środa, 20 sierpnia 2014
Fabregasów dwóch, czyli inna Chelsea

Proste to i oczywiste - po pierwszym meczu Chelsea w nowym sezonie ligowym, wszyscy zachwycają się Ceskiem Fabregasem. Hiszpan grał świetnie, zaliczył piękną asystę i już można przeczytać, że jego transfer pozwolił Mourinho zrewolucjonizować styl gry na bardziej atrakcyjny.

Spokojnie, to przecież było tylko dwadzieścia kilka minut dobrego, a nawet bardzo dobrego grania, ofensywnego futbolu na najwyższym poziomie płynności wymiany podań. Niektórym te 25 podań poprzedzających gola Schuerrlego uderzyło do głowy. Do tego stopnia, że jeden z Twitterowiczów po poniedziałkowym meczu ironicznie pytał, czy Chelsea już można przyznać tytuł mistrzowski.

Jednak ja nie chcę tych hurraoptymistycznych nastrojów ani tonować - kto rozsądny ten wie, jak wiele trudnych wyzwań jeszcze czeka Chelsea - ale zwrócić uwagę na bohatera nie tyle drugiego, co nawet trzeciego planu. Fabregas wyrósł w poniedziałek na bohatera, za nim wymieniano Schuerrle, Hazarda, Diego Costę, Maticia, Ivanovicia, Courtois... Dlaczego więc występ Oscara przeszedł niezauważony?

W głowach wielu po tym meczu pozostanie głównie drugi gol, piękna akcja całego zespołu i kombinacja podań z tym ostatnim, najlepszym Fabregasa. Mi dużo bardziej imponowały momenty w środku pola, gdy Matić, Hiszpan i Oscar łapali rytm wymiany podań na jeden kontakt, tworząc różne kombinacje w trójkątach, ciągle ruszając się, utrzymując nawet dwóch rywali bezradnie patrzących i starających się nadążyć za ich "klepką". To był jeden z tych aspektów gry Chelsea, którego w poprzednich sezonach próżno było szukać na boisku.

Bez Oscara byłoby to niemożliwe, ale by to zrozumieć trzeba do kwestii jego obecności i wkładu w grę zespołu podejść metodycznie - spojrzeć na charakterystykę jego i Fabregasa oraz ustawienie w jakim ma grać Chelsea.

Latem, dyskutując o transferze Fabregasa do Chelsea, Mourinho mówił o tym, ile Hiszpan może dać drużynie. - To bardzo uniwersalny pomocnik - tłumaczył Portugalczyk - Może grać jako "dziesiątka", ale też niżej, chociaż nie jest ani "szóstką", ani "ósemką" - dodał. W skrócie, by rozstrzygnąć te taktyczne zawiłości - Fabregas w ustawieniu z trójką zawodników w środku pola może spełniać każdą rolę, jednak najlepiej wypada, gdy ma więcej swobody w interpretacji swojej roli. Jeszcze lepiej, gdy ktoś mu w tym pomaga. 

Oscar jest równie uniwersalnym pomocnikiem. Pamiętamy, że początkowo w Chelsea był "dziesiątką", później grał jako skrzydłowy, by po powrocie Mourinho wrócić na pozycję za napastnikiem. Jednak i on nie jest piłkarzem typowym dla tej roli - jest bardziej zdyscyplinowany taktycznie, mniej błyskotliwym w rozegraniu piłki pod samą bramką rywala, ale znacznie lepiej radzącym sobie w głębi pola, dodatkowo świetny w odbiorze i pressingu. Regularni czytelnicy tego bloga przypomną sobie wielokrotnie apele do kolejnych szkoleniowców - w tym Mourinho - by spróbować ustawienia z Brazylijczykiem grającym bliżej defensywnego pomocnika niż napastnika. W meczu z Burnley wreszcie to zobaczyliśmy.

Tu należy przejść do rozmowy o ustawieniu Chelsea. Wyjściowym było 4-2-3-1, jednak okazało się ono czysto teoretyczne. Mourinho, chociaż tak mocno stawiający na dyscyplinę pozycyjną swoich piłkarzy, dostrzegł możliwości jakie oferują uniwersalne możliwości Fabregasa i Oscara - w wielu aspektach całkiem podobne. Można więc mówić o hybrydzie dwóch systemów, tego nominalnego oraz 4-3-3. 

Dlaczego ta rotacja pozycji między Fabregasem i Oscarem jest kluczowa? Przede wszystkim środkowi pomocnicy rywala nie wiedzą kogo pilnować - w poniedziałek wielokrotnie w pierwszej połowie zdarzało się, że Brazylijczyk "wyciągał" Jonesa lub Marneya, pozwalając tym samym Hiszpanowi znaleźć się bezpośrednio przed linią obrony Burnley. To praca trudna do zauważenia w trakcie gry, ale dobrze przedstawiona na obrazku stworzonym przez zespół "StatsBomb", które śledziło pozycje wszystkich zawodników w meczu. Zwróćcie uwagę głównie na tych dwóch pomocników Chelsea.

