wtorek, 17 listopada 2009
Pod prąd
Nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu Chelsea prześladuje pech. Nie odzwierciedla się on w wynikach drużyny, ale bardziej na zdrowiu poszczególnych zawodników. Po ostatnim tygodniu wydawać by się mogło, że żaden z piłkarzy The Blues nie powinien nawet latać samolotami by przypadkiem nie złapać jakiejś kontuzji. Dla kibiców to jednak nie jest nowością – my od lat jesteśmy przyzwyczajeni, że po kilku miesiącach rozgrywek nagle w kadrze Chelsea zawodników ubywa, a najbardziej zapracowaną osobą w Cobham jest lekarz i fizjoterapeuta. Teraz Carlo Ancelotti musi zmierzyć się z tym problemem, dosłownie iść pod prąd, gdy nurt wody staje się coraz silniejszy. Czy ściągnie Włocha i jego zespół w dół ligowej tabeli?
Przede wszystkim cierpi pomoc Chelsea. Wypadł Frank Lampard, prawdopodobnie odpoczynek czeka Michaela Ballacka, a Juri Żirkow dopiero wraca do formy po przewlekłych problemach z kolanem. Sami widzicie, że przede wszystkim Ancelotti stracił zawodników, którzy idealnie łączyli obronę z atakiem, pomocników, których w Anglii określa się mianem ‘box-to-box’. Na mecz z Wilkami w ten weekend tą dziurę będzie musiał łatać prawdopodobnie piłkarzami, którzy bardziej skupiają się na ofensywie niż defensywie – od pierwszej minuty prawdopodobnie wystąpi czwórka: Essien, Malouda, Deco, Joe Cole. Problemem nie jest przeciwnik, ponieważ Wolverhampton do najtrudniejszych rywali nie należy jednak nie powinniśmy go lekceważyć aż nadto. Jest jeszcze oczywiście John Obi Mikel, ale Carlo Ancelotti wciąż jakby nie mógł się z zawodnikiem dogadać i zwykle Nigeryjczyk na boisku pokazuje tylko połowę swoich nieprzeciętnych umiejętności. Wiadomo też, że w destrukcji pozostanie nam zaledwie Essien wspomagający formację obronną – jest to więc rozwiązanie taktyczne zaledwie na ten jeden mecz, u siebie ze słabszym, głównie wykopującym piłkę do przodu rywalem. Kto pozostanie w odwodzie? Rolę defensywnego zawodnika może również spełniać Juliano Belletti, a może swoją szansę otrzyma ten, któremu kibice Chelsea nie mogli się jeszcze przyjrzeć – Nemanja Matić. Obydwaj jednak raczej pozostaną rezerwowymi, którzy do akcji zostaną przywołani w sytuacji naprawdę kryzysowej. Wiem, że kolejne kontuzje i problemy w kadrze Carlo Ancelottiego nie są powodem do radości jednak nawet mi, skończonemu pesymiście, przez głowę przechodzą myśli raczej pozytywne. Zwłaszcza, że ten kryzys wygląda mimo wszystko na chwilowy i jeśli nie za tydzień, to za dwa zostanie on przez lekarzy Chelsea opanowany. Do tego warto wspomnieć, że niecałe sześć tygodni dzieli nas od zimowego okienka transferowego. Nie wiem jak Wy, ale ja obserwując dzień w dzień doniesienia prasy o możliwych zakupach zespołów z Premier League dostrzegłem, że wreszcie przyszły ‘święta’. Przez ostatnie tygodnie tych informacji dziennie było może z pięć, a od wczoraj ich liczba skoczyła kilkukrotnie i śmiało można ogłosić, że transferowa ruletka rozpoczęła się na dobre. Oczywiście inną kwestią jest słuszność takich zakupów zimą, o czym pewnie będę pisał na dniach, ale to też pozwala Carlo Ancelottiemu i kibicom trochę lżej oddychać jesiennym powietrzem, gdy na treningu ma zaledwie kilkunastu zdrowych piłkarzy. Nieraz Włoch podkreślał, że ma olbrzymie szczęście pracowac w klubie, który posiada naprawdę szeroką i wyrównaną kadrę złożoną z ponad dwudziestu światowej klasy profesjonalistów. Teraz, ci którzy ostatnio byli dublerami, mają szansę zabłysnąć i muszą zrobić dosłownie wszystko by wejść do składu i pokazać, że nie są tylko i wyłącznie zapleczem regularnie grającej jedenastki. Zresztą tak po prawdzie, to każdy ma takie kłopoty. Pech Rafy Beniteza nie ma granic, a przy ubóstwie jakości szerokiej kadry Liverpoolu, kolejne kontuzje Riery i Benayouna doprowadzają go po prostu do rozpaczy. Arsenal, nasz rywal za dwa tygodnie, również ma swoje problemy i musi sobie z nimi radzić – wypadł ich najlepszy napastnik, a kilku innych piłkarzy raczej wyleczy się dopiero po meczu z Chelsea. Wydawać by się mogło, że taki Manchester United jest silny i daje sobie radę nawet przy kontuzjach kilku zawodników, ale przecież gdy na Stamford Bridge nie mógł zagrać Berbatow to osamotniony Wayne Rooney w ataku wiele zdziałać nie mógł przeciwko markowemu rywalowi. Sami widzicie, że jeszcze na panikę nie pora. Można wręcz użyć stwierdzenia, że po raz kolejny w kluby Premier League uderzył ‘wirus sezonowy’, który nasila się zwłaszcza przed lub w trakcie meczów reprezentacji narodowych. Nie kupujmy więc zabezpieczających masek, nie polegajmy na byle szczepionkach, a wszelkie objawy problemów zdrowotnych próbujmy zdusić w zarodku. Ważne by skład był waleczny, stabilny oraz pełen pasji – wtedy żaden nurt nie ściągnie nas z pierwszego miejsca tabeli. PS. Jak zwykle zapraszam na program ‘Ruch Lewostronny’ w Radiu Bit, który tym razem już w środę od godziny 16 do 18. Najprawdopodobniej pozostaniemy przy tej porze i, jeśli nie stanie się znów coś nieoczekiwanego, co tydzień będziemy zabawiać słuchaczy dyskusją na temat Premier League. W jutrzejszej audycji pogadamy o Arsenalu i Arsenie Wengerze, zajrzymy do Championship, ocenimy czyje szanse wzrosły w kadrze Anglii po meczu z Brazylią oraz pogadamy o największej bolączce klubów z Premier League. Zapraszam!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Fantasy Football - notowanie trzecie
Jestem pewny, że odwiedzając tego bloga raz na jakiś czas pomyśleliście, że po prostu o tej całej zabawie zapomniałem. Zresztą jeśli bawicie się w Fantasy Football to pewnie powód takiego zaniechania dość szybko odgadliście – kiepska pozycja KTBFFH FC, nieudane próby ustabilizowania formy oraz połowicznie udane transfery mogły gościa zniechęcić. Nie ze mną takie numery, i mimo że w tym burzliwym okresie znalazłby się dzień lub dwa w który takie zestawienie mógłbym wcisnąć to właśnie przerwa na reprezentację i poniedziałkowy wieczór okazał się idealne.
