piątek, 10 sierpnia 2012
Newcastle United - Powrót Króla

Kiedy to się stało? Kiedy sytuacja się zmieniła? Co wpłynęło na tę szokującą rewolucję? Zwolnił Hughtona, zatrudnił Wise'a, sprzedał Carrolla, zmienił stadionowi nazwę, zrzucił drużynę do niższej ligi kontrowersyjnymi decyzjami... Mike Ashley kiedyś może stał między największymi kibicami Newcastle United - wiecie, obok tego przeraźliwie grubego gościa, co to zawsze eksponuje swój brzuch z tatuażem z inicjałami klubu - później był znienawidzony. Po zwolnieniu Kevina Keegana, fani Srok w 90 minut zrobili mu taki pokaz czarnego PR-u, że dzień później był gotów oddać stery na St. James' Park pierwszemu z brzegu.

Teraz Mike Ashley może być określony mianem jednego z bardziej ogarniętych prezesów Premier League. Ciężko w to uwierzyć.

fan
Oczywiście Mike Ashley tryumfuje i szaleje. Pompuje kolejne miliony, a przecież zaraz po podpisaniu papierów o przejęciu klubu dowiedział się, że musi jeszcze wyłożyć dodatkowe sto milionów funtów, bo takie Newcastle miało długi. Alan Pardew twierdził niedawno, że w sumie ta biało-czarna zabawka kosztowała go blisko trzysta milionów funtów. Ashley może i nosił się z zamiarem oddania Newcastle w inne ręce - najchętniej zagraniczne, które byłyby skore do zrekompensowania mu wcześniejszych wydatków - lecz teraz znów za Srokami szaleje. Do tego stopnia, że miesiąc temu zainwestował niemałą sumę w umowę stulecia, gdy pewnego 67-latka zakontraktował na osiem sezonów.

Kim jest ten szczęśliwiec? To Graham Carr, oczywiście, jedna z największych szych na Wyspach jeśli chodzi o wyszukiwanie zdolnych graczy. I choć mógłby on listą wynalezionych piłkarzy przyćmić całe zastępy scoutów, pozostaje osobą skromną, niechętnie przyjmującą pochwały, kierującą komplementy w inną stronę. "Ja może i dałem kilka propozycji, ale to Alan [Pardew] ich świetnie wprowadza do drużyny i powoduje, że cieszą kibiców swoją grą" - mówił już po sezonie. Menedżera chwali także za to, że w trakcie wyczerpującego sezonu był on gotów wsiąść w samolot i samemu spojrzeć na piłkarza. Gdzie zwykle leciał? Do Francji, oczywiście.

Dziennikarze w Anglii śmieją się, że Carr znajomością francuskich realiów futbolowych przebija nawet samego Arsene Wengera. Niewątpliwie coś w przypadku tego wiernego fana Newcastle jest na rzeczy - Marveaux, Cabaye, Abeid, Amalfitano i Ben Arfa (jeszcze Demba Ba, Papiss Cisse i Cheick Tiote) to mocne dowody na jakość tego scouta. "Zdarzało się, że już po dwudziestu minutach chciałem opuścić stadion, bo obserwowany piłkarz nie był z naszej bajki. Ale gdy trafi się taki, który nam pasuje... cóż, uczucie jest fantastyczne. Masz ochotę od razu zadzwonić do kogoś z klubu, by nikt inny nas nie uprzedził" - tłumaczy ze śmiechem Carr.

On jest w równej mierze odpowiedzialny za wyniki zespołu, mimo jego mocno kurtuazyjnych komplementów w stronę menedżera, Alana Pardew. Oczywiście drużyna, której budowa zamknęłaby się w sumie pieniędzy otrzymanej za Andy'ego Carrolla wcale nie jest samograjem. Wręcz daleka od tego, co okazjonalnie udowadniali piłkarze innych drużyn - nawet skromnego Wigan, które wybrało wyjątkowo dobry dzień na demolkę Newcastle na ich terenie. Wciąż jest to ekipa, która w kilka dni może wyjść na murawę, by zebrać baty od słabszych, a potem pokonać znacznie lepszych - po meczu z drużyną Martineza, wygrali przecież na Stamford Bridge.

Stabilizacja jest jednak zagwarantowana tego lata, ponieważ pewne ograniczenia portfela Ashleya - pamiętajmy, że to nie jest inwestor na miarę szejków, Rosjan czy Amerykanów - dały o sobie znać. Jednak to również jest najlepsza wiadomość dla kibiców Newcastle. Mimo wielu ofert za Tiote, Ben Arfę, Ba czy Cisse, nikt nie jest w stanie ich podejść, żaden z piłkarzy nie chce odejść od najlepszego menedżera Premier League poprzedniego sezonu.

"Poproś mnie o 25% swoich pieniędzy, a powiem Ci, że jesteś bez szans, nieważne jak dobry masz pomysł" - tak w kwietniu Pardew bronił Ashleya przed kibicami, chwaląc jednocześnie jego dobroduszność. Na swoje szczęście nie chce on wchodzić na tereny za które właściciel odpowiada, wiedząc, że jest to istne pole minowe - na którym wybuchło już kilku jego poprzedników, z ulubieńcem fanów Keeganem na czele.

Brak szaleństw na rynku transferowym oznacza nie tylko spójną taktykę budowania zespołu, ale także mniej więcej utrzymanie stylu drużyny. Solidna defensywa z Krulem, Coloccinim, Williamsonem, kreatywna i energiczna linia pomocy ze wspomnianymi Ben Arfą, Tiote i Cabaye, oraz ten niesamowity duet w ataku. Demba Ba i Papiss Cisse to prawdziwa demolka. "Mógłbym wstawić każdego piłkarza do składu i żadnej różnicy kibice by nie odczuli" - to Alan Pardew z dosyć oklepanym stwierdzeniem, lecz akurat idealnie do Newcastle pasującym.

Atakują głównie ze środka i kontrami, posiadając tą kluczową zdolność szybkiego i dokładnego przeniesienia ciężaru gry spod własnej bramki pod pole karne rywala. Rzadko są to cudowne akcje cierpliwie budowane od tyłu. Nie, Newcastle atakuje błyskiem, gdzie chwila dekoncentracji może kosztować utratę gola. Plan się nie zmienia, on jest tylko i wyłącznie udoskonalany, a wybuchu formy można spodziewać się po lewoskrzydłowym Sylvainie Marveaux, który okres przygotowawczy miał bardzo udany.

Mimo wszystko, poprawić piąte miejsce będzie niezwykle trudno, nieważne jak wiele razy w swoje podróży ruszy Graham Carr. Wyzwanie stojące przed Newcastle to przede wszystkim utrzymanie efektu zaskoczenia nad rywalami, którzy teraz powinni mieć wszystkie zagrożenia Srok w małym palcu. Niewątpliwie tego pragnie Mike Ashley, który wciąż żyje nadzieją, że tryumfalnie wróci na trybuny z piwem - oczywiście bezalkoholowym - między kibiców. I nikt do kubeczka mu nie napluje.


---
Czego nie spodziewać się po Newcastle United? Nie ma szans, by w spotkaniach dominowali - to zespół, który piłkę chętnie oddaje rywalom, patrzy co oni robią, czekając na szansę na własnej połowie. W końcu Carr i Pardew do spółki wolą kopiować wzorce francuskie, nie hiszpańskie.

czwartek, 09 sierpnia 2012
Manchester United - Licząc na Efekt Fergusona

Po emocjonującej końcówce poprzedniego sezonu ktoś mógłby racjonalnie stwierdzić, że sir Alex Ferguson utracił jeden ze swoich czynników. Jasne, United nadal wygrywali i będą wygrywać pojedyncze spotkania w ostatnich sekundach rywalizacji, jednak gdy w takich okolicznościach przegrywa się tytuł... Cóż, ogólne pojęcie szczęścia raczej do szkockiego menedżera nie należy, prawda? Żegnaj, Fergie Time.

SAF

Witaj, Fergie Factor. Bryan Robson twierdzi, że chodzi o to, jak z piłkarzami Ferguson sobie radzi. Wie, kiedy ich ukarać, kiedy im zakazać, kiedy ich pogłaskać, kiedy zmotywować... gdy w grudniu poprzedniego roku Rooney z dwoma kolegami poszedł na świąteczną imprezę, menedżer zdecydował się odsunąć swojego napastnika od jednego ze spotkań. Ryzykował wiele - rozejm z bójki o nowy kontrakt pozostawał raczej wątły, a przecież kontuzje nawiedzały United masowo w tych rozgrywkach. On go jednak zawiesił, odstawił, pokazał wyższość. "Zero gwiazdorstwa" - rzekł Ferguson. I Rooney się zgodził, odpowiadając bramkami.

