wtorek, 21 maja 2013
Ta ostatnia wieczerza
Poniższa wersja wydarzeń z oficjalnej kolacji kończącej sezon Chelsea jest bliska prawdzie. Prawdopodobnie. Spokój jaki panował na sali wydawał się mocno względny. Usadzeni przy jednym dużym stole piłkarze raczej cicho dyskutowali o tym w jakim londyńskim klubie udanie zakończyć wieczór, a ich rozmowy tylko chwilami przerywał donośny śmiech Davida Luiza, który próbował skupić na sobie wzrok innych. Żonglowanie sztućcami i magiczne sztuczki przestały działać już dawno temu.
Podzieleni głównie na grupki językowe, piłkarze nie zwrócili uwagi na postać, która niepewnie zaglądała przez główne drzwi sali. Dostrzegł ją dopiero Bruce Buck.
- Rafa, wchodź śmiało!
- Ale... Nie ma ich tu, prawda? - Nie, kibiców na tej kolacji nie będzie, serio. Mimo wszystko niepewnym krokiem Hiszpan wszedł do sali zdejmując swoje przebranie kelnera, rozglądając się podejrzliwie po pomieszczeniu. Chciał usiąść w fotelu w samym kącie sali, ale Buck szybko wybił mu z głowy ten pomysł.
- Chodź, tu... Rafa, tu. Obok mnie, siadaj.
Na twarzy Hiszpana wreszcie pojawił się uśmiech. "Docenili mnie!"- pomyślał, szybko zajmując miejsce prawie u samego szczytu stołu, szybko układając przedmioty w zasięgu jego ręki w dziwnych miejscach.
- Rafa, co rob...
Prezes nie zauważył, jak piłkarze szybko zaczęli kręcić głowami czy wręcz machać rękoma. Hiszpan tylko na to pytanie czekał, nie pozwolił Buckowi dokończyć, dynamicznie wskazując na widelec, butelkę z keczupem i solniczkę rozpoczął tłumaczenie zawiłości krycia strefowego przy stałych fragmentach gry w obronie.Piłkarze głośno westchnęli, kilku złapało się za głowę, inni szybko opróżnili kieliszki z winem od razu szukając wzrokiem kelnera, by błagać o dolewkę. Oni już to znali - z tych wielogodzinnych "podwieczorków" z Pragi, Moskwy czy Japonii, gdy ich brak ostrożności przy zadawaniu pytań prowadził do wykładów ich tymczasowego szkoleniowca. Jedynie siedzący naprzeciwko Beniteza Michael Emenalo wykazywał zainteresowanie potokiem słów i skomplikowanych zwrotów w pełnej pasji wypowiedzi Hiszpana. "Moim dziewczynkom by się to spodobało"- Nigeryjczyk aż lekko wzruszył się na wspomnienie swojej kariery szkoleniowej w USA.
Bruce Buck, choć dżentelmen z krwi i kości, nie mógł pozwolić, by nawet najbardziej interesujące aspekty taktyczne zakłóciły plan pożegnalnej kolacji. Jednak delikatne stuknięcia nożem w kieliszek nie przynosiły efektu, więc dopiero mocniejsze uderzenie otwartą dłonią w stół zwróciło uwagę Beniteza.
- Już Rafa, już dobrze. My wiemy, rozumiemy. Oddychaj. Dokończysz... hm... później. Nasi piłkarze chętnie posłuchają tego na pokładzie samolotu do USA, prawda?
Zawodnicy zamarli w przerażeniu. Przecież prezes mówił, że to wycieczka w nagrodę, coś jak wakacje, a nie kolejne godziny na przyswajanie sobie pozycji, stref, zadań, wariantów...
- Prawda? - Buck zadał pytanie ponownie, tym razem z większym naciskiem.
- ...tak. Ekhem, tak.
Lampard odpowiedź wziął na siebie. Ktoś musiał.
- Dobrze, zacznijmy więc... - prezes szybkim ruchem wyciągnął kilka karteczek na których spisaną miał swoją przemowę.
- Ron, Ty chciałeś zdaje się wtrącić coś na samym początku?
- Dziękujemy przede wszystkim panu Abramowiczowi, sponsorom technicznym... - Gourlay na jednym tchu przez dwie minuty wymieniał nazwy kolejnych korporacji, aż zrobił się czerwony na twarzy.
- Tak, dziękujemy Ron, dziękujemy... Ja zacznę od przeprosin. Roman miał się dzisiaj pojawić - wszyscy słuchający zwrócili głowy w stronę złotego ale pustego tronu na drugim końcu stołu - jednak w ostatniej chwili otrzymał ważny telefon... Z Madrytu bodajże. Biznes, mam nadzieję, że zrozumiecie.
Piłkarze mogli tylko się domyślać. Czyżby wreszcie dobra wiadomość?
- Cóż, 69 spotkań, tak? Dzięki Waszym staraniom klub nabił sobie wiele darmowych mil lotniczych, a na pewno wystarczy ich na bilet w jedną stronę do Neapolu... Jak nigdy do tej pory Chelsea stała się marką globalną. Byliśmy wszędzie, gdzie tylko się dało, przez Wembley, Jokohamę, Amsterdam, Brentford, Łużniki... Nie płacz John. Już jest ok. Już wygraliśmy. Monachium, pamiętasz? Miałeś taki fajny strój...
Łkanie Terry'ego trwało tylko chwilę, kapitan znów był uśmiechnięty, chciał nawet pokazać, że pod garniturem znowu ma komplet meczowy, ale koledzy go powstrzymali.
- Wracając do tematu. W tych ciemnych miesiącach zimowych, gdy czołówka się oddalała, a wizja powrotu do Ligi Mistrzów była mocno zamglona, te wszystkie mecze zlewały się jeden z drugim. Remisy, porażki, zwycięstwa... każdy by zgubił rachubę, ale każdy też widział jak ten zespół się starał. Smutne były te momenty zapomnienia, gdy dużo słabsi rywale zabierali nam cenne punkty...
- QPR! - krzyknął ktoś z sali.
- Reading! - to już inny głos.
- Southampton! - odezwał się Rafa. Wszyscy się zdziwili, że wtrąca się do tematu.
- Nieważne! - zbył ich Bruce Buck kontynuując swój wywód - to były trudne chwile, a na pewno sprawie nie pomógł wybuch medialnej bomby po wyjazdowym zwycięstwie Middlesbrough... prawda, trenerze? Tymczasowy trenerze? Już dobrze, dobrze... Były też te piękne momenty. Gole, asysty, akcje, uśmiechy i pokazy charakteru - ten z Old Trafford pamiętam najlepiej, ach Eden, co to była za bramka... I później Ty, Demba, u nas. Piękne chwile.
- Warto podkreślić, że był to sezon różnych działań. Patrzyliśmy na ten zespół, szukaliśmy elementów słabych, staraliśmy wskazać miejsca do poprawy, kreować sytuację najlepszą dla tej drużyny. I to chyba jest ten moment, by pewną część winy - Buck lekko się zakrztusił wypowiadając te słowa - wziąć na siebie. Chaos i problemy w Chelsea nie powinny się zdarzyć, a na pewno nie w takiej skali. Nie bierz tego do siebie Rafa, ale czy teraz możemy wykluczyć, że humory byłyby dużo gorsze, gdyby został z nami Roberto? Chyba nie...
Piłkarze zgodnie pokiwali głowami, Rafa Benitez zaczął pilnie coś pisać w swoim podręcznym notatniku, a Emenalo dokładnie badał czystość swojego talerza. Buck znowu chrząknął.
- Ale tu nie tylko chodzi o tę noc po Turynie. Zwłaszcza, że o nieobecnych nie wypada rozmawiać, a, jak słyszeliście już nie raz od Romana, on sam czuł, że to nie jest najbardziej klarowna relacja. Wiecie jak to jest z jego uczuciami... Bliżej mu do posiadanych statków niż do własnych kobiet...
Ktoś głośno chrząknął. Na sali zrobiło się raczej nieprzyjemnie. Prezes w porę się zreflektował i zmienił ton wypowiedzi.
- Może jednak gdyby nie nasz upór, nie wysyłanie hurtem utalentowanej młodzieży na wypożyczenia, ale zatrzymanie jej jako zabezpieczenia w najtrudniejszych chwilach... Uwierzcie, chcieliśmy jak najlepiej, ale może i dla nas to też był sezon przejściowy? Nikt z nas nie spodziewał się, że to będzie rekordowy maraton, męka zakończona jednym trofeum i ważniejszym awansem do Ligi Mistrzów. Cel uświęca środki...
- Nie.
Buck nie od razu zorientował się, że ktoś mu tak bezczelnie wpadł w słowo. I to jeszcze w takim momencie. Jego przemówienie faktycznie było nudne, może dał się zapędzić do narożnika, ale i tak sądził, że ogólna wesołość się udzieli wszystkim i nikt nie zwróci uwagi na przekaz.
- Panie prezesie, nie ma Pan racji - wszystkie oczy zwróciły się na zwykle cichego Juana Matę - Nie można mówić, że to co się zdarzyło w tym sezonie można usprawiedliwić ostatecznym zrealizowaniem minimum. Wszyscy wiemy, że po dublecie pucharowym z poprzedniego, równie trudnego sezonu obecny jest krokiem wstecz. Wiadomo, nowe twarze, więcej spotkań... ale to bzdura. Każdy z nas cieszy się z szansy, każdy z nas uwielbia grać.
- Tymczasem przez to, że kadra była okrojona do osiemnastu nazwisk często byliśmy zmuszeni do szukania najprostszych środków, zamiast grać na miarę możliwości. Patrzcie na Oscara. Przecież on w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy rozegrał prawie 110 spotkań. Nawet teraz siedzi pod kroplówką, bo nie bardzo kojarzy co się dzieje. Na boisko trzeba go wypychać, a on tylko mówi, że chce do taty, mamy. Ma koszmary o graniu w piłkę.
- Dalej, Mikel. Patrzcie na niego. Zawodnik do gry, twardziel, dobrze rozgrywa, nic tylko popracować nad koncentracją... a on tylko ławkę okupuje. Frank? Ja wiem, że negocjacje trudna sprawa, ale o ile łatwiej by się mu grało bez tej dodatkowej presji, że to mogą być te ostatnie mecze w Chelsea. Petr nie miał chwili odpoczynku, tak samo. O sobie już nie wspominam, ja miałem jakieś przetarcie, ale tu jeszcze ten wyjazd do Stanów...
- Ale jakie my mieliśmy pole manewru? - wtrącił się Emenalo, gdy Gourlay, cały czerwony na twarzy, udawał, że odpowiada na ważną wiadomość.