Niestety pisze akurat po kolejce, która w wykonaniu mojej drużyny była średnio udana. Co prawda Terry z Lampardem, Toure i Van Persiem nabili mi punktów jednak anonimowość Fellainiego, Benayouna, Bainesa czy też Essiena (chodzi tylko o ‘oczka’ w grze!) nie pozwoliła mi mocniej wybić się w ligowej tabeli. Na dodatek szalejący wirus FIFA pozbawił mnie kapitana KTBFFH FC, Franka Lamparda na trzy tygodnie, natomiast obiecujący napastnik z Holandii nie zagra przez prawie dwa miesiące. Nie wspominam o reprezentancie Izraela, który w Anglii gra dla Liverpoolu. I to w momencie gdy chciałem te słabsze ogniwa wymienić… Zostałem więc zmuszony do poważnych roszad transferowych, które koszotowały mnie aż dwanaście karnych punktów. Liczę jednak, że Arszawin, Fabregas oraz Defoe postarają się w najbliższej kolejce i zniwelują tą bolesną stratę do minimum. Natomiast moja druga drużyna, Kiełczów Galaxy, spisuje się na tyle beznadziejnie, że nawet brak punktów z pierwszej kolejki jej nie usprawiedliwia. Inna sprawa, że dół tabeli jest mocno spłaszczony… ale bez tanich wytłumaczeń, proszę! Skoro o tabeli to zacznijmy od tego kto jest liderem. W zasadzie na szczycie co kolejkę, dwie zmieniają się zespoły Łukasza Oschiego i Qby 89, które mają po 642 i 640 punktów odpowiednio. Walka o ostatnie miejsce na podium również jest zacięta bo pomiędzy zespołami z miejsc 3.-10. jest tylko 27 punktów różnicy. To naprawdę niewiele biorąc pod uwagę jakich zawahań formy doświadczamy ze strony niektórych piłkarzy i ich klubów w obecnym sezonie Premier League. Mój zespół plasuje się na pechowej, trzynastej pozycji (stąd pewnie te kontuzje…) i póki co manager KTBFFH FC liczy, że na półmetku uda mu się przebić do czołowej dziesiątki. Jeśli oczywiście tylko los pozwoli. Dla kogo los jest szczególnie brutalny? Za najszczęśliwszego pod słońcem na pewno uważać się nie może Adrian Fulneczek, który ze swoją drużyną, The Ting Tings był już prawie na samym szczycie by w ciągu ostatnich tygodni spaść prawie na sam dół. Jestem wręcz przekonany, że w jednej z kolejek jego wynik całkowity oscylował w granicach 10 punktów! Również Arsenal Taxi_Rocka zadołował i gdy przy poprzednim notowaniu radował się on z pierwszej pozycji, tak teraz może być szcześliwy, że wciąż jest w pierwszej dziesiątce. Ludzie mówią, że to tylko zabawa, na dodatek fikcyjna i w ogóle nudząca się na przestrzeni całego sezonu. Nic bardziej mylnego – ja doświadczyłem tego w obecnych rozgrywkach. I choć moje starania o poprawienie pozycji swojej drużyny wyglądają na razie co najwyżej komicznie to jednak utwierdziły mnie w przekonaniu, że dopiero pokonując wszelkie przeciwności osiągnę przyzwoity wynik. Dlatego nawet jeśli dzięki moim całkowicie błędnym decyzjom spadnę w okolice swojego drugiego zespołu w tabeli to i tak walka zostanie podtrzymana. Bo najpiękniejsze jest to, że nikt mnie z tej roboty nie wyleje, mimo obaw, że w tzw. ‘realu’ pewnie długo na tym stanowisku bym nie wytrzymał…
piątek, 13 listopada 2009
Charakter i czas Branko
Osiem miesięcy zajęło Branislavowi Ivanoviciowi przebicie się do składu meczowego Chelsea, mimo że ten klub zapłacił za niego aż dziewięć milionów funtów. Zresztą nie oszukujmy się, nawet jeśli formalnie pod transferem podpisał się niejaki Avram Grant to tak naprawdę sprowadzenie utalentowanego Serba zawdzięczamy siatce skautów, którzy na rzecz The Blues pracowali, pracują. Z początku był Branko wyśmiewany, ‘najdroższy transfer do rezerw’ mówiono – ktoś inny zamknął by się w sobie, podupadł psychicznie i w ogóle stracił chęci do gry. Jednak nie Branko, on ma inny charakter – zakasał rękawy, jeszcze mocniej zaczął gryźć trawe i nagle jego przygoda na Stamford Bridge zaczęła przypominać bajkę.