StatsBomb

Już wspomniałem, że Oscar nie jest graczem spektakularnym - a przynajmniej nie do momentu, gdy zaczyna strzelanie goli - nie gra jak typowa brazylijska "dziesiątka". On, zamiast dryblingów i pojedynków indywidualnych, znacznie lepiej czuje się w wymianach podań na jeden kontakt. Niech pokażą to statystyki - w meczu z Burnley miał 77 kontaktów z piłką i aż 67 podań. Najrzadziej z drużyny "holował" futbolówkę, znacznie częściej tempo akcji przyspieszając, pozwalając kolegom (Fabregasowi!) na zdobywanie terenu na połowie przeciwnika. 

Gra na jeden kontakt to olbrzymi postęp w porównaniu do wolnej i przewidywalnej gry środkowych pomocników z poprzedniego sezonu. Mikel gra zbyt głęboko, Ramires indywidualnie (i często nieskutecznie...) wprowadza piłkę na połowę rywala, Lampard znacznie lepiej rozgrywał wszerz, zmieniając stronę akcji niż dyktując tempo atakom Chelsea, a David Luiz pokazywał się jako pomocnik szukający (bardziej ryzykownych) średnich lub długich podań na wolne pole. 

Nie było płynności, bo brakowało piłkarzy do takiej gry - jednak w wypadku Fabregasa równie istotne, co jego umiejętności jest towarzystwo z którym gra na boisku. Mówiąc o współpracy Hiszpana w środku pola może więc warto zwrócić się w stronę nie Maticia, a właśnie Oscara.

sobota, 16 sierpnia 2014
Mecz jakiego United potrzebowali

Nie pomogła zmiana ustawienia, nic nie dały zwycięskie sparingi m.in. z Liverpoolem czy Realem Madryt. W debiutanckim spotkaniu Louisa van Gaala w Premier League Manchester United był tak przeciętny, jak w zeszłym sezonie.

Wtedy nie oszczędzano Davida Moyesa, kpiąc z jego usprawiedliwień, taktyki i decyzji personalnych. Jednak drugą "ofiarą" żartów był jeden z jego zwierzchników, Ed Woodward. W pewnym momencie zeszłorocznego tournee po Azji szumnie ogłoszono, że "opuścił zgrupowanie drużyny w celu dokończenia transferów United" - z racji braku efektów niektórzy śmieją się, że nie wrócił do tej pory. Teraz to jego pomocy najbardziej potrzebuje van Gaal - a raczej nie tyle pomocy, co konkretnych działań. Już przed dzisiejszym meczem, porównując defensywy Manchesteru i Swansea, można było stwierdzić, że pewniejszą obronę mają goście. Pokazało to także spotkanie, bo przecież podopieczni Garry'ego Monka sklecili ledwie trzy groźne ataki, które wystarczyły do zwycięstwa.

Błędem byłoby winienie młodego Blacketta czy po prostu zbyt słabego na ambicje klubu Chrisa Smallinga, choć to oni w drugiej połowie byli dwójką stoperów i mieli wydatny "udział" w rozstrzygającym wynik golu. Niepokojących sygnałów nie brakowało na całym boisku - Wayne Rooney groźny był tylko przy stałych fragmentach gry, a sprowadzony zimą za czterdzieści milionów Juan Mata celnie podawał tylko do tyłu i na boki. W środku pola Fletcher czy Herrera nie panowali nad sytuacją ani przez chwilę. Dodatkowo, taktyka 3-5-2 Louisa van Gaala, którą latem przeniósł z reprezentacji Holandii na Manchester United okazała się tak nieefektywna, że już w przerwie menedżer dokonał korekty. Jednak powrót do 4-4-2 nie rozwiązał żadnego problemu gospodarzy, ich ataki były jeszcze bardziej przewidywalne.

Możliwe, że takiego meczu Manchester United potrzebował. Ta bezradność zmieniającego ustawienie i szukającego innych rozwiązań personalnych van Gaala (na ławce miał tylko Fellainiego i Naniego...) podkreśli słowa szkoleniowca. On już od kilku tygodni tonował entuzjastyczne nastroje po sparingowych zwycięstwach, mówiąc, że nie dysponuje składem na miarę najlepszych w lidze. Powrót dziewięciu kontuzjowanych piłkarzy na pewno zmieni i oblicze, i wyniki United, ale czy do takiego stopnia, by nadzieje o Lidze Mistrzów się urzeczywistniły?

Wydaje się, że van Gaal zna odpowiedź na to pytanie. O ile transfery, zwłaszcza na taką skalę, jakiej naprawa Manchesteru United wymaga, nie są nigdy rozwiązaniem, to należy spytać, jak długo jeszcze na Old Trafford będą sobie pozwalać, by przeciętność i słabość charakteru niemałej części składu była akceptowana. Zresztą van Gaal już swoje rozczarowanie aktywnością transferował deklarował - jeśli odpowiadający za to Woodward zawiedzie tego lata, najważniejsza dla przyszłości klubu może okazać się nie zmiana taktyki, ale jednego z dyrektorów.Holender u ścisłych władz klubu powinien mieć większą siłę przebicia, niż jego poprzednik. W bajki o potrzebie "czasu" a nie "wzmocnień" już zdaje się, że nikt nie wierzy. Oprócz Eda Woodwarda?