- Jakie? My cały drugi zespół wypożyczyliśmy. Tam same talenty, a taki Florent gra z juniorami.
- Florent? Florent kto? - spytał Benitez. Siedzący obok Gourlay szybko go uciszył.
- My sami wiemy, że wiele razy powinniśmy zagrać dużo lepiej, że wiele wyników to efekt po prostu naszych błędów. Ale nikt z piłkarzy nie zamierza mydlić sobie oczu i usprawiedliwiać się "działaniami", jako zasłoną dla naszych wpadek. Rafa, wiadomo, chciał jak najlepiej, wiele rzeczy mu się udało, bronił nas ile mógł... szkoda, że miał ograniczone pole manewru. Tak nie powinno być. Niech właśnie finał Ligi Europy będzie dla Was nauczką. Przecież my graliśmy słabiutko! Ledwo trzymaliśmy się w jedenastu, bez zmian, po męczarniach...
- ...czyli co, sezon przegrany? - Buck desperacko chciał zmienić temat.
- Nie. Ale czy idąc jutro na urlop będziecie dumni z tego co dokonaliście, będziecie z siebie zadowoleni? Z nas nikt tak nie powie. My zawsze chcieliśmy więcej, chcieliśmy wygrać... wszystko. Nie dało rady, więc trzeba do błędów się przyznać i wyciągnąć z nich wnioski, a nie stwierdzić, że był to tylko proces nauki.
- Dobrze, dobrze Juan. Możemy Wam już teraz powiedzieć, że może po powrocie ze Stanów będzie na Was czekać coś specjalnego... ktoś specjalny. Wyjątkowy. Jedyny.
- Ja?! - wyrwał się hiszpański szkoleniowiec.
- Nie Rafa, usiądź, my już o tym rozmawialiśmy... tymczasowość... - na sali panował już spory hałas, na reakcję Beniteza i dalszą rozmowę Bucka nikt nie zwrócił uwagi. Mata również usiadł, Terry z Lampardem wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, Cech skupił uwagę kilku młodszych kolegów opowiadając jak to było w 2005 roku.
"Może to i lepiej, że oni tacy bezczelni i świadomi sytuacji?" - pomyślał sobie Bruce Buck. Z jednej strony cieszył się, że nikt nie zauważył braku zakończenia jego przemowy, ale z tym specjalnym prezentem trochę się zagalopował ratując sytuację. To przecież jeszcze nic pewnego, on jeszcze pod kontraktem, waha się i chciałby coś udowodnić, może nie powinien był...
W kieszeni zabrzęczał mu telefon. SMS, numer właściciela. "On już wie co palnąłem?!" - przeraził się Buck pośpiesznie otwierając wiadomość. Jak zwykle łamaną angielszczyzną, ale... Wow.
"Mamy go, cholera mamy go Bruce!"
Buck tylko się uśmiechnął i spojrzał na żywe dyskusje prowadzone przez piłkarzy. Znów się śmiali, żartowali, rozmawiali o przyszłym sezonie. Sezon może i cudowny nie był, ale chociaż tę kolację w pełni udało się uratować...
czwartek, 16 maja 2013
Zwycięstwo ponad rozsądek
Benfica była lepsza. Wynik pewnie pozostanie kwestią presji w meczu, który powinien rozstrzygnąć się zanim Branislav Ivanović wreszcie wykorzystał ukryty atut zespołu Rafy Beniteza - rzut rożny rozegrany na wbiegającego na długi słupek obrońcę Chelsea. Szczęście? Na pewno. W pierwszej połowie nerwy kilka razy poniosły zawodników Portugalii w bardzo klarownych sytuacjach. Najlepszą widoczność przy zmarnowanych szansach miała rzesza kibiców Chelsea stojąca za bramką Petra Cecha w tej części meczu, gdy raz po raz piłka leciała w ich kierunku niż do siatki bramkarza The Blues.
Czasem jednak lepiej pewnych rzeczy racjonalnie nie tłumaczyć. Przy 68. (słownie: sześćdziesiątym ósmym) spotkaniu w tym sezonie trudno było liczyć na nogi piłkarzy, którzy ledwie w sobotę musieli znieść grę w dziewiątkę w końcówce meczu zapewne dużo ważniejszego (choć mniej prestiżowego) od finału Ligi Europy. To jest jedna strona medalu - usprawiedliwianie drużyny, która na jeden z ważniejszych wieczorów kończącego się sezonu porzuciła styl, który starano się wypracować przez zatrudnianie odpowiednich menedżerów, kupowanie piłkarzy o znaczących umiejętnościach indywidualnych. Przed rokiem sprawa była prosta, ponieważ od rewanżowego meczu z Napoli ten zespół polegał na zabójczych kontrach i momentami desperackiej, lecz skutecznej obronie. W rozgrywkach niższej rangi oczekiwano większej dominacji. Po części przez wzgląd na tęsknotę za grą w Lidze Mistrzów o której bardzo otwarcie mówił choćby John Obi Mikel, a także rywali, których jeszcze wczoraj porównywałem jakością do fazy grupowej. Możliwe, że obraz finału byłby inny z Edenem Hazardem - człowiekiem z piłką przyklejoną do stopy - jakże dalekim od tego co zaprezentował Ramires czy Oscar. Brazylijczycy byli dzisiaj zresztą dalecy od swojej najwyższej formy. David Luiz był w ostatnich miesiącach zasłużenie chwalony za udane przystosowywanie się do rotacji na dwóch jakże kluczowych pozycjach, lecz dzisiaj udowodnił także, że proces nauki trwa, a nie jest zakończony. To głównie wolniejszy przy obrocie Lampard musiał asekurować defensywę, gdy Luiz lżejszym truchtem wracał do swojej strefy. Oscar miał ledwie kilka akcji przeprowadzonych swoją stroną, Ramires najczęściej się przewracał lub podejmował złe decyzje przy oddaniu futbolówki. Choć obydwu cechuje szybkość, przebiegłość i technika, to w Amsterdamie ich rola została znacząco zneutralizowana. "Torres, Ramires i Oscar mieli szukać miejsca za bocznymi obrońcami rywali, gdzie piłkę zagrywać miał Juan Mata" - zdradził po meczu Benitez. Ta część planu raczej nie wypaliła. Zresztą przez większość meczu to Benfica grała w futbol, gdy Chelsea zajęła się amerykańską odmianą - z podaniem do rozgrywającego (quarterbacka - Luiza), który mając odpowiednią przestrzeń starał się rozrzucić diagonalnym zagraniem obronę rywala. Szkoda, że The Blues potrzebowali przynajmniej kilkunastu prób na zdobycie tych dziesięciu jardów... W grze defensywnej rzadko uczestniczył, przy zwodach był natychmiastowo powalany. Nie trzeba być znawcą NFL, by w tym porównaniu dostrzec sens i raczej negatywne odniesienie do taktyki Chelsea na to spotkanie. Fałszywe poczucie kontroli w drugiej połowie szybko się na Chelsea zemściło. Benfica wyglądała na zespół bardziej zmęczony, ale wciąż z pomysłami i przede wszystkim jakością do rozrywania obrony. Utrzymanie posiadania było kluczem do kreowania zagrożenia, ale nie do ostatecznego zwycięstwa - to kolejny z tych rzadkich przypadków, którym uparcie zaprzeczają wierni wyznawcy procentów i liczb wymiany podań. Przypadków, gdy zespół tak zdominowany wygrywa jest naprawdę niewiele, ale ich spektakularności nikt nie obroni. Futbol może i jest okrutny, ale kibice najchętniej definiują go przez gole strzelone w ostatnich sekundach (Ivanović, wielki nieobecny poprzedniego europejskiego finału!), gole strzelone przez legendy danego klubu (Lamparda dzieliły centymetry od tego fenomenalnego trafienia), desperackie bloki rzadko chwalonych ludzi (Gary Cahill, ten co najlepiej radzi sobie w grze wślizgiem). Nie dajcie się oszukać przeznaczeniu, bo ci pasjonaci wiedzą czym jest usłana ostrymi kamieniami droga po puchar - przeszli ją przecież przed rokiem. Wśród radujących przechadzał się Rafa Benitez - z niewielką dozą entuzjazmu i tylko odrobinę mniej skromnym uśmiechem. Przy całym uznaniu dla piłkarzy, którzy na własnych nogach musieli znosić te setki wślizgów, starć i batalii boiskowych w obecnym sezonie, to kończący swój tymczasowy epizod menedżer musi być najbardziej z nich zmęczony. I on ma swoje powody do satysfakcji - pewnie wreszcie wielu znów dostrzeże w nim szkoleniowca o możliwościach i osobowości, która dała mu wielką pracę najpierw w Walencji, a potem w Liverpoolu. Dziś wygrał nie tylko trofeum, dziś nie tylko opuścił murawę z podniesionym czołem - Hiszpanowi towarzyszyły autentyczne oklaski. Mniejsza o taktykę, mniejsza o ligę, mniejsza o krajowe puchary - pełni zgody między kibicami Chelsea i Benitezem nie będzie, bo przecież wszyscy liczyli, że ratowanie sezonu nie ograniczy się do trzeciego czy czwartego miejsca i jednej (na osiem) udanej nocy finałowej. Dzisiejsze podziękowanie dotyczyło bardziej utrzymania w ryzach projektu, który przez dziwaczne decyzje "góry" miał małe szanse się utrzymać. Pozbawiony przy podpisaniu kontraktu szansy na własne transfery czy kształtowanie Benitez oparł się na obecnym składzie, który przecież przez większość wyniszczającej kampanii musiał radzić sobie ze starciami starszyzny z niechętnie przyglądającym się ich umowom zarządem. Dzisiejsza krótka wspólna chwila radości Michaela Emenalo z Frankiem Lampardem pewnie wciąż była bliższa niż porozumienie w sprawie nowego kontraktu - chociaż ten według legendarnego pomocnika jest bliski realizacji. Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą starali się pomalować sferę egzystowania Beniteza z Chelsea na kolory tylko czarny i biały. Nie ma to żadnego sensu, zwłaszcza przy ilości spotkań, które najchętniej fani wyparliby ze swojej pamięci. Odcieniami szarości Hiszpan nie będzie przecież podkreślał swoich zasług we własnym CV, które już jest rozsyłane po lepszych klubach Europy. Jemu zależy, by po ostatnich kilku miesiącach nie było na nim żadnej skazy - w Chelsea, po ostatnich dwóch meczach, nikomu nie będzie zależało na wyprostowaniu pewnych faktów. Chociażby dlatego, że mógł się ten sezon potoczyć dużo gorzej. Niewiele jest rzeczy o które kibice Chelsea teraz dbają - czysta radość potrafi przesłonić nawet najbardziej merytoryczne futbolowe debaty. Po kilku naprawdę bolesnych latach w europejskich pucharach dwukrotne zwycięstwa - mimo kontrowersji związanych z odejściem menedżerów czy mocno niepewnym stylem zespołu - działają na korzyść tego zespołu. To już nawet nie jest liczenie na cud, ale pewne przekonanie, że nawet w obliczu największego chaosu czy problematycznego momentu wyłoni się głowa Drogby, Ivanovicia czy innego piłkarza, by uratować kluczowy wynik. Zwycięzcy są dziś rozliczani przez pryzmat tymczasowego menedżera (któremu, moim zdaniem, robi się krzywdę kiepskimi analizami jego pracy w Londynie), przypadkowość wylądowania w Lidze Europy czy jakość liderów tej drużyny (Mata, Hazard, Luiz, Lampard). Niesprawiedliwie? Podobne głosy krążyły wokół Chelsea po ubiegłorocznym podwójnym tryumfie. Dziś ten zespół udowadnia, że kolejny krok do wielkości został zrobiony nawet przy okazji zwycięstwa w drugoligowych rozgrywkach. Rafael Benitez nie zostawia po sobie pełnej perfekcji, ale rozbudowany mentalnie zespół, który w najważniejszych momentach dał się ponieść presji, a nie pod jej ciężarem padł. Może kosztowało to inne puchary (FA Cup, KMŚ, CapitalOne Cup), jednak nowa (stara?) osobowość na ławce rezerwowych odnajdzie jeszcze większy komfort niż po zeszłorocznym zwycięstwie. Jeśli nawet puchar Ligi Europy ktoś chce lekceważyć, to ekscytacji nowym wyzwaniem nie sprosta, jako Benfica nie potrafiła dziś zrównać z murawą Chelsea.