Jeszcze ten pierwszy pełny sezon w Chelsea nie był dla Serba zbytnio udany. Owszem, obok epizodów w meczach ligowych gdzie grał ogony, były całe mecze w krajowych pucharach oraz wybitny wręcz występ na Anfield Road gdy dwa razy uciszył trybuny pełne kibiców The Reds. To był przełomowy moment, w jednej chwili fani Chelsea przestali obgadywać jego wątpliwe przyspieszenie oraz taktyczne braki i zaczęli dostrzegać coś zupełnie innego: świetnie czytającego grę, niezłego technicznie oraz walczącego za trzech piłkarza. Zresztą zaufanie zdobył nie tylko pośród stałych obserwatorów gry The Blues – w końcu również Guus Hiddink dostrzegł możliwości jakie daje mu uniwersalny gracz klasy Barnko Ivanovicia. Od razu narzuca mi się porównanie z, będzie trochę kontrowersyjnie, Williamem Gallasem. Francuz również chętniej grałby zawsze na środku obrony jednak przez Jose Mourinho częściej był wystawiany na lewej bądź prawej stronie, w zależności od potrzeb. Wybrednemu piłkarzowi nie przypadało to do gustu więc szukał okazji do przeprowadzki, aż zgłosił się Arsenal, a gdy negocjacje się przedłużały to groził strzeleniem samobója w następnym wystepie w Chelsea. Wymiana za Ashley Cole’a w końcu doszła do skutku i dziś nikt tego ruchu nie żałuje. No, może oprócz Williama Gallasa. Co jednak dzieli Francuza i Serba? Przede wszystkim podejście do wykonywanego zawodu – Branislav Ivanović nie pójdzie do mediów z pierwszym lepszym problemem i nie będzie robił problemów. On wie, że jeśli nie gra to nie przez brak sympatii, ale rezultat tego, że są lepsi – na to może zaradzić tylko ciężką pracą i tego się podejmie. W jednym z letnich wywiadów, którego udzielał bodajże Kapitan Chelsea, John Terry, właśnie Serba wymienił jako jednego z tych najbardziej w Stanach Zjednoczonych harujących. Właśnie za etykę pracy Serba najbardziej podziwiam, ponieważ jako kibic zawsze chcę by na murawie przebywali tylko ci, którzy są gotowi wylać hektolitry potu za barwy i herb klubu. Jestem gotów wybaczyć braki w wyszkoleniu taktycznym czy technicznym, ale nie zniosę obiboków, którzy na boisko wchodzą tylko by z murawy podnieść ‘meczowe’. Zresztą u Ivanovicia o braki nie muszę się już obawiać. Szczerze mówiąc zaskakuje mnie progres jaki stopniowo Serb robi podczas pobytu w Londynie. Popatrzecie, że droga od transferowego niewypału do ulubieńca Stamford Bridge (i zdecydowanie Anfield Road;) była stosunkowo krótka, a warto też przyznać, że swoimi kolejnymi występami marka ‘Branislav Ivanović’ rośnie w oczach. Powoli bo powoli, ale wszyscy zapominamy o tym ile Roman Abramowicz musiał na niego wydać i skupiamy się na tym co faktycznie powinno przyciągać nasza uwagę. Nie da się bowiem ukryć, że przed Serbem pojawiła się, trochę nieszczęśliwie i przypadkowo, olbrzymia szansa na stałe zagoszczenie w jedenastce Chelsea. Kontuzja Bosingwy, który będzie musiał odpoczywać trzy miesiące, oraz wolniejszy niż zakładano powrót do formy Paulo Ferreiry pozwalają mu być póki co pewnym wyjściowego miejsca w linii defensywy obok Johna Terry’ego, Alexa i Ashley Cole’a. Nie sądze by ta pewność siebie zaszkodziła Ivanoviciowi w notowaniu kolejnych dobrych występów – raz jeszcze stwierdzę – to nie ten typ charakteru. Myślę, że mecz z Manchesterem United dał nam odpowiedź czy faktycznie Serb może grać na pozycji prawego obrońcy. Jasne, walorami różni się od Bosingwy znacząco jednak jako osoba pojmująca futbol jako dość prostą grę wprost stwierdzę – robi od Portugalczyka lepiej to co z przeznaczenia robić powinien – broni swojej bramki. Zresztą również pod względem gry do przodu progres jest widoczny aż nadto i chyba jest to efektem ciężkich treningów w Cobham, pod okiem Carlo Ancelottiego. Rywalizacja Bosingwy z Ivanoviciem może obu przynieść dużo korzyści jeśli tylko odpowiednio zaczną czerpać z stylu gry swojego rywala do tego jednego miejsca na boisku. Zauważcie, że praktycznie cały czas mówię o Ivanoviciu tylko w kontekście występów na prawej stronie obrony, troszkę zapominając, że przecież preferuje on dowodzenie defensywą z jej środka. Jednak myślę, że choć i w tej roli sprawdziłby się on bez problemów to lepiej dla niego by skoncentrował się na występach zastępując Bosingwę zamiast wchodzić w otwartą rywalizację z Carvalho i Alexem. Poza tym zmiana pozycji na boisku z prawej strony na środek jest mniej bolesna i łatwiejsza aniżeli droga odwrotna, którą właśnie Serb pokonuje, naprawdę udanie. Wiem, że pewnie znajdzie się jeszcze wielu kibiców, którzy (nie)chętnie będą wytykać błędy serbskiemu obrońcu Chelsea. Wszak czeka go jeszcze wiele trudniejszych sprawdzianów niż rywalizacja o metry boiska z wolniejszym i starszym Ryanem Giggsem czy nieogranym w Premier League Gabrielem Obertanem. Zwłaszcza w Lidze Mistrzów, gdzie przyjdzie pewnie mierzyć się The Blues z potęgami z Hiszpanii czy Włoch, które w sprytnych i wybitnych technicznie skrzydłowych inwestują krocie. Jednak przy tych wszystkich przytykach i błędach, które pewnie Branko Ivanović będzie jeszcze kiedyś popełniał nie zapomnijmy, że jak na obrońcę jest on stosunkowo młodym piłkarzem, ale za to bardzo doświadczonym. Gra w kadrze obok Nemanji Vidicia, a w Chelsea w linii z Terrym i Carvalho na pewno jeszcze zaprocentuje i z interwencji Serba kibice The Blues będą mieli wiele radości. Ruch Lewostronny, audycja druga
Po premierowym programie w poprzedni piątek – nie obyło się wtedy bez problemów i zamieszania – audycja o angielskiej Premier League w internetowym, akademickim Radiu Bit wraca już dziś o godzinie 17. W dwugodzinnym programie będziecie mogli posłuchać i uczestniczyć w dyskusji na temat powołań Fabio Capello na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Republice Południowej Afryki oraz o problemach Rafy Beniteza, który znalazł się pod wielką presją na Anfield Road. Jak zwykle, by umilić czas słuchaczom, przygotowaliśmy wiele ciekawostek związanych z najlepszą ligą na świecie oraz piłką na wyspach. Nie zabraknie oczywiście podsumowania poprzedniej kolejki Premier League, wyboru najlepszej jedenastki oraz raportu z rozpoczynającego się Pucharu Anglii, który przyniósł kilka niespodziewanych wyników. Dwugodzinna audycja upłynie błyskawicznie w rytmach brytyjskiej muzyki, a kontakt z redakcją możecie łapać przez e-mail: ruch.lewostronny@gmail.com. Serdecznie zapraszam!
poniedziałek, 09 listopada 2009
Zapobiegać neutralizacji
Nie da się ukryć, że we wczorajszym spotkaniu Sir Alex Ferguson dał przykład innym trenerom co można zrobić by zneutralizować diamentową pomoc Chelsea. Sprawa jest dość banalna jeśli się dłużej nad tym zastanowić – przecież grając na wyjeździe (z takim rywalem) i tak podświadomie wybiera się opcje defensywną. Tak więc Szkot naprzeciw Ballacka, Deco i Lamparda wystawił Andersona, Carricka i Fletchera, którzy mieli jedno konkretne zadanie: uprzykrzyć tym niebieskim życie. Kopali, szturchali, ciągnęli za koszulkę, lecz większość zagrań nie była faulami, a tylko walką o piłkę. To jednak nie koniec Fergusonowej taktyki.
