sobota, 19 kwietnia 2014
Od czego tu zacząć?

Może od meczu z West Bromem, gdzie goście tak bardzo nie zasłużyli na stratę punktów, a Ramires tak bardzo pokazał, że naginanie przepisów doprowadził niemal do perfekcji? Prawie tak jak dziś, gdy tłumaczył się Mike'owi Deanowi, że przecież Larssona nie chciał specjalnie po szczęce pogłaskać. 

Może do meczu z Arsenalem, gdzie - serio, serio - spodziewałem się tej pierwszej porażki wbrew wszystkim i wszystkiemu? Dobrze, że zanim zdążyłem wtedy włączyć powiadomienia po meczu zespołu, który sam prowadzę, w Londynie derby już były rozstrzygnięte.

Może do wprowadzenia Demby Ba za Oscara, który skończyło grę Chelsea w środku pola i rozpoczęło chaotyczną kopaninę, tak naprawdę tylko utrudniająca Chelsea rozegranie? Myślę, że błąd został popełniony na początku, przy wyborze podstawowej jedenastki, a krytykom Brazylijczyka jego brak niech pokaże, jak istotny jest w systemie Mourinho. Żeby sam Portugalczyk w tak kluczowych momentach o tym wiedział?

Może od pierwszej niekorzystnej decyzji Mike'a Deana? Adam Johnson trochę przesadził z atakiem na Azpilicuetę, ale nie na takim poziomie widzieliśmy sędziów pokazujących czerwone kartki. Tylko czy warto sprowadzać ten mecz - a w zasadzie ten wyścig mistrzowski - do jednej i pierwszej z wielu niekorzystnych dla obydwu stron decyzji? 

Może od tego, że to Cesar Azpilicueta się poślizgnął? Zawodnik w typie Mourinho, żołnierz oddany do reszty i piłkarz, którego Portugalski menedżer najchętniej by skolonował dziesięć razy i z niego stworzył całą jedenastkę. Wtedy, trzymając się jego retoryki, wygrywałby wszystko jak leci. Dzisiaj Hiszpan był jednym z najlepszych na boisku, nawet w ofensywie i to pomimo moich krytycznych uwag co do jego użyteczności w ataku, nawet po straconym drugim golu szarżując lub skutecznie zabezpieczając tyły (kontra Sunderlandu trzech na jednego!). Zdarzyło się jednemu z najlepszych w tym sezonie. 

Może od Ramiresa, który pomimo wielu ostrzeżeń czy znaków, by zmienić swoje zachowanie nadal atakuje rywali przynajmniej nieostrożnie? Jego utrzymanie w pierwszej jedenastce jest zagadką po meczu w którym Mourinho zdjął go już w przerwie. A przecież z ostatnich pięciu meczów, które Brazylijczyk zaczął w wyjściowej jedenastce, Chelsea przegrała trzy...

Może od wyjazdowej porażki z Aston Villą? Mam wrażenie, że to właśnie miesiąc temu posypała się organizacja gry drużynowej Chelsea, gdzie dwie czerowne kartki i skądinąd znów średnio trafione zmiany pogrążyły zespół Mourinho. Porażka z Crystal Palace - wyjąwszy czerwone kartki - była powtórką z rozrywki, popisem nieskuteczności, rzucania długich piłek i liczenia, że co najwyżej przeciętni napastnicy zrobią różnicę. To, że udało się z PSG nie oznacza, że taktyka ta sprawdzi sięza każdym razem...

Może od faktu, że w ostatnich tygodniach Jose Mourinho przestał uczęszczać na konferencje prasowe? Brak jego obecności może nie budował napięcia, ale postawił kilka pytań - o stopniu w jakim Portugalczyk jest zaangażowany w mistrzowski wyścig, jak bardzo mu zależy, jak wielu z tych kwestii chciałby uniknąć. Nie oszukujmy się, to menedżer, który zawsze robi coś z jakiegoś powodu. Wpływanie na nagłówki gazet to jedno, ale utrzymywanie wysokich morale drużyny by się przydało. Steve'a Hollanda większość zacytowała dopiero, gdy w kilku słowach powiedział o kontrakcie dla Terry'ego. 

Może od zdarzenia po meczu, gdy Mourinho udzielił wywiadu wyłącznie przed kamerami Sky Sports, gratulując każdemu, kto był w ten mecz zaangażowany? Na pytania nie odpowiadał - unikając tych trudnych (o sędziowanie) i tych banalnych (o kwestię mistrzostwa - tu standardową odpowiedź znamy), ale pokazał, że także ci dla których do Anglii wrócił są dla niego wyłącznie narzędziem. Gdy okazują się bezużytecznym lub nawet problematycznym, można ich po prostu zignorować.

Może od momentu w którym Mourinho rozpoczął narrację stawiającą Chelsea poza gronem faworytów? Do momentu w którym Liverpool - zdecydowanie największa sensacja w tym sezonie europejskiego (światowego?) futbolu - nie pomieszał mu planów tworzenia i zrzucania presji na Arsenal oraz Manchester City. Tymczasem wszyscy prawdziwi faworyci okazali się zmęczeni, a o ostatecznym triumfie zadecyduje świeżość kilkunastu spotkań, których Liverpool nie musiał rozegrać. Faworytom nie pomogło doświadczenie, nic nie dało póki co skierowanie presji na Anfield Road. Kto wie - za tydzień już na wszystko dla City i Chelsea może być za późno.

Może od momentu w którym Petr Cech okazał się niezdolny do gry, a do bramki wszedł Mark Schwarzer, najstarszy debiutant w lidze w barwach Chelsea? Golkiper, który został sprowadzony wyłącznie w celu trenowania swojego (lepszego) kolegi, którego zadania ograniczały się do krajowych pucharów czy sparingów. W swoim debiucie z trzech celnych strzałów Sunderlandu obronił ledwie jeden - a i tak ta "parada" była asystą. Wińmy Schwarzera? Niekoniecznie, przecież nie takie zatrucia czy choroby wpływały już na kształt ligowej tabeli. Jak pisał Andi Thomas w ostatnim wydaniu kwartalnika "Blizzard" - robota rezerwowego golkipera to przekleństwo losu.

Może od wypożyczenia Romelu Lukaku do Evertonu? Jeśli zrobicie sobie przegląd portali to pewnie w nawiązaniu do prostej i zmarnowanej sytuacji Demby Ba pojawi się nazwisko belgijskiego napastnika, który - zdaniem mediów - jest najlepszym z czterech snajperów Chelsea. Wysłany do Evertonu tam strzela i się rozwija, może trochę zbyt irytując samolubnością lub nie przystając do stylu gry preferowanego przez Martineza, ale co rusz przypominając Mourinho, że pakowanie piłki do siatki byłoby pracą na miarę jego możliwości również w Londynie. Gdybanie? 

Może niepotrzebnie cofamy się tak bardzo w tej wyliczance, może to tylko efekt bardzo gorzkiej i trudnej do przełknięcia porażki? Narrację można jeszcze zmienić, można rywalom jeszcze poplątać nogi, można jeszcze wrócić i odegrać w tym wyścigu znaczącą (zwycięską?) rolę - jeśli jednak Sunderland będzie na lata pamiętany jako pierwszy zespół, który w lidze pokonał drużynę Mourinho na Stamford Bridge, to w kontekście tego sezonu skala popełnionych w 90 minutach błędów jest zbyt duża, by w