środa, 15 maja 2013
Puchar wyższej potrzeby
W przenikliwym zimnie, na okratowanej trybunie gości, przed znacznie ważniejszymi spotkaniami ligowymi. W Pradze, gdzie o wyniku zadecydowała akcja Oscara przy dyskusyjnych zmianach Beniteza i raczej niskiej mobilizacji zespołu, który już wtedy tracił oddech. Nie dało się wyczuć futbolowego święta, hymn Ligi Europy przeminął gdzieś bez echa i w stadionowym tumulcie, a w rewanżu trzeba było błysku Hazarda z ostatnich sekund, by nie grać dodatkowych minut. Wtedy tych rozgrywek nie dało się pokochać - rany po odpadnięciu z Ligi Mistrzów były wciąż zbyt świeże.
Zresztą o tym, że te drugie europejskie rozgrywki traktowano poważniej w słowach niż w czynach świadczy frekwencja na pierwszych meczach. Rewanż ze Spartą oglądało mniej niż czterdzieści tysięcy ludzi, na meczu ze Steauą o jedną czwartą mniej, Rubin przyciągnął ledwie niewiele więcej ludzi od poprzedniej rundy, a najwięcej było i tak na Bazylei, choć do pełnego stadionu jeszcze trochę brakowało. Rzeczywistość zauważalnie zweryfikowała tę grę o pełną pulę i udowodniła, że puchar ten jest traktowany jako pocieszenie, które może udać się Chelsea tylko przypadkiem. To, nie przymierzając akurat do kończących się właśnie rozgrywek, taka faza grupowa Ligi Mistrzów, choć w innym wymiarze. Przy szczęśliwym losowaniu dostaje się jeden dobry zespół ze wschodniej Europy (z którym przegrywa się mecz wyjazdowy), ekipę z czwartego koszyka, która albo nie sprawia problemów w ogóle, albo sprawia ich dużo (Bazylea, Sparta, Steaua) - do tej pory brakowało rywala równorzędnego, więc czeka on w finale. Rafa Benitez traktował Ligę Europy jako wybieg dla klubowych seniorów, przegląd szerokiej kadry i... okazję do znalezienia kolejnego miejsca pracy. "Poszukiwania już ruszyły" - zdradził wczoraj Hiszpan. "Moi menedżerowie już przeglądają oferty. Najchętniej zostałbym w Anglii, gdzie wciąż mieszka moja rodzina, ale jak nie to wyjadę za granicę." Topowej pracy w Premier League nie dostanie, więc Benitez chciał pokazać, że umiejętnie prowadzi zespół w natłoku spotkań ligowych i kontynentalnych - wątpliwe przecież, by szukał klubu z dolnej części tabeli, raczej koncentrując się na tych ambitnych i szukających szansy w Europie drużynach. Jego marka na Wyspach raczej przeminęła niż się utrwaliła, a poza najbardziej wiernymi kibicami Liverpoolu nie wszyscy chętnie by go zobaczyli znów na Anfield Road. To nie przypadek, że akurat przed meczem finałowym wspomniał o nowej pracy - kolejny gest próbujący skupić na sobie wzrok dyrektorów sportowych i właścicieli klubów z czołowych lig europejskich. Nawet jeśli miałoby to oznaczać kolejną lawinę krytyki kibiców Chelsea, którzy preferowaliby menedżera mniej zajmującego się swoją przyszłością, a bardziej zaangażowanego w najważniejszy mecz końcówki sezonu. Finał - i zwycięstwo - to jedyna droga by obrócić klęskę z Ligi Mistrzów w jedyny w tym sezonie puchar, do tego jeszcze europejski. Mówcie co chcecie, ale Roman Abramowicz zainwestował w Chelsea by grać w tych prestiżowych spotkaniach na koniec sezonu, by być na świeczniku. Eliminacje, faza grupowa i następnie większa część pucharowej nie nadają wielkiej rangi Lidze Europy, ale finałów nikt nie lekceważy. Nobilitacja jest dodatkowa, ponieważ na wygraną ekipę czeka spotkanie o Superpuchar Europy ze zwycięzcą Ligi Mistrzów - rewanż za katastrofę z Monaco, prawdziwe rozgrzeszenie po odpadnięciu już w fazie grupowej. Zresztą zmianę w podejściu do Chelsea grającej w finale Ligi Europy można dostrzec nawet w detalach jakimi zapowiadają środowe spotkanie w Amsterdamie. Ton krytyki i potępienia za haniebne popisy na jesień zastąpiły wyczekujące zwycięstwa artykuły, które przypominają o ostatniej angielskiej drużynie w Europie oraz szansie na zostanie pierwszą drużyną, która wygra te dwa najważniejsze klubowe trofea w takiej kolejności. Są przecież także piłkarze. Nowi chcą udowodnić swoją jakość i poprzeć ją trofeum - szans na to w tym sezonie mieli osiem i w siedmiu wypadkach zawsze coś zawodziło. To także pragnienie uzasadnienia wiary w projekt budowy Chelsea grającej inaczej, swoiste ogłoszenie zakończenia etapu przejściowego między drużyną wygrywającą Ligę Mistrzów z gracją autobusu, a drużyną pewną swego w finale z graczami o wyższej jakości indywidualnej. Na czele tej (stosunkowo) nowej gwardii stoi David Luiz, przyszły kapitan Chelsea. Grupa hiszpańsko-brazylijska (i okazjonalnie belgijska) trzyma się razem i reprezentuje pewną generację zawodników, którzy aspirują do zdobywania największych nagród zespołowych w kraju i Europie, ale przy ich nazwiskach są stawiane znaki zapytania. Czy David Luiz to piłkarz z playstation? Czy Eden Hazard jest nurkiem? Czy Oscar nie jest za słaby fizycznie na angielskie granie? Czy Azpilicueta to już piłkarz o klasie międzynarodowej? Z kolei starzy wciąż są w Europie niespełnieni. Kilka półfinałów, rzut karny Terry'ego w Moskwie czy ten gol Iniesty wcale nie skończyły się wraz z konkursem jedenastek w Monachium. Piłkarz to pazerna bestia u której jedno wygrane trofeum wyzwala chęć osiągania kolejnych, bo przecież ich brak oznacza regres. Mourinho starą gwardię Chelsea wyuczył pewnego kanonu zwyciężania i oni sami wiedzą czym jest porażka. Brak pucharów oznacza nerwowe obgryzanie paznokci, zero komfortu po wyjątkowo męczącym sezonie, lekki gniew przy definitywnym braku satysfakcji zawodowej. Mecze w czwartki o dziwnej porze to dla uwielbiających regularność Anglików była nowość, niekoniecznie mile widziana. Jeszcze Praga jako miasto była do zniesienia, ale Bukareszt czy Moskwa nie należały ani do najtańszych, ani do najłatwiejszych logistycznie wyzwań stojących przed kibicami. Po drogiej Bazylei wyznaczone przez UEFA ceny (oraz ilość) biletów na finał w Amsterdamie wywołały jak najbardziej słuszną falę oburzenia środowisk kibicowskich. Wielu mogło to zniechęcić. Jednak po prawdzie kibice też już w Ligę Europy uwierzyli. Po wspomnianym meczu w Pradze, fanów Chelsea trzymano jeszcze na stadionie i przy wyjściowej bramie, a ci świetnie się bawili i śpiewali. Chociaż było to dopiero pierwsze spotkanie Chelsea w tych rozgrywkach, już powstała przyśpiewka o drodze do Amsterdamu. Modlitwy zostały częściowo spełnione, niebieska armia przemieszcza się w tysiącach do Holandii. Teraz tylko czas na tak potrzebny wszystkim wynik... Amsterdam Amsterdam we are coming... Amsterdam Amsterdam I pray... Amsterdam Amsterdam we are coming... We are coming in the month of May
niedziela, 12 maja 2013
Chciałbym być z Wigan
Jest tak wiele tematów do dyskusji. Roberto Mancini dzień przed finałem Pucharu Anglii - trofeum, które ma Manchesterowi City uratować w gruncie rzeczy przegrany sezon - kładzie się do łóżka w natłoku informacji o jego pożegnaniu się z pracą na Etihad. Klub sensacjom o zatrudnieniu Manuela Pellegriniego wcale nie zaprzeczył, co jeszcze wzmogło niepokój włoskiego szkoleniowca. Najbliższa noc będzie dla niego równie męcząco bezsenna. I wciąż ten kontekst o piłkarzach, którzy zarabiają miliony, a nie są w stanie dać z siebie stu procent. Nie podeszli do swoich kibiców podziękować im za podróż, za wydane pieniądze i za wysiłek zniesienia tego marnego z ich strony widowiska. Ledwie kilku pofatygowało się pogratulować z klasą zwycięzcom. "Po przegranym 1-3 meczu z Southampton w gronie piłkarzy mówiliśmy sobie, że takie spotkania są nie do zaakceptowania" - powiedział Samir Nasri w głośnym wywiadzie dla "The Times". Dzisiaj ten "popis" się powtórzył, co zresztą przyznał na pomeczowej konferencji sam Roberto Mancini, a Kompany tajemniczo ćwierknął, że powodów dla których City przegrało jest wiele... Sugestia, że cały zespół pęka? Patrzcie na reakcje Pablo Zabalety, który tuż przed otrzymaniem czerwonej kartki wymownie machał