Otóż wydawać by się mogło, że Szkot zrezygnował całkowicie z ataku – a może inaczej – powierzył go całkowicie Rooney’owi, który mógł robić co chciał na boisku i, mimo przewagi liczebnej obrońców Chelsea, kilka razy zagroził Cechowi strzałami z dystansu. Skrzydłowi, którzy okazjonalnie pomagali Anglikowi w ofensywie szybko zostali zrównani z ziemią przez Ivanovicia oraz Ashley Cole’a, więc również ograniczyli się do realizowania zadań defensywnych, które nakreślił im trener. Prosta matematyka może nam w tym momencie pomóc w uświadomieniu sobie, że nerwowość i niecierpliwość, która wdarła się w szeregi The Blues, gdy rozgrywali oni piłkę, wynikała z tego, że przez dziesięciu wysokiej klasy rywali trudno się przedrzeć. Tak więc podopieczni Carlo Ancelottiego walczyli, próbowali – Anelka biegał po obu skrzydłach, szukał zagrań na jeden kontakt – nic, oni znów wybijali daleko piłkę i cała zabawa zaczynała się od początku. No, czasem przeprowadzali groźną kontrę, którą kończył albo Terry interwencją, albo Cech wybiciem autu bramkowego. Generalnie spięcie wynikało również ze stawki spotkania – przecież każdy błąd mógł nas kosztować naprawdę sporo, tak jak zgubienie krycia przy rzucie wolnym kosztowało Manchester United. Zagęszczenie środkowej strefy boiska oraz indywidualne krycie, odpowiedzialność za gracza Chelsea w tym rejonie spowodowały, że niewiele było okazji do rozerwania szczelnych szeregów MU. Nie mogliśmy podejść na 25 metr i tam starać się o rozegranie, standardową procedurę uruchamialiśmy już w okolicach koła na środku murawy, a Anelka cofał się głębiej niż zwykle, także tracąc miejsce na oddanie zaskakującego strzału. Nie pomogła nam również słabsza forma Drogby, który choć piłkę dostawał stosunkowo często, to ani razu nie zrobił z podania kolegów pożytku, którego oczekiwali od niego inni piłkarze. Wydaje mi się, że Carlo Ancelotti w odpowiedzi na taką taktykę Manchesteru United mógł od pierwszej minuty posłać Joe Cole’a, który w ostrych pojedynkach z Fletcherem spisywał się lepiej. Jednak zachowanie Włocha jest proste do wytłumaczenia – Portugalczyk był ostatnio w wybornej formie i naprawdę nie mógł mieć on żadnych powodów do obaw przy wystawianiu właśnie piłkarza z numerem 20. Co więc robić by zapobiegać takiemu neutralizowaniu Chelsea przez inne drużyny? Zanim jednak odpowiem na to pytanie muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko przyjdzie walczyć The Blues z tak klasowym rywalem ustawionym bardzo defensywnie. Ani Arsenal, ani Liverpool, ani nawet inne zespoły walczące o europejskie puchary nie będą aż tak zdesperowane by cofać się głęboko na swoją połowę i istnieć w ofensywie praktycznie jednym piłkarzem. Tak czy siak rozwiązanie tej zagadki jest ciekawe z taktycznego punktu widzenia i warto postarać się o racjonalne wyjście z sytuacji, biorąc pod uwagę, że Ancelotti chciałby utrzymać wyjściową formację. Zmiana wykonawców niewiele by dała – na boisku byli ci, którzy być powinni. Jedynym rozwiązaniem w zasadzie jest tylko jeszcze więcej ruchu w środku pola, bezlitosne i ciągłe przemieszczanie futbolówki z jednej strony na drugą i po prostu czekanie na błąd rywala, okazję do przyspieszenia. Obaj napastnicy powinni być bardziej aktywni, zwłaszcza przy zgraniach ‘na ścianę’, ułatwiających kolegom uderzenia z dystansu, ze środka pola. Tego nam zabrakło, Anelka był widoczny bardziej w bocznych sektorach, a Drogba… no po prostu był niewidoczny i marnował 90% podań kolegów na własne kiwki czy próby uderzenia. Lini pomocy zabrakło natomiast ruchu oraz spokoju i cierpliwości… no może dodatkowo trochę rotacji diamentem, ponieważ Ballack z Lampardem zwykli wymieniać pozycję z Deco, a tym razem jakoś nie potrafili zgubić krycia tym manewrem… Nie ma co się oszukiwać – Chelsea jak na swoje możliwości zagrała słabo. Tak słabo, że na najpopularniejszym blogu o The Blues nie podjął się oceniania któregokolwiek z piłkarzy komentując krótko ich występ: ‘chyba sobie żartujecie?!’. Sam tak brutalnie tego ujmować nie zamierzam bo jednak zwyciężyliśmy, a w obronie podopieczni Ancelottiego zaprezentowali się solidnie (o czym świadczą tylko dwa celne strzały United). Spodziewałem się innego spotkania i bardziej dominującej Chelsea, jednak najwyraźniej niedoceniałem wystarczająco starego lisa, Sir Alexa Fergusona, który w defensywie, mimo braków, także ustawił zespół popisowo. Cóż z tego skoro to jego podopieczni popełnili ten kluczowy błąd i stracili bramkę, która nam dała tyle radości… Jako hit ten mecz pozostawiał trochę do życzenia, jednak patrząc na rozwiązania taktyczne obu menedżerów ja byłem w pełni usatysfakcjonowany oglądanym widowiskiem.
niedziela, 08 listopada 2009
Dobry, Zły i Brzydki - vs Manchester United
Jak ważne okaże się dzisiejsze zwycięstwo nad Manchesterem United jeszcze pokaże nam sezon Premier League, który nie jest nawet na półmetku. Jednak będąc liderem po dwunastku kolejkach z przewagą pięciu punktów jest osiągnięciem naprawdę świetnym i wyjątkowym w tak silnej lidze. Jest to oczywiście zasługa całego zespołu i sztabu trenerskiego, a po zatrudnieniu Carlo Ancelottiego cała Chelsea wygląda na solidną, jednolitą i silną jednostkę bojową świetnie przygotowaną na każdą bitwę i, co najważniejsze, całe kampanie, których jesteśmy świadkami w obecnym sezonie.
