czwartek, 17 lipca 2014
Pressure? What pressure?

"Oj, Ty dobrze wiesz, Jose." ;-)

Wreszcie koniec mundialu. Muszę złapać chwilę oddechu, ale już pierwszy tekst o Mourinho i Chelsea na najbliższy sezon powstał, więc zachęcam do czytania. Jest o nowych transferach, sytuacji kadrowej i testowaniu cierpliwości Abramowicza. A wkrótce wracam do blogowania o Premier League... bo wiecie, pressure!

CZYTAMY

piątek, 13 czerwca 2014
Gasząc wszelkie wątpliwości

Dla Ceska Fabregasa - zawodnika, który teoretycznie właśnie wkroczył na szczytowy etap swojej kariery - los nie był łaskawy. Pomimo wczesnego debiutu i rozkwitu w Premier League, zwycięstw na arenie klubowej i reprezentacyjnej, przypiętej łatki następcy Xaviego, on wciąż ma całkiem sporo do udowodnienia. Choćby del Bosque, że nie powinien grać w roli fałszywego napastnika, ale też Barcelonie, że nie powinna się go pozbywać i również Arsene Wengerowi, że ten powinien był go z powrotem ściągnąć do Londynu.

Jeśli wierzyć źródłom bliskim agentom Jose Mourinho, Fabregas nie był nawet pierwszym wyborem portugalskiego menedżera Chelsea.

A przecież nie powinno tak być. To wciąż jeden z najlepszych pomocników w europejskim (światowym?) futbolu, którego połączenie energii i techniki gwarantuje gole i asysty, szanse oraz kluczowe podania. Od początku sezonu 2006/2007 tylko Wayne Rooney zaliczył w Premier League więcej asyst od Fabregasa - i to pomimo tego, że Hiszpan ostatnie trzy lata spędził w Barcelonie.

Nie ma wątpliwości, że za cenę ponad trzydziestu milionów Euro Chelsea wzięła odpowiednią jakość.

Wątpliwości dotyczące Fabregasa biorą się choćby z tego, że w Hiszpanii jego drugie połowy sezonu - delikatnie to ujmując - nie zachwycały. Kibice Barcelony zarzucali mu, że grając jako napastnik marnował potencjał skrzydłowych, a biegając w środku tłumił wpływ Iniesty czy Messiego. Jakkolwiek absurdalnie brzmią te zarzuty, Fabregas trafił na Camp Nou w okresie, który znamionowały ważne zmiany, ale wszystkie jeśli już to odbiły się negatywnie na drużynie. Gdy Gerardo Martino w pierwszej części sezonu nadawał Barcelonie nowego, bardziej autorskiego kształtu, Fabregas błyszczał - gdy zażądano powrotu do tiki-taki, szybko okazał się zbędnym ogniwem.

Inaczej powinno być w Chelsea - z naciskiem na "powinno". Bo przecież w poprzednim sezonie, nawet jeśli kryzysowym dla Fabregasa, uzbierał on aż czternaście asyst - więcej niż Matić, Luiz, Mikel, Lampard, Ramires i Oscar razem wzięci (w Premier League).

Lamparda i Luiza już nie ma, ponoć do Chelsea w sprawie Ramiresa odezwał się Real Madryt - dla wielbicieli plotek: londyńczycy mieli odpowiedzieć pytaniem o dostępność... Modricia - a Mikelem interesuje się kilka klubów w Turcji. Zresztą nie oszukujmy się, żaden z tych piłkarzy w poprzednim sezonie nie dawał w ofensywie tak wiele, jak potencjalnie może The Blues zagwarantować Fabregas w kolejnym.

Zresztą dziwią plotki o niezadowoleniu Mourinho z tego transferu - czy raczej jego preferencji innych celów Chelsea. Wydaje się, że obecny skład personalny aż prosi się o powrót do tego, co Portugalczyk lubi najbardziej - 4-3-3.

Nawet z Ramiresem, jeszcze dodając Van Ginkela, cofając lekko Oscara, pamiętając o Fabregasie i z Mikelem czasem wchodzącym w rolę Maticia, to ustawienie może być skuteczniejsze, a nawet bardziej ofensywne od 4-2-3-1. W pressingu, w utrzymaniu piłki i w często najbardziej skutecznych atakach - sprintach z drugiej linii. Co więcej, równie istotną rolę odegra w odbiorze, a jego statystyki są porównywalne z Willianem, Luizem czy Mikelem.

Tak budowa drużyny na nowy sezon trwa, a chyba najbardziej znamiennym jej aspektem jest... porównanie z jedenastką z finału Ligi Mistrzów z 2012 roku. W przyszłym sezonie ostać się może jedynie Cahill (Ivanović i Terry pauzowali), gdyż miejsce Ramiresa jest coraz mniej pewne. To drastyczne, bezwzględne, ale i potrzebne wietrzenie składu, którego wyższym celem jest także odmiana stylu gry.

I tu pojawia się najważniejsze pytanie - czy transfer Fabregasa, zawodnika obytego w Premier League i na każdym światowym poziomie, pozwoli Chelsea bezboleśnie przebrnąć przez moment kryzysowy. Taki, który w minionych rozgrywkach zmusił Mourinho do zmiany na bardziej defensywną grę. Tylko utrzymując się jednej myśli, schematów i mentalności ofensywnej Mourinho udowodni, że jego zapowiedzi z lata 2013 roku nie pozostaną wyłącznie mrzonką.

Zresztą menedżer Chelsea, wielokrotny zwycięzca najbardziej elitarnych rozgrywek europejskich, triumfator w różnych ligach oraz człowiek przywiązujący największe znaczenie do słowa "zwycięzca", także ma coś do udowodnienia. Chociaż nie musi, bo wygrał zbyt wiele, by wątpić w jego umiejętności, to już wypomina mu się drugi kolejny sezon bez żadnego trofeum, zwłaszcza stawiając ten fakt w kontekście jego słów skierowanych w stronę Wengera.

Fabregas nie jest więc jedynym, który sukcesu (w) Chelsea potrzebuje. Panowie, których media już zdążyły postawić naprzeciw sobie, mają wspólny cel, misję i ambicję. Tylko współpracując zgaszą tę iskrę wątpliwości.