rękoma do obrońców i bramkarza, których niepewność niejako wymusiła na nim decyzję o wślizgu. Obejrzyjcie jak po bramce dla Wigan zachowują się piłkarze Manciniego - wzrok albo spuszczony po sobie, albo szukający winnego z jasnym przekazem pretensji i chęci zrzucenia odpowiedzialności. I jest jeszcze przecież wcześniejszy mecz na Villa Park, gdzie Lee Mason chętnie rozdawał karki, choć zdarzało mu się mylić kolory. Ekspresywne wyjaśnienia Diona Dublina z sobotniego "Match of the Day" powinny uzmysłowić nawet narzekającemu na sędziego Paulowi Lambertowi, że Benteke nie powinno być na boisku jeszcze w pierwszej połowie. Dwa oczywiste faule Ramiresa (i dwie żółte kartki) to z kolei ostrzeżenie dla Brazylijczyka, który wielokrotnie już w tym sezonie podpadał arbitrom, mając nawet szczęście przy niekiedy ulgowym traktowaniu jego wślizgów. Stilian Petrov na Villa Park w kilka dni po ogłoszeniu zakończenia kariery to widok wzruszający, bo pokazujący prawdziwie cierpiącego człowieka, który tak różnił się od osoby znanej z boisk Premier League. Raz dynamiczny, smukły pomocnik, dziś po ciężkiej chorobie, która dopiero ustępuje - choć nic negatywnego czy smutnego z jego wizyty na stadionie w Aston Villa nie należy czerpać, bo zarówno jego silna wola, jak i plany na przyszłość (rozwój własnej fundacji) to sygnały tylko i wyłącznie budujące na duchu. Frank Lampard bijący klubowy rekord w ilości strzelonych goli to zaskoczenie nawet dla samego zainteresowanego. "Przychodząc do Chelsea nie myślałem nawet o pięćdziesięciu czy co dopiero dwustu bramkach" - zdradził po wygranym spotkaniu, które zagwarantowało The Blues występy w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Chwilę później wziął telefon i zadzwonił do schorowanego Bobby'ego Tamblinga, by go... przeprosić. Nawet za zbytnią radość przy drugim trafieniu. Pierwszy raz od dawna tak otwarcie mówił o chęci pozostania w klubie na kolejne sezony, a radość i śpiewy kibiców zauważalnie go wzruszyły. Miejsce dla Lamparda jest jedno i to na murawie Stamford Bridge, w niebieskiej koszulce, z ósemką na plecach - podwyższając swój rekord na jeszcze bardziej niewyobrażalny dla każdego śmiertelnika i piłkarza poziom. To wszystko to jednak tematy zastępcze. Mancini pewnie odejdzie, Kompany wzmocni swoją pozycję, Ramires nauczy się odbiorów piłki, Benteke skupi się na strzelaniu goli, a Frank Lampard podpisze nowy kontrakt. Dziś, cholera jasna, powinien być dzień Wigan. Dzień naprawdę dobrego futbolu, kapitalnego talentu piłkarskiego (Callum McManaman, odrzucony przez Everton w wieku szesnastu lat...), dobrych decyzji, ducha drużyny, walki jeden za drugiego i stawiania się przeciwnościom. Defensywa łatana przez Martineza przetrwała sztorm i to ze sporym udziałem Joela Roblesa, który zastąpił Al-Habsiego mimo jego dobrej gry we wcześniejszym półfinale. Przykro by było ograniczać się jednak tylko do boiska z historiami jakie otaczają Wigan. Jak zwykle okazali się słabi na przestrzeni większości sezonu, jak zwykle późno zebrali się do ratowania swojego miejsca w lidze i standardowo już można stwierdzić, że znakomita większość im w tej ucieczce kibicuje. Patrząc na ich los rzadko pojawiają się pytania o to co się z Wigan działo wcześniej, bo to czym zaskoczyli (?) dziś City predysponowało ich jak najbardziej to miana zespołów z bezpiecznego środka tabeli. Rotacje w skądinąd wąskim składzie, pucharowa przygoda, ograniczony budżet i mimo wszystko prawdziwa jakość piłkarzy nie liczyła się, gdy trzeba było wyjść na Wembley i ograć ustępujących mistrzów kraju. Wigan zagrało jak fachowcy, a nie mikrusy szukające sensacji. Nie zadecydował przypadek, jedno uderzenie z dystansu czy przypadkowy wypad dwóch liderów ataku. Najlepszym dryblerem nie byli Aguero, Tevez czy Silva, ale wspomniany McManaman... Oddalmy się jednak od boiska. Właściciel Wigan, Dave Whelan, który twierdzi, że dzisiejszy wynik wyśnił i jego radość przy wyprowadzeniu drużyny, czy później przy odbiorze Pucharu Anglii... Jest tylko kilka rzeczy, które dają więcej satysfakcji niż to, jak projekt, który on sam ufundował spłaca się takimi pozytywnymi emocjami. Z pewnością gwarancja powrotu na Wembley przy okazji walki o Tarczę Wspólnoty czy późniejsze pojedynki w Europie dodadzą Wigan wyczekiwanego prestiżu, ale ważniejszy i tak będzie ten moment w sobotnie popołudnie - zbyt późną porę jak na finał Pucharu Anglii - gdy sędzia zakończył zwycięskie spotkanie... Adrian Chiles w swojej książce "We don't know what we are doing" opisuje sezon w którym West Bromwhich Albion lecą z hukiem z Premier League. Podjeżdżając autokarami na Old Trafford po pewną porażkę opisuje uczucie wzajemnego niezrozumienia, jakie dostrzegł w spojrzeniach kibiców United i WBA. Ci pierwsi mogą nie do końca rozumieć czym jest wspieranie zespołu zawsze będącego na granicy porażki, nie zwycięstwa. Ci drudzy zastanawiają się co jest takiego wyjątkowego w ciągłym wygrywaniu. Dwie grupy, które przecież łączy ten sam sport, ta sama liga, ten sam mecz, a tak wiele je dzieli. Przyjęło się, że dla wielu Wigan to ten drugi ulubiony zespół - przez styl gry, przez osobę menedżera, przez ich skromność, a nawet raczej przaśną charakterystykę. Te osoby w zwycięstwie (czyli przy rzadkiej okazji) podniosą ręce i będą zespół Martineza nagradzać gorącymi oklaskami, ale przez większość czasu reagują na nich wzruszeniem ramion lub co najwyżej uśmiechem politowania. Są ważniejsze sprawy - mistrzostwo kraju, ratowanie własnego ligowego bytu, trofeum Arsene Wengera, gwarancja gry w europejskich pucharach... Tym bardziej dzisiaj nie powinno być wyliczania kto i od kiedy Wigan wspierał - solidarnie wszyscy powinni ich prawdziwym kibicom zazdrościć. Bo nie da się porównać uczucia przy tytułach zdobywanych seryjnie, czy nawet kilka razy na dekadę do wypadków tak okazjonalnych jak triumf klubu Whelana. To jest przeżycie często jednorazowe, dla tych ludzi moment, który utkwi w głowie na lata i uratuje życie w najtrudniejszych chwilach. Wywoła uśmiech, podniesie na duchu, zakręci łzę w oku...
Nie da się opisać tej specyficznej radości. To są wzniesione ręce do nieba, to krzyk nie tyle ulgi, co niedowierzania z tego co się dokonuje na oczach tych ludzi. Dziś wszyscy chcemy być jak ten starszy pan, który za Wigan przyjechał do Londynu i po decydującym golu ukazał wszystko co definiuje typ kibica przywołanego w książce Chilesa. Tak skromny w swojej celebracji, bo po prostu nie posiadający wiedzy jak się w tej chwili zachować. "Przepraszam panów, że się spóźniłem, ale tak rzadko mamy okazję się cieszyć" - z rozbrajającym uśmiechem wyznał dziennikarzom Roberto Martinez. Nie wszyscy musimy ich dopingować w walce o utrzymanie w Premier League i nie każdego do gorących i szczerych gratulacji się zmusi. Nieważne. Dziś wszyscy im zazdrościmy, dziś wszyscy byśmy chcieli być jak ten starszy pan z trybun. Futbol nie został stworzony dla bogaczy, dla autorytetów czy najlepszych piłkarzy - piłka nożna jest dla takich historii i takich ludzi jak Whelan, Martinez, McManaman, Scharner, Watson czy reszta zespołu, jego kibiców. Na jeden dzień przeniesiono stolicę futbolowego świata i dziś każdy chciałby być z Wigan. Mieć siedemdziesiąt lat i na Wembley przeżywać swój najlepszy dzień życia.
czwartek, 09 maja 2013
Szansa sezonu
Dalej się dziwicie, że gwiżdżą? Dalej się dziwicie, że marudzą? Dalej kwestionujecie ich negatywne podejście? To była najlepsza z dotychczasowych szans Rafy Beniteza, by w oczach wszystkich kibiców Chelsea otrzymać coś z powrotem. Może nie pełne rozgrzeszenie, ale przynajmniej to skinienie głową - bez uśmiechu, ale z niemałą dozą szacunku - przy następnym spotkaniu. "Mieliśmy szanse z kontry, by strzelić trzecią bramkę i zakończyć ten mecz" - powiedział po spotkaniu Hiszpan.