United póki co jedynie prosperują, jak czołowy klub, podpisując coraz to kolejne umowy o "sponsoring na wyłączność", od opon po napoje gazowane znane wyłącznie w Azji. Od lat słychać, że pieniędzy na wzmocnienia nie brakuje, lecz sama taktyka Manchesteru wydaje się błędna - Woodward szuka wyłącznie "wielkiego" transferu, zamiast robić to, co od lat przychodziło im z większą łatwością. Szukać piłkarzy do oszlifowania, ukształtowania wedle planu szkoleniowca. Tymczasem ich wyścig z najlepszymi daje póki co kompromitujące efekty - Fabregas i Vermaelen to najbardziej bolesne porażki tego okienka United. Czy Woodward pozwoli sobie na kolejne? Czy van Gaal wytrzyma te i przyszłe niepowodzenia? Na poprawę wyników jeszcze jest czas - na podniesienie jakości drużyny Manchesterowi United zostały ledwie dwa tygodnie... Będzie bardziej nerwowo, niż przeciwko Swansea?

piątek, 15 sierpnia 2014
Ten moment, ten czas - wraca Premier League

Za dwadzieścia cztery godziny będziemy znali już wynik pierwszego meczu nowego sezonu Premier League. Za nami będzie dosyć bolesny okres przygotowawczy - bolesny, bo złożony z wielu nudnych, mało istotnych sparingów, a jeszcze większej ilości spekulacji. Zwłaszcza ostatni tydzień przed ligą może wywołać migrenę, bo przecież wtedy czytacie wszystkie zapowiedzi, pojawia się wiele sprzecznych głosów i opinii, każdy ma coś do powiedzenia (częściej - wykrzyczenia), wszyscy nie zgadzamy się ze sobą, a argumentów przecież trenerzy, piłkarze czy kluby dostarczyły niewielu. Jest więcej interpretowania podobnych argumentów, a mniej faktycznego ich używania - do pierwszego kopnięcia piłki oczywiście. 

To niekoniecznie źle, bo kibic potrafi dostrzec sens w wypowiedziach, nawet jeśli ma inną opinię. Kwestia tego jak operuje się argumentami, jak tłumaczy dane aspekty i w jaki sposób przedstawia się dany zespół na nowy sezon. To zadanie niełatwe, ale wymagające dodatkowych zdolności, zwłaszcza do prowadzenia narracji, wyróżnienia aspektów ważniejszych nad te mniej istotne.

liga wraca

Wierzę, że ekipie serwisu KrotkaPilka.pl to właśnie się udało. Podobnie jak rok temu złożyliśmy kompedium wiedzy przed nadchodzącym sezonem Premier League, wzbogacone ilustracjami... mojej siostry. Chociaż o futbolu nie ma zielonego pojęcia, to świetnie potrafi piłkarzy narysować. 

Dlaczego warto ściągnąć tego PDFa i poświęcić mu godzinę? Zanim przejdziemy do zapowiedzi klubowych, chciałbym poświęcić chwilę innym tekstom. Michał Okoński żegna się z Howardem Webbem i jego na pewno nietuzinkową karierą sędziowską, a Robert Błaszczak świetnie pisze o niezapomnianym Bobby'm Robsonie oraz jego wpływie na angielski futbol. Angielski, czyli także Mourinho... Warto rzucić okiem na interesujące spojrzenie Marcina Serockiego na rywalizację Hiszpanii oraz Anglii, by także poczytać teksty Wojciecha Falenty: o zarządzaniu w Premier League, o taktyce w nadchodzącym sezonie oraz tym, jak fajnym klubem jest Burnley. On wie najlepiej, bo pracuje tam codziennie i widzi jak profesjonalny klub działa.

Ja chciałem Wam opowiedzieć o najważniejszej... kolacji nadchodzącego sezonu - przy niej jest również najlepsza (moim zdaniem!) ilustracja całego wydania. Patrzcie Mourinho i Wengerowi na ręce!

Zapowiedzi miały być nietuzinkowe - zwłaszcza, że w tego rodzaju wydaniach to zwykle one są najmniej ciekawe. Nie znajdziecie tam składów, ani zestawień taktycznych, ale nasze opinie - główną częścią jest tekst poświęcony klubowi, jego sytuacji, trenerowi, prezesowi albo piłkarzom. Nie staraliśmy się opowiedzieć Wam o tym, co zdarzyło się latem, ale chcieliśmy wskazać na naszym zdaniem interesującą historię, od Arsenalu po West Ham. Lżejsze podsumowanie znajdziecie na drugiej stronie, dokładnie w kilku... ćwierknięciach, czyli wypowiedziach o maksymalnie 140 znakach. Wierzymy, że taka forma będzie uznana przez Was za atrakcyjną.

Możecie najnowsze wydanie pobrać TUTAJ, zachęcam Was do tego gorąco, a i obiecuję, że na blogu będę już coraz częściej i to nie tylko linkując do innych tekstów, choćby pojawiających się na sport.pl. 

Niech oni już kopną piłkę! 

piątek, 01 sierpnia 2014
Wybraliście - gramy w ligę... U7.1!