wtorek, 03 czerwca 2014
Porozmawiajmy o idolu

- ...a może zamiast oglądać to po prostu porozmawiajmy o Twoich idolach?
- Dobrze, pytaj. Co chcesz wiedzieć konkretnie?
- No... ilu ich było?
- Nie, źle do tego podchodzisz. Nie można mieć wielu idoli. Nie można ich zmieniać, nie można sobie dobierać każdego sezonu, po każdym dobrym meczu...
- Niby dlaczego?
- Bo to nie jest pierwsze lepsze zauroczenie, to nie jest efekt jednego kopnięcia, to nie jest też przypadek piłkarza gdzieś z innego klubu, ligi, gdy zdarzało się go oglądać przy okazji europejskich pucharów... Idol to mocne słowo, to musi być coś trwałego, to musi być powód dla którego siadasz tydzień w tydzień przed telewizorem, znasz każdy ruch na boisku, każde zachowanie, patrzysz na niego, a nie co się dzieje w innych strefach...
- ...no dobrze, rozumiem. To kto?
- Lampard.
- Eee, to gość z innej epoki, jeszcze z lat youtube'a. Bez sztuczek, bez przewrotek, bez rajdów...
- ...a kto powiedział, że idol tak musi grać?
- No a jak inaczej?
- Nigdy nie wybiera się idola tylko przez to jak pięknie grał - zwłaszcza, że to w futbolu nie masz jasno zdefiniowanego piękna. Powinieneś to wiedzieć, prawda?
- Niby tak, ale gdy pokazywałeś innych z tamtych lat to zwykle Messiego, Ronaldo... Oni grali inaczej!
- Ale nie grali tak, jak ja bym chciał grać, jak ja marzyłem by grać, jak sądzę, że powinno się grać. 
- Wytłumacz proszę.
- Bo ktoś spojrzy na jego rekord, przeczyta statystyki i to wszystko będzie imponujące, zwłaszcza, że w tamtych czasach grało się trochę ostrożniej, bardziej defensywnie... ale to nie powie wszystkiego.
- Czego konkretnie nie widziałem?
- A widziałeś wszystkie jego gole?
- Tak, to jedno z tych nagrań, które co jakiś czas oglądasz wieczorem. Widzałem je z milion razy.
- Na pewno?
- Tak, mogę wymieniać w ciemno. Półwolej z piruetem przeciwko Bayernowi, piłka wkręcona do bramki z linii końcowej z Barceloną, te uderzenia z dystansu, te z rzutów wolnych czy karnych, te z wbiegnięcia w drugie tempo...
- ...i nadal nic nie rozumiesz, prawda?
- Czego nie rozumiem?
- Że sztuka zdobywania goli to jedno, a nadawanie im większego znaczenia to coś zupełnie innego. I, fakt faktem, to za rekordy i styl ich osiągania do dziś się Lamparda wspomina, ale dla mnie idolem stał się z zupełnie innego powodu.
- Bo strzelał ważne gole?
- Musisz zrozumieć, że ważne nie tylko przez kontekst wyników tylko jego drużyny - chociaż jak nawet dzisiaj myślę o tych dwóch trafieniach z Reebok Stadium przeciwko Boltonowi w 2005 roku... No zobacz, nawet teraz mam ciary! I jeszcze mógłbym przypomnieć kolejny rok, ten sam stadion, to samo miejsce i ten sam strzelec rzecz jasna... Albo świetny gol z finału Pucharu Anglii przeciwko Evertonowi? Wcześniej z Arsenalem w Lidze Mistrzów. Albo "ratunkowe" trafienie w Moskwie, gdzie niewielu pamięta jak ciężko się Chelsea grało do jego gola. Albo te bramki z Bayernem o których wspomniałeś, albo kolejne z Evertonem... Ale gole to nie wszystko.
- Jak to?
- Bo to tylko efekt końcowy. Patrząc tylko na wykończenie, na samo uderzenie, tor lotu piłki przegapisz to jak on znajdywał się w idealnym miejscu, jak śledził akcję, obserwował zachowanie obrońców, wyczekiwał na swój moment. 
- Czyli po prostu widział więcej.
- Nie - on znaczył więcej. U szczytu kariery... Nie, to przecież byśmy mogli mówić o nawet ośmiu sezonach. On zawsze był tym kierującym akcje zespołu, w charakterystyczny sposób wskazującym kolegom kierunek gry, gdzie i jak mają podać, albo samemu szukając prostopadłych zagrań.
- Czyli asystował.
- Mało powiedziane, że asystował. Chociaż to zagranie do Ramiresa na Camp Nou... Typowy Lampard, rozumiesz? Jeszcze przed otrzymaniem piłki rozgląda się, patrzy jak są ustawieni koledzy, pomimo pressingu rywala świetnie sobie ustawia ją do zagrania i rozdziera obronę Barcelony jednym kopnięciem. 
- Nie brzmi to jakoś skomplikowania...
- Uważaj sobie! Sprawianie, by zagrania tak trudne, skomplikowane wyglądały czy wydawały się proste jest... sztuką. Albo kolejnym powodem wywołującym mój podziw. A Twój?
- Nie no, jestem nieprzekonany. Bo sam przecież mówiłeś, że się z niego śmiali?
- No tak, że niby jest gruby, że wszystkie gole strzela albo z rzutów karnych, albo po rykoszetach. Ale to frustraci...
- ...nie mieli racji?
- Oni po prostu nie widzieli. Albo najczęściej byli na drugim końcu strzelanych przez niego goli, obrywając tymi ciosami.
- Lider, który strzelał gole i asystował. Mimo wszystko - całkiem standardowo.
- To pozwól, że Ci dopowiem jego historię, bo przecież w klub nie wrasta się wyłącznie ważnymi trafieniami. Pamiętasz kogo w maju 2013 roku wyprzedził na liście najlepszych strzelców?
- B... Barry'ego Tamblinga!
- Bobby'ego jeśli już. Ale dobrze. Wiesz, że po tych dwóch golach z Aston Villą, jeszcze przed kamerami, od razu zadzwonił do Tamblinga, który akurat po ciężkiej chorobie przebywał w szpitalu? A wiesz, że gdy tej legendzie Chelsea w jego rodzinnym Cork chcieli zrobić imprezę, to właśnie Lampard wziął na siebie cały rachunek?
- Miał gest.
- Oczywiście, że miał. Był bardzo blisko z Tamblingiem, ale też z kibicami. Zawsze podchodził, podpisał... Czuć było tą więź i to nic sztucznego. Zresztą i on kibiców potrzebował...
- Chyba wiem do czego zmierzasz. Chyba tę historię już słyszałem...
- Ale ją po prostu trzeba przywołać! Gdy zmarła jego ukochana matka, gdy zawalił mu się świat, on zagrał tak wybitnie z Liverpoolem, jeszcze strzelił gola, rozpłakał się całując czarną opaskę... Łzy same napływają do oczu, jak się ten moment wspomina...
- Że też on uniósł ten ciężar...
- Myślę, że on chciał to zrobić, a przede wszystkim wiedział co musi wtedy zrobić. Dlatego zagrał. To była nie tyle magia futbolu, ale czuło się, że to cholernie ważny moment w jego życiu. I on chciał nim podzielić się z kibicami, pokazać im i sobie, że potrafi pokonać każdą przeciwność losu. Każdą. Dlatego on zawsze grał. Zawsze był obecny. Wiesz, kiedyś Mourinho powiedział o "niezastąpionych"...
- ...ale jak jeszcze był w Chelsea za pierwszym razem?
- Tak. Ale jego teoria nie wypaliła, a przynajmniej nie do końca. Bo inni zawodzili, uciekali, nie wytrzymywali presji... A Lampard grał swoje. Był liderem. Nie sprawiał problemów, nie szukał kontrowersji, ale był symbolem drużyny, która mimo różnych przeciwności, własnych słabości i sytuacji zawsze dążyła do zwycięstwa. On był uosobieniem mentalności, której narodziny obserwowaliśmy od pierwszego meczu Chelsea za Mourinho. 
- To dlaczego później to on go tak łatwo wypuścił?
- Musisz pamiętać, że to było po dziewięciu kolejnych latach. Lampard był już innym zawodnikiem, grającym bardziej z tyłu, zabezpieczającym defensywę, bardziej rozgrywającym niż też wykańczającym akcje kolegów. Kolejne kontuzje jeszcze go spowolniły, odebrały mu zwrotność i ten charakterystyczny balans ciałem, a potem przyspawały go do ławki pomimo oczywistych wad innych piłkarzy. Zresztą wydaje mi się, że pomimo całego żalu ze względu na okoliczności rozstania to gdzieś między Lampardem i Mourinho była nić porozumienia - oni wiedzieli, że, wybacz porównanie, drugiego "miesiąca miodowego" nie będzie.
- Serio?
- No... No nie do końca. Wiesz, bo on jak niewielu innych naprawdę zasłużył na bajkowe pożegnanie. Na owację na stojąco na Stamford Bridge, na łzy w oczach, na wzajemne zrozumienie, uścisk dłoni, może ostatni rzut karny, ostatni atak do którego się włączył... A nie jakąś połówkę zremisowanego meczu z Norwich, gdy po prostu został w szatni.
- Dobra, ale wciąż nie wiem, dlaczego on jest Twoim idolem.
- Popatrz: to jest zbiór tych wszystkich cech piłkarskich i ludzkich. Jego przywiązanie do klubu, tworzenie historii na moich oczach, te wszystkie lata cholernej świadomości, że jeśli w środku pola jest Lampard to pewien poziom zostanie zachowany, że jest ten gwarant spokoju. Miał słabsze momenty, miewał kryzysy formy, wypadał przez kontuzje, ale zawsze wracał silny, pewny siebie, chętnie biorący odpowiedzialność. Możesz się tylko śmiać, ale te lata temu to jego zachowania podpatrywałem i starałem się, no nie śmiej się proszę, chciałem je kopiować gdzieś tam między kolegami niestety z miernym efektem... Ale inni też to robią, prawda? Te sztuczki, kiwki...
- A z Lampardem było niby inaczej?
- Nie zaczynajmy od początku... Słuchałeś w ogóle? Przecież on nie był dryblerem. Ale to ustawienie się na "szesnastce", by idealnie nabiec na podanie kolegi, wskazywanie kierunku gry, uspokajanie tempa czy, wręcz przeciwnie, przyspieszanie... To taki futbol może nie spektakularny w każdym ruchu czy zagraniu, ale efektywny, dający wielką satysfakcję i uznanie tych z którymi grasz. No, długo by opowiadać, a lepiej zobaczyć. To co, włączamy odtwarzacz?
- Ale tylko ten jeden jego mecz, tak?
- Zobaczysz, że później będziesz chciał kolejne. Tak to już jest z idolami.

piątek, 23 maja 2014
Fantasy U23 - podsumowanie

Wreszcie! 