Winiący tych, którzy albo fatalnie pudłowali (Hazard), albo potykali się o własne nogi (Ramires)? Jakkolwiek oczywiste i łatwe wydawały się te zmarnowane okazje, tak największe szanse powinien swojej drużynie dać menedżer w pierwszym momencie, jak zobaczył problemy na murawie. Brazylijski środek pola przestał panować nad kluczową strefą swoją dyscypliną, więc... zmianę dostał ten, który najlepiej piłkę w tym meczu utrzymywał. Przy stopie lewej czy prawej, Hazardowi nie robi to żadnej różnicy. Wspaniały drybling, kapitalne podania, wizja, boiskowa wyobraźnia... Faktycznie zabrakło tego wykończenia udanych akcji, ale nawet przy otrzymanym od rywala kopniaku, kulejący Belg nie powinien być pierwszym do zmiany. Ta łatwość z którą pogrążał kolejnych rywali ("siatka" założona Huddlestone'owi!) nadawała rytmu całej drużynie - wejście Mosesa na lewą stronę zakłóciło balans zespołu. Benayoun w końcówce był jakby częścią pisania jego przyszłego listu motywacyjnego - "nie, nie poddaję się wpływom doświadczonych seniorów oraz presji kibiców". Szkoda, że w meczu, gdzie pod żadnym pozorem nie powinno być nawet jednej kwestii jaką można Benitezowi zarzucić, on sam postanowił podyktować krytyczne kwestie. I to w gruncie rzeczy taktyczna organizacja Tottenhamu zadecydowała o remisie. Wcale nie ich lepsza gra, bo tylko (tylko?) przy pozycjach bramkarza i napastnika postawiłbym w jedenastce AVB "plusy" w porównaniu z wyborami Beniteza. Huddlestone i Parker może byli wolniejsi i słabsi w fizycznej walce z Brazylijskim duetem, ale w odpowiednich momentach stanowili zaporę nie do przejścia. Późniejsze podrygi Chelsea wynikały raczej z przypadku i gry skrzydłami, a nie przebojowych wejść środkiem. Droga do Ligi Mistrzów już nie wydaje się tak wyboista, ale wciąż potrzebne jest jedno zwycięstwo. Aston Villa może i jest o włos od utrzymania się w lidze, jednak dzieciaki Lamberta są jedną z ostatnich drużyn, jakie na tym etapie sezonu powinno się lekceważyć. Pokonać Everton na własnym boisku, który będzie się (prawdopodobnie) żegnał z Davidem Moyesem? Niezależnie od opinii dotyczących ostatnich dwóch kolejek, konsekwencje tego remisu mogą być bardziej dotkliwe dla tymczasowego szkoleniowca niż całej Chelsea. Niepoważny wręcz upór z jakim trzyma na ławce zawodników przeznaczonych do momentów takich jak ten, wpuszczając piłkarza, który tylko wypatruje lata i odlotu z bardzo niewygodnego, nieprzychylnego gniazda. Różna jest skala błędów popełnianych przez piłkarzy a menedżera jakiejkolwiek drużyny. Dziś przekonaliśmy się, że czasem to nie ci układający odpowiednio swoje stopy przy uderzeniu piłki mają najwięcej do powiedzenia. Jak nigdy kibice Chelsea oczekiwali pozytywnej i w gruncie rzeczy jedynej zrozumiałej decyzji z ławki rezerwowych - pozostawieni zostali na frustrację i naprawdę podnoszące ciśnienie zakończenie spotkania. Ze składem, który naprawdę potrafi wiele - wcale nie grając tak "niewidzialnego" futbolu jak sądzi Andre Villas-Boas - mecz z Tottenhamem był sezonem w pigułce Chelsea. Momenty geniuszu i zachwytu przeplecione zostały z dezorientacją oraz brakiem wsparcia. Wybitnie skuteczny pressing (The Blues byli bez faulu do 60. minuty!), a także składne akcje nie spotkały się jednak z odpowiednią reakcją w trudniejszych chwilach, które także definiują sezon pełen chaosu i sprzeczności. Wynik remisowy to odzwierciedlenie nastroju jaki powinien towarzyszyć po kampanii z poprawioną pozycją ligową i może nawet kolejnym europejskim pucharem. Jest dobrze na etapie przejściowym, ale każdy widzi, że mogło być lepiej - zwłaszcza z jednym finałem i dwoma półfinałami przegranymi na podobnych warunkach, również na własne życzenie. Skinienia głową przy następnym spotkaniu nie będzie, raczej odwrócenie wzroku i pójście swoimi ścieżkami. Mogło być lepiej, Rafa.
środa, 08 maja 2013
Pokolenie Fergusona
Był czwarty kwietnia 1987 roku. Manchester United podejmował Oxford w starciu dwóch drużyn ze środka tabeli, pod sam koniec sezonu, gdy wszelkie cele poza swobodnym utrzymaniem aktualnej pozycji straciły na znaczeniu. Trzydzieści tysięcy ludzi obserwowało mecz, który w zasadzie definiował kampanię "Czerwonych Diabłów" - głupio stracone bramki oraz brak konsekwencji w obronie przy naprawdę niezłej ilości ataków i niestety niewykorzystanych szans. Peter Davenport dwukrotnie trafił do siatki rywali, ale Oxford za każdym razem spokojnie wracał do gry. Dopiero w doliczonym czasie meczu, gdy ze środka pola długim przerzutem piłka powędrowała na prawe skrzydło do wchodzącego pomocnika, on dośrodkował, a bramkarz wybił ją pod nogi Bryana Robsona, ten zdobył zwycięskiego gola. "Manchester United wygrywa w doliczonym czasie gry!" - krzyczy komentator. Nie po raz pierwszy w zaledwie pięciomiesięcznej karierze Fergusona z "Czerwonymi Diabłami", a na pewno nie po raz ostatni i zdecydowanie w nie najważniejszym momencie tego obszernego fragmentu historii. Widzicie, jak pewnie wielu z Was, ja nie znam piłkarskiego świata bez Sir Aleksa Fergusona żującego gumę na ławce rezerwowych Manchesteru United.
Przyszedłem na świat dwa dni po przywoływanym zwycięstwie z Oxford United. Jestem jednym z tych, którzy futbolem zaczęli fascynować się, gdy Sir Alex Ferguson był już na szczycie. Patrzyłem na jego zespół, jego momenty chwały i nawet, gdy ogarniała mnie wściekłość po porażce z jego Manchesterem United, w środku kształtował się podziw dla osoby niespotykanej w piłkarskim świecie. Jutro obudzę się w innej rzeczywistości. Będziemy jeszcze wielokrotnie przypominać sobie jego największe zwycięstwa, będziemy szukać jego cytatów i traktować jego poglądy na futbol z pełną powagą i szacunkiem. Jednak nic nie zdefiniuje jego kariery jak kilkadziesiąt sukcesów, prawie 27 lat w jednym klubie i równo 1500 oficjalnych meczów w roli menedżera United. Na pierwszym meczu nowego sezonu kamery skierują się na ławkę rezerwowych United, gdzie od tego momentu zasiadać będzie jego następca, lecz - kimkolwiek by on nie był - dla mnie bez Fergusona to miejsce będzie puste. Wszelkie aspiracje do zastąpienia Szkota powinny zostać odrzucone, bo jego pozycja pozostanie niepodważalna. Jeszcze przez lata w najważniejszych i najtrudniejszych momentach meczów, piłkarze, kibice i realizatorzy transmisji kierować będą swój wzrok na Sir Aleksa Fergusona, szukają opinii, ale też pasji, której jemu nigdy nie brakowało, którą zawsze innych zarażał. Bo przecież nie obserwujemy teraz wybuchu paniki, ekscytacji czy nagłego zainteresowania żyjącym od lat w światłach reflektorów Szkotem, ale najzwyczajniejszy w świecie szok i otępienie. To fenomen, którego wiek tak naprawdę nigdy nie przemawiał do naszego rozsądku, ponieważ on wszelkie granice zaginał, przekonując nas o swojej menedżerskiej... nieśmiertelności. Nawet jak już był blisko odejścia na emeryturę, ta wydawała się tak odległą od boiska piłkarskiego perspektywą, że sam Szkot szybko tę możliwość odrzucał. Pal licho zdrowie, liczy się tylko kolejny sezon, kolejny zespół, kolejne zwycięstwa. W najbliższych godzinach i dniach przeczytacie jeszcze setki hołdów i tekstów o Fergusonie. Wspomniane będą jego najbardziej klasyczne chwile, typowe zachowania, najlepsze transfery, najważniejsze decyzje... ale zasłużył on w pełni na to, by po tak długiej i bogatej karierze skradać nam jeszcze wiele lat przykładami ze swojej pracy. Kto zresztą nie doceni go dziś, na pewno po wielu latach złapie się na wspominaniu o jego karierze i pouczaniu innych, jak to było za czasów Fergusona. Jak on by to zrobił, co on by powiedział, jak się zachował... Dla każdego pasjonata jego historia była, jest i będzie najlepszą nauką. Od tych największych banałów, czy też zasad, jak mówił, "zdrowego rozsądku", które on sam sobie przyswoił na trudnym starcie do wielkiej kariery - "nigdy nie pozwól, by większość kontraktów kończyła się w jednym roku, kontroluj średnią wieku pierwszego zespołu..." - ale też później stosował z takimi sukcesami. Tak wiele razy wkurzał swoimi wypowiedziami i zachowaniami, pozwalając sobie na bardzo kontrowersyjne słowa o rywalach, wrogach, sędziach czy nawet swoich zawodnikach. Jednak nikt nie może odebrać mu tego, że nawet w chwilach największego zagubienia i niepotrzebnej wściekłości, napędzała go chęć zwyciężania. Nie ma lepszego podręcznika do wygrywania niż jego historia życia. Wszyscy staraliśmy się z niej czerpać, nawet stając po drugiej stronie barykady czy nigdy tego miejsca nie opuszczając. Głośno traktując go jak wroga, podświadomie zazdrościliśmy kibicom United osoby o tak rozpoznawalnym i trudnym do zrozumienia szkockim akcencie, często przesadnej dumie, zadufaniu i przekonaniu we własny sukces. Dzieliły nas punkty, wyniki, wielcy piłkarze czy nawet słowa samego Fergusona, ale zawsze był podziw wobec uporu, który nim kierował. Że czasem przesadzonego? Szkot nie był doskonały, ale znajdźcie człowieka z czasów, gdy ja się na futbolu wychowywałem i będącego tak perfekcyjnie dobranego do tej konkretnej roboty. On nie aspirował do bycia wzorem na który rodzice wychowują swoje dzieci - Sir Alex Ferguson pragnął tylko zwyciężać. Jeszcze przez kolejne dekady będziemy patrzeć na to co Ferguson osiągnął w Manchesterze United, ale perspektywy nigdy nie osiągniemy tak dobrej, jak w chwilach, gdy sami siedzieliśmy w samym środku tej historii i całego zamieszania. Wkurzenie, krytyka, śmiech, podziw i zrozumienie dla jego postaw, słów oraz decyzji będzie przekazywane kolejnym pokoleniom, które albo tylko delikatnie dotknęły jego lat na Old Trafford, albo w ogóle nie będą miały takiej szansy. Starożytne przekleństwo brzmi: "obyś żył w ciekawych czasach". Jednak traktując o Fergusonie i jego latach na Old Trafford powinna być mowa tylko o wdzięczności za to, że trafiliśmy na najwspanialszego w historii futbolu, zdecydowanie tego najbardziej wyjątkowego przez swoje sukcesy i kontrowersje. To nadal jest guma do żucia w jego szczęce, palec wskazujący na zegarku, rozpalona do czerwoności twarz - ale osoby, która jak żadna inna ukształtowała futbol w mojej świadomości, wryła w umysł pojęcie zwyciężania za wszelką cenę i to w jednocześnie pięknym i zaciętym stylu. Przy tym potrafiąc się do zmieniających czasów dostosowywać, pozostawiając sobie pole do dominacji. Dla Sir Aleksa Fergusona tym polem była zawsze piłkarska murawa, którą tak pięknie i stanowczo kontrolował zza linii bocznej. Pasjonuję się historiami o wybitnościach takich jak Herbert Chapman, Bill Shankly czy Brian Clough, a obecnie analizuję i oceniam poczynania obecnych trenerskich geniuszy pod postacią Wengera, Mourinho czy Guardioli. Jednak o żadnym z nich nie mogę powiedzieć, że jest w pełni mój - że na ich karierach się wychowałem, piłkarsko kształtowałem i potem z tęsknotą ich czasy wspominałem. Oni dopiero pojawili się w mojej świadomości, nie będąc tam od początku. Jedynie Sir Alex Ferguson przeszedł przez wszystkie te etapy - a raczej to ja przeszedłem moją futbolową edukację z często wkurzającymi i bolesnymi zwycięstwami jego Manchesterem United. Nawet nie będąc "Czerwonym Diabłem", to największy zaszczyt i duma, Sir Aleksie, móc mówić, że jestem z pokolenia wychowanego na Fergusonie właśnie.