No to wybraliście. Dziękuję za każdy z 366 głosów oddanych w ankiecie, to znak, że Wam zależy i chcecie się bawić alternatywnie w Fantasy. Wiem, że było wiele różnych propozycji, ale ja narzucać nie zamierzałem, wybór był... demokratyczny. Zresztą zobaczcie sami:

Jak gramy

A więc gramy zawodnikami kosztującymi siedem milionów i mniej! Myślę, że to bardzo fajna formuła. Jak tworzyłem swój skład, to zauważyłem naprawdę wielu świetnych piłkarzy w tej cenie i można stworzyć bardzo mocny zespół. Mój skład to: Tim Howard, Hugo Lloris - Leighton Baines, John Terry, Branislav Ivanović, Filipe Luis, Luke Shaw - Ross Barkley, Alex Oxlade-Chamberlain, Jack Wilshere, Lewis Holtby, Jonjo Shelvey - Bojan Krkić, Danny Welbeck i Emmanuel Riviere. 

Teraz liga - kod do niej to 775133-189467 - i zasady. Kontrolujemy się sami, czyli jeśli ktoś zauważy złamanie zasad, natychmiast wysyła mi skrina na e-mail mzachodny@gmail.com, a ja działam. W poprzednim sezonie sporo usuwałem, teraz powinno być jeszcze łatwiej. Wartość zawodników może się zmieniać, ale nas interesuje tylko moment ich kupna

Dla zwycięzcy U7.1 KTBFFH League oczywiście nagroda. Zapraszam do gry!

PS. Strona to oczywiście fantasy.premierleague.com :-)

środa, 30 lipca 2014
Kwestia Lukaku rozwiązana - tylko na chwilę?

Kiedy wszyscy spodziewają się, że to Fernando Torresa - nie gwarantującego goli na poziomie satysfakcjonującym klub - odejdzie latem, zostanie upchnięty gdzieś pomimo wysokiej pensji, a Didier Drogba będzie swego rodzaju mentorem dla Lukaku i Costy... Belg zostaje sprzedany do Evertonu. Czy Jose Mourinho stracił panowanie nad swoimi decyzjami?

Nie ma wątpliwości, że Lukaku wpasowałby się w Chelsea - pewnie z bólem, pewnie głównie wchodząc z ławki i to na ostatnie minuty, ale jego siłowy styl oraz ruchliwość pod bramką przeciwnika, samolubność to aspekty, których choćby takiemu Torresowi ostatnio brakowało. Biorąc pod uwagę, że Belg zarabiał mniej niż Hiszpan, że jest bardziej perspektywicznym zawodnikiem, że ostatnie sezony miał od niego lepsze, ta decyzja stawia Mourinho w coraz gorszym świetle.

Jest kilka wytłumaczeń tego zamieszania. Po pierwsze - Lukaku był już "wystawiony" na sprzedaż od jakiegoś czasu, gdy jego relacje z Mourinho stały się sprawą publiczną. Tego Portugalczyk wręcz nienawidzi, a sam reagował ostro, przynajmniej w drugiej części sezonu gwarantując sobie spokój. Po drugie - oceniono, że Lukaku nie wejdzie na taki poziom, by rywalizować z Diego Costą. To ryzykowna teoria, bo każdy przeszczep z ligi hiszpańskiej na angielską trzeba traktować z dystansem, przynajmniej do pierwszych efektów. Po trzecie - Mourinho woli w swoim kilkuletnim pobycie w Londynie "ułożyć" kogoś innego, np. Patricka Bamforda, któremu nie szczędzi pochwał, który miał świetny ostatni sezon i teraz również pójdzie na wypożyczenie. Przed rozpoczęciem przygotowań nieśmiało mówiono, że Anglik mógłby nawet zostać w roli "trzeciego" w Londynie, ale ta opcja odpadła tak szybko, jak zaproponowano roczny kontrakt Drogbie.

Drogba jest niejako kluczem w tym wszystkim - podpisanie z nim tak krótkiej umowy świadczy o chęci zabezpieczeniu ten pozycji, ale też budowaniu atmosfery w składzie niż zatruwaniu jej personalnymi wojenkami z Lukaku. Mourinho liczy tylko na żołnierzy wiernych jemu, wrogich agentów usuwa, a Belg już na starcie poprzednich rozgrywek, przed wypożyczeniem do Evertonu, nie był zadowolony ze swojej pozycji w drużynie. Dlaczego niby ta sytuacja miałaby się zmienić, zwłaszcza przy powtarzanych od bodaj stycznia zapowiedziach Portugalczyka, że klub szuka napastnika?

Można jeszcze wspomnieć o podobieństwu Drogby do Lukaku - jednak pierwszemu z nich znacznie bliżej do Costy, który w wieku 25 lat może przyjąć kilka cennych lekcji. Belg jest innego typu piłkarzem, choć oczywiście o podobnych warunkach fizycznych. To było widać w Evertonie, a kto pamięta najlepsze sezony Drogby w Chelsea ten również subtelną różnicę dostrzeże. 

Jednak najważniejsza jest ocena decyzji o ostatecznym pozbyciu się Lukaku. Finansowo Chelsea stratna nie będzie i pewnie na Belgu nigdy nie była, zależnie od tego jaką część gaży wypłacały mu wypożyczające go kluby. Co ze sprawami sportowymi? Mourinho musi wiedzieć, że limit narzekań na napastników i tak mocno nagiął w minionych rozgrywkach - a Lukaku, strzelając gole dla Evertonu, jego retoryce wybitnie nie pomagał. Już w minionych miesiącach trafnymi argumentami zbijano tę teorię, nawet jeśli dorobek bramkowy Ba, Eto'o i Torresa pozostał mierny. To Portugalczykowi zarzucano ich kiepskie wykorzystanie, a nie niską jakość trio snajperów, których miał do dyspozycji. 