To nie był dobry mecz. Jeśli wziąć pod uwagę na co stać każdego z występujących dzisiaj na Stamford Bridge zawodników to naprawdę znaczna większość zaprezentowała się poniżej swojego poziomu. Do tej grupy z pewnością nie można zaliczyć Nicolasa Anelki, który w pojedynkę organizował ataki Chelsea, nadrabiając wszystko to co jego partner z ofensywy knocił. Biegał po lewej flance, biegał po prawej flance, wbiegał też środkiem i zabrakło tylko klarownej sytuacji by zdobyć tą koronującą jego świetny występ bramkę. Dzisiaj Francuz pokazał nam, a raczej potwierdził, że jest lepiej wyszkolonym technicznie piłkarzem niż Drogba, szybszym, bardziej pomysłowym i przystosowanym do kombinacyjnej gry, prowadzonej na najwyższych obrotach. Cieszy również gra Branko Ivanovicia na prawej obronie. Serb, tak krytykowanych przez niektórych komentatorów tego bloga, dzisiaj zamknął w kieszeni Giggsa (nie to żeby Walijczyk był dzisiaj wybitnym rywalem) jak również pokazał, że w ofensywie jest zagrożeniem nie mniejszym niż kontuzjowany Bosingwa. W zasadzie to pretensje do niego można mieć tylko o głupią żółtą kartkę jednak należy patrzeć na całe 90 minut i brać pod uwagę, że pod koniec meczu kilka razy nas uratował przed groźnymi sytuacjami, a musiał walczyć z ‘świeżym’ Obertanem. Jednak głowę i ramiona ponad resztą zawodników wystawał John Terry. Kapitan w hicie tej kolejki nie tylko zagwarantował nam zwycięstwo, ale także pokazał, że doniesienia News of the World w żadnym stopniu nie wpłynęły na jego dzisiejszą grę. Fenomenalnie zagrał z tyłu, gdzie walczył wręcz z Rooney’em i kilka razy, w kluczowych momentach, zatrzymał jego groźne uderzenia. Zły dzisiaj był Drogba. Przykro mi pisać znów o tym zawodniku, ale dzisiaj potwierdził on wszystkie przytyki, którymi argumentowałem twierdząc, że już dawno powinien on opuścić Londyn. Jasne, to jeden jedyny mecz w tym sezonie i naprawdę nie zmienia to faktu, że z pewnością będzie on rywalizował w walce o tytuł najlepszego piłkarza sezonu. Jednak od naszego najlepszego strzelca, zawodnika od którego zależy tak wiele, oczekiwalibyśmy czegoś więcej. Czegoś więcej niż… a oszczędzę tego sobie. Po co się stresować po wygranym meczu? Słabo zagrał dzisiaj Deco. Od Drogby różniło go tylko to, że starał się, biegał, walczył i szukał gry – cóż z tego skoro większość podań nie otwierała kolegom wolnych przestrzeni na boisku, nie były to zagrania kluczowe dla losów meczu. Może to po prostu słabszy dzień Portugalczyka (wersji z ‘Brazylijczykiem z portugalskim paszportem’ wybitnie nie lubię)? Dobrze, że Ancelotti zdecydował się wprowadzić Joe Cole’a, który może nie miał tyle miejsca na swoje sztuczki co w meczach z Blackburn czy Atletico, ale jednak zmusił bardziej do wysiłku Darrena Fletchera niż Deco, którego Szkot krył przez większość meczu. Skoro o United to warto wspomnieć, że dla Chelsea taktyka przyjęta przez zespół Sir Alexa Fergusona też była… zła. Szkot zaskoczył, mnie przynajmniej, zestawił zespół defensywnie, ale na tyle dobrze, że trójka środkowych pomocników długo i skutecznie neutralizowała diamentową drugą linię The Blues. Za to należy mu się szacunek, choć jego (standardowe) komentarze po meczu o słabym sędziowaniu, wypaczeniu wyniku zamiast o słabszej grze Giggsa i miernej ofensywie już jednak kibicom trochę obrzydły. Wszystkim kibicom, nie tylko tym Chelsea. Jednak w czymś Fergusonowi przyznam rację – pan Martin Atkinson naprawdę zaprezentował się dzisiaj słabo. Zresztą nie tylko on, także dwójka towarzysząca mu na liniach przegapiła kilka oczywistych fauli (Evansa na Drogbie) i spalonych (Rooney z pierwszej połowy). Jeśli jeszcze stykową sytuację Anglika z United można trójce arbitrów wybaczyć to jednak chaos do jakiego doprowadził Atkinson jest niezrozumiały. W pewnym momencie, zamiast hitu pełnego dobrych zagrań, zrobił nam widowisko pełne fauli, łokci, wślizgów, chamskich odzywek i niejasności. Szkoda, że rozjemca tego spotkania nie sprostał bądź co bądź trudnemu zadaniu zapanowania nad dwoma jedenastkami gwiazd, którymi targają wielkie emocje. Nie obwiniałbym jednak Atkinsona o to, że wypaczył on wynik tego meczu – po prostu mylił się on w obie strony, wiele sytuacji było spornych i równie dobrze mógł on zagwizdać przewinienie w drugą stronę. Sytuację ze strzeloną bramką Terry’ego wyjaśniam sobie i Wam w sposób następujący: Brown przegrał po prostu walkę bark w bark z Drogbą, a napastnik Chelsea, atakując długi słupek nie absorbował, ani nie przeszkodził Van der Sarowi w interwencji, na szczęście nieudanej. To są bardzo ważne trzy punkty w kontekście dalszej walki o tytuł. Chelsea kontynuuje swoją świetną serię na Stamford Bridge, póki co utrzymuje również idealną formę w spotkaniach z bezpośrednimi rywalami do mistrzostwa Anglii. Teraz wypada czekać na spotkanie z Arsenalem, już za trzy tygodnie, na Emirates gdzie również może dojść do bardzo ważnych rozstrzygnięć w kontekście całego sezonu. Jednak to, że Chelsea potrafi pokonać takich przeciwników jak Manchester United grając słabiej, mając w 80% zneutralizowany środek pola i napastnika w słabszej dyspozycji dnia, jest informacją dobrą i napawającą mnie jako kibica optymizmem. Wszyscy obawiamy się wciąż przyznać, że Carlo Ancelotti jest ‘TYM’ szkoleniowcem, ale powiedzmy sobie szczerze, Włoch z każdym kolejnym meczem zjednuje sobie coraz więcej kibiców. Ja już znalazłem się w tej grupie i tego ukrywać nie zamierzam. A Wy?
czwartek, 05 listopada 2009
Ruch lewostronny
Wszystko rozpoczęło się niewinnie – od pisania na nieistniejącej już stronie o Chelsea. Gdy skończyłem z relacjonowaniem spotkań i podobnymi informacjami przyszedł mi do głowy pomysł na blog o ukochanej drużynie. Idea szybko została zrealizowana i, jak sami widzicie, już trzeci rok dzielnie trzymam się towarzysząc The Blues w kolejnych sezonach, tryumfach i porażkach. Przez pewien czas również pisałem o lidze angielskiej dla serwisu informacyjnego, ale z różnych przyczyn ta przygoda zakończyła się dość szybko. Teraz, dzięki pomysłowości kolegów i możliwościom jakie oferuje mi uczelnia, mam przyjemność zaprosić Was na premierowy program radiowy o Premier League. Najwyższy czas opanować kolejne medium!
