze w kontekście tego, jak dopasować go do drużyny to zdolność Serba do kreowania akcji. Bardziej niż Mikel jest on przygotowany do wyprowadzenia piłki, dynamicznych wyjść z własnej strefy czy podłączenia się pod kontry zespołu. Znacznie lepiej drybluje, chociaż nie są to efektowne akcje przeciwko dwóm, trzem rywalom - Matić po prostu potrafi użyć siły i umiejętności technicznych, by stworzyć sobie miejsce do podania.

I lepiej podaje - nic z tego, że w tym sezonie nie zaliczył jeszcze żadnej asysty, a w dotychczasowej karierze ma ich mniej niż strzelonych goli. On jest od czegoś innego niż cała piątka (już bez De Bruyne przecież) ofensywnych piłkarzy Chelsea, od wprowadzania ich w lepsze pozycje w bocznych strefach. To tam najczęściej stara się podawać Matić, tam szuka prostopadłych podań, omijających zasieki rywali. Pod tym względem przypomina bardziej Luiza, ale bez jego często zbyt ryzykownych prób - bo słowem najlepiej opisującym grę Serba jest odpowiedzialność.

Z Porto miał zagrać swój ostatni mecz dla Benfiki, dziś pojawiły się jego zdjęcia z Londynu, ponoć jest już na badaniach w ośrodku treningowym Chelsea. Sobotnie spotkanie w lidze portugalskiej było dobrym widowiskiem, rozgrywanym na wysokim, można powiedzieć, że prawie angielskim tempie. Matić tam już się czuł komfortowo i pewnie w systemie przypominającym ten Chelsea. Grał bez fajerwerków, może unikając ostrych wejść, by jego transferowi nie zagroziła żadna kontuzja.

Z adaptacją nie powinno być problemów, bo Matić Londyn i Chelsea doskonale zna. Mourinho zdaje się go cenić, jego nowi koledzy pewnie doskonale pamiętają trudną rywalizację przeciwko niemu w finale Ligi Europy. Wtedy to głównie dzięki niemu Chelsea została w środku pola totalnie zdominowana, chociaż ostatecznie mecz wygrała. Może w tym transferze jest przede wszystkim lekcja dla samego klubu - tego, który oddał go raczej bez nadziei, że z Maticia będzie wielki piłkarz na miarę ambicji Chelsea. Wypuszczając go zbyt wcześnie, nie pozwalając na rozwój, teraz zmusza się do wydania pieniędzy na piłkarza, którego tak bardzo potrzebuje. Może w przyszłości ta decyzja o uwolnieniu z kontraktu piłkarzy z potencjałem będzie dla zarządzających w Chelsea trudniejsza?

Na dziś ważniejsze jest to, że zimowe kupowanie nie miało nic wspólnego z ostatnimi styczniowymi okienkami Chelsea. To nie desperacja, to nie krótkoterminowe rozwiązanie, ale realne wzmocnienie piłkarzem, który wchodzi właśnie w wiek najlepszy dla dynamicznego rozwoju i zapanowania nad środkiem pola drużyny z aspiracjami. Można zaryzykować stwierdzenie, że to Chelsea bardziej potrzebowała Maticia niż on jej, to jasne, ale dotychczasowy przebieg sezonu pokazuje, że ograniczenia w tej strefie wcale nie skazywały zespołu Mourinho na taką ligową gehennę jak w ostatnich dwóch latach. 

Portugalczyk chce jednak więcej.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91