Na początek wyznanie - przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni czy zaniedbani przez to, że nie nadzorowałem należycie ligi Fantasy U-23. Pomysł był świetny, zresztą wybraliśmy ten sposób gry razem, a z pomocą wielu z Was udało się wyeliminować tych, którzy grali nie fair. Dlatego rywalizacja na finiszu była już bardzo emocjonująca, obserwowałem ją nawet jeśli mój zespół skończył na pozycji beznadziejnej - głównie z tego względu, że ostatnie zmiany robiłem w lutym? - i widziałem jaka jest walka na szczycie. Przecież czołową dziesiątkę dzieli mniej niż sto punktów, a to na przestrzeni całych męczących rozgrywek jest cholernie dobry wyczyn. Było tak emocjonująco jak w Premier League, można powiedzieć, i też Liverpool skończył na drugim miejscu... ;-)

liga

No właśnie, miejsca - pierwsze zajął Paweł Radoła, któremu bardzo gratuluję. Drugi, zaledwie szesnaście punktów dalej, był Oskar Szumer, kibic Liverpoolu (ha!), który przeklina zdaje się Andre Schurrle jako winnego jego finiszu. Trzecie miejsce dla Piotra Witalskiego - Piotrku, proszę skontaktuj się ze mną e-mailowo lub na Twitterze, bo dla każdego z podium jest przewidziana nagroda książkowa. Dwaj pierwsi koledzy już wybrali, czas i na Ciebie!

Dziękuję wszystkim za udział w rywalizacji i obiecuję, że wrócimy do gry wraz z nowym sezonem - czy w obecnej wersji, czy w trochę innej... pewnie jeszcze będziemy o tym rozmawiać. Jak zwykle obiecuję poprawę, by nie kosztować Was tyle nerwów - ale, po prawdzie, ja sam nie spodziewałem się, że do ligi dołączy tyle... niezainteresowanych jej zasadami osób! Mniejsza z tym, ważne, że zdecydowana większość z Was grała sprawiedliwie i, mam nadzieję, dobrze się bawiła szukając młodych piłkarzy, którzy daliby Wam przewagę nad resztą stawki. 

Zwycięzcom gratulujemy, a do Fantasy wracamy w sierpniu! 

czwartek, 15 maja 2014
Pożegnanie sezonu

*Poniżej przedstawione wydarzenia wcale nie muszą być dalekie od prawdy. Wcale.*

To już nie był wieczór, ale bardziej środek nocy. Po uroczystym rozdaniu nagród, kilku dowcipach o mijającym sezonie i wielu butelkach szampana krawaty oraz muszki były już rozluźnione. Część gości powoli opuszczała salę, towarzystwo pomieszało się między stolikami.

Wystarczył jednak jeden sygnał - czujne spojrzenie oraz skinienie głową Szefa, by piłkarze, jeden po drugim, wstawali i udawali się w stronę ledwo zauważalnych w ciemności drzwi. To tam miał zakończyć się ich sezon.

Wychodzili na trybunę i powoli zajmowali miejsca, z ciekawością patrząc na sylwetkę Szefa, zwróconego w stronę boiska - cóż, a raczej ziemi, którą murawa przykrywała przez ostatnie dziesięć miesięcy. Ten, w charakterystyczny dla siebie luźny sposób trzymał ręce w kieszeni, lekko odchylony do tyłu. Wejście na zaciemniony obiekt uciszało rozbawionych piłkarzy. Gdy drzwi przestały uderzać raz po raz, Szef odwrócił się do swoich zawodników.

- Wszyscy? - zapytał.

Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy wiedzieli, że Szef nie czeka na odpowiedzi. Mourinho jeszcze raz spojrzał po grupie, która rozsiadła się w czterech rzędach trybun. Cmoknął.

- Źrebaki. Moje małe koniki. Napiliście się dzisiaj mleczka? Zjedliści...

- ZOSTAJĘ! SZSZYCIE?! ZOSTAJEM!! - drzwi otworzyły się z hukiem, a okrzyki napastnika niosły się głośnym echem po pustym stadionie. Pijany, zataczający się Hiszpan miał w obydwu dłoniach prawie puste butelki szampana z etykietami wskazującymi, że były to nagrody dla najlepszego piłkarza meczu, że alkohol ten mógł być już starszej daty.
- JA SIĘ NIE *yyk* DAM TAK ŁATWO *yyk* NIE JA..
- Fernando, usiądź - cicho syknął szef.
- NIE NIE USIĄDE *yyk* JA JUŻ ZA DUŻO SIEDZIAŁEM. NIE ODEJDEM, ZOSTAJE! NIE WYSZUCZYSZ MNIE STOND!
- Fernando, usiądź. 
- NIE *yyk* POSTOJE.

Jednak wystarczyło, by szef skinął głową w kierunku dwóch wysokich, barczystych piłkarzy - jedynych, których muszki pozostały elegancko zawiązane o tej porze - i wyskoczyli ze swoich siedzisk, momentalnie znajdując się za plecami Torresa, kładąc mu ręce na barkach.

- Zajmiemy się nim szefie, jest nasz.
- NIE *yyk* NIE POZWOLE - powiedział Hiszpan biorąc ostatni łyk zanim Gary Cahill wyrwał mu z rąk obie butelki - NIE Z TAKIMI SOBIE *yyk* RADZIŁEM!!!

Do trzymanego Torresa podszedł Mourinho i szepnął mu do ucha kilka słów. Wyraz twarzy Hiszpana się nie zmienił, ale przynajmniej przestał się wydzierać. Nawet, z pomocą dwójki obrońców, spokojnie doszedł do wolnych miejsc i usiadł między Terrym i Cahillem. Wreszcie można było naprawdę zaczynać.

- Kochani - Mourinho też wrócił na swoje miejsce i rozpoczął przemowę - Czy zawiedliśmy? Nie. Czy jednak graliśmy tak jak chcieliśmy grać? Nie. Czy zasłużyliście na moje szczere gratulacje? Tak. Czy zasłużył na nie Mike Riley? Tak.

Grupka się zaśmiała, Mourinho lekko się uśmiechnął. "Przynajmniej oni mają jakieś poczucie humoru", pomyślał sobie Portugalczyk.

- Ale ja nie jestem zadowolony, nie. Mieliśmy swoje cele. Znaliśmy swoje możliwości, talenty. Wy, chłopcy: Eden, Oscar, Willian, Momo... Nawet ty Andre. Macie wielką przyszłość, wielką. Ale najważniejsza jest praca, praca, praca. Praca w defensywie. Eden, wiem, że *czasem* za dużo zależało od Ciebie. Ale my cie znamy, te dryblingi, podania, strzały, sztuczki... Wiemy do czego jesteś zdolny. Ta odpowiedzialność będzie jeszcze większa, zrozum. Albo buntuj się i bukuj bilet na najbliższy Eurostar do Paryża.

Chociaż na twarzy Mourinho zagościł figlarny uśmiech gdy to mówił, grupka zaśmiała się nerwowo, a sam Belg niepewnie spojrzał na menedżera. 