sobota, 04 maja 2013
Finisz Championship - z odtworzenia
Jeśli po piątkowym grillu mocno zaspaliście, albo nie planowaliście włączać się w transmisje od wczesnego sobotniego popołudnia to... straciliście jeden z najgorętszych dni w angielskim futbolu. Ostatnia kolejka Championship, ostatnie rozstrzygnięcia na dole i na szczycie tabeli, ostatnie minuty decydujące - uwierzcie, było dramatycznie! Cardiff, które już zapewniło sobie awans do Premier League grało na KC Stadium w Hull z drużyną, której najbliżej było do wejścia do wyższej ligi. Jednak ekipa Steve'a Bruce'a nerwowo patrzyła za plecy, ponieważ Watford Gianfranco Zoli miał także mecz na swoim boisku i tylko punkt straty do "Tygrysów". Czwarte Brighton i piąte Crystal Palace w zasadzie już były pewne gry w fazie play-off, lecz zainteresowane znalezieniem się w czołowej szóstce było Leicester City kosztem Nottingham Forest. Bolton, który podniósł się po kiepskim starcie sezonu, również liczył na łut szczęścia. W dole tabeli też było nerwowo, ponieważ aż pięć drużyn było zagrożonych zajęciem dwudziestego drugiego miejsca, ostatniego oznaczającego relegację do League One. Peterborough grało na wyjeździe z Crystal Palace, Barnsley walczyło z bezpośrednim rywalem w tej batalii Huddersfield, Millwall miało wyjazd do Derby, a Sheffield Wednesday podejmowało Middlesbrough. Wolves, tylko z mocno teoretycznymi szansami na utrzymanie, grali na stadionie Brighton. Emocje nie zaczęły się jednak równo z pierwszym gwizdkiem na dwunastu stadionach Championship - dwadzieścia minut przed pierwszym gwizdkiem na Vicarage Road, gdzie gra Watford z Leeds, kontuzję w czasie rozgrzewki odnosi kapitan gospodarzy, Manuel Almunia. Jego miejsce w bramce zajmuje Jonathan Bond, a na ławce pojawia się 19-letni Jack Bonham, który jeszcze pozostawał bez debiutu w pierwszym zespole. Start wszystkich spotkań zaplanowano na godzinę 13:45 (naszego czasu) - następujące wydarzenia zostały spisane chronologicznie by oddać dramaturgię ostatniej kolejki Championship. Jeśli nie wiecie co się zdarzyło i jak skończyły się spotkania, nie regulujcie odbiorników, nie przewijajcie na dół strony. Zapraszam na naprawdę ostrą jazdę. 13:48 Simon Cox otwiera wynik na City Ground, Nottingham Forest obejmuje przewagę nad resztą stawki w walce o szóste miejsce. 13:52 Brighton z Tomaszem Kuszczakiem w bramce również mocno rozpoczyna swój mecz, Kazenga LuaLua otwiera wynik spotkania z Wolves, którzy desperacko potrzebują zwycięstwa. 13:56 Sheffield oddala się od miejsc spadkowych po tym jak Steve Howard wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W tym samym czasie Hull City trafia do siatki Cardiff, ale sędzia odgwizduje spalonego. 14:01 Barnsley umieszcza Peterborough w strefie spadkowej, ponieważ Chris O'Grady otworzył wynik w meczu z Huddersfield. 14:06 Popołudnie coraz lepiej układa się dla Nottingham Forest, bo Matt Phillips wyprowadza Blackpool na prowadzenie w meczu z Boltonem, który również szukał swojej szansy w walce o play-off... 14:09 ...i koniec udanego dnia Forest? Uderzenie Matta Jamesa z Leicester po rykoszecie trafia w róg bramki, ale gospodarze utrzymują swoje miejsce w czołowej szóstce. Jeszcze. 14:11 Bolesna kontuzja bramkarza Jonathana Bonda! Napastnik Leeds wpadł w golkipera Watfordu, który nie może podnieść się z murawy. Na stadionie kompletna cisza... 14:14 Sensacja w Londynie, gdzie Crystal Palace przegrywa z walczącym o utrzymanie Peterborough. Bohaterem gości zostaje Lee Tomlin, który strzela gola po indywidualnej akcji, ale podopieczni Darrena Fergusona wciąż muszą liczyć na wyniki innych spotkań. 14:17 Z ulgą odetchnęli kibice Wednesday, gdy Leroy Lita podwyższył prowadzenie ekipy z Sheffield. Czyżby miał to być spokojny dzień dla tej połowy Sheffield? Ich wynik oznacza, że przegrywające Huddersfield spada do strefy spadkowej... 14:20 ...a tymczasem emocje na szczycie! Bolton traci już drugą bramkę z Blackpool, tym razem autorem jest Ludovic Sylvestre. 14:21 Watford z Leeds wracają do gry, Jack Bonham wchodzi za Bonda, który zostanie odwieziony do szpitala. Już wiadomo, że ten mecz skończy się ponad dziesięć minut później od innych. Jak w bramce gospodarzy spisze się debiutant? 14:27 LuaLua pogrąża Wolves, którzy lecą do League One w rok po spadku z Premier League... 14:28 Forest już przegrywają! Od trzydziestej minuty na boisku jest Radosław Majewski, ale gol Andy'ego Kinga daje Leicester miejsce w play-off! 14:29 Gol dla Leeds! Ten, który kontuzjował Bonda, Dominic Poleon wykorzystuje nerwy obrony Watfordu i daje pewny awans Hull! 14:31 Bolton wraca go gry? Chris Eagles z dystansu strzela kontaktowego gola tuż przed przerwą. 14:33 Ale zaraz, karnego ma Crystal Palace, które przegrywało z Peterborough... 14:34 ...i Glenn Murray się nie myli! 1-1, a Peterborough znowu w strefie spadkowej! W tym samym czasie Bolton, jeszcze przed zejściem do szatni, wyrównuje stan meczu z Blackpool - Craig Davies rozpala trybuny! 14:38 Przerwa trwa na jedenastu stadionach, ale Watford z Leeds wciąż grają. Ikechi Anya ścina akcję z prawego skrzydła, drybluje przez trzech obrońców, ale zostawia piłkę Almenowi Abdiemu, który uderza w samo okienko! Co za gol! 1-1! 14:50 Przerwa wszędzie w Championship, oddychamy głęboko, choć tylko przez chwilę... 14:51 ...i wracamy do gry, przynajmniej na jedenastu boiskach. 14:55 Niezły powrót! Cardiff w ostatnich tygodniach tylko świętowało po awansie, ale nie wpłynęło to na ich grę z Hull - Frazier Campbell pojawił się po przerwie i od razu dał przyjezdnym prowadzenie! 14:57 Barnsley spada? Jermaine Beckford z golem dla Huddersfield, który zrzuca ich rywali do ostatniej trójki. Tymczasem trafienie Eliotta Warda dla Nottingham z ulgą przyjmują kibice Forest, którym play-off wymknęło się jeszcze przed przerwą. Leicester znowu na dalszych miejscach. 15:04 Wreszcie! Steve Bruce szaleje przy linii bocznej, a Nick Proschwitz odkupuje swoje winy po tym jak chwilę wcześniej z pięciu metrów nie trafił w bramkę - teraz dzięki jego główce jest 1-1! 15:05 Na Vicarage Road też wracają do gry... 15:08 ...ale czy Paul McShane kończy nadzieje Watford? Wyprowadza on Hull na prowadzenie w meczu z Cardiff! 15:09 Niesamowite rzeczy! Crystal Palace przegrywa z Peterborough, 1-2! Nathaniel Mendez-Laing po ładnej akcji daje ratunek ekipie Fergusona. Barnsley spada? 15:17 Nie! Jason Scotland wyprowadza ich na prowadzenie, a przeciwników z Huddersfield zrzuca na ostatnie spadkowe miejsce. 15:22 Ależ głupota napastnika Watford! Troy Deeney ostrym wejściem w Michaela Browna zasłużył na czerwoną kartkę i przy prowadzeniu Hull oraz osłabieniu gospodarzy, szanse na bezpośredni awans drużyny Zoli drastycznie maleją. 15:24 Znów rotacja na dole, znów Barnsley spada! Huddersfield wyrównuje za sprawą Jamesa Vaughana... 15:27 Ale nadzieja dla kibiców gości, bo 39-letni Kevin Phillips strzela swojego piątego gola w sezonie dla Crystal Palace i jest już 2-2. Peterborough jeszcze bezpieczne... tylko dzięki różnicy bramek. 15:30 Millwall wciąż nie jest pewne swojego miejsca w Championship, bo właśnie Conor Sammon dał prowadzenie Derby w 85 minucie spotkania. Coraz bliżej końca... 15:34 Tragedia Peterborough! Mile Jedinak po dośrodkowaniu trafia do ich siatki dając Crystal Palace trzeciego gola! 15:36 Kolejny dramat, tym razem w Nottingham! W szalonym meczu i już w doliczonym czasie gry, Leicester obejmuje prowadzenie po golu Anthony'ego Knockaerta! Majewski i jego zespół poza play-off, kosztem właśnie City. 15:38 Karny dla Hull! Gospodarze mogą w doliczonym czasie przypieczętować awans do Premier League z jedenastego metra - prowadzą już 2-1, podchodzi Nick Proschwitz... karny obroniony! 15:39 Radość gospodarzy i gości w Huddersfield, tragedia Peterborough, które już prowadziło w meczu z Crystal Palace... Witaj, League One... 15:40 ...ale my już na szczycie tabeli, bo teraz jest karny dla Cardiff! Niewyobrażalne, po pudle Proschwitza wydawało się, że ostatni atak Cardiff, dośrodkowanie i ręka w szesnastce. Nicky Maynard się nie myli i mecz kończy się 2-2! Kilkudziesięciu kibiców wbiega na murawę, ale radości jeszcze nie ma, bo przecież mecz Watford będzie trwał jeszcze kilkanaście minut. Obydwie drużyny idą do szatni i tam, na małych monitorach telewizyjnych, ogląją rywali... 15:43 Leicester w play-off! Desperackie ataki Forest nie pomogły, sensacja na City Ground. Billy Davies przejął zespół w tym sezonie, wywindował ich na czołowe miejsca, ale nie zapobiegł tak dramatycznemu finiszowi. Plany na Premier League przełożone o kolejny sezon! 15:49 Steve Bruce miał chyba atak serca, bo oto Fernando Forestieri w zamieszaniu w polu karnym Leeds uderza, ale Paddy Kenny świetnie broni na linii! Wciąż 1-1... 15:50 ...kontra Leeds, Ross McCormack wyprowadza piłkę z połowy, zauważa, że niedoświadczony bramkarz Watford wychodzi z bramki i próbuje go przelobować. Wydaje się, że jego strzał jest zbyt lekki, ale golkiper... wrzuca sobie piłkę do bramki! Ależ tragedia młodego Jacka Bonhama! A to już doliczony czas gry, Leeds z przewagą jednego zawodnika i prowadzeniem 2-1! Hull świętuje! 15:55 Koniec meczu, Watford przegrywa, Hull w Premier League! Oddychamy, oddychamy... i oddajemy głos innym. "Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem" - mówi Steve Bruce, menedżer Hull City, którego rok temu prawie zatrudniono w Wolverhampton. Dziś on wraca do najwyższej ligi, a "Wilki" zaliczają kolejny spadek... "Tak bardzo wierzyłem, że się utrzymamy" - powiedział załamany Darren Ferguson, szkoleniowiec Peterborough. "Moje słowa już nic nie zmienią. To był dziwaczny sezon, że spadliśmy mając 54 punkty. To się nigdy wcześniej nie stało." Co za dwie godziny z Championship... i wiecie co jest najlepsze? Czeka nas jeszcze pięć wysokiej jakości spotkań w fazie play-off. Watford gra z Leicester, Brighton przeciwko Crystal Palace, a zwycięzcy z tych par spotkają się na Wembley 27 maja.