"To jego znajomość mentalności piłkarzy i gry, zaangażowanie, pragnienie zwycięstw... to są rzeczy, które my, zawodnicy staramy się przełożyć na własne zachowanie" - mówił o nim dwa miesiące po tej aferze właśnie Wayne Rooney. "Wie na kogo może krzyknąć, z kim wystarczy porozmawiać. Wie, jak piłkarze reagują, jak wyciągnąć z ich gry to co najlepsze. To niezwykle istotne, zwłaszcza w tych czasach."

Czemu ten Fergie Factor jest tak istotny dla United? Powiedzmy sobie szczerze, City w ostatnim sezonie to był zespół dużo lepszy piłkarsko, o większej jakości i wyższej klasie. A jednak, to działania menedżera poza reflektorami stadionów sprawiły, że w gruncie rzeczy dwie drużyny z Manchesteru dzieliły... sekundy. Jedno kopnięcie Sergio Aguero. Tego się nie da ukryć, zafałszować. Pod wieloma względami, to trzeba podziwiać.

Jednak to lato przyniosło zmiany. Nawet jeśli nie w składzie - nie oszukujmy się, Kagawa i Powell problemów United nie rozwiązują - to na pewno w kontaktach na linii Ferguson-kibice. Jeszcze niedawno aplauzem nagradzający odsłonięcie trybuny jego imienia, dziś powątpiewający w jego powiązania biznesowe z właścicielami klubu. Co więcej, ten konflikt zaognił się po tym, jak Ferguson zdecydował się zdefiniować "prawdziwego kibica" - myślę, że obowiązkowa lektura wpisu na United Rant wystarczy nawet najbardziej wymagającemu odpowiedzi czytelnikowi.

Oczywiście to nie jest tak, że Ferguson własnych kibiców nie zna, lub wybiera ich ignorować, selekcjonować. Nadal menedżer ich używa, opiera na nich zespół, nimi daje otuchy młodym, upewnia we własnej klasie bardziej doświadczonych. (Czasem też manipuluje. Żart zasłyszany od kibiców United - "kiedy jedynie Ferguson jest skłonny dyskutować o nowych transferach do klubu? Gdy spada sprzedaż karnetów na najbliższy sezon.") Fergie Factor działa i w tym wypadku, robi różnicę, pozwala wybaczyć piłkarzom klęskę w derby, odpadnięcie z pucharów, sezon bez trofeum... Sir Alex wie, jak to się robi, wie z czym to się je. To jest jego przewaga nad resztą stawki - raczej nieosiągalna w dobie wyświechtanych powiedzonek o wsparciu fanów, wspaniałej atmosferze i tym podobnych.

Teraz będzie on jeszcze bardziej istotny. Ferguson kontynuuje wprowadzanie młodych piłkarzy, tworzenie nowej generacji, nawet jeśli ma ona luki - na środku pomocy, gdzie nie ma kreatora gry. W bocznych strefach, gdzie znów ujrzymy Naniego i Valencię. Rzuci tam Rooney'a, więcej pracy będą mieli Carrick i Scholes... i będzie on, Ferguson, nad nimi. Sprawujący władzę, pilnujący wszystkiego od rana do wieczora, doglądający każdego szczegółu... podejmujący decyzję. Ukarać, pochwalić, porozmawiać, krzyknąć. Fergie Factor w United dzieli i rządzi.

W tym sezonie, jak nigdy do tej pory, przekonamy się o wartości tego powiązania. Czy ostatnie zawirowania w jakikolwiek sposób wpłyną na relacje trybun z Fergusonem? Czy rosnąca niepewność finansowych rozwiązań Glazerów pozwoli wkraść się niepewności w odczucia obu stron? Jak długo jego wsparcie dla amerykańskich właścicieli będzie ignorowane?

Wątpliwe, by odczuli to piłkarze. Trybuny, nawet jeśli pełne zielono-żółtych szalików, nigdy nie milkły w dopingu dla piłkarzy, jakby stawiając inną definicję kibica wprost przed Fergusonem. To był niemy protest, deklaracja woli - "United we stand", ale najchętniej bez Glazerów.

Mało w tym futbolu, przyznajmy. Paradoksalnie, pomimo braku wzmocnień na miarę potrzeb, ten sezon będzie lepszy dla United. Skład jest dojrzalszy, piłkarze dogłębnie rozczarowani oddaniem tytułu w ręce Citizens w końcówce sezonu - kolejny niepodobny do United aspekt. Start będzie pewnie powolny, do tego już przywykliśmy, ale rozpędzą się, a przez grudzień przejdą burzą. To będą United jakich inni znają, obawiają się i nie lekceważą.

Do pytań otwartych dodajmy jedno o walkę na arenie europejskiej. Tu lekcję odrobić musi sam boss, nie jego piłkarze. Oni realizowali jego założenia, on ich wybierał, on musi przyjąć na siebie te porażki. Odbudowa będzie trudniejsza na tym terenie, jak dla każdego angielskiego klubu, którego kołdra okazała się za krótka. Robin van Persie może ją tylko wydłużyć.

 

---

Czego nie należy spodziewać się po Manchesterze United? Że sir Alex Ferguson powoła do kadry kolejnego z emerytów, Gary'ego Neville'a. To niemożliwe, prawda? Niemożli... Dobra, poczekajmy.

West Ham - Lotna piłka Wielkiego Sama

Łatwo jest odgadnąć co też wykrzyczy w twarze swoim piłkarzom Sam Allardyce przed pierwszym meczem sezonu. "Do ich gardeł!" - to będzie chyba najczęściej słyszane przez skład West Hamu zalecenie od własnego menedżera. Do taktyki przejdzie później, lecz tu również rewolucyjnych tez spodziewać się nie można.

Cole

Biegać szybciej, skakać wyżej, uderzać mocniej, walczyć ostrzej... Nic dziwnego, że United wkrótce zamieniają The Bolyen Ground na nowiutki stadion olimpijski, a podobieństw z ideałami igrzysk jest nawet więcej. Tam, gdzie wciąż latają młoty, oszczepy, a nawet kule, wkrótce w powietrze wykopywane w niebo będą futbolówki. Przestworza nad Londynem znów będą zagrożone, jak tylko James Tomkins wróci do tego co robi najlepiej.

"Na chaos!" - zakrzyknąłby trener Świerczewski do Adamsa, lecz w Premier League obowiązują inne standardy. Stąd Sam Allardyce wskazówki dobrał bardziej precyzyjne - na Kevina Nolana, na Carltona Cole'a, na Ricardo Vaz Te i, może, na Andy'ego Carrolla. Futbol West Hamu w Championship to było bolesne przeżycie zwłaszcza na własnym stadionie, opierające się na absolutnych podstawach angielskiej piłki nożnej - wygrywanie drugich piłek w bombardowanych strefach, skrzydłowi i ich dośrodkowania, napastnik zawsze w świetle bramki... Nic skomplikowanego, plus siła razy moc i beniaminek na atak Premier League gotowy.

Po prawdzie, Sam Allardyce nie jest postacią specjalnie lubianą pośród kibiców West Hamu. Zarzucają mu całkowite zlekceważenie krajowych pucharów, negatywną taktykę zespołu, zwłaszcza na własnym terenie - w sezonie zasadniczym Championship, aż dwanaście razy piłkarze rywali wyjeżdżali z tej mało ciekawej dzielnicy Londynu niepokonani. Można powiedzieć, że szkoleniowiec cel przed nim postawiony zrealizował, lecz odbyło się to w mękach nieoczekiwanych przez zarząd. Skład z Colem i Nolanem na czele powinien ligę niższą zwojować bezboleśnie.

Problem United polegał na tym, że Allardyce aż do bólu starał się ich do ligowego poziomu dostosować - stąd taktyka negatywna i mało konstruktywna. Inni beniaminkowie, o czym przekonacie się wkrótce, potrafili awansować w stylu, który kibice witali z uśmiechem. Gdy w finale play-off na Wembley Ricardo Vaz Te w samej końcówce umieścił piłkę w siatce, zapanowało (owszem) szaleństwo, ale usłyszeć dało się tylko głęboki oddech ulgi. Powrót został zapewniony, szczęśliwy Allardyce ucałował swojego bohatera, "najlepszy transfer jaki zrobił", lecz teraz czas na coś więcej.