- Żartowałem. Żartowałem. My chcemy Ciebie tutaj, potrzebujemy Ciebie. Ale lepszego. Lepszego i z inną mentalnością. Będziemy pracować, ciężko pracować. Będziesz się uczył, będziesz grał na boku obrony, będziesz wiedział co się dzieje za twoimi plecami, będziesz odbierał piłki, atakował pressingiem i zabijał. Wy wszyscy będziecie po piłkarsku zabijać.
- JA TESZ CHCE ZABIJAĆ!! - wyskoczył ze swojego siedziska Torres, jednak jeszcze szybciej ściągnięty i uciszony przez obrońców. Karcący wzrok Mourinho też zrobił swoje.

- Wszyscy popełniliśmy błędy. Wy je popełniliście, sędziowie. Ja jestem tylko menedżerem, ale będę was wspierać i bronić. Jednak musimy być lepsi, mocniejsi, bardziej zdeterminowani - Mourinho stopniowo podnosił głos, coraz mocniej akcentując ostatnie słowa.

- Ja nie będę mieć w pamięci tych naszych wielkich spotkań. Arsenale, Manchestery, Liverpoole pokonane. Ale nie. Nie mogę. Bo to jak traciliśmy punkty boli mnie trzy razy mocniej. Boli bardziej. Nie będziemy tego tolerować, nawet jeśli okoliczności były zrozumiałe. Prawda, napastnicy?
- Demba, uwielbiamy Cie, ale każdy przed oczami ma tę pokraczną próbę strzelenia do pustej bramki z Sunderlandem. Samuel, mój żołnierzu. Dałeś z siebie staruszku, wiem. Ale to jest to. Rozumiesz... - Mourinho jakby łamał się głos, a przez dłuższą chwilę patrzyli sobie z Kameruńczykiem prosto w oczy. 
- Fernando... Nando? Nando! Gary, obudź kolegę. Fernando, tu jestem. Ech, Fernando. co z Tobą zrobić? Pudło z Manchesterem City pamiętasz? A to jak w ostaniej minucie przestrzeliłeś na Selhurst Park? Jak męczyłeś się na Villa Park? Fernando, widzę w Tobie ogień i chęć walki, widzę. Ciężko pracujesz, robisz to, co ci każę. Biegasz, atakujesz... Ale sam wiesz. Ty wiesz. Ja wiem.
- Jaki więc był to sezon? To był *prawie* nasz sezon. Proste. Proste. Miałem to przeczucie, ale starałem się, byśmy walczyli jak najdłużej. Różnymi sposobami. Autobusy, kontry, podcinanie kołków w butach rywali... To miał być sezon waszego rozwoju i ja go widziałem. U każdego, nawet jeśli część z Was miała już w głowach mundial - Mourinho w tym momencie wskazał na Oscara - albo po prostu kończy swoją przygodę w Londynie. Jest Was trochę.

Piłkarze spojrzeli się po sobie. Kilku? On nie może mówić serio. Budowany zespół zawiódł, nic nie wygrał, nie ma zadowolenia, ale na pewno większość pozostanie. Potrzebne są transfery do a nie z klubu. 

- Tak, kilka osób nas opuści. Będą łzy, będzie nam smutno. Ale mamy rozwiązanie. Bo ja nie lubię, gdy *coś* jest *prawie* moje. Medale, puchary, śmiech jako ostatniego... Na końcu wszystko ma być moje... Nasze. Nasze.

- Dlatego tego sezonu nie będziemy szerzej podsumowywać. Nie ma co. Nie ma. Ja nie jestem specjalistą od porażek. Inni są. Wiecie kto. Trzecie miejsce to nie trofea. Półfinał to nie puchar. Nie będziemy w tym specjalistami. Dlatego mamy rozwiązanie na kolejny. Przez ostatnich kilka miesięcy ciężko nad nim pracowaliśmy, prowadziliśmy rozmowy, oglądaliśmy i rozważaliśmy różne rozwiązania. Ale mamy rozwiązanie.

Mourinho klasnął dwa razy, na Stamford Bridge rozbłysło kilka reflektorów, wszystkie skierowane na... klatkę ustawioną na środku boiska. Zawodnicy, mrużąc oczy, wskazywali na osobę w niej się znajdującą, najwyraźniej związaną kaftanem bezpieczeństwa, opartą o deskę i z maską na twarzy, podobną do tej, którą grany przez Anthony'ego Hopkinsa bohater "zakładał" w "Milczeniu Owiec". Tajemnicza postać w klatce zaczęła wiercić się, krzyczeć i głośno sapać. Efekt był przerażający.

- Pewnie go pamiętacie, ale mimo wszystko... Poznajcie Diego! - przez grupę przeszedł nerwowy szmer dyskusji, kilka osób zasłoniło usta, inni wstali na baczność zaciskając pięści - John, spokojnie. Teraz to jeden z nas. Przyjaciel, nie wróg. Niebieski Diego Costa. Nasz.

- Bestia nam jest potrzebna. Koniecznie. Fernando, będziesz patrzył i naśladował. Wciąż się uczył. Myślą, że Suarez był największą katastrofą wychowawczą jaka spotkała angielski futbol? Niewiele jeszcze widzieli. To nasza nowa broń atomowa. Nasz Decepticon. To jest nasz Kraken, panowie i nie zawahamy się go spuścić ze smyczy. 

- Podziękujmy Romanowi - Mourinho skinął głową w kierunku szczytu trybun. Piłkarze natychmiast się odwrócili dostrzegając do tej pory niezauważalną obecność właściciela klubu z Mariną Granowskają u boku. Jak zwykle z nią. Osobą przebiegłą, twardą w negocjacjach i o zabójczym uśmiechu. Abramowicz tylko się delikatnie uśmiechnął i pomachał ręką. 

- Wrócimy lepsi, silniejsi, szybsi i jeszcze bardziej zdeterminowani. Zrobię z Was zwycięzców. Maszyny do wygrywania. Obiecuję to Wam. Koniec z porównaniami do moich pierwszych lat tutaj. Będziecie lepsi, skuteczniejsi, bardziej bezczelni, chamscy i nie do pokonania. Zrobimy to! Zrobię to, choćby nie wiem co!

Mourinho lekko dyszał po tej finałowej tyradzie, kończąc donośnym krzykiem, z bardzo zaciętą miną. Wszyscy mu potakiwali, obudził się nawet Torres, ale zdezorientowany spoglądał na Portugalczyka i klatkę na środku boiska tylko klaskając. Demba Ba wskazywał na rozświetlone gwiazdami niebo, Cahill zaczął robić pompki, Azpilicueta podskakiwał gotów do walki. Terry i Lampard po męsku uścisnęli sobie dłonie. Cole uronił łzę. Ivanović bił się pięściami w klatkę piersiową krzycząc coś w rodzimym języku. Petr Cech skądś wyciągnął i od razu założył swoje rękawice i kask. Młodzi gniewni przybijali sobie "piątki" śpiewając coś, co wydawało się być radosną, ale i bojową angielsko-portugalsko-francuską pieśnią. 

Byli gotowi do walki. Puścili nieudany sezon w niepamięć. Mourinho był już uśmiechnięty. Nie mógł się doczekać nowego sezonu. Decydującego sezonu. Ich sezonu. Jego sezonu.

W górze trybun Abramowicz patrzył na pobudzoną grupkę piłkarzy z nieukrywaną satysfakcją. - Я думаю, что мы, наконец, есть команда сейчас - powiedział do Mariny, gdy spokojnie oddalali się w kierunku jego limuzyny...

poniedziałek, 12 maja 2014
Tabela prawdę Ci powie

Usłyszycie to od osoby, która analizując różne, mniej istotne czy bardzo skomplikowane statystyki powinna już dawno oszaleć (a może już oszalałem?), ale liczby zawarte w nawet najprostszej tabeli najlepiej wytłumaczą cały sezon. Nie trzeba babrać się detalami - a na pewno nie na szybko w pierwszy wieczór po zakończeniu rozgrywek - by dostrzec, czego zabrakło.