piątek, 03 maja 2013
Pierwszy dzień jego lata
To pewnie nie był ani długi, ani szczególnie przyjemny sen. Mimo awansu do finału europejskiego pucharu - zapomnijmy o kategorii - jedynym co wciąż rozbrzmiewało w jego głowie były donośne śpiewy kibiców. "Jose Mourinho! Jose Mourinho!" - niosło się po stadionie częściej niż którekolwiek z nazwisk obecnych w klubie piłkarzy. Tak jakby to właśnie Portugalczyk był odpowiedzialny za szarżę na szwajcarskiego bramkarza tuż na starcie drugiej połowy i gole, które ostatecznie odebrały nadzieję piłkarzom Bazylei. Jednak gdy Rafa Benitez odsłonił kurtyny w sypialni swojego tymczasowego miejsca zamieszkania, słońce wręcz go oślepiło. "To może być dobry dzień" - stwierdził, gdy rogalik z lokalnej piekarni okazał się wyjątkowo świeży i smakowity, a do kawy w klubowej kantynie nikt nic dla żartu czy złośliwości nie dodał. Ale nawet Hiszpan nie spodziewał się ile dobrego go spotka w ten piątek. Przed treningiem czekała na niego grupka ludzi chowając coś za plecami. "Nie, dość z papierowymi workami z pachnącą zawartością" - pomyślał sobie Benitez, choć ku jego zaskoczeniu wyciągnęli oni coś, czego nie widział od marca 2009 roku. "To... to..." - Hiszpan nie do końca dowierzał, nawet uśmiechy i uściski dłoni komitetu z Premier League nie do końca go przekonały. Dopiero pozując z nagrodą dla menedżera miesiąca - i to nie tymczasowego! - pojawił się skromny uśmiech. A to był dopiero początek tego dnia.
"Pokazaliśmy charakter, a do jakości dołożyliśmy jeszcze pewność siebie" - mówił Benitez porównując przy okazji ostatnie zwycięstwo ze Swansea do porażek w Pucharze Ligi. "Wtedy zadecydowały dwa indywidualne błędy, ale graliśmy dobrze..." - zdradził z pełnym przekonaniem. Któż mu wypomni, że w istocie ze Swansea przyszła porażka, bo na tle dwóch spotkań Chelsea po prostu dołowała? Po radosnej sesji treningowej, gdzie nawet Rafa włączył się do gry w "dziadka", przyszły jeszcze lepsze wieści. Wracając z lunchem do swojego biura zdążył jeszcze uchwycić końcówkę konferencji prasowej sir Alexa Fergusona. "Rafael Benitez za bardzo dba o swoje CV" - powiedział w mocno szkockim akcencie przez mocno zaciśnięte usta menedżer najbliższego rywala Chelsea - "ale nie da się ukryć, że w ostatnich tygodniach wykonał on naprawdę dobrą robotę." Huk zwrócił uwagę kilku osób, do zaadaptowanego tymczasowo biura menedżera wpadli jego asystenci. Tacka z jedzeniem leżała na dywanie z klubowym herbem, Rafael Benitez z niedowierzaniem wciąż wlepiał wzrok w te mniej istotne wiadomości serwisu Sky Sports News. Dopiero delikatny policzek sprzedany przez jego asystenta ocucił Hiszpana z tego szoku. Tak, Szkot naprawdę go pochwalił. To nie był jednak jedyny taki moment. Popołudnie minęło na w miarę spokojnym planowaniu na mecz z Manchesterem United - Torres czy Ba? Oscar czy Moses? Luiz w środku obrony czy pomocy? Terry znów na ławce? - aż do kolejnej przerwy i wyprawy do kantyny po przekąski. Tacka z pysznym, choć przypominającym o nieudanej włoskiej przygodzie spaghetti jednak także najpierw trafiła na ziemie. Kolejne wiadomości, kolejny szok. Madryt, konferencja Mourinho. Tego przeklętego Mourinho. W głowie Beniteza znów rozbrzmiały te wczorajsze śpiewy ze Stamford Bridge, znów ten dzień miał stracić na jakości. Ale... zaraz... nie, to niemożliwe. Huk. Hiszpan patrzy jak Portugalczyk wyciąga z kieszeni kartkę, starannie ją rozkłada, wylicza, cytuje... "On przecież mnie kopiuje!" - myśli z niedowierzaniem Rafa, po części ciesząc się z tego, że Mourinho do jego zagrywek musi się posunąć, by udowodnić swoje racje. "Czy z niego prasa też będzie kpiła, czy jego też skrytykują?" - zastanawia się jeszcze przez chwilę tuż przed wyłączeniem telewizora. --- Czy to był najlepszy jego dzień w Londynie? Bez meczu, bez kolejnego zmagania się z raczej negatywnie nastawionym do niego tłumem. Gdyby nie gryzący, a potem strzelający Suarez miło by było również w jego prawdziwym domu na Anfield Road, ale narzekać Benitez pewnie nie zamierza. Przegrane Klubowe Mistrzostwa Świata, oddany Puchar Ligi, położony Puchar Anglii... Pierwsze trofeum jest, zdobytym uznaniem nawet największego wroga także nie pogardzi. Rafa Benitez staje na nogi, a ten przeklęty Londyn wcale nie pogrąży jego kariery. Dziś na pewno był pierwszy dzień jego lata.