Trudno jednak oczekiwać, że cokolwiek w tej kwestii się zmieni. Może tylko Mark Noble, przez niektórych kibiców nazywany Xavim z Canning Town, dostanie więcej obowiązków, bo w Premier League piłka jednak częściej wędruje po murawie. To jest idol tysięcy fanów Młotów, materiał na legendę, jeden z nich i tak dalej... ale wcale nie tak daleko do tego statusu Kevinowi Nolanowi. Ten na rok stracił kontakt z krajową czołówką (patrząc na wyczyny Newcastle wyboru pozazdrościć mu nie można), jednak swoim podejściem zdobył serca fanów. Na nich będą patrzeć kibice, gdy kryzys zajrzy w oczy.

Carlton Cole nie był nawet w czołówce najlepszych strzelców Championship, trudno więc oczekiwać, że zmieni się to w lidze wyżej. Miał być on narzędziem destrukcji dla rywali, ale dobrych spotkań nie było w jego wykonaniu wiele. Generalnie, West Ham się nie wyróżniał - personalnych nagród w sezonie zabrakło dla menedżera, a raz uhonorowano strzelca bramki na wagę dziewięćdziesięciu milionów funtów.

Ciekawe więc w jakich ilościach rozeszło się oficjalne DVD z podsumowaniem sezonu West Hamu. Fajerwerków dodać tam mógł co najwyżej gość od efektów specjalnych, a nie Cole czy inni piłkarze WHU. Przed Allardycem wyzwanie, ponieważ w krótkim okresie letnim będzie starał się on przekuć toporność w solidność - jakości mu wciąż brakuje, a transfery są raczej przeciętne. Można wyróżnić zatrudnienie Diame z Wigan lub McCartney'a z Sunderlandu, ale reszta raczej nie wróży wielkich zmian w taktyce czy stylu gry.

Wejście do Premier League dokonało się z gracją czołgu, lecz kaliber, który średnio działał z drużynami z Championship, teraz może zwyczajnie nie wystarczyć. Stąd desperackie oferty za Carrolla, próba odebrania Liverpoolowi Joe Cole'a i modły kibiców, by forma z sezonu przygotowawczego była tylko zasłoną dymną przed rywalami. Na pewno powrót do elity samego Allardyce'a nie przejdzie bez echa, znów będzie zbiegał w przerwie z trybuny, przeskakiwał lekkoatletyczną bieżnię, by wydzierać się na podopiecznych. Kiedyś mówił, że poradziłby sobie w Barcelonie, ale co to dla niego za wyzwanie - taki samograj opanować łatwo, a utrzymać piłkarskich lotników z West Hamu to zupełnie inna skala. By nie rzec, że to "jakiś zupełnie inny poziom".

 

---

Czego nie spodziewać się po West Hamie? Bramki zdobytej po akcji składającej się z dwudziestu jeden podań. Serio, rzadko Młoty przebiją cztery, a to i tak będzie dobrze. I nie czekajcie na przewrotkę Carltona Cole'a - po prostu nie ma na co patrzeć.

środa, 01 sierpnia 2012
Szkoda chłopaka

Wiadomo, wyśmiewać jest najłatwiej. I ubierać te żarty w bzdury - fajtłapa, bo biega jak szalony, ale piłki nożnej w tym jest mało. Drugi Emile Heskey - mało przydatny dla zespołu, jest ustawiony na szpicy tylko po to, by w odpowiednim momencie tak ułożyć głowę, że futbolówka odbije się do bramki. Przepłacony, ponieważ ktoś źle ocenił jego wartość, uznając, że nie ma znaczenia i nie wpłynie to na karierę piłkarza. I wreszcie wydarzenia ostatnich dni, gdy sprzeczne wiadomości na linii menedżer - zawodnik doprowadziły do raczej smutnego wniosku.

AC
Andy'emu Carrollowi należy współczuć.

Nikt nie wie, jaką rolę napastnikowi reprezentacji Anglii przypisał Brendan Rodgers, przekazując opasną analizę - 180 stron manifestu - sytuacji w Liverpoolu i tego jak wydobyć ten klub na powierzchnię. Bo nie ukrywajmy tego, pewnie fani The Reds przyznają mi rację, że ich miejsce to to w Lidze Mistrzów oraz na podium Premier League. Rodgers jest gotów z pełną brutalnością wyrywać zawodników z poprzedniego klubu, nawet zrywając dżentelmeńską umowę ze Swansea. Bez dania szansy pozbędzie się Aquilaniego, teraz bez żalu chce opchnąć zawadiakę wartego kiedyś trzydzieści pięć milionów funtów.

Najpierw miała być okazja dla każdego, by się menedżerowi pokazać. Carroll jednak był na urlopie, odpoczywał po walce na Euro 2012, dołączył do składu dużo później. Gdy dojechał, Rodgers już swoją filozofię starał się przelewać na zespół, robiąc wszystko, by grali jego stylem. "Wygrywasz w ośmiu przypadkach na dziesięć, jeśli masz przewagę w posiadaniu piłki" - powiedział najbardziej rozrywany menedżer tego lata - "Oczywiście dziewiąty czy dziesiąty przegrasz, czasem zdarza się grać słabo, ale wolę, by mój zespół miał piłkę i miał tę okazję, a nie czekał, aż coś się wydarzy."

Łatwo jest powiedzieć czego Rodgers oczekuje od napastnika w tym systemie i bramki to wcale nie jest szczyt dosyć długiej listy. Ma on prowadzić wysoki pressing, w siedem sekund odebrać obrońcom rywala piłkę, zwodzić defensorów, wyprowadzać ich ze swojej pozycji, odgrywać na jeden kontakt i w ciemno biec na wolne pole. Nie ogranicza swojej roli do wykończania akcji uderzeniem głową po dokładnym dośrodkowaniu.

Wakacje w słonecznej Brazylii na pewno nie były dla Carrolla odprężające. Oto dochodziły do niego pogłoski o ofertach, o zainteresowaniu z innych stron, o byciu osobą niechcianą w szeregach Rodgersa, nawet jeśli menedżer twierdzi, że jego pozostanie i tak będzie mu na rękę. Czemu więc tak łatwo go oddaje? Czemu nie wierzy, że ten zawodnik - po prawdzie, będący może wciąż niestabilnym emocjonalnie młodzieńcem, lecz rozwijającym się talentem i to nie tylko w kierunku typowym dla piłkarzy o jego warunkach - może dać drużynie inny wymiar, inne okazje, inne opcje na boisku? Przyrównując w granicach rozsądku - nawet Pep Guardiola szukał takiego wyjścia zatrudniając Zlatana Ibrahimovicia. I choć przez rok nie zdołał ustabilizować współpracy na poziomie choćby zbliżonym do normalnego, przynajmniej dał sobie i klubowi dwunastomiesięczną szasnę. Tej Rodgers odmawia Carrollowi.

Nie dziwię się, że Andy Carroll jak ognia unika przejścia do West Hamu, choć dla "Wielkiego Sama" byłoby to spełnienie jego taktycznych marzeń. Dwie wieże w ataku, produkty rodzime, zero "zagranicy" - dwa razy więcej szans na wygranie pojedynków główkowych po dokładnie zagranych długich piłkach od bocznych obrońców. Gra w powietrzu to nie jest ich jedyny atut - zaryzykuję stwierdzenie, że w przypadku Carltona Cole'a i Andy'ego Carrolla nawet nie największy - ale dla Allardyce'a najważniejszy.

Andy Carroll odmawia, kręci głową, na twarzy pojawia się grymas. On nie chce do West Hamu, nie chce do "Wielkiego Sama" - to byłoby ambicjonalne, futbolowe harakiri, odznaczające się wpisaniem w odwieczny schemat "kick & rush", dosłownie przylepienie sobie naklejki na plecy, krzyczącej: "Uwaga, wysoki drewniak na szpicy!". Ryzykuje sezon na ławie, przegrywanie rywalizacji ze świeżo sprowadzonym Fabio Borinim - ponoć bardziej uniwersalnym, a na pewno lepiej znanym Rodgersowi - ale lepsze wyjście z honorem, po walce, niż w sposób gorszy od samego przyjścia. Bo oddanie go West Hamowi, to przecież oczywista opinia Rodgersa o jego ograniczonej zdolności adaptacji w systemie piłkarsko bardziej skomplikowanym, to przyznanie się do trzydziestopięcio-milionowej porażki. Nikt nie chce być porażką.

Carroll mógłby uciec, to prawda. Już lepsza od West Hamu byłaby wyprawa do Włoch, przecież zainteresowany miał być Milan. Przenosiny do innej kultury futbolowej to ruch tak rzadki pośród Anglików, że aż kompletnie niezrozumiały. Miałby on okazję poznać inną jakość piłki nożnej, nabyć niezbędnego doświadczenia, wielu niezbędnych umiejętności taktycznych... Nawet powrót do Newcastle wcale nie byłby dla niego zły - mimo niechęci kibiców, zwłaszcza po bezczelnym nurkowaniu w jednym z ostatnich pojedynków "Srok" z Liverpoolem. Tam już te schematy są luźniejsze, więcej jest finezji, więcej jest gry piłką, niż oglądania jej w powietrzu.