Nazwa audycji jest identyczna jak w tytule wpisu, a całość odbywać się będzie na (internetowych) falach Radia Bit, stacji studenckiej Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Już jutro, równo z godziną 20:00 będziecie mogli usłyszeć znajomą muzykę rozpoczynającą większość transmisji z najlepszej ligi na świecie, a następnie przez dwie godziny przysłuchiwać się i uczestniczyć w programie. Razem z dwójką moich kolegów przygotowaliśmy trzy bardzo interesujące tematy z których najważniejszy będzie oczywiście dotyczył niedzielnego hitu w Londynie – Chelsea vs Manchester United. Postaramy się również ocenić szanse Citizens na przebicie się do pierwszej czwórki, a także pochylimy się nad tymi, którzy będą zmuszeni do walki o utrzymanie. Nie zabraknie krótkiego podsumowania minionej kolejki oraz wyboru naszej jedenastki tygodnia. Te trzy większe dyskusje będą oddzielone krótkimi felietonami na wybrane przez nas tematy – czasem zaskakujące, ale na pewno ciekawe. Z mojej strony zapraszam na przegląd blogowy autorów, którzy mają przyjemność dzielić się swoimi opiniami na tematy związane z Premier League. Wspominałem, że w programie mogą również udzielać się słuchacze – niestety jeszcze nie przez telefon, ale drogą mailową pisząc w trakcie audycji na adres ruch.lewostronny@gmail.com. Z pewnością każda wiadomość będzie przez nas odczytana, a sugestie i uwagi dotyczące ‘Ruchu lewostronnego’ na pewno weźmiemy pod uwagę. Raz jeszcze gorąco zapraszam na jutro, na godzinę 20:00, studenckie Radio Bit. Do usłyszenia!
środa, 04 listopada 2009
Ostatni raz
Jeśli jestem z czegoś szczególnie znany pośród mojego towarzystwa jako kibic Chelsea to z tego, że nie przepadam za Drogbą. Nie wszystkich to dziwi, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że są to zwykle kibice United lub innych drużyn którym Drogba podpadł. Jednak wciąż znajdują tacy, którzy nie mogą zrozumieć mojej postawy i może nie tyle próbują mi to wyperswadować, ale na pewno żądają wytłumaczenia. Ponieważ do kilku takich sytuacji już doszło to mam przygotowaną litanię czy wręcz tyradę, którą kończą zwykle współrozmówcy tą samą frazą: ‘to nie cieszysz się jak strzela bramki?’
Cieszę się, równie gorąco jakby to zrobił Henrique Hilario w 95 minucie finałowego meczu Ligi Mistrzów z Barceloną dając nam zwycięstwo i upragniony puchar (serio, miałem ostatnio taki sen). Potrafię nawet gościa docenić i bronić go w innych dyskusjach gdy kwestionowana jest klasa piłkarska Didiera Drogby, nawet bez odniesienia do ‘mojej’ Chelsea. Zdarza mi się nawet publicznie uśmiechnąć się i powiedzieć ‘ale zagrał… mistrz’ i dotyczy to właśnie skutecznego w ostatnich dniach napastnika The Blues. Chciałbym również zaznaczyć, że mój brak regularnych zachwytów nad Drogbą przejawiany poprzez wstąpywanie do grup fanów na facebooku, umieszczanie zdjęć na naszej klasie czy przesyłanie innym linków do filmów z jego bramkami nie oznacza czystej nienawiści. Po prostu nie pałam do niego sympatią, a gdy w moim towarzystwie ktoś rzucza komplementami w jego stronę to od razu przed oczami przewija mi się jego skandaliczne zachowanie po meczu z Barceloną czy też czerwona kartka w moskiewskim finale Ligi Mistrzów. Uwierzcie, nie robię tego specjalnie – to silniejsze ode mnie. Nie sprawia mi frajdy fakt, że po raz n-ty jestem zmuszony na tym blogu ze swojego braku sympatii do Drogby się zwierzać czy tłumaczyć. Oczywiście nie czuję się też do tego zobowiązany, choć naciski, zwłaszcza na niedawnym londyńskim wyjeździe, na tą kwestię się pojawiły ze strony kilku osób. Jednak po tym jak popełniłem tekst ‘Drogba musi odejść’ jeszcze w zeszłym sezonie oraz obserwując jego wybitną (ha, widzicie!) formę w obecnych rozgrywkach sprawę należy wyjaśnić raz, a porządnie. I tutaj może lekkie zaskoczenie – nie chcę by Drogba opuszczał Londyn by strzelać bramki dla innych zespołów, marudzić na oczach innych kibiców. Przynajmniej póki gra tak jak wczoraj czy w ciągu ostatnich kilku tygodni. Chelsea przywykła do Didiera w niebieskiej koszulce atakującego bramkę rywala, rywale przywykli do tego, że to zwykle on naciera na ich bramkę. Styl gry The Blues jest w dość dużym (choć nie największym) stopniu uzależniony od tego czy w wyjściowej jedenastce znajduje się on. Wiara drużyny, że może jeden z drugim zagrać piłkę właśnie do Drogby i jest mała szansa, że przeciwnik ją odbierze jest zbyt cenna by wyrzucić ją za kilkanaście milionów. Choć z drugiej strony… Tak, jest druga strona medalu. Tak jak o Zlatanie Ibrahimoviciu przyjęło się mówić, że blednie gdy ranga meczu i przeciwnika są wysokie, tak przy Drogbie można być pewnym, że stawka sięgnie szczytu to jemu… no po prostu odbije. Wszyscy muszą o tym pamiętać – czy ktoś go lubi, czy też nie. Ta przemiana jest nagła, może sprokurować ją jedno niecelne podanie, słaba gra któregoś z kolegów, zła decyzja sędziego… W chwilę z pewnego siebie napastnika rozbijającego obrońców rywali niczym doktor Jekyll zmieniający się w pana Hyde’a Drogba staje się primadonną symulującą faule, machającą rękoma na kolegów i trenera, prowokującą kibiców, własnych oraz rywali. Przykładów takich zachowań w spotkaniach jest naprawdę sporo, a w każdym sezonie kosztowało nas to punkty i, tu będę ekstremalny, raz nawet przegraliśmy przez to Ligę Mistrzów. To są moje argumenty, których jego piękne słowa, sympatyczny wyraz twarzy czy dobroczynne gesty nie zmienią. Odpowiedzieć może mi tylko swoją grą i, muszę przyznać, w tym sezonie udaje mu się to wyjątkowo dobrze. Każda drużyna, każdy manager, każdy kibic życzy sobie takiego zawodnika – to jest dla mnie normalne, nie dziwię się temu. Bo gdy Drogba jest w formie to równa do najlepszych na świecie, a kto wie, może i pod kilkoma względami ich wyprzedza. Dlatego nadal będę się krzywił gdy ktoś nazywa go legendą tego klubu, pozwolę sobie na wytykanie jego idiotycznych zachowań oraz zdecydowanie będę za tym by w kolejnym okienku transferowym Chelsea szukała kogoś, kto będzie potrafił go zastąpić. Licząc się z brakiem zrozumienia pośród innych kibiców The Blues wierzę również w to, że miłość klubu do Drogby nie okaże się w pewnym momencie ślepa. To oznaczałoby słabość na którą walcząca na kilku frontach drużyna Ancelottiego nie może sobie pozwolić – zwłaszcza, że jest od Didiera Drogby zależna. Wierzę, że sprawę wyjaśniłem dość dogłębnie bo więcej razy powtarzać się nie zamierzam. Dlatego też przysięgam: to ostatni raz jak piszę o Drogbie. No, chyba, że strzeli Manchesterowi trzy bramki.;)