To krótko - "The Blues" może i cieszą się trzecim najwyższym dorobkiem w tym roku, ale są aż trzydzieści bramek za "The Reds" i Manchesterem City. We wszystkich rozgrywkach i na przestrzeni całego sezonu Chelsea strzeliła tyle goli co Liverpool w samej lidze.

Nie zrozumcie mnie źle - wierzę, że sezon można wygrać grając defensywnie, zabezpieczając tyły i skutecznie kontrując. Widząc, że do zwycięzców zabrakło czterech punktów, tych straconych na finiszu z Sunderlandem czy Norwich, nie mogę odmówić Mourinho tego, że nie miał słusznego planu na rywalizację w momencie tak oczywistych braków. 

Ale różnica trzydziestu goli? Krócej - posiadania Luisa Suareza we własnym zespole lub możliwości grania Aguero, gdy wiadomo, że na ławce czeka jeszcze Dżeko? 

Oczywiście nie wszystkim wyszło to łączenie tak idealnie. Znów odwołując się do podstaw z każdej tabeli - Liverpool stracił aż pięćdziesiąt goli w tym sezonie, prawie dwa razy więcej od Chelsea, a popisy defensorów Rodgersa podsumował dziś Martin Skrtel. Jednak i w tym wypadku widzimy proste odpowiedzi na pytania nurtujące kibiców przez cały sezon. Tak, Liverpoolowi trzeba lepszych obrońców, gdy dwa czyste konta wpłynęłyby na ich losy - weźcie doświadczonego stopera, który poustawiałby zespół przy 3-0 (ba, nawet przy 3-1!) z Crystal Palace lub nie zanotował takich wpadek jak Kolo Toure z WBA czy Aston Villą.

Oczywiście możecie zapytać, czy ten defensywny styl Chelsea by się przez posiadanie i wyłączną grę takim snajperem nie zmienił zbyt znacząco? Najlepszą odpowiedzią jest Manchester City - według Michała Okońskiego synteza tezy Mourinho i antytezy Rodgersa. Zespół, który pomimo oczywistych wad obrońców (braku szybkości i zwrotności - czyli podobnych do tych u Cahilla czy Terry'ego) potrafił zrównoważyć posiadanie tak wielu świetnych ofensywnych piłkarzy z pamięcią o defensywie. 

Też pamiętajmy, że Chelsea wciąż grałaby inaczej niż City, ale to już wikłanie się w coś więcej jak tylko proste statystyki.

Może też nastrój końca sezonu - z wielu względów bardziej depresyjny niż radosny - nie sprzyja wyciąganiu pozytywnych wniosków z tabeli ligowej, ale Chelsea dziś bliżej do Arsenalu niż Manchesteru City czy Liverpoolu. Ich jedyny napastnik też strzelił ledwie szesnaście goli (trójka "The Blues" niewiele więcej), brakowało mu rywalizacji czy nawet wartościowego zastępcy. Główna siłą tych drużyn również byli zawodnicy wybitni technicznie, ale atakujący raczej ze skrzydeł czy głębi pola. 

Pewnie też to porównanie najmniej pasuje samemu Mourinho, tak chętnie oddzielającego się od Wengera, który przecież może za tydzień zerwać ze specjalizowaniem się w porażkach. W tym sezonie Chelsea Portugalczyka to byli specjaliści od nie tracenia goli, od nie przegrywania - jak sami widzicie granica między "The Blues" a choćby City wcale nie jest taka cienka jak te cztery punkty na to by wskazywały... 

wtorek, 06 maja 2014
Tak łatwo być złośliwym

Tak łatwo być złośliwym, gdy Liverpool w dziesięć minut traci trzy gole na boisku beniaminka, prezentując kompletną nieświadomość sytuacji czy też właśnie pod tą odpowiedzialnością za wynik padając. Nerwowość w ostatnim kwadransie i załamanie po ostatnim gwizdku mówiły tak wiele, ale chyba najlepiej zareagował na konferencji Brendan Rodgers, mówiąc: - Musimy spojrzeć gdzie i co trzeba poprawić i do tego będziemy dążyć. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy mimo wszystko wydaje się, że my te odpowiedzi już znamy. Z całej czołówki ligowej czwórka podstawowych obrońców i bramkarz kosztowała najwięcej właśnie Liverpool, a nie City czy Chelsea. A pomimo rozegrania kilkunastu spotkań mniej od swoich rywali to właśnie Brendan Rodgers w lidze użył najwięcej piłkarzy. 

Tak łatwo być złośliwym, choć tu przecież nie chodzi o pieniądze. Brendanowi Rodgersowi będzie się przypominać wściekłe wyrzuty pod adresem parkującej trzy autobusy Chelsea i słowa o łatwości nauczania bronienia. Jednak w tym wypadku - jak pisałem już dla sport.pl - on po prostu postawił na inną filozofię, która może/mogła przynieść mu mistrzostwo. O ile jego stwierdzenia o chęci ataków i wygrania są zrozumiałe, tak dziwią mnie pretensje innych o to, że nie zareagował defensywnie w ostatnich minutach. A przecież to ten sam dylemat, który miewa np. Pep Guardiola, tak stanowczo odrzucający możliwość zmiany. Pod tym względem to ten sam typ szkoleniowca - gdy inni swoją siłę biorą ze zdolności do natychmiastowych, ale zaplanowanych zmian, u Rodgersa są one też zauważalne, ale wolniejsze. I, co ważniejsze, u Irlandczyka, jak u Hiszpana, króluje dewiza - "prędzej zmienią nas, niż my zmienimy naszą filozofię". 

Tak łatwo być złośliwym, gdy jednak widzi się, że problem Liverpoolu to nie ryzykowna taktyka trenera czy słabo grający defensorzy. To brak równowagi, ale też kwestia siedząca głęboko w głowach piłkarzy. To nie uwaga czy przytyk, ale chyba najlepiej widać to było po Suarezie, który w doliczonym czasie gry wręcz śmiał się po zmarnowanej szansie swojego zespołu, by następnie chować płacz pod koszulką, gdy wynik został potwierdzony ostatnim gwizdkiem sędziego. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież o wyniku nie zadecydowały gole (one, jak mówi taki jeden, są przereklamowane), ale inne momenty kluczowe. Ten sezon miał ich już tak wiele (o czym z kolei pisałem w kontekście wygranej City z Evertonem), ale niekoniecznie musimy mówić tylko o trafieniach. Przecież w sobotę Joe Hart świetną paradą w końcówce uratował zwycięstwo swojego zespołu, a wczoraj to Speroni kilka razy ratował Palace przed podwyższeniem przez Liverpoolem wyniku i później w utrzymaniu remisu. Jeszcze ta sytuacja Joe Ledleya, gdy uderzał między nogami niepewnie broniącego Skrtela po jednej z kolejnych kontr gospodarzy...

Tak łatwo być złośliwym, choć gdzieś w głowie krąży przeczucie, że to nie może być koniec. Jeszcze grają, jeszcze mają wbrew pozorom niełatwe spotkania i naprawdę wiele może się zmienić. Może nie do takiego stopnia, że to Chelsea nagle okazuje się liderem na koniec rozgrywek czy też wszystkie te zespoły kończą z równym dorobkiem punktowym, ale dramaturgii nie zabraknie. Zwłaszcza w niedzielę, gdy wyniki będą docierać do grających piłkarzy, gdy minuty będą im uciekać, a rywal nagle urwie się z niespodziewaną kontrą... To nie koniec.

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież potykają się wszyscy. Uczucie frustracji innego rodzaju towarzyszyło kibicom Chelsea w meczu z Norwich, gdy kolejne akcje były desperacko niemrawe, zbyt czytelne dla mimo wszystko słabego rywala. To są "historie tego sezonu" (zapamiętać - o tym będzie dłużej i w osobnym tekście), stłumione w 90 minutach emocje i uczucia, które towarzyszyły nam przez te dziewięć wyczerpujących miesięcy. Czasem, zamiast śmiać się z Gerrarda czy Suareza, warto zastanowić się jak my to wytrzymujemy?