Ale sam Andy Carroll walczy, by nie być zawodnikiem, który do końca swojej kariery będzie piłkarzem wrzucanym na tą samą wodę, do tego samego koszyka, w ten sam schemat. To może być największy przejaw ambicji, jaki u niego zauważono, ta chęć, by pozostać w Liverpoolu, udowodnić coś Rodgersowi, innym. Wreszcie nie metkę z ceną, którą przybito mu na wstępie na Anfield Road - pal licho kasę! - ale piłkarską jakość i umiejętności. W tej kolejności. Do tego trzeba mieć odwagę - szkoda, że najwyraźniej brakuje jej (jeszcze) jego menedżerowi.

poniedziałek, 30 lipca 2012
Przyszłość bez dziewiątki

Ktoś, kto oglądał ostatnie dwa mecze Chelsea podczas wycieczki objazdowej po Stanach Zjednoczonych, ten mógłby stwierdzić, że brak napastnika to faktycznie jest problem Roberto Di Matteo. Romelu Lukaku zanotował dobry start, owszem, ale przeciwko defensorom Seattle Sounders, a nie drwalom ze Stoke, czy obrońcom bardziej inteligentnym. W przypadku wciąż nastoletniego napastnika z Belgii, oznacza to już np. piłkarzy Fulham. Na jego szczęście, wkrótce może się okazać, że na rok wyląduje pośród nich.

I dobrze, niech się uczy. Póki co straszliwie miota się, nie potrafiąc dobrać odpowiednich proporcji - czy jego gra powinna opierać się na sile, czy na futbolu. W tym drugim, z lepszym rywalem niż drużyny z ligi belgijskiej, wygląda to wciąż marnie, nawet mając w pamięci z jak wielką i mimo wszystko niespotykaną skalą talentu mamy do czynienia. Bazując na swojej mocy, mięśniach, osiąga on tylko tyle, że obserwatorzy porównują go z Didierem Drogbą, po czym zaraz dodają, że to jeszcze nie ten poziom. I jeszcze długo to nie będzie ten poziom.

Torres

Tak więc - Chelsea trzeba napastnika? Torres dopiero rozegrał swoje pierwsze trzydzieści minut w sezonie przygotowawczym, a to był przedostatni mecz bez stawki tego lata. Kevin de Bryune to również jeszcze nie ten poziom, a problem z nim jest podobny do tego co ma w Chelsea Daniel Sturridge - szefostwo widzi go raczej na pozycji skrzydłowego, niż wysuniętego snajpera.

Okres letni to przede wszystkim pakowanie - liczbowo i jakościowo - linii pomocy. Pierwszym i najważniejszym kryterium doboru była kreatywność zawodników, drugim umiejętności techniczne, trzecim drybling, a potem cała reszta. Oscar, Marin i Hazard to trzy razy więcej niż było do dyspozycji dwóch menedżerów w sezonie minionym - sam Juan Mata robił co mógł, tyrał do granic wytrzymałości, ale pod koniec sezonu jego nogi były jak z ołowiu i, wybaczcie porównanie, on już nie latał, on po murawach szurał.

Jednak przez takie skupienie transferowe wokół jednego celu, Chelsea wcale nie musi teraz przejmować się brakiem napastnika. Ja wiem, że samo liczenie na Torresa może być bardzo ryzykowne, a wiara, że w razie problemów zastąpi go Lukaku czy de Bryune zakrawa na szaleństwo. Mimo wszystko są jednak rozwiązania, które umożliwiają nie tyle oszczędności - dobrze wiemy, że tego lata Roman Abramowicz chętnie szaleje - ale po prostu nadanie Chelsea innego wymiaru.

Przede wszystkim z Igrzysk wróci nie tylko Mata, ale i Sturridge. Nie sądzę, by przy konkurencji takiej, jaką zastanie w klubie na tym etapie, dalej był on odbierany jako zawodnik ze skrzydła. Zwłaszcza, że jego statystyki z poprzedniego sezonu są wręcz depresyjne jak na zawodnika atakującego spod linii bocznej, a najbardziej w porównaniu z Matą właśnie. Przy takim nasileniu nie tylko skrzydeł, ale ogólnie strefy piłkarzy za plecami napastnika - policzmy: Mata, Hazard, Marin, Oscar, Ramires, a i Meireles, Benayoun, McEachran czy Kakuta mogą tam występować (jeśli zostaną wybrani/nie odstrzeleni) - nie ma on czego szukać i należy znaleźć mu zajęcie do jakiego jest stworzony. Nie podawania, ale strzelania.

Daniel Sturridge nie jest jedyną alternatywą dla Torresa - szczerze, dla mnie nie jest nawet na pierwszym miejscu. Z całym przekonaniem uważam, że wreszcie Chelsea może sobie pozwolić na to, by... napastnika nie wystawiać. Po prostu, zagrać bez snajpera. Poddać się globalnej rewolucji taktycznej, najnowszej wariacji, szaleństwu i trendowi, który ponoć wywodzi się z Hiszpanii. Nieważne jego korzenie, ważne są efekty oraz zalety zastosowania.

Chelsea już jest jedną z najchętniej utrzymujących się drużyn w Premier League, choć nie można jednoznacznie powiedzieć, że opartą na dominacji w posiadaniu futbolówki. Już pisałem, że kluczowe w nowym sezonie powinno być dla The Blues nie tylko przyspieszenie akcji, ale przejście z obrony do ataku, tempo rozegrania akcji. Tym bardziej do tego schematu nie pasuje stateczny Sturridge, zwodami grę zwalniający, mało aktywny w odbiorze. Potrzeba zawodników innych - ofensywnie nastawionych, ale wpasowujących się w to, czym Chelsea ma imponować w nadchodzących rozgrywkach - w dynamikę gry.

Hazard, Mata, Marin, Oscar i Ramires pasują idealnie.

Zdaję sobie sprawę z problemów, które niesie gra bez napastnika. Wiadomo, że do osiągnięcia płynności stylu, wymienności pozycji oraz przełożenia umiejętności indywidualnych na jakość drużyny potrzeba czasu. Dlatego jest to alternatywa nie na początek sezonu, gdy Torres i Sturridge zapewne ze składem będą - przygotowani może nie perfekcyjnie, dalecy od formy fizycznej, ale też operujący na osławionej świeżości.

System bez napastników będzie czekał, będzie czerpał i nabierał kształtu pod obecność snajperów, 'dochodził', gdy nowi będą uczyć się ligi, wymagań, presji... Tak, słyszę te wątpliwości - to kto ma strzelać, jak w składzie sami podający, kto ma wykańczać szanse kreowane przez zawodników wymienionych... a jednak, patrząc na ostatni sezon, to procent goli zdobytych przez napastników Chelsea nie był imponujący. Wszystko się rozkładało, a przecież Hazard w ostanim sezonie ubił tych bramek dwadzieścia. Oscar w 2011 dla Internacional zdobył dziesięć w dwudziestu sześciu, też wynik zadowalający.

Chelsea ma większe problemy niż brak "kolejnego klasowego napastnika" - przejście do obrony wyglądało słabo w ostatnich spotkaniach, piłkarze, którzy dołączyli do składu to również kłopot dla sztabu szkoleniowego dobierającego obciążenia... Ale powiedzmy sobie szczerze, prawdziwe treningi i przygotowania zaczynają się od powrotu do kraju - posiadania większości składu, wyrównania ich poziomu fizycznego, ogrania w pewnej założonej z góry jedenastce, rywalizacji dublerów, wykrystalizowaniu się ról w składzie oraz po pozbyciu się elementów zbędnych. Wiem, że wielu oczekuje oceny spotkań z Sounders, PSG, MLS All-Stars czy Milanem, ale to nie ma żadnego sensu.

W Chelsea nastąpiła rewolucja, Di Matteo przyjął ją z uśmiechem, podobnie, jak każdy kibic. Mówi teraz Włoch o małych zmianach stylu, ale nie są możliwe minimalne korekty przy takim potencjale wzmocnień, porównaniu ich jakości oraz zalet do tych, którzy zrobią im miejsce. Malouda, Kalou, Essien, Drogba i kilku innych, którzy opuszczą klub jeszcze w tym okienku transferowym, to nie jest inny poziom, ale inny styl. Lepiej, by Di Matteo tego nie negował, ale pozwolił, by każdy z zatrudnionych się rozwinął, to pokazał i udowodnił. Chelsea już kilka razy źle wyszła na tym, że rewolucje czy ewolucje dewaluowano, zbywano machnięciami dłoni, z uśmiechem negowano ich wpływ na konferencjach prasowych.