sobota, 31 października 2009
Ich czas
Ostatnie dwa tygodnie, a raczej można powiedzieć, że cztery mecze, pokazały, że Barcelonie wyrósł konkurent do miana najpiękniej grającej drużyny na świecie. I niech mi nikt nie opowiada, że to nieprawda – Chelsea faktycznie pokazuje, że mimo rotacji składem, gry z różnymi rywalami i w trudniejszej niż Primera Division lidze potrafi zwyciężać efektywnie i efektownie. Bilans The Blues z potyczek z Atletico, Blackburn i podwójnym Boltonem przywołują dzisiaj wszyscy, więc i ja nie zamierzam się przed tym trendem cofać: 4 mecze, 17 bramek zdobytych, 0 straconych, 4 zwycięstwa. Robi wrażenie.
Tak pięknego futbolu, prezentowanego ciągle, nie krótkimi okresami, na Stamford Bridge nie widziano już dawno. Przywołując sobie pojedyncze mecze Chelsea z przełomu wieków i dobrze pamiętany Sexy Football mogę śmiało rzec, że jednak wolę tą teraźniejszą wersję. Z prostych powodów zresztą: tu chodzi przecież o funkcjonowanie wszystkich formacji, zachowanie płynności w wymianie podań, dodania wirtuozerii do poszczególnych zagrań, nie zapominając o skuteczności pod bramką rywala. I tak właśnie Chelsea Carlo Ancelottiego działa – nie jesteśmy ani ‘boring’ (nudni), ani ‘ugly’ (brzydcy), a mimo to wciąż wygrywamy. Czytałem opinię na jednym z for internetowych, że nie można się oprzeć wrażeniu, że The Blues są lepszą, bardziej doświadczoną i lepiej działającą wersją Arsenalu Arsene Wengera. Jasne, pewnych podobieństw można się doszukiwać i dorabiać do tego teorię jednak ja wolę zwrócić uwagę na przeciwieństwa, których jest więcej – zwłaszcza jeśli chodzi o klasę drużyny, a to byłby dopiero początek wyliczanki. Carlo Ancelotti mówił ostatnio, że mamy najlepszy atak w Premier League w osobach Anelki i Drogby. Jednak unikalność tych dwóch napastników, ich atuty oraz wzorowo układająca się współpraca to tylko cząstka sukcesu Chelsea w ostatnich meczach. Przecież Włoch mógłby przestawiać ich dowolną ilość razy, zmuszać do większego wysiłku, ale bez podań od pomocników, ich akcji i starań nie byłoby większośc bramek zdobytych przez dwójkę snajperów. Większość siły Chelsea leży w linii środkowej, gdzie niepodzielnie królują Essien, Lampard, Ballack i Deco. Co najgorsze, dla rywali, nawet wymieniając całą czwórkę wciąż ta formacja funkcjonowałaby na wysokim poziomie w składzie Mikel, Malouda, Joe Cole, Żirkow/Belletti. Jednak to ten pierwszy kwartet tworzy obecnie najlepszą pomoc na świecie, na dodatek będącą w najlepszej formie dotychczas w tym sezonie. Ballack króluje siłowo i taktycznie nad każdym rywalem, Lampard wraca do najlepszych lat swojej gry, Deco przeżywa drugą młodość, a Essien pozwala nam mówić o ulepszonej wersji Makelele. Tak, to brzmi arogancko, ale też prawdą jest, że Chelsea jest na tą chwilę najsilniejszą drużyną na świecie. Podkreślam raz jeszcze to co jest wręcz kluczowe w tej całej układance – świetną pracę jaką wykonuje Carlo Ancelotti. Wiem, cholera, że to dopiero pierwsza faza sezonu, że meczów jeszcze jest multum, ale nie potrafię powstrzymać się przed stwierdzeniem, że być może Abramowicz wreszcie trafił w wyborze managera dla swojego klubu. Powtórka ze Scolariego wciąż nam może się niestety zdarzyć, ale ryzyko z każdym kolejnym występem Chelsea spada. Gdy tylko Włoch ma zespół, kontuzji jest mało, a Wirus FIFA nie atakuje to co mecz widać jakiś postęp, widać pracę wykonaną w ciągu kilku dni na boiskach Cobham. To nie przypadek, że po Aston Villi Chelsea odbiła tak wyraźnie i zaczęła demolować rywali – to po prostu wynik kilku jednostek treningowych, taktycznych, które mógł na spokojnie z zespołem Ancelotti odbyć. Po klęsce w Wigan John Terry mocno uderzył się w piersi i wstrząsnął drużyną – zabrakło etyki pracy w ekipie, może zdarzyć się słabsza forma, ale harować i tak trzeba na najwyższych obrotach. I zespół na błędach się uczy, ponieważ nawet porażka na Villa Park nie wynikała ze słabych starań piłkarzy, ale indywidualnych błędów, które najłatwiej wyeliminować na treningach. Wierzę, że ostatnie dwa tygodnie nie będą tylko jak sen z którego brutalnie obudzi nas choćby Manchester United, już w przyszłym tygodniu. Zresztą to przekonanie nie jest tylko oparte na szczerych chęciach i pragnieniach – ostatnie jedenaście dni pokazało, że to raczej rywale powinni nas się bardziej obawiać. Przestrzegam jednak przed zbytnim poczuciem siły zespołu bo, owszem, potencjał, forma i klasa są, ale 90 minut na boisku mogą zweryfikować oraz zniszczyć wszystko. Dlatego kluczem do fenomenalnej postawy The Blues Ancelottiego jest jakże proste słowo: ‘praca’. Tu znów możemy czuć się bezpiecznie, ponieważ profesjonalistów w kadrze Chelsea jest pod dostatkiem, a i z największych gwiazdek Kapitan z trenerem potrafią wybić takowe maniery. Zresztą chyba wszyscy już uwierzyli w to, że właśnie dzięki podejściu do codziennych zajęć mogą wszystkim udowodnić, że to ich czas, ich sezon, ich umiejętności.