Tak łatwo być złośliwym, gdy to w gruncie rzeczy powinien być tekst o fenomenie ligi angielskiej i drużyny, która nie miała prawa odrobić w osiem minut trzech goli. Po prostu - oni już swoje zrobili, oni byli na straconej pozycji, oni dawali rywalom tyle miejsca, że jeśli już to kolejne gole powinny padać na korzyść gości, nie gospodarzy. Tymczasem ataki Crystal Palace miały w sobie nie tyle radość czy desperację, ale plan, szybkość, finezję także niespodziewaną jak na dawniej oceniany poziom tego zespołu. Gdy inni murowaliby własną bramkę szukając raczej oszczędzenia sobie upokorzenia ze strony tak silnego w ofensywie zespołu, Crystal Palace przejęło inicjatywę. Bo wierzyli w remis przy 0-3? Może w futbolu nie powinno być takiego pojęcia jak "wiara w wynik", ale powinniśmy mówić po prostu o grze w piłkę, frajdzie i dążeniu do tego, by ludzie na trybunach nie wychodzili załamani.

Tak łatwo być złośliwym w stosunku do częściej milczących lub rzadko podnoszących głos kibiców innych klubów, gdy na Selhurst Park dzieje się coś niesamowitego. Grupa zorganizowanych fanów - tak, czasem sprawiających ochronie problemy - co dwa tygodnie nie tyle tworzy unikalną na Wyspach atmosferę, ale wynosi stadion i kilkadziesiąt tysięcy ludzi w inną rzeczywistość. Ściany często ogłuszającego dźwięku ich śpiewu zamyka trybuny i murawę, tworzy odosobniony klimat i kreuje markę Crystal Palace na równi z rajdami Bolasiego, sztuczkami Ledleya czy interwencjami Jedinaka. Inni naprawdę powinni pójść tą drogą.

czwartek, 01 maja 2014
Koniec pierwszego etapu

Przybity, zrezygnowany, myślami gdzie indziej i unikający długich wywodów - zrzućcie to na chorobę, która kazała mu jechać do Liverpoolu innym środkiem transportu niż reszta zespołu, ale na twarzy Jose Mourinho wymalowany był koniec sezonu. Nie czarując się możliwymi potknięciami Liverpoolu i Manchesteru City, Chelsea pozostały dwa spotkania o potwierdzenie bliskości nowego mistrza, bez przedwczesnego wywieszenia białej flagi.

Rezultat rewanżowego meczu półfinału Ligi Mistrzów był zasłużony - do Lizbony pojedzie zespół lepiej zbudowany, bardziej odpowiedzialny, silniejszy i cierpliwszy w rozegraniu. Jednak nie można uciec od wrażenia, że wydarzenia boiskowe - wyrównujący gol, rzut karny - były tylko dodatkiem, ale i argumentami jasno przemawiającymi na korzyść jednego z dwóch pojedynkujących się szkoleniowców.

Mourinho we wtorek dużo mówił o równowadze, ale to jego drużynie jej brakowało. To Chelsea miała jedno skrzydło zabezpieczone i drugie (lewe, Hazarda) otwarte dla ataków Juanfrana, który zaliczył dwie asysty. Więc pytanie do Portugalczyka jest zasadne - dlaczego tak wiele zaryzykował wiedząc, że komfort rozegrania będzie po stronie rywali, że to oni jak zwykle będą mieli tę równowagę? 

Oczywiście wstawienie Schurrle niekoniecznie rozwiązałoby sytuację, może pozwoliłoby Atletico na stworzenie jeszcze lepszych sytuacji. Jednak kluczem była odpowiedzialność za piłkę - w Chelsea tylko David Luiz (najwięcej kontaktów z futbolówką) i Eden Hazard to potrafili. Drugi środkowy pomocnik, Ramires, miał mniej styczności z piłką niż Gary Cahill czy Ivanović, niewiele więcej od Cole'a, który zszedł w 54. minucie.

O tym mówił w pomeczowym wywiadzie Eden Hazard. Może nie kontrowersyjny, ale niejako wynikający z tego samopoczucia, które najwidoczniej przeniosło się z Mourinho na zespół. - Nie mogę wszystkiego robić sam - narzekał Belg, porównując styl gry do wczorajszego Realu. Tylko problem w tym, że zanim Hazard dostał piłkę to miał już dwóch rywali na plecach. Gdy czterech zawodników gospodarzy w końcu znalazło się na połowie Atletico, przeciwników było już ośmiu. Dodając Williana, który mądrze przenosił akcje i szukał wolnego miejsca między liniami Atletico, Chelsea miała ledwie trzech graczy skorych do dłuższego posiadania. Reszta niech symbolizuje niecierpliwy Torres, który może i grał dobre spotkanie, ale kilka razy po prostu chciał za całą defensywę Simeone zabrać się samemu.

Można lamentować, że Eto'o zaraz po wejściu w głupi sposób sprokurował karnego, ale chyba największym minusem tych zmian było jeszcze pomniejszenie gry piłką. Napastnicy grali blisko siebie, ale w oderwaniu od zespołu. Willian jeszcze szukał kombinacji z Hazardem, lecz po pięciu minutach wszedł Schurrle i skrzydłowych znów doklejono do linii bocznych. Może i to świadczy o tym, że Mourinho nie ufa swoim piłkarzom, albo chce od nich czegoś innego - jednak ta bezpośrednia, coraz częściej powtarzana taktyka jest po prostu mało charakterystyczna dla Portugalczyka by sądzić, że za tym kryje się coś większego, coś przyszłościowego.

I tu może optymistyczna nuta - zawsze jest kolejny sezon. Może w nim nie będzie potrzeby wystawiania dwóch bocznych obrońców na jednej stronie, może w środku pola królować będzie Matić zamiast mierżącego Ramiresa. Może także do ataku dostanie on napastnika inteligentnego, a nie sprytnego (Eto'o), szybkiego (Torres) czy takiego ze względnym fartem (Ba). 

Wszyscy wiemy jaką Chelsea Mourinho buduje - w idealnych warunkach to będzie bardziej odpowiedzialny za piłkę zespół, ale nadal bazujący na organizacji defensywy i szybkości, wymienności podań oraz pozycji w ofensywie. Nie ma sensu go w obliczu tej porażki usprawiedliwiać czy tłumaczyć - można albo zrozumieć, albo kontynuować dziwaczną krucjatę antyfutbolową wymierzoną w nie tę osobę co trzeba. 

Dzisiaj głowy są zwieszone, ale poczucie rozczarowania powinno być względne. Może to i lepiej, że nie było sukcesu ponad stan tej drużyny, że Atletico Simeone, w miarę oddające charakterystykę piłkarską Mourinho, pokazało jaki powinien był kolejny krok w tej ewolucji. Przecież od początku sezonu Portugalczyk zapewniał, że ważniejszy będzie właśnie ten drugi i z niego zostanie rozliczony znacznie bardziej surowo.


PS. Dzisiaj gościłem w studiu Ligi Mistrzów Michała Pola, redaktora naczelnego Przeglądu Sportowego - jeśli nie oglądaliście na żywo, jutro od rana materiały powinny być dostępne pod adresem: eurosport.onet.pl i na www.przegladsportowy.pl

środa, 30 kwietnia 2014
Krytykujcie Guardiolę, nie Mourinho

Zawsze można było spodziewać się tego, że Mourinho zaatakuje swoich krytyków, spróbuje odpowiedzieć na litanię zarzutów, która pojawiła się w ostatnich tygodniach. Jutro jedna z gazet przedstawi go jako wściekłego gościa, który z miną wariata zwraca się do przeciwników: "Wszyscy jesteście głupi!"

Niepotrzebnie? Wręcz przeciwnie. Przecież podobnie bronił ostatnich meczów Chelsea i jej stylu Diego Simeone, a więc niejako ofiara tej ultra defensywnej taktyki. Jak to barwnie ujął Mourinho: "mają w składzie Cecha i Drogbę nie starasz się wymieniać wyłącznie krótkich podań". To co miał Portugalczyk na myśli to fakt, że trzeba dostosowywać styl gry drużyny do jej... stanu posiadania. Banalna prawda?