Przyznanie się do chęci eksperymentowania to nie grzech, Roberto. Poddaj się rewolucji, a wtedy pomysł z grą bez napastników nie wyda Ci się aż taki szalony. Serio, serio.

piątek, 27 lipca 2012
Just like watching Brazil

"Gdy wybierałem najlepszą jedenastkę Euro 2012, uderzyło mnie, że żaden z wybranych piłkarzy nie gra w Premier League. Wniosek może być tylko jeden. W naszej lidze nie ma wystarczającej ilości najwyższej klasy obcokrajowców" - napisał dla Daily Telegraph Jamie Carragher, tuż po finale w Kijowie. Wiadomo, że futbol w Anglii istniał na długo przed rokiem 1992, lecz można podrapać się po głowie na te słowa obrońcy Liverpoolu - przecież z 1347 zawodników spoza Wysp Brytyjskich musieli przewinąć się także ci najlepsi.

I oczywiście, na przestrzeni tych dwudziestu lat, wielu było wspaniałych. Dennis Bergkamp, Eric Cantona, Gianfranco Zola, Cristiano Ronaldo, Thierry Henry, Xabi Alonso... Nazwisk jest wiele, kompletów jedenastek wybieranych przez ekspertów i kibiców tysiące, wariacji jeszcze więcej. W zasadzie, przeglądając właśnie te wybory składów bazujących na ostatnich dwóch dekadach grania Premier League, nawet najbardziej wymagający kibic zostanie zaspokojony nazwiskami tam się przewijającymi. Nie o nazwiska jednak chodzi, lecz nacje.

Oscar
Powiem wprost, brakuje w Anglii świetnych Brazylijczyków. Robinho miał jeden dobry sezon, Elano podobnie, choć przynajmniej nie sprawiał wielu problemów. Ramires imponuje, jednak pamiętajmy, że jego proces adaptacji do gry w Anglii też trochę trwał. Najlepszym, bezapelacyjnie, pozostaje Juninho, który z niezrozumiałych powodów czuł się wspaniale w Middlesbrough, a skoro można dyskutować, czy nie umieścić na liście Geovanniego, to znaczy, że... Brazylia w Anglii nie istnieje.

Łatwiej jest wybrać jedenastkę katastrofalnych zakupów z "kraju kawy", niż zestawić zespół z imponujących w Premier League rodaków Pele. Co ciekawsze, nieufność wobec Brazylijczyków jest powszechna - więcej w najlepszej lidze na świecie zagrało Norwegów, Szwedów i Duńczyków. W sezonie 2010/2011, startów od pierwszej minuty więcej od zawodników z Brazylii zarobili piłkarze z Walii, USA, Wybrzeża Kości Słoniowej i Irlandii. Co jest przyczyną tego negatywnego nastawienia?

Najprościej wytłumaczyć wszystko kulturą. "On gra, jakby sterował nim dzieciak bawiący się na Playstation" - skomentował techniczne popisy Davida Luiza Gary Neville, jednocześnie udowadniając, że w Anglii Brazylia wciąż kojarzy się ze zbędnymi sztuczkami, niż grą skuteczną, grą o wynik. Kojarzeni są również z problemami adaptacyjnymi, wychowawczymi oraz zwykłym lenistwem, które objawia się na treningach. Gwiazdorzą, krótko mówiąc.

Zresztą nic dziwnego, że Brazylijczycy zawodzili, zwłaszcza w tych pierwszych latach Premier League, po otwarciu angielskiego rynku na świat. Choć w ich rodzimej lidze futbol daleki jest od czystej gry, to największą przeszkodą wcale nie była brutalność boiskowa, lecz brutalny styl gry. Przecież jeszcze kilka sezonów temu, ekipy, które nie grały piłki nazywanej "typową angielską" można było z łatwością zmieścić na podium. "Piłkarze musza wpasować się w system, a nigdy ten nie jest ułożony pod nas" - narzekał Robinho, także tak tłumacząc swoją ucieczkę z Manchesteru City.

Zauważmy również, że ci, którym się prawdziwie powiodło w Anglii, to zawodnicy w dużej mierze defensywni. W setce najlepszych strzelców ery Premier League próżno szukać Brazylijczyków. Gilberto Silva był częścią drużyny "Niepokonanych" w Arsenalu, Alex uważany był za skałę w Chelsea, bracia da Silva to boczni obrońcy, Lucas Leiva operuje tuż przed stoperami Liverpoolu, Sandro odpowiada za odbiór piłki w Tottenhamie, a jest jeszcze wspomniany Luiz, Santos i Aurelio...

Jedynym, którego można uważać za ofensywnego zawodnika, który imponuje, to Ramires - ale to też inny styl gry, niż ten typowo brazylijski, prawda? Dynamika, siła, przyspieszenie, prostota zagrań... Do Neymara mu daleko. Prawda jest również taka, że zmieniają się sami Brazylijczycy, widząc jaka jest droga do sukcesu w Europie. Dyscyplina taktyczna, połączenie akceptacji pewnych schematów z futbolem kreatywnym i efektownym - nie zapominając o ciężkiej pracy - może przekonać nawet największych konserwatystów w Premier League.

Pieniądze są równie ważną kwestią. Wspominałem, że na przestrzeni tylko ostatnich kilku lat, przekrojowo styl gry większości drużyn się zmienił. Nie trzeba wybitnie szczegółowo przyglądać się taktykom ekip z Premier League, by stwierdzić, że już prawie trzy czwarte z nich opiera swoją ofensywę na ofensywnym pomocniku, rozgrywającym, a nie długich piłkach do dwóch napastników. Ci jednak kosztują, a najbardziej właśnie z krajów, które takich piłkarzy masowo produkują. Jak zaraz sami się przekonacie, łatwiej klubom z Premier League byłoby, gdyby pewne zmiany zaszły dziesięć lat temu.

Gdy w 2003 roku Kaka opuszczał Sao Paulo i przeprowadzał się do Włoch, by grać w barwach AC Milan, Silvio Berlusconi zapłacił za niego pięć milionów funtów. Gdy kilka miesięcy temu do Chelsea - z tego samego klubu w Brazylii - przenosił się siedemnastoletni Lucas Piazon, klub z Londynu wyłożył o półtora miliona więcej, mimo zaskakującej różnicy między tą dwójką Brazylijczyków. Kaka miał za sobą kilkadziesiąt występów w seniorach, został mistrzem świata w 2002 roku, a... Lucas Piazon? Jego debiutancki występ w dorosłym futbolu miał miejsce dopiero w trakcie aktualnych wojaży tryumfatorów Ligi Mistrzów po USA. Wcześniej grał tylko w juniorach.

Pieniędzy jest jednak w angielskim futbolu coraz więcej i nie dzielą się one na trzy, cztery czołowe kluby. Stąd zainteresowanie piłkarzami o pewnym profilu - profilu kreatywnego rozgrywającego, zawodnika o wybitnych umiejętnościach technicznych, wizji, dryblingu - znacząco wzrosło. Menedżerowie i dyrektorzy sportowi, przekonani także występami Maty, Silvy, Aguero, a nawet Teveza, są gotowi teraz nadrobić swojej wcześniejszej niechęci i wykorzystać rynek dawno w innych krajach odkryty, lecz w Anglii niewykorzystany. Stąd transfer Oscara, oferty za Lucasa Mourę, Hulka, Ganso czy Damiao. Do ich sukcesu w lidze jeszcze droga daleka, ale przynajmniej dostaną szansę. 

środa, 25 lipca 2012
Trzy kroki wstecz, czyli w dobrym kierunku

Joey Barton już nie raz był bohaterem wpisów na tym blogu i, zakładając, że jeszcze nie raz na boisku mu odbije, pewnie zapełni także gazetowe szpalty ze złych powodów. Tak, jak w ostatniej kolejce, gdy powtórzył wyczyn Johna Terry'ego z meczu z Barceloną i z kolana przywalił rywalowi. Media miały temat na dodatkowe strony, Mark Hughes ból głowy, FA sporo roboty - jakby wcześniej z Bartonem jej nie mieli, ech? - a sam zawodnik, najwyraźniej, wyrzut sumienia.

JB 

To lato mogło być dla niego decydujące, zwłaszcza w obliczu kary jaka na niego spadła - zasłużenie, co sam były już kapitan QPR przyznaje. Stracił cholernie dużo, znacznie więcej niż te dwanaście spotkań, ponieważ wie, że Hughes nie buduje drużyny na nowy sezon przy jego wydatnym udziale. Owszem, nazwisko to przewija się w planach długoterminowych, ale jeśli Rangersi wystartują w takim stylu, jaki jest przez bogatych właścicieli wymagany, może się on nie przebić i przez kolejne tygodnie.