środa, 28 października 2009
Magików dwóch
W poprzednim sezonie tej parze zawodników udało się rozegrać wspólnie prawie 900 minut w barwach Chelsea i dla każdego z dwójki były to rozgrywki nieudane, które dobry miały tylko początek. Potem jeśli nie kontuzja, to zastanawiająco (i zatrważająco) słaba postawa przerwała potok pochwał ze strony kibiców The Blues. Dopiero dziś znów Deco i Joe Cole razem wybiegli na boisko zaliczając po 90 minut w wygranym 4-0 meczu z Bolotnem w ramach Carling Cup. Jak było? Magicznie!
Mimo tego, że i Anglik, i Brazylijczyk (z Portugalskim paszportem) nie zaliczyli poprzednich rozgrywek do szczególnie udanych to wśród kibiców dało się odczuć nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Znów dostali kredyt zaufania – oczywiście ten dla Joe Cole’a był znacznie większy, ponieważ wsparcie powracającemu po kontuzji piłkarzowi z trybun należy się wręcz ‘odgórnie’. Jednak ta nadzieja była raczej związana ze zmianą stylu gry naszej drużyny. Dobrze wszyscy wiemy, że choć zawodników mamy w szerokiej kadrze doskonałych to jednak pewne rzeczy potrafi zrobić tylko Deco i Joe Cole. Chodzi mi tu o te wybitne, podchodzące pod geniusz zagrania piętkami, nożycami, dryblingi, przerzucanie nogami, niesamowite prostopadłe podania… Tak, oni mają swoje wady, ale przecież ten zestaw zalet pozwala Carlo Ancelottiemu na wdrożenie w swój taktyczny diament fantazji, której może zazdrościć nam każda inna drużyna. O wadach zresztą nawet nie ma sensu rozmawiać – znam kilku takich co Deco wprost nie znoszą i szukają dziur w całym byleby tylko mieć podparcie dla swojej teorii. Reprezentant Portugalii musiał zmierzyć się swego czasu z gwizdami i wręcz nachalnymi prośbami o opuszczeniu murawy ze strony fanów. Podobnie jest z Joe Colem, który harując w pocie czoła w hali gimnastycznej przez ostatnie pół roku nabrał nie tylko chęci do gry, ale także pokory, która uczyni z niego jeszcze lepszego piłkarza. Oczywista jest też pozycja jaką mieliby zajmować w diamencie Ancelottiego – zaraz za plecami napastników, rozdzielając piłki, szukając partnerom wolnego miejsca zagraniami, które często są określane mianem doskonałych. Deco potrafi na dodatek idealnie wykonać stały fragment gry, a Joe Cole ma tą zaletę, że przez wiele lat był wystawiany na skrzydle więc nie obce mu są rajdy między przeciwnikami-tyczkami oraz dośrodkowania wprost na głowę kolegi. Nasuwa się jedno pytanie – czy wobec tego da się upchnąć na boisku tych dwóch piłkarzy bez konieczności dawania im osobnych piłek? I choć dzisiejszy mecz mimo wszystko nie dał jednoznacznej odpowiedzi, to jednak myślę, że tą już zdążyliśmy poznać. Oto przecież za kadencji Luiza Felipe Scolariego – precyzję natychmiast: tej początkowej fazy, lepszej, zwycięskiej! – zagrali oni wspólnie wspomniane 900 minut i większość z tych spotkań była zwycięska, a para współpracowała bardzo płynnie i udanie. W tym sezonie, jeśli tylko zdrowie pozwoli, to również będziemy świadkami kilku wspólnych występów Deco i Joe Cole’a, ponieważ z racji wyjazdu kilku piłkarzy na Puchar Narodów Afryki będziemy mieli debet pomocników przez półtora miesiąca. Jasne, dwójki tej Ancelotti na Manchester czy Arsenal nie odważy się puścić – walka w środku pola będzie zbyt ważna dla końcowych wyników tych spotkań by wprowadzać duet pikarzy raczej wiążących nogi rywalom, a nie robiących wślizgi. Są jednak w tej lidze drużyny, których rozbicie może kosztować nas wiele wysiłku w ofensywie, a czasem do trzech punktów potrzeba będzie jednego genialnego zagrania do napastnika lub samotnego wykończenia akcji. A w tych elementach Joe Cole i Deco są wręcz nieocenieni. Diament Carlo Ancelottiego wydaje się funkcjonować z każdym meczem coraz lepiej, jednak pozostaje wciąż obawa co do meczów wyjazdowych, które ostatnio nam wybitnie nie idą. Już w ten weekend okazja do przełamania wybitnie złej passy i na Reebok Stadium koniecznie trzeba pokonać ekipę Bolton Wanderers. Wątpliwe by po dzisiejszym pełnym meczu Joe Cole’a Ancelotti wystawiał na ciągły, trzy meczowy wysiłek jego kolano, które choć działa idealnie to jednak wymaga specjalnego nadzoru, przynajmniej przez pierwsze tygodnie. Dobrze jednak, że w kadrze Włoch ma nie jednego, ale magików dwóch i nawet rotacja nimi jest komfortem dla wielu naprawdę niedostępnym. Teraz już chyba wiem co na myśli miał Ancelotti gdy mówił o tym, że zakaz transferowy FIFA nie działa przecież na powrót do zdrowia Joe Cole’a, który jest wielkim wzmocnieniem. Wiem również dlaczego Frank Lampard ostatnio stwierdził, że powrót do formy Deco to tak jakby zakup nowego zawodnika za nieprzyzwoitą ilość pieniędzy. Bo przecież mając w kadrze takich magików innym też łatwiej się gra, a managerowi całym tym systemem z ławki steruje. |
Ostatnie notki
Zakładki:
A jednak się kręci!
Fantasy Football
Ja w radiu o Premier League
Szablon zawdzięczam:
Twitter
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||