Tym razem wymówek być nie może. Podobnie jak w wypadku rywalizacji o najwyższe cele, presja jest skierowana właśnie na Mourinho - już wypomina mu się dwa sezony bez trofeum, już mówi się o niedosycie po pierwszym "powrotnym" sezonie w Anglii. Każde kolejne potknięcie - czy kilku meczowa posucha napastników - będzie wiązała się z dodatkowym problemem na jego głowie. Oczywiście unikanie konferencji czy wypowiedzi jest jakimś tymczasowym rozwiązaniem, lecz ostatecznie od odpowiedzi na pytanie o sprzedaż Belga nie ucieknie. Możecie być przekonani, że w tej sprawie krążyć będą dwie wersje - jedna Lukaku i zupełnie różna Mourinho...

Pierwszy mecz z Evertonem jest dzień przed zamknięciem transferowego okienka. Meczu tak ważnego dla samego siebie Lukaku chyba jeszcze nie grał...

wtorek, 29 lipca 2014
Fantasy 14/15 - jak zagramy?

Przyszedł czas na wybranie opcji gry w Fantasy Premier League na nowy sezon. Daję sobie i Wam czas do końca lipca na wypełnienie niżej podlinkowanej ankiety, a potem podam wyniki. Myślę, że opcje są wyczerpujące i satysfakcjonujące nawet największe marudy. Liga U23 zdała egzamin, ale może przyszedł czas na inną wersję? Zadecydujcie sami, oczywiście nagród nie zabraknie i w tym roku.

ANKIETA

czwartek, 17 lipca 2014
Pressure? What pressure?

"Oj, Ty dobrze wiesz, Jose." ;-)

Wreszcie koniec mundialu. Muszę złapać chwilę oddechu, ale już pierwszy tekst o Mourinho i Chelsea na najbliższy sezon powstał, więc zachęcam do czytania. Jest o nowych transferach, sytuacji kadrowej i testowaniu cierpliwości Abramowicza. A wkrótce wracam do blogowania o Premier League... bo wiecie, pressure!

CZYTAMY

piątek, 13 czerwca 2014
Gasząc wszelkie wątpliwości

Dla Ceska Fabregasa - zawodnika, który teoretycznie właśnie wkroczył na szczytowy etap swojej kariery - los nie był łaskawy. Pomimo wczesnego debiutu i rozkwitu w Premier League, zwycięstw na arenie klubowej i reprezentacyjnej, przypiętej łatki następcy Xaviego, on wciąż ma całkiem sporo do udowodnienia. Choćby del Bosque, że nie powinien grać w roli fałszywego napastnika, ale też Barcelonie, że nie powinna się go pozbywać i również Arsene Wengerowi, że ten powinien był go z powrotem ściągnąć do Londynu.

Jeśli wierzyć źródłom bliskim agentom Jose Mourinho, Fabregas nie był nawet pierwszym wyborem portugalskiego menedżera Chelsea.

A przecież nie powinno tak być. To wciąż jeden z najlepszych pomocników w europejskim (światowym?) futbolu, którego połączenie energii i techniki gwarantuje gole i asysty, szanse oraz kluczowe podania. Od początku sezonu 2006/2007 tylko Wayne Rooney zaliczył w Premier League więcej asyst od Fabregasa - i to pomimo tego, że Hiszpan ostatnie trzy lata spędził w Barcelonie.

Nie ma wątpliwości, że za cenę ponad trzydziestu milionów Euro Chelsea wzięła odpowiednią jakość.

Wątpliwości dotyczące Fabregasa biorą się choćby z tego, że w Hiszpanii jego drugie połowy sezonu - delikatnie to ujmując - nie zachwycały. Kibice Barcelony zarzucali mu, że grając jako napastnik marnował potencjał skrzydłowych, a biegając w środku tłumił wpływ Iniesty czy Messiego. Jakkolwiek absurdalnie brzmią te zarzuty, Fabregas trafił na Camp Nou w okresie, który znamionowały ważne zmiany, ale wszystkie jeśli już to odbiły się negatywnie na drużynie. Gdy Gerardo Martino w pierwszej części sezonu nadawał Barcelonie nowego, bardziej autorskiego kształtu, Fabregas błyszczał - gdy zażądano powrotu do tiki-taki, szybko okazał się zbędnym ogniwem.

Inaczej powinno być w Chelsea - z naciskiem na "powinno". Bo przecież w poprzednim sezonie, nawet jeśli kryzysowym dla Fabregasa, uzbierał on aż czternaście asyst - więcej niż Matić, Luiz, Mikel, Lampard, Ramires i Oscar razem wzięci (w Premier League).

Lamparda i Luiza już nie ma, ponoć do Chelsea w sprawie Ramiresa odezwał się Real Madryt - dla wielbicieli plotek: londyńczycy mieli odpowiedzieć pytaniem o dostępność... Modricia - a Mikelem interesuje się kilka klubów w Turcji. Zresztą nie oszukujmy się, żaden z tych piłkarzy w poprzednim sezonie nie dawał w ofensywie tak wiele, jak potencjalnie może The Blues zagwarantować Fabregas w kolejnym.