Zaboleć musiało także zostawienie go poza kadrą QPR, która wyjechała do Azji na kilka tygodni, by grać ostatnie sparingi. Nie to, że Barton nie ma co robić, wszakże ledwo wystartowała jego strona internetowa i samo pisanie na tematy różne, od polityki, przez kulturę, aż do futbolu właśnie, musi pochłaniać sporo czasu. Tak jak dyskusje na Twitterze, zaczepianie dziennikarzy, krytykowanie rywali, cytowanie filozofów... i gdzie tu miejsce na piłkę nożną, prawda?

Dowodów na to, że  futbol Bartonowi mógł przestać smakować nie brakuje, z wydarzeniami z ostatniej kolejki poprzedniego sezonu na czele. Czy ktoś, komu kopanie piłki sprawia frajdę, wymierzyłby kopa rywalowi w sumie bez powodu i jeszcze bez oporów starał się "zabrać" ze sobą do szatni jednego z nich? Odpowiedź może być tylko negatywna.

Dla Bartona te dwa sezony to ciągły rollercoaster, lecz na nim znalazł się z własnej woli, skrupulatnie budując opinię... okej, powiedzmy to - myśliciela, by potem znów boiskową agresją przypominać o dawnych grzechach. Nawet na własnej stronie oficjalnej, zapewne ironicznie, przedstawia się jako były skazaniec oraz brutalny bandyta.

Jestem bardziej niż pewny, że nawet mimo swoich agresywnych popisów, Barton w futbolu jest zakochany. Widać, że szuka swojego miejsca, nawet na boisku, gdzie menedżerowie rzucali go ostatnio po bokach pomocy, choć z niego żaden skrzydłowy. Zdecydowanie najlepiej czuje sie w roli osoby krytykującej media, człowieka z mocnymi poglądami, brylując w gazetach i Internecie, chodząc po galeriach sztuki, zachowując się jak krytyk. Po raz kolejny wypada jednak zapytać, czy futbol nie jest do tego dodatkiem?

Dwanaście spotkań to cholernie długo, a brak treningów z pierwszą drużyną, z seniorami, to równie dotkliwa kara, co każde potrącenie części jego niemałych zarobków.  Barton, najwyraźniej, postanowił ten czas nie tylko wykorzystać na dalsze szerzenie swoich poglądów społeczno-kulturalno-politycznych, ale także na odnalezienie powodu, dla którego wciąż na boisko wybiega. Przecież mógłby odpuścić, zostać komentatorem wydarzeń sportowych, pisać artykuły i żyć z procentów, ciesząc się wolnością od presji o której też często wspomina. 

On nie odpuścił, ale wiedział, że musi zdecydować się na kilka kroków wstecz, by potem wykonać skok na Premier League i udowodnić, że jakością i repertuarem zagrań dorównuje swoim często kontrowersyjnym wypowiedziom. Lepiej wybrać nie mógł.

Fleetwood

Oto, wstępnie na dwa tygodnie, przenosi się do Fleetwood Town FC, beniaminka League Two, drużyny z północnych rejonów Anglii, których ksywka to "obsługa trawlerów" lub, bardziej potocznie, "kuternicy". Powiedzmy sobie szczerze, nawet mimo ładnego, niedawno odnowionego, kameralnego obiektu o znajomej nazwie Highbury, nie jest to miejsce, gdzie łatwo byłoby spotkać gwiazdę z Premier League.

Dlaczego więc Barton trafił idealnie? Przede wszystkim, wreszcie ucieknie od Londynu. Zgodnie z wyświechtanym powiedzeniem, jest to miasto, które wciąga, gdzie można zapomnieć się, zgubić, przysnąć i obudzić będąc zerem. Barton ucieka od kamer, które pewnie towarzyszyłyby mu przez większość czasu, przypominając jego grzeszki, karę i nie dając w spokoju pracować nad formą. Formą tylko i wyłącznie treningową.

Dla Fleetwood Town gra kilku jego dobrych przyjaciół, więc w szatni nie będzie czuł się nieswojo, raczej pewnie do niej wejdzie, z uśmiechem na ustach. Tak, jak nie zdarzyło mu się już dawno w Rangersach.  Co więcej, "The Trawlermen" rozdeptali rywali na piątym szczeblu rozgrywkowym, zanotowali serię dwudziestu dziewięciu spotkań bez porażki oraz, pierwszy raz w ponad stuletniej historii klubu, dotarli do trzeciej rundy Pucharu Anglii.

Pod wodzą 40-letniego menedżera, Micky'ego Mellona, byłego piłkarza WBA, Blackpool i Burnley, Fleetwood przeszli prawdziwą metamorfozę, przez dwa awanse, od klubu stricte amatorskiego do takiego z pełnym zawodostwem, który stać na transfery rzędu kilkudziesięciu tysięcy funtów. Jasne, to pewnie równowartość jednej tygodniówki Bartona, lecz na konferencję oraz League Two są to sumy do pozazdroszczenia. Wszystkich skręcało, gdy za najlepszego strzelca drużyny, Jamiego Vardy, Leicester City dało milion funtów, co jest rekordem dla klubu spoza Football League

Micky Mellon to społecznik z zacięciem, zresztą też jest pierwszym w historii klubu trenerem, który został zatrudniony na pełen etat. Kiedyś prowadził również rodzinny biznes, siłownię dla młodzieży z trudnych rejonów Blackpool, ale pomysł upadł bez wsparcia sponsorów. Teraz buduje zespół, który ludzie chcą oglądać, o czym świadczy 29% wzrost frekwencji na stadionie w ciągu ostatniego roku. W ostatnim sparingu ze spadkowiczami z Premier League, Blackburn Rovers, przegrali zaledwie 0-2, a mimo to Mellon był mocno zawiedziony. "Nie powinniśmy tracić takich bramek" - mówił - "musimy jak najszybciej te zwyczaje z naszego systemu wyrzucić."

Czy pomoże w tym Barton? Tak jak wspomniałem, w klubie na razie będzie tylko na dwa tygodnie i pewnie na początku przyciągnie ciekawskich przedstawicieli mediów, którzy jego pensję porównają z niedużym budżetem Fleetwood, a zrobione zdjęcia z treningów obiegną Anglię. Wstępnie mówi się, że możliwe jest wypożyczenie Bartona do zespołu z League Two, ale tylko po to, by szybciej go odebrać - dwanaście spotkań na tym szczeblu to nawet trzy tygodnie mniej, niż musiałby przeczekać pomocnik na Loftus Road.

Niewątpliwie Joey Barton obrał kierunek dla piłkarzy Premier League egzotyczny, do tej pory niesprawdzony, a nawet dla sporej większości uznawany za niepewny. Mimo wszystko, wejście do szatni w której dominują tematy bardziej przyziemne niż najnowszy garnitur, dodatek do garderoby, kolacja w szykownej restauracji czy niebezpiecznie szybkie auto, będzie miłą odmianą i na pewno przyciągnie ostatnio często odlatującego w chmury piłkarza do ziemii. Bez ciągłego obrzydzenia tym przepychem, Bartonowi, zaciętemu anty-celebrycie, łatwiej będzie skupić się po prostu na futbolu. "Wreszcie!" - pewnie westchnie po pierwszym treningu. Mimo, że uczynił on aż trzy kroki wstecz, wydaje się, że w końcu Joey Barton obrał dobry kierunek.

piątek, 20 lipca 2012
Przejście na drugą stronę kreski

Chelsea potrafiła być zabójcza w każdym elemencie. Pamiętacie takie spotkanie z Ligi Mistrzów z Barceloną? Na pewno – nie minęło pół godziny, a rywale z Katalonii trzykrotnie wznawiali grę od środka, gdy skrzydłowi Jose Mourinho wkręcali bocznych obrońców Franka Rijkaarda w ziemię. To był futbol z marzeń, poniekąd. Agresywny, szybki, dokładny, ekscytujący, techniczny, siłowy…

Duffer 

A jednak, jak popatrzeć na dwa ostatnie sezonu, a nawet i trochę bardziej wstecz, Chelsea nie kojarzy się z futbolem opartym na jednym z podstawowych elementów piłkarskich – szybkości. Jasne, w kontrze The Blues wygrali Ligę Mistrzów, lecz i te wypady drużyny di Matteo (a wcześniej Villasa-Boasa, m.in. z Valencią) były raczej sporadyczne, wbrew przebiegowi każdego spotkania. Najbardziej uwidocznił to pojedynek z Benfiką, gdy nawet mimo przewagi jednego piłkarza, to właśnie tę taktykę stosowano, nie przez dominację.