środa, 01 maja 2013
Zostaliście oszukani
Trzeci półfinał z rzędu przegrany, nienawiść atakująca go na każdej konferencji prasowej - przynajmniej według samego Jose Mourinho. Jest wiele powodów, by Wyjątkowy uznał swój czas w Hiszpanii za stracony i po prostu wywiesił białą flagę w oczekiwaniu na ratunek i objawienie się wielkiego jachtu Abramowicza na horyzoncie... ...ale by w niego nie wierzyć? By stwierdzić, że z Wyjątkowego nagle stał się Podstawowym? Naprawdę, były już dogodniejsze momenty by mu na madryckim etapie starannie zaplanowanej kariery przywalić. Wczoraj to nie on zawiódł, ale ci, którym plany swoje zawierzył. To nie jest gdybanie na zasadzie: "Higuain, Ronaldo i Ozil mieli swoje szanse" - czy naprawdę niektórzy są na tyle odważni, by mimo wszystko wspaniałą karierę Mourinho oceniać na podstawie kopnięć jego podopiecznych? Jakby oni wcześniej dali powód, by wątpić w szkolenie jednostek Wyjątkowego - ale przecież to maszyny do goli i podań, które przede wszystkim zawiodły w tym momencie. Mourinho też jest winny, ale nie on do osiemdziesiątej minuty odpowiadał za tę katastrofę w wykonaniu Cristiano Ronaldo. Jeśli jest osoba, która twierdzi bez zawahania, że ściągnęłaby z boiska wybitnie nieproduktywnego Portugalczyka to po prostu ona... kłamie. To nie kwestia odwagi, ale zdrowego rozsądku. To zresztą tylko przykład. Mourinho nie jest bez winy, ale nie on układał piłkarzom stopy, gdy eliminował ich Bayern przed rokiem - tak dzisiaj jego plan był słuszny. Zmarnowane okazje po kwadransie pokazały zespół, który był wręcz przekonany, że na tym etapie będzie miał wystarczająco czasu, by trzecią wcisnąć. Zresztą ten kto twierdzi, że mimo wszystko Real powinien wgnieść Borussię w ich bramkę lekceważy świetny zespół Kloppa. Mourinho wiedział, że jeśli jego zespół dostanie od rywali szansę, to będzie ona chwilą. Nie ma przypadku w tym, że udało się jedynie w kolejnym piętnastominutowym fragmencie na sam koniec... Wątpiąc w to, że przyszłość Mourinho może przynieść mu sukcesy wpada się w pułapkę zastawioną właśnie przez niego. "Inna Chelsea, inny Mourinho" - mówią, ale przecież nikt na Stamford Bridge nie chce powtórki z tego co było przed kilkoma laty. Pewien poziom jest już osiągnięty (albo - osiągany, zwłaszcza przy tak trudnym terminarzu), do minionych sukcesów można się już tylko odwoływać, jak do pięknej, ale mimo wszystko tylko historii. Dla Chelsea (i Anglii) to lepiej, że przychodzi inny Mourinho. Po doświadczeniach w dwóch innych ligach, po niepowodzeniach, które także kształtują, po zwycięstwach, które powinny utwierdzać w przekonaniu o jego klasie. Zanim Bayern rozjechał Barcelonę udało się to Realowi w Pucharze Króla, choć w nieco mniejszym wymiarze. Co więcej, Mourinho wciąż oferuje zjednywanie sobie wielkich piłkarskich osobowości i wspaniałych piłkarzy. W Chelsea trafi na bardziej mu przyjaznych - piłkarzy skorych do nauki i mniej do buntu, a nawet jeśli są tacy walczący o pozycję, to oni pamiętają ile dla nich Mourinho zrobił. Naprawdę; to właśnie tego charakteru i po części buty, którą prezentuje Wyjątkowy teraz desperacko szuka się w Madrycie. Obecnie pełniący funkcję szkoleniowca jest w najlepszym stopniu nijaki, bo on nie chce podpaść żadnemu potencjalnemu przyszłemu pracodawcy - dlatego najbardziej podskakuje obecnemu, bo ewentualnym zwolnieniem nie ośmieszy się on sam, ale Abramowicz właśnie. Nawet narzekając na sędziów, nawet kontynuując szukanie prostych wymówek... Magia nie działa? Daliście się nabrać, Rafale i Michale - sztuczki to tylko dodatek do pracy menedżerskiej i pytanie jest czy tą chcecie kwestionować? Raz jeszcze wypada odnieść się do zawodzących w kluczowym momencie indywidualności, a nawet do lekceważenia jakości rywali. Tak Bayern przed rokiem, jak i Borussia w tym potwierdziły, że faktycznie to Niemcy są teraz preferowanym kierunkiem i wyborem każdego krytyka piłkarskiego. Gdy Mourinho przychodził do Anglii i się chwalił, przepraszając, że jest Wyjątkowym też niektórzy się śmiali. Nie wraca on po zwycięstwie w Lidze Mistrzów, bez wygranej ligi, może tylko z krajowym pucharem - bagaż doświadczeń jest obszerniejszy, stoczone wewnętrzne wojny nie nadwyrężyły jego zaufania do własnej osoby. Niektórzy pytają, czy przypadkiem miejscem przeznaczenia w którym go kochają nie jest krzesło przed lustrem? Owszem, ale Anglia odzwierciedla Jose Mourinho. Pragnienie wyniku, poprawy, dążenia do perfekcji i przede wszystkim chęć napisania wielu historii. Oczywiście, że wielu skupi się na tym, jak medialnie podszedł on do swojej kolejnej porażki (i jak podeszła do niego ITV...) - to tylko maska jakich wiele już oglądaliśmy, jak i tak zdystansowane komentarze o Howardzie Webbie. Nie sposób tekstów o nim traktować na równi z wieloma wcześniejszymi wycieczkami osobistymi do sędziów. Historią półfinału powinna być Borussia i ich niesamowita droga na Wembley. Tymczasem Mourinho zrobił z Wami to, co chciał - zamiast patrzeć na Niemców stoicie niby nad nim i karcąc piszecie o minionej wyjątkowości czy o tym jaki jest maciupeńki. Tym więcej będzie znaczył jego tryumf po powrocie, gdzie naprawdę jego wszyscy wciąż kochają - to na Stamford Bridge czeka go (ponownie) prawdziwy test jakości i to tam sprawdzimy jego oddanie i wolę rozwoju oraz dalszej walki. Teraz? Teraz cieszmy się z Jurgena Kloppa - jemu nawet Anglii nie życzę. Jak zakochany jestem w Anglii (zwłaszcza z Mourinho), tak enklawa w kontynentalnej Europie pod nazwą Bundesligi najpiękniejsza pozostanie z Reusem, Gotze, Piszczkiem, Lewandowskim i Gundoganem tam właśnie. Oczywiście z niepodrabialnym szkoleniowcem Borussii w swoim gabinecie w roli głównej też.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Wszystkie puzzle Fernandesa
W pewien sposób nie chcesz spadać. W ostatniej sekundzie ostatniego meczu sezonu, gdy Twój najlepszy napastnik - w zasadzie jedyna nadzieja na utrzymanie - partoli sytuację, którą zwykł z zamkniętymi oczami wykorzystywać. Przez niewytłumaczalną zapaść całego zespołu, który przecież w pierwszych dwunastu kolejkach ograł Arsenal, postawił się Chelsea i był bliski wywiezienia punktu z Old Trafford. Gdy wydaje się, że masz bezpieczną sytuację, jest remis, inne wyniki się układają pozytywnie, by w ciągu pięciu minut zawalił się Twój cały świat - częściowo przez liniowego, któremu umknął spalony rywali przy zaskakującej bramce wywracającej tę newralgiczną strefę w tabeli do góry nogami... Przede wszystkim nie chcesz jednak z ligi lecieć, gdy po meczu, który przypieczętował spadek Twój menedżer i jego zawodnicy chodzą uśmiechnięci. To jest, częściowo, najmniejszy powód do zmartwień kibiców Queens Park Rangers. Harry Redknapp już od dawna nie wykazywał realnego zainteresowania utrzymaniem o czym świadczą ledwie dwa punkty z ostatnich osiemnastu możliwych - innym symbolem tegorocznej degrengolady jego zespołu było uparte wystawianie najgorszego obrońcy w lidze, Clinta Hilla. Zresztą on uczynił go kapitanem, choć akurat zastąpienie wyjątkowo niemrawego w tej roli Park Ji-Sunga było koniecznością. Znów zbaczam z głównego tematu. Bo przecież niekoniecznie Redknapp powinien być uznanym za tego winnego braku utrzymania przy nazwiskach jakimi dysponował. Może i niedoszły selekcjoner reprezentacji Anglii firmował swoim nazwiskiem zapaść tego projektu, ale przecież każdy szkic akceptował (w ciemno?) Tony Fernandes, właściciel tego, co niektórzy już nie raz określali mianem cyrku.
"Przyszłość" - ćwierknął dzień po spadku Tony Fernandes, mimo wszystko popularna osobowość zarówno na Twitterze, jak i na Loftus Road. Załączył przy okazji zdjęcie podręcznika dla akademii QPR na przyszły sezon, jakby chcąc symboliczną grubą kreską oddzielić tę nieudaną kampanię od znacznie lepszych czasów. Takich, gdzie piłkarze nie będą się obrażać za zasiadywanie na ławce rezerwowych, gdzie wyżej będą sobie cenić to co się znajduje na przodzie koszulki, a nie na górnej części ich pleców. Jednak wyzwanie, które teraz stoi przed Fernandesem nie jest łatwe. Ponoć był on tak pewny utrzymania QPR w Premier League, że większość zatrudnionych za olbrzymią jak na ich grę pieniądze nie ma klauzuli rozwiązania kontraktów na wypadek spadku. Przypadek Portsmouth pokazuje, że spadek niekoniecznie czyni współczesnych piłkarzy bardziej pokornymi - często osiągnięcie ugody przy rozwiązywaniu umów zajmuje lata, które osuszają klubowy budżet mimo licznych wypożyczeń krnąbrnego bogacza. Jest tak wiele powodów, by za QPR nie płakać i nie tęsknić. "Sam jestem kibicem Rangersów i większość czasu spędzam nienawidząc tego klubu" - pisze Michael Hann o przemianie jaka dokonała się po awansie z Championship i, po części, opublikowaniu świetnego dokumentu o funkcjonowaniu klubu z Loftus Road. Teraz potrzebna jest kolejna przemiana i, będąc kompletnie szczerym, pierwszym puzzlem, który do tej nowej układanki nie pasuje jest Harry Redknapp. To nie jest menedżer, który w ostatnich latach dał się poznać z kształtowania całego zespołu, który w planach Fernandesa - porównanie własne - ma być Aston Villą z Championship. Owszem, świetnie wprowadzał i kształtował takich piłkarzy jak kiedyś Lampard, czy ostatnio Bale, ale przy czystce jaka z pewnością dosięgnie QPR wątpliwe jest, by QPR stanowiło dla niego atrakcyjny projekt. To wciąż szkoleniowiec o ego sięgającym Ligi Mistrzów, który będzie robił wszystko, by nieudana przygoda w Londynie nie przekreśliła jego szans na pracę w (teoretycznie) znacznie większych klubach. Od czasu, gdy wyrobił on sobie pewną markę, jego ambicją nie jest i nie będzie tworzenie nowego i równie komediowego "Planu czteroletniego" jak ten już udokumentowany - przecież to Redknapp jako pierwszy zaczął właściciela publicznie pouczać, że na ewentualność spadku trzeba przygotować... dodatkowe środki na transfery. QPR pewnie przetrwa, jeśli Fernandes ekipę spadkową z klubu zdecydowanie wygoni. Na dziś i kolejne dni wyznaczył sobie dyskusje z menedżerem, które szybko skłoniły medialne sępy do skierowania się nad Loftus Road - przy oświadczeniu, że w ciągu 48 godzin klub wyda oświadczenie w sprawie przyszłości Redknappa, dało się wyczuć krew. Czy Tony Fernandes widzi siebie samego jako głównego winnego zainstniałej sytuacji? "Pocieszał on kibiców, że wszystko będzie dobrze, bo przecież wyciągnięcie jego zespołu F1 na prostą zajęło trzy lata. Ten jego team nie wyjeździł jeszcze nawet jednego punktu, a najlepszy finisz to jedenaste miejsce" - słusznie zauważa Hann. I to jest największe zagrożenie po spadku QPR - tak jak najbrzydszą twarzą tego zdarzenia były uśmiechy trenera i piłkarzy na Madejski Stadium - Tony Fernandes uważający, że jest mimo wszystko na dobrej drodze. Czy Redknapp utwierdzając go w przekonaniu o potrzebnych wzmocnieniach na walkę w Championship liczy na łatwe uwolnienie się od Rangersów, czy chce dalej transferować szalenie bazując na naiwności właściciela? Jak ostatnie dziewięćdziesiąt minut QPR przed potwierdzeniem spadku mogło dobić każdego kibica tego klubu, tak najbliższe dwa dni z pewnością ich elektryzują. Taka to specyfika Redknappa, że te ważne mecze lubi on też grać w prezesowskich gabinetach... |
Zakładki:
Autor
Blogują
Świat jak piłka
Keep The Blue Flag Flying High ![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||