Zresztą dziwią plotki o niezadowoleniu Mourinho z tego transferu - czy raczej jego preferencji innych celów Chelsea. Wydaje się, że obecny skład personalny aż prosi się o powrót do tego, co Portugalczyk lubi najbardziej - 4-3-3.

Nawet z Ramiresem, jeszcze dodając Van Ginkela, cofając lekko Oscara, pamiętając o Fabregasie i z Mikelem czasem wchodzącym w rolę Maticia, to ustawienie może być skuteczniejsze, a nawet bardziej ofensywne od 4-2-3-1. W pressingu, w utrzymaniu piłki i w często najbardziej skutecznych atakach - sprintach z drugiej linii. Co więcej, równie istotną rolę odegra w odbiorze, a jego statystyki są porównywalne z Willianem, Luizem czy Mikelem.

Tak budowa drużyny na nowy sezon trwa, a chyba najbardziej znamiennym jej aspektem jest... porównanie z jedenastką z finału Ligi Mistrzów z 2012 roku. W przyszłym sezonie ostać się może jedynie Cahill (Ivanović i Terry pauzowali), gdyż miejsce Ramiresa jest coraz mniej pewne. To drastyczne, bezwzględne, ale i potrzebne wietrzenie składu, którego wyższym celem jest także odmiana stylu gry.

I tu pojawia się najważniejsze pytanie - czy transfer Fabregasa, zawodnika obytego w Premier League i na każdym światowym poziomie, pozwoli Chelsea bezboleśnie przebrnąć przez moment kryzysowy. Taki, który w minionych rozgrywkach zmusił Mourinho do zmiany na bardziej defensywną grę. Tylko utrzymując się jednej myśli, schematów i mentalności ofensywnej Mourinho udowodni, że jego zapowiedzi z lata 2013 roku nie pozostaną wyłącznie mrzonką.

Zresztą menedżer Chelsea, wielokrotny zwycięzca najbardziej elitarnych rozgrywek europejskich, triumfator w różnych ligach oraz człowiek przywiązujący największe znaczenie do słowa "zwycięzca", także ma coś do udowodnienia. Chociaż nie musi, bo wygrał zbyt wiele, by wątpić w jego umiejętności, to już wypomina mu się drugi kolejny sezon bez żadnego trofeum, zwłaszcza stawiając ten fakt w kontekście jego słów skierowanych w stronę Wengera.

Fabregas nie jest więc jedynym, który sukcesu (w) Chelsea potrzebuje. Panowie, których media już zdążyły postawić naprzeciw sobie, mają wspólny cel, misję i ambicję. Tylko współpracując zgaszą tę iskrę wątpliwości.