Narzekaniom na temat szybkości gry nie było końca, zresztą każdy kibic Chelsea Wam to powie. Jakie cierpienia znosili fani The Blues najlepiej pokazuje sukces transferu Juana Maty, który w premierowym sezonie wygrał europejski i krajowy puchar, będąc najlepszym ligowym kreatorem gry. Oczywiście i on był długimi momentami osamotniony – w końcówce sezonu, gdy styl był wybitnie defensywny, gdy trudy kampanii powodowały, że nogi Hiszpana ledwo trzymały go do godziny meczu, zespół po prostu cierpiał.

Cierpiał wielokrotnie, ale nie przez spowolnionego zakwasami Matę – brak klasycznych skrzydłowych (di Matteo często wstawiał tam Torresa, w finale Ligi Mistrzów dał lewego obrońcę, kompletnego debiutanta, Ryana Bertranda) powodował to, że rzucano Hiszpanem po całej linii ofensywnej. Nie mógł on jednak wykonać roboty za wszystkich, choć będąc oczywistym wyborem na gracza sezonu, to obciążenie na jego barkach w pewnym momencie stało się nie do zniesienia. I łatwe do przeczytania dla rywali.

Nie dziwią więc obecne ruchy transferowe Chelsea. Eden Hazard i Marko Marin to – wystarczył mi jeden mecz po drugiej stronie oceanu by to stwierdzić! – miła odmiana od Maloudy i Kalou. Nie chodzi o ich walory fizyczne, jestem przekonany, że Francuz i reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej są równie szybcy, ale o to jak szybko grają. Ponad wszystko liczy się styl.

Malouda i Kalou to zawodnicy, mimo wszystko, mało przebojowi. Zwłaszcza Francuz, którego na koniec jego kariery w Chelsea – bo wszystko wskazuje, że to jest koniec – trenerzy ustawiali raczej w środku pola niż na skrzydle. Ci piłkarze długo holują piłkę, lecz wpływ jest raczej wątpliwy, to nie są rajdy w tej najczystszej postaci, które mogłyby odmienić grę The Blues. Kalou też dobrze to obrazuje w pojedynkach jeden na jednego z obrońcami. Nie jest on złym piłkarzem w tym elemencie, lecz przed rywalem każdorazowo zwalniał, prowadząc piłkę przyklejoną do stopy, tracąc często bezcenne sekundy w kontrze.

Marko Marin i Eden Hazard już w środową noc pokazali, że są zawodnikami innego typu. Potrafią osiągnąć zbliżoną szybkość do maksymalnej i jednocześnie mijać rywali, nie tracąc czasu na bardziej skomplikowane ruchy – również bardziej efektowne, ale jednocześnie ryzykowne. Nowi The Blues atakują z kliniczną precyzją, minimalizując prawdopodobieństwo straty piłki, a ich umiejętności, nawet ta pierwsza próbka z Seattle, pokazuje kierunek w jakim pójdzie gra całego zespołu pod wodzą Roberto di Matteo.

Seattle 

W lidze Chelsea od dekady dzierży czołowe miejsce w rankingach posiadania piłki, średniego, na przestrzeni każdego sezonu, w każdym meczu. Jednak, jak wspominałem, problemem The Blues było przeniesienie tego na sytuacje i bramki, a teraz ta sztuka może być jeszcze trudniejsza, zwłaszcza w trudniejszych meczach, gdzie to często Didier Drogba rozbijał defensywy rywali, nadrabiając braki jakości zespołu.

Nie przez przypadek na starcie wspomniałem o meczu z Barceloną – przecież wtedy za czerwoną kartkę snajper-legenda pauzował. Te pół godziny powinno być wzorem dla di Matteo, ale nie tylko przez wzgląd na zawodników, czy styl poszczególnych piłkarzy – przecież nie będzie on szukał podobnych do Duffa czy Keżmana. Chodzi o cały zespół, jak już pisałem, a wtedy Chelsea mogła otworzyć mecz nie trzema, lecz nawet pięcioma golami. I nikt z rywali nie mógłby narzekać.

Przykładem powinna być również reprezentacja Niemiec. Tak, wiem, że pewnie w pamięci większość ma to jak zatrzymali i rozbili ich Włosi w półfinale sprzed kilku tygodni, ale generalnie styl zespołu naszych sąsiadów zza zachodniej granicy jest do bólu oparty na szybkości i skuteczności, też ograniczaniu zbędnego ryzyka. Ryzyka, które obrazować mogły czasochłonne przekładańce Kalou, czy często niepotrzebne zwroty Maloudy.

Teraz tego nie będzie, a to przejście Chelsea z obrony do ataku będzie znacznie szybsze a precyzja będzie… kliniczna. Patrzmy na potencjał, Mata już potwierdził swoją klasę, Hazard to jeden z największych talentów w Europie, a w Ligue 1 rządził i dzielił, gdy Marko Marin w młodzieżówce niemieckiej, jeszcze przed kontuzjami, był uznawany za lepszego od Mesuta Ozila. To nie są osoby przypadkowe, a gdy wspomni się jeszcze o możliwości zatrudnienia Oscara z Brazylii czy Mosesa z Wigan, to rysuje się jasny obraz intencji di Matteo oraz całego klubu.

Nie będzie więc budowania drużyny, która opierać się będzie do bólu na posiadaniu piłki i z tego czerpać korzyści – zamęczenie rywala, wolne przestrzenie, błędy w ustawieniu… - lecz zespół który na rywala będzie nacierał. Raz po raz, konsekwentnie, z obu skrzydeł (jaka to miła odmiana!), ze środka, z obrony… Nie będzie barier czy ograniczeń, a ja śmiem twierdzić, że najbardziej to cieszy Davida Luiza. Tak, tego co nim ponoć steruje dziecko sprzed telewizora czy playstation, ale jego finezja, technika i bezczelna odwaga w rozwiązywaniu akcji może się przydać i zapewne jest wysoko ceniona przez di Matteo.

Nowa Chelsea to przede wszystkim gruba kreska pod tym, co udało się wygrać w poprzednim sezonie. O szerokości tej umownej granicy nie świadczą jednak najbardziej transfery, piłkarze, którzy drużynę opuścili czy wzmocnili, lecz styl drużyny, dużo odważniejszy i agresywniejszy futbolowo niż to czym do wygranej w Lidze Mistrzów The Blues się doczłapali. Jakkolwiek heroiczne były wyczyny zespołu pod koniec sezonu, nie dadzą one na dłuższą metę podobnych sukcesów, to oczywiste. Przejście na drugą stronę jest krokiem w bardzo dobrym kierunku i na pewno dotarcie się tego systemu zabierze kibicom odrobinę cierpliwości, lecz… to jedyne rozsądne rozwiązanie. Dobrze, że na Stamford Bridge wreszcie nikt temu nie stara się na siłę przeczyć, mimo cudów z maja. To również jest miła odmiana.

niedziela, 15 lipca 2012
Złoto w kolorze brudu

Jakie to wszystko kiedyś musiało być łatwiejsze. Bez kamer śledzących każdy ruch piłkarza po boisku, zdolnych do wyłapania każdego detalu. Bez niezliczonych oświadczeń pisanych przez zastępy osobistych doradców piłkarzy, ich prawników, speców od marketingu. Bez twittera, który staje się bronią, a jednocześnie jedynym źródłem tego co ponoć faktycznie bohaterowie boisk sądzą.

W doniesieniach medialnych z Anglii z ostatniego tygodnia przebrzmiewa ta nostalgia za czasami, gdy futbol nie był tak brudny, gdy futbolu nie definiowała pięciodniowa rozprawa sądowa dwóch piłkarzy. „Piłkarska wersja Jimmy Kyle Show pokazuje nasz sport w dogłębnie ohydnym świetle”pisze Paul Hayward z Daily Telegraph. „Nawet, gdy Terry został uniewinniony, odbiór w świecie będzie zasmucający – na najwyższym poziomie angielskiego futbolu, w najbogatszej, najlepszej i najchętniej oglądanej lidze, piłkarze co chwilę wymieniają obelgi, akceptują je jako część gry, także w kontekście regularnych wyzwisk ze strony kibiców”dodaje David Conn z The Guardian.

Jednak i kiedyś nie było tak pięknie, i kiedyś angielskie boiska były zbrukane wyzwiskami, i nawet jeszcze całkiem niedawno różnice rasowe na boisku również wyrażane były obelgami. Obraz wytworzony za grube miliony i dzielony na cały świat został przygwożdżony przez pięć dni procesu i niezliczone strony zapełnione słowami takimi jak „fuck”, „cunt” czy „twat”. Słowami, które identyfikowane były z fałszywie zawstydzonymi, stojącymi lub siedzącymi w miejscu dla świadków piłkarzami, którzy potwierdzali lub negowali ich użycie.