Wspomniana litania zarzutów do Mourinho nie zaczyna się i nie kończy na "dwóch autobusach" o których mówił wściekły Brendan Rodgers, ale przede wszystkim dotyczy potencjału Chelsea. To już w mniejszym stopniu spojrzenie na mecz z Liverpoolem, gdzie w rezerwowym składzie i wyjątkowym zestawieniu "The Blues" ograniczyli się do blokowania przestrzeni, którą wcześniej inni chętnie "The Reds" (a zwłaszcza Suarezowi) udostępniali. Jednak wcześniejsze zarzuty, głównie dotyczące spotkania w Madrycie, skupiały się wokół wykorzystania talentu dostępnych mu piłkarzy. 

Nazwijmy to generalnie teorią "przemiany Ferrari w Opla", która to została chętnie podchwycona przez publikę niechętną Mourinho. Opiera się ona na twierdzeniu, że otrzymanych i nawet tych zakupionych piłkarzy Portugalczyk spaczył - stłamsił ich talent, by nauczyć antyfutbolu, "wykopywanki", strącić do dziewiętnastego wieku (co jest oczywiście błędnym odniesieniem). Nie potrafi on wykorzystać potencjału ludzkiego, ale jak najbardziej udaje mu się przekabacić zawodników pokroju Hazarda czy Williana do niewdzięcznej pracy w defensywie, gdy wszyscy wiedzą o cudach, jakie ci potrafią wyczyniać z piłką. 

Pewnie jako ideał tego wykorzystania teraz (skądinąd słusznie) wskaże się na Carlo Ancelottiego, który przecież Mourinho zastąpił w Madrycie. Już w pierwszym sezonie może osiągnąć więcej od Portugalczyka, może go przebić dzięki uwolnieniu mocy Bale'a, Benzemy i podtrzymaniu tej Cristiano Ronaldo. Dodatkowo czyniąc to wszystko w pokoju, spokoju i względnej ciszy, tylko od czasu do czasu przerywając ją pojedynczymi wybrykami, ale i tak nie skandalami.

Jednak i w tym przykładzie, i w kontekście tego co w Chelsea czyni Mourinho, należy kilka rzeczy zaznaczyć. Real bazuje na pracy, którą w ciągu trzech lat wykonał Portugalczyk (kontry, powrót do obrony, agresywność), choć nie wolno kwestionować wielu trafnych decyzji jego włoskiego następcy, rozwoju "Królewskich" pod czujnym okiem Ancelottiego. Z kolei Mourinho za każdym razem potrafił przekonać piłkarzy wielkiego kalibru do defensywnej pracy, wskazać im obszar do możliwego rozwoju dla dobra zespołu, a dopiero w dalszej kolejności ich własnych karier. Nie grali przeciwko niemu, teraz Hazard współpracę raczej sobie chwali, ma najlepszy sezon w Anglii, nie wygląda na stłumionego. Willian z kolei świetnie się odnalazł w nowej rzeczywistości, jest kluczowym piłkarzem, którego znaczenie urosło do wielkiej rangi w Chelsea Mourinho. Można nawet kłócić się, że w kwestii Lukaku w jakimś sensie postępowanie poszło w stronę jego rozwoju w Evertonie, a nie ledwie walki o miejsce w składzie w Londynie.

Jest jednak i kolejny aspekt tej pogadanki o wykorzystywaniu potencjału ludzkiego - a w zasadzie kontekst, który dała nam porażka Bayernu Monachium w półfinale Ligi Mistrzów z (mimo wszystko) defensywnym, reaktywnym Realem Madryt. Spektakularne zwycięstwo "Królewskich" bazowało na postawieniu zasieków w obrębie pola karnego, zmuszeniu do ataków bocznymi strefami i zamknięciu wszelkiej przestrzeni na możliwe prostopadłe podania. Wszystko, co zdarzyło się później wynikało z klasy piłkarzy i umiejętności Ancelottiego w wykorzystaniu ich "szybkości oraz techniki". Tak, to słowa włoskiego szkoleniowca.

porównanie

Lecz spójrzmy na Bayern, Guardiolę i "tiki-takę". Czy w dzisiejszym meczu - a nawet w kontekście dwóch spotkań, czy nawet ostatnich tygodni mistrzów Niemiec - nie dostrzegacie tego, że w zespół, który ten barceloński styl gry zniszczył, starano się wpoić coś co do nich niekoniecznie pasuje? Innymi słowy, czy przypadkiem Guardiola źle wykorzystał dostępny mu potencjał ludzki?

Brzmi absurdalnie, bo krytyka w kontekście rekordowo szybko zdobytego mistrzostwa wygląda dziwnie, ale w Niemczech z Bayernem nikt nie miał prawa się równać pod każdym piłkarsko-pieniężnym względem. To odmienna sytuacja do nieco większej rywalizacji w Hiszpanii czy dużo bardziej skomplikowanej sytuacji w Anglii. W Bundeslidze Bayern miał wydeptaną ścieżkę, testem dla monachijskiej adaptacji filozofii Guardioli miała być Europa. 

Zachwiał nią Manchester City, problemy sprawił Arsenal, a nawet kryzysowy jak nigdy Manchester United - każdy zespół na swój sposób tłumiąc potencjał Bayernu. Czy może tłumiła go tiki-taka? We wtorek, ale i w środę widzieliśmy najsłabszego Ribery'ego od miesięcy, który w weekend w lidze błyszczał jak zawsze. Z kolei Toni Kroos nie przypominał nowoczesnego rozgrywania, gubiąc się wielokrotnie przy szukaniu bardziej skomplikowanych zagrań. Brakowało nawet słynnych "niewidzialnych" rajdów Mullera, boczni obrońcy byli do bólu przewidywalni, Mandżukić był jakby wyjęty z innej rzeczywistości, a nawet Schweinsteiger nie wyglądał w tym systemie, w tej filozofii na lidera jakiego bali się wszyscy przed rokiem.

Czy więc największe testy w sezonie Bayernu nie pokazały, że upór Guardioli w trzymaniu się tiki-taki tłamsi posiadane indywidualności? Albo pozwala rywalom na łatwiejsze radzenie sobie z ich wadami, bo są one bardziej wyeksponowane zarówno indywidualnie, jak i drużynowo? Czy to nie jemu należy się krytyka, która w niespotykanej dotąd skali spadła na Mourinho? Bo, po prawdzie, Mourinho jest znacznie bardziej uniwersalnym szkoleniowcem niż Guardiola, który rotuje nie tylko ustawieniami, ale i filozofią (od posiadania piłki do ultra defensywy), gdy Hiszpan trzyma się jednego kursu rotując personaliami i ich pozycjami na boisku.

Są oczywiście kolejne przykłady braku umiejętności wykorzystania potencjału jakim dysponują trenerzy największych klubów. Bodajże najlepszymi przykładami korzystania z zasobów są Diego Simeone, Brendan Rodgers, Giampiero Ventura i nieustannie Jurgen Klopp. Na przeciwnym biegunie wielu ustawi Gerardo Martino, Davida Moyesa, Tima Sherwooda (?) czy nawet Laurenta Blanca. Rośnie liczba kibiców i ekspertów, która pierwotnie dodanego do pierwszej grupy Guardiolę teraz wolałaby przenieść do tej drugiej...

Czy więc o wszystkim nie powinny decydować wyniki? Mourinho (szczęśliwie) ugrał trzy punkty na Anfield Road, ale wcześniej zmieniać styl zespołu radził sobie z bardzo silnym indywidualnie PSG, a wcześniej nieprzewidywalnym Galatasaray. Jeśli przejdzie przez Atletico to będzie znaczyło, że Portugalczyk znalazł kolejną broń - jeśli nie, to powinno i tak oszczędzić mu krytyki, bo przecież Simeone niedaleko do jego rywala. On w Madrycie też podporządkował świetnych piłkarzy defensywnej taktyce z korzyścią dla ich indywidualnych rekordów. 