wtorek, 03 czerwca 2014
Porozmawiajmy o idolu

- ...a może zamiast oglądać to po prostu porozmawiajmy o Twoich idolach?
- Dobrze, pytaj. Co chcesz wiedzieć konkretnie?
- No... ilu ich było?
- Nie, źle do tego podchodzisz. Nie można mieć wielu idoli. Nie można ich zmieniać, nie można sobie dobierać każdego sezonu, po każdym dobrym meczu...
- Niby dlaczego?
- Bo to nie jest pierwsze lepsze zauroczenie, to nie jest efekt jednego kopnięcia, to nie jest też przypadek piłkarza gdzieś z innego klubu, ligi, gdy zdarzało się go oglądać przy okazji europejskich pucharów... Idol to mocne słowo, to musi być coś trwałego, to musi być powód dla którego siadasz tydzień w tydzień przed telewizorem, znasz każdy ruch na boisku, każde zachowanie, patrzysz na niego, a nie co się dzieje w innych strefach...
- ...no dobrze, rozumiem. To kto?
- Lampard.
- Eee, to gość z innej epoki, jeszcze z lat youtube'a. Bez sztuczek, bez przewrotek, bez rajdów...
- ...a kto powiedział, że idol tak musi grać?
- No a jak inaczej?
- Nigdy nie wybiera się idola tylko przez to jak pięknie grał - zwłaszcza, że to w futbolu nie masz jasno zdefiniowanego piękna. Powinieneś to wiedzieć, prawda?
- Niby tak, ale gdy pokazywałeś innych z tamtych lat to zwykle Messiego, Ronaldo... Oni grali inaczej!
- Ale nie grali tak, jak ja bym chciał grać, jak ja marzyłem by grać, jak sądzę, że powinno się grać. 
- Wytłumacz proszę.
- Bo ktoś spojrzy na jego rekord, przeczyta statystyki i to wszystko będzie imponujące, zwłaszcza, że w tamtych czasach grało się trochę ostrożniej, bardziej defensywnie... ale to nie powie wszystkiego.
- Czego konkretnie nie widziałem?
- A widziałeś wszystkie jego gole?
- Tak, to jedno z tych nagrań, które co jakiś czas oglądasz wieczorem. Widzałem je z milion razy.
- Na pewno?
- Tak, mogę wymieniać w ciemno. Półwolej z piruetem przeciwko Bayernowi, piłka wkręcona do bramki z linii końcowej z Barceloną, te uderzenia z dystansu, te z rzutów wolnych czy karnych, te z wbiegnięcia w drugie tempo...
- ...i nadal nic nie rozumiesz, prawda?
- Czego nie rozumiem?
- Że sztuka zdobywania goli to jedno, a nadawanie im większego znaczenia to coś zupełnie innego. I, fakt faktem, to za rekordy i styl ich osiągania do dziś się Lamparda wspomina, ale dla mnie idolem stał się z zupełnie innego powodu.
- Bo strzelał ważne gole?
- Musisz zrozumieć, że ważne nie tylko przez kontekst wyników tylko jego drużyny - chociaż jak nawet dzisiaj myślę o tych dwóch trafieniach z Reebok Stadium przeciwko Boltonowi w 2005 roku... No zobacz, nawet teraz mam ciary! I jeszcze mógłbym przypomnieć kolejny rok, ten sam stadion, to samo miejsce i ten sam strzelec rzecz jasna... Albo świetny gol z finału Pucharu Anglii przeciwko Evertonowi? Wcześniej z Arsenalem w Lidze Mistrzów. Albo "ratunkowe" trafienie w Moskwie, gdzie niewielu pamięta jak ciężko się Chelsea grało do jego gola. Albo te bramki z Bayernem o których wspomniałeś, albo kolejne z Evertonem... Ale gole to nie wszystko.
- Jak to?
- Bo to tylko efekt końcowy. Patrząc tylko na wykończenie, na samo uderzenie, tor lotu piłki przegapisz to jak on znajdywał się w idealnym miejscu, jak śledził akcję, obserwował zachowanie obrońców, wyczekiwał na swój moment. 
- Czyli po prostu widział więcej.
- Nie - on znaczył więcej. U szczytu kariery... Nie, to przecież byśmy mogli mówić o nawet ośmiu sezonach. On zawsze był tym kierującym akcje zespołu, w charakterystyczny sposób wskazującym kolegom kierunek gry, gdzie i jak mają podać, albo samemu szukając prostopadłych zagrań.
- Czyli asystował.
- Mało powiedziane, że asystował. Chociaż to zagranie do Ramiresa na Camp Nou... Typowy Lampard, rozumiesz? Jeszcze przed otrzymaniem piłki rozgląda się, patrzy jak są ustawieni koledzy, pomimo pressingu rywala świetnie sobie ustawia ją do zagrania i rozdziera obronę Barcelony jednym kopnięciem. 
- Nie brzmi to jakoś skomplikowania...
- Uważaj sobie! Sprawianie, by zagrania tak trudne, skomplikowane wyglądały czy wydawały się proste jest... sztuką. Albo kolejnym powodem wywołującym mój podziw. A Twój?
- Nie no, jestem nieprzekonany. Bo sam przecież mówiłeś, że się z niego śmiali?
- No tak, że niby jest gruby, że wszystkie gole strzela albo z rzutów karnych, albo po rykoszetach. Ale to frustraci...
- ...nie mieli racji?
- Oni po prostu nie widzieli. Albo najczęściej byli na drugim końcu strzelanych przez niego goli, obrywając tymi ciosami.
- Lider, który strzelał gole i asystował. Mimo wszystko - całkiem standardowo.
- To pozwól, że Ci dopowiem jego historię, bo przecież w klub nie wrasta się wyłącznie ważnymi trafieniami. Pamiętasz kogo w maju 2013 roku wyprzedził na liście najlepszych strzelców?
- B... Barry'ego Tamblinga!
- Bobby'ego jeśli już. Ale dobrze. Wiesz, że po tych dwóch golach z Aston Villą, jeszcze przed kamerami, od razu zadzwonił do Tamblinga, który akurat po ciężkiej chorobie przebywał w szpitalu? A wiesz, że gdy tej legendzie Chelsea w jego rodzinnym Cork chcieli zrobić imprezę, to właśnie Lampard wziął na siebie cały rachunek?
- Miał gest.
- Oczywiście, że miał. Był bardzo blisko z Tamblingiem, ale też z kibicami. Zawsze podchodził, podpisał... Czuć było tą więź i to nic sztucznego. Zresztą i on kibiców potrzebował...
- Chyba wiem do czego zmierzasz. Chyba tę historię już słyszałem...
- Ale ją po prostu trzeba przywołać! Gdy zmarła jego ukochana matka, gdy zawalił mu się świat, on zagrał tak wybitnie z Liverpoolem, jeszcze strzelił gola, rozpłakał się całując czarną opaskę... Łzy same napływają do oczu, jak się ten moment wspomina...
- Że też on uniósł ten ciężar...
- Myślę, że on chciał to zrobić, a przede wszystkim wiedział co musi wtedy zrobić. Dlatego zagrał. To była nie tyle magia futbolu, ale czuło się, że to cholernie ważny moment w jego życiu. I on chciał nim podzielić się z kibicami, pokazać im i sobie, że potrafi pokonać każdą przeciwność losu. Każdą. Dlatego on zawsze grał. Zawsze był obecny. Wiesz, kiedyś Mourinho powiedział o "niezastąpionych"...
- ...ale jak jeszcze był w Chelsea za pierwszym razem?
- Tak. Ale jego teoria nie wypaliła, a przynajmniej nie do końca. Bo inni zawodzili, uciekali, nie wytrzymywali presji... A Lampard grał swoje. Był liderem. Nie sprawiał problemów, nie szukał kontrowersji, ale był symbolem drużyny, która mimo różnych przeciwności, własnych słabości i sytuacji zawsze dążyła do zwycięstwa. On był uosobieniem mentalności, której narodziny obserwowaliśmy od pierwszego meczu Chelsea za Mourinho. 
- To dlaczego później to on go tak łatwo wypuścił?
- Musisz pamiętać, że to było po dziewięciu kolejnych latach. Lampard był już innym zawodnikiem, grającym bardziej z tyłu, zabezpieczającym defensywę, bardziej rozgrywającym niż też wykańczającym akcje kolegów. Kolejne kontuzje jeszcze go spowolniły, odebrały mu zwrotność i ten charakterystyczny balans ciałem, a potem przyspawały go do ławki pomimo oczywistych wad innych piłkarzy. Zresztą wydaje mi się, że pomimo całego żalu ze względu na okoliczności rozstania to gdzieś między Lampardem i Mourinho była nić porozumienia - oni wiedzieli, że, wybacz porównanie, drugiego "miesiąca miodowego" nie będzie.
- Serio?
- No... No nie do końca. Wiesz, bo on jak niewielu innych naprawdę zasłużył na bajkowe pożegnanie. Na owację na stojąco na Stamford Bridge, na łzy w oczach, na wzajemne zrozumienie, uścisk dłoni, może ostatni rzut karny, ostatni atak do którego się włączył... A nie jakąś połówkę zremisowanego meczu z Norwich, gdy po prostu został w szatni.
- Dobra, ale wciąż nie wiem, dlaczego on jest Twoim idolem.
- Popatrz: to jest zbiór tych wszystkich cech piłkarskich i ludzkich. Jego przywiązanie do klubu, tworzenie historii na moich oczach, te wszystkie lata cholernej świadomości, że jeśli w środku pola jest Lampard to pewien poziom zostanie zachowany, że jest ten gwarant spokoju. Miał słabsze momenty, miewał kryzysy formy, wypadał przez kontuzje, ale zawsze wracał silny, pewny siebie, chętnie biorący odpowiedzialność. Możesz się tylko śmiać, ale te lata temu to jego zachowania podpatrywałem i starałem się, no nie śmiej się proszę, chciałem je kopiować gdzieś tam między kolegami niestety z miernym efektem... Ale inni też to robią, prawda? Te sztuczki, kiwki...
- A z Lampardem było niby inaczej?
- Nie zaczynajmy od początku... Słuchałeś w ogóle? Przecież on nie był dryblerem. Ale to ustawienie się na "szesnastce", by idealnie nabiec na podanie kolegi, wskazywanie kierunku gry, uspokajanie tempa czy, wręcz przeciwnie, przyspieszanie... To taki futbol może nie spektakularny w każdym ruchu czy zagraniu, ale efektywny, dający wielką satysfakcję i uznanie tych z którymi grasz. No, długo by opowiadać, a lepiej zobaczyć. To co, włączamy odtwarzacz?
- Ale tylko ten jeden jego mecz, tak?
- Zobaczysz, że później będziesz chciał kolejne. Tak to już jest z idolami.

piątek, 23 maja 2014
Fantasy U23 - podsumowanie

Wreszcie! 

Na początek wyznanie - przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni czy zaniedbani przez to, że nie nadzorowałem należycie ligi Fantasy U-23. Pomysł był świetny, zresztą wybraliśmy ten sposób gry razem, a z pomocą wielu z Was udało się wyeliminować tych, którzy grali nie fair. Dlatego rywalizacja na finiszu była już bardzo emocjonująca, obserwowałem ją nawet jeśli mój zespół skończył na pozycji beznadziejnej - głównie z tego względu, że ostatnie zmiany robiłem w lutym? - i widziałem jaka jest walka na szczycie. Przecież czołową dziesiątkę dzieli mniej niż sto punktów, a to na przestrzeni całych męczących rozgrywek jest cholernie dobry wyczyn. Było tak emocjonująco jak w Premier League, można powiedzieć, i też Liverpool skończył na drugim miejscu... ;-)

liga

No właśnie, miejsca - pierwsze zajął Paweł Radoła, któremu bardzo gratuluję. Drugi, zaledwie szesnaście punktów dalej, był Oskar Szumer, kibic Liverpoolu (ha!), który przeklina zdaje się Andre Schurrle jako winnego jego finiszu. Trzecie miejsce dla Piotra Witalskiego - Piotrku, proszę skontaktuj się ze mną e-mailowo lub na Twitterze, bo dla każdego z podium jest przewidziana nagroda książkowa. Dwaj pierwsi koledzy już wybrali, czas i na Ciebie!

Dziękuję wszystkim za udział w rywalizacji i obiecuję, że wrócimy do gry wraz z nowym sezonem - czy w obecnej wersji, czy w trochę innej... pewnie jeszcze będziemy o tym rozmawiać. Jak zwykle obiecuję poprawę, by nie kosztować Was tyle nerwów - ale, po prawdzie, ja sam nie spodziewałem się, że do ligi dołączy tyle... niezainteresowanych jej zasadami osób! Mniejsza z tym, ważne, że zdecydowana większość z Was grała sprawiedliwie i, mam nadzieję, dobrze się bawiła szukając młodych piłkarzy, którzy daliby Wam przewagę nad resztą stawki. 

Zwycięzcom gratulujemy, a do Fantasy wracamy w sierpniu! 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90