Moralizatorski ton w mediach uruchamiany był już wielokrotnie, zresztą każdy przypomni sobie oburzenie mediów na tunelowe bitwy między piłkarzami United i Arsenalu, jak Wayne Rooney krytykowany był za nieurozmaicony język wobec sędziów i rywali. Teraz frustracja jest większa, ponieważ nikt nie jest w stanie udowodnić co powiedział John Terry i to z najprostszego powodu – nikt go nie słyszał. Widziały miliony, wierząc tylko statystykom YouTube, ale do uszu Antona Ferdinanda ta obelga nie dotarła. Inne - możliwe, sam zresztą w drugą stronę obrońca QPR puścił wiązankę.

Po meczu się spotkali, podali sobie ręce, uznali, że to zwykłe boiskowe sprzeczki, „handbags”, jak to piszą w Anglii. Chodzi też jednak o kontekst wypowiedzi – czy Terry zdziwiony oskarżeniem sarkastycznie pytał o „fucking black cunt”, czy może bezmyślnie puścił wodze swoich emocji, gdy krew zagotowała mu się z racji okoliczności w jakich derby Londynu były rozgrywane?

Zresztą, gwoli przypomnienia, sprawę do sądu zgłosił nie Ferdinand, nikt z jego doradców – choć obrona próbowała dowieść, że oni mieli spory wpływ na to, że w końcu sprawa trafiła na wokandę – lecz emerytowany policjant, który mecz oglądał w telewizji. Zdegustowany tym co zobaczył, ale przecież starć nie brakowało już wcześniej – wyzwiska z obu stron leciały w tempie samego spotkania.

Proces był bolesny – według Ashley Cole’a w ogóle niepotrzebny – bo ubrudził całe złoto Premier League. Świetnych piłkarzy nakręcających cały biznes, kibiców stanowiących kolorowe i atrakcyjne dla sponsorów tło. Bitwa niby rozstrzygnięta przez sądowy wyrok jest jeszcze przedmiotem śledztwa FA (a federacja, co ciekawe, może ukarać obu piłkarzy za „bringing the game into disrupt”), a nawet przeniosła się na twittera, gdzie Rio Ferdinand i Wayne Rooney wyśmiewają lewego obrońcę Chelsea, kolegę z reprezentacji.

Wszystko to jest dziwne, wręcz surrealistyczne, nieprzystające do reputacji Premier League i tradycji angielskiego futbolu. Jednocześnie, chyba po raz pierwszy w dobie globalnego zainteresowania tą ligą, pozwalające stwierdzić, że cały ten misternie budowany show to nie teatr, ale walka, która często sprowadza się do wyprowadzenia przeciwnika z równowagi. Uwagami o matce, dziewczynie, żonie, kochance, dziecku, preferencjach seksualnych czy kolorze skóry.

Wyróżniani, obdarowywani majątkami i nagrodami, nazywani legendami, trenujący w luksusowych warunkach, w klubach, które na tacach podają im wypolerowane buty i jeszcze ptasie mleczko do tego. Piłkarze Premier League ponieśli jedną wielką klęskę, bo –w wielu wypadkach niesłusznie – publiczno-sądowe pranie boiskowych brudów sprowadziło ich na nieznane dno, na poziom ludzki, którego nikt nie chciał osiągnąć. Na poziom Johna Terry’ego.

czwartek, 12 lipca 2012
Bosingwa się chowa

To nie był udany sezon na Ship Lane. Zaledwie pięć wygranych spotkań, ledwie dwadzieścia sześć punktów i relegacja zapewniona na długo przed końcem rozgrywek, zrzucająca Thurrock FC na siódmy poziom ligowy w Anglii. Paul Terry, będący na końcu kariery, raczej bardziej zostanie zapamiętany z zaintonowania przyśpiewki o swoim bracie Johnie na pewnej ulicy w Barcelonie, niż z popisów w środku pomocy „The Fleet”.

Jeśli fani Thurrock mieliby szukać pozytywów, to na pewno zbliżające się Igrzyska Olimpijskie są dobrą okazją. Przecież niezbyt często zdarza się zobaczyć młodego chłopaka, który jeszcze nie tak dawno starał się powstrzymywać skrzydłowych Dartford, Arlesey Town, AFC Hornchurch czy Staines Town, na głównej arenie zmagań lekkoatletów w Londynie. Obok Usaina Bolta, na przykład.

Adam

Adam Gemili do Chelsea dołączył w wieku ośmiu lat i w akademii spędził kolejnych siedem sezonów, lecz nie miał na tyle talentu by przebić się wyżej. Czasami zdarzało mu się grać w wewnętrznych sparingach ze starszymi kolegami – między innymi Ryanem Bertrandem, który sensacyjnie wystąpił w finale Ligi Mistrzów. Z nim zresztą jeszcze się spotka, przynajmniej w trakcie przemarszu na otwarcie Igrzysk. W końcu obaj będą reprezentować Wielką Brytanię.

„Nie będę kłamał, byłem podenerwowany. To przecież finał, jeszcze na stadionie w Barcelonie, jak mógłbym nie być?” – powiedział Gemili wczoraj. Wtedy już był owinięty flagą królestwa, ze złotym medalem na szyi. Świeżo upieczony juniorski mistrz świata w biegu na sto metrów.

Jeszcze niecały rok temu priorytety Gemiliego były podzielone. Oczywiście chciał kontynuować coraz lepiej zapowiadającą się przygodę ze sprintami, jednak to futbol był jego marzeniem. W zimie więc wracał na zielone boiska, a w lecie zajmował jeden z torów i po prostu biegł. Biegł szybko.

„Jak byłem młody to już zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem szybki. Grając przeciwko skrzydłowym – bo przecież jestem obrońcą – i widząc, że nie są w stanie mi się urwać, ani mnie dogonić, wiedziałem, że to moja zaleta.”

Chelsea opuścił dla edukacji, a w Reading odnalazł miejsce idealne do połączenia nauki z futbolem, choć tylko przez rok. Najlepsze oceny w wielu przedmiotach – również w opanowaniu języka japońskiego – dały mu realną szansę na stabilną przyszłość poza sportem. Poza futbolem, bo to był wtedy priorytet Gemiliego.

„Jego celem było dołączenie do drużyny sztafety, ale nie byliśmy specjalnie pod wrażeniem jego umiejętności” – powiedział Michael Afilaka o jego początkach – „Pod względem technicznym był po prostu beznadziejny.” Szybko jednak ten diament trener odpowiednio oszlifował. Przed rokiem na mistrzostwach juniorów był drugi, wczoraj nie zostawił swojej konkurencji żadnych złudzeń. Z czasem 10.05 jest najszybszym Brytyjczykiem jaki wystąpi na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie.

„Liczę, że 2011 pokaże mi, którą dyscyplinę mam wybrać i w którym kierunku musze się rozwijać” – mówił będąc jeszcze na listach płac Dagenham & Redbridge. Trwająca ledwie dziesięć meczów nieudana przygoda z Thurrock najwyraźniej pokazała młodemu sprinterowi, że piłkarz z niego będzie żaden. Nie ma żadnej straty oczywiście, a po wielkim tryumfie w Barcelonie, media brytyjskie już typują go na jednego z medalistów Igrzysk.

Afilaka z początku nie chciał więc wysyłać swojego sprintera na zawody, twierdząc, że po wszystkich kwalifikacjach, wyczerpujących pojedynkach choćby z Dwainem Chambersem, niezliczonych zawodach i wreszcie udanych mistrzostwach, jest on wrakiem psychicznym. „Nie wysyłam przecież dwunastolatka na wojnę z Al-Kaidą, lecz na Igrzyska. To ma być zabawa” – odpowiedział mu główny trener brytyjskich lekkoatletów, Charles van Commanee„Zresztą nie widziałem żadnego wraka, lecz zadowolonego, uśmiechniętego i opanowanego młodego człowieka.”

„Chciałbym pójść na studia” – mówi sam reprezentant Wielkiej Brytanii – „nie można być w sporcie przez całe życie.” Na Stamford Bridge by się nigdy nie przebił, w Dagenham & Redbridge przebijał się co najwyżej do rezerw, a dla Thurrock zagrał swoje pierwsze mecze na poziomie seniorskim. Adam Gemili, reprezentując Blackheat & Bromley Harriers osiąga szczyty na torach sprinterskich całego świata, lecz powrotu do futbolu osiemnastolatek nie wyklucza, to wciąż jego główna pasja. Pewnie swoją szansę dostanie, bo kto by nie chciał mieć mistrza olimpijskiego na swojej prawej obronie?

Jose Bosingwa się chowa.