To nie jest uderzenie w Guardiolę, to nie próba obrony Mourinho - raczej ukazanie hipokryzji uknutej na kolanie teorii. Hipokryzji tych, którzy wybierają jeden, konkretny styl, odrzucając inne możliwości, wskazując i definiując "piękno", "dobro", "priorytet". Tymczasem kolejne lekcje udzielane nam w Lidze Mistrzów pokazują, jak wielce istotna jest uniwersalność drużyn i menedżerów - widzimy to w spektakularnych zwycięstwach oraz niespodziewanych porażkach. Piłkarski świat już zmierza w tym kierunku, poniekąd szkoda, że niektórzy z własnej woli chcą oglądać jego plecy.

02:02, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Zło, CV i defensywa

Nic tak nie zdradziło intencji i ambicji Jose Mourinho jak jego reakcje w końcówce spotkania. Z klubu dostał konkretną wskazówkę - "Wybierz skład, który wygra mecz" - ale skali tego wyzwania nie wyznaczyli mu dyrektorzy czy sam Abramowicz. To raczej Portugalczyk, stawiając się w opozycji do (ponoć utrudniającej mu pracę) ligi czy sędziów, ale nawet ignorując tabelę rozgrywek, pokazał jak bardzo mu zależało na wygraniu na Anfield Road.

Wczytując się w wyrywkowo cytowane wypowiedzi pomeczowe Brendana Rodgersa dowiedzielibyście się, że podwójny autobus zaparkowany na polu karnym gości nie pozwolił "moralnym zwycięzcom" (to już terminologia uknuta przez kibiców) na podkreślenie ich futbolowej jakości. Popis defensywnej taktyki - według Irlandczyka najprostszej do wyuczenia - okazał się jednak tak skuteczny, że zdusił najlepszy atak w lidze. W pierwszej połowie nie było strzału celnego Liverpoolu, również po przerwie Chelsea przetrwała nawałnicę.

Zło triumfuje? Wielu tak sądzi. Mourinho to ten, który - jak słusznie ujął to Jonathan Wilson - wyniósł do rangi głównego tematu w piłkarskim światku sprawy wątpliwej wagi (karny dla Sunderlandu, ale też rotacja składem). Mourinho to ten, któremu futbol defensywny nie przystoi (pytanie retoryczne - czy to dlatego, że do tej pory był znany z bardzo ofensywnego?). Mourinho to ten, który (mocno przerysowując skądinąd ciekawe porównanie Rafała Steca do "Batmanowego" Heatha Ledgera) "podpala" ten piłkarski świat wyłącznie dla satysfakcji z patrzenia jak on później płonie.

Rozróżnienie futbolowego dobra i zła - następujące po raz kolejny, wybiórcze, trochę już nudne i raczej podkreślające pewnego rodzaju nieświadomą (?) ignorancję taką terminologią operujących - niejako podchwycił Brendan Rodgers, który od pragmatycznego podejścia Mourinho stanowczo się odciął. - Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie - powiedział Irlandczyk, gdy dziennikarze spytali o możliwość zastosowania podobnej taktyki.

Chociaż rozczarowany porażką i pewnie szukający sposobów na odwrócenie uwagi od kilku słabszych występów swoich piłkarzy (pamiętajcie od kogo się tego uczył!), Rodgers powinien być ostrożniejszy w takich stwierdzeniach. Jego Liverpool jest oczywiście drużyną najlepiej i najbardziej płynnie atakującą, ale też zmieniającą formację (choćby dzisiaj, z 4-3-3 na 4-4-2 z diamentem), ale na początku sezonu właśnie "The Reds" imponowali świetnie zorganizowaną defensywą, bronią szybko objętego prowadzenia. Zresztą Irlandczyka powinna hamować także... wizja gry w Lidze Mistrzów. Tam Liverpool zmierzy się z lepszymi zespołami niż oni sami, niż City czy Chelsea i raczej będzie musiało liczyć się z przyjęciem innego nastawienia. Może więc warto zrzucić tę wypowiedź na fakt, że Rodgers takiego doświadczenia jeszcze nie ma?

Oczywiście chęć gry jednym, ofensywnym, "proaktywnym" stylem jest godna pochwały niezależnie od sympatii klubowych, a momentami futbol Liverpoolu naprawdę zapierał dech w piersiach. Oczywiście Brendan Rodgers wie, że na powstrzymanie tych wszystkich ostrzy Mourinho mógł mieć tylko jeden sposób - tak jak to miało miejsce przeciwko Manchesterowi City i Atletico Madryt. Oczywiście przygotowywał na to swój zespół, ale z każdą minutą coraz bardziej stawało się oczywiste, że nic nowego w Liverpoolu się nie zdarzy.

To wyglądało tak jakby właśnie na te boiskowe frustracje, doprawione marnowaniem czasu, Rodgers nie przygotował swoich piłkarzy. Ten plan Mourinho - mów o wystawieniu rezerw, zrzuć presję wyniku na rywala - sprawdził się więc na równi z planem stricte meczowym. Można się spierać, czy Rodgers ma rację o łatwości wdrożenia systemu defensywnego, ale czym innym są godziny treningów, a czym innym utrzymanie koncentracji oraz dyscypliny na maksymalnym poziomie przez bardzo intensywne dziewięćdziesiąt minut - zwłaszcza z debiutantem na środku obrony. Menedżer Liverpoolu może mieć inne zdanie, ale napięty terminarz, własne niedoskonałości oraz problemy, presja, stawka i klasa rywala wymuszają pragmatyzm. 

Tego meczu i rezultatu nie można określić mianem "lekcji", chociaż "przygrywka" do nieznanych ostatnio na Anfield Road problemów brzmi już konkretniej. Możliwe też, że - niejako powtarzając jeden z wniosków - Rodgers szybko wnioski wyciągnął, sprawnie odwracając uwagę mediów od słabej czy przeciętnej dyspozycji kilku liderów. W obecnej sytuacji "The Reds" wydaje się to normalne, bo chociaż Manchester City jest o trzy zwycięstwa od tytułu, Liverpool może liczyć na pomoc Evertonu w najbliższą sobotę. Terminarz i dotychczasowe wydarzenia sugerują, że w Anglii powinno się jeszcze wiele wydarzyć.

Jeszcze do potwierdzenia w środę w Londynie, ale ostatnie dwa spotkania sugerują, że na tę końcówkę sezonu Mourinho i Chelsea są lepiej przygotowani pod kątem rywalizacji z zespołami po prostu groźniejszymi. Tyleż zdenerwowania kosztują Mourinho pojedynki na szczycie, co też frustracje przeżywane w starciach ze słabszymi rywalami, gdy braki są łatwiej uwydatniane. Skoro udawało się to Crystal Palace, Stoke czy Sunderlandowi, gdy to Chelsea dominowała, to jak Mourinho miał wierzyć, że ta misja się powiedzie?

Mourinho nadal najmocniej jak tylko może przekonuje, że Chelsea nie ma już szans na mistrzostwo - co więcej, publicznie zadeklarował celowanie w Ligę Mistrzów. Dla niego to właśnie w Europie będzie miał argumenty po swojej stronie i na swoich warunkach, nawet jeśli dokonując tego bez posiadania piłki. Ten zły zwycięża, bo wie jak zwyciężać i co trzeba dla zwycięstwa zrobić. W jego świecie granice są zamazane lub przesunięte ponad normy powszechnie akceptowane, ale - znów odnosząc się do pomeczowych słów Brendana Rodgersa - przy każdym trudnym pytaniu czy kwestii spornej on swoim krytykom wymachuje przed ich oczami listą własnych osiągnięć. Na samym końcu spotkania na Anfield Road dało się wyczuć, że na potrzebą krytykujących i wątpiących Portugalczyk najchętniej pokazałby właśnie swoje CV do kamery.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90




Keep The Blue Flag Flying High

Wypromuj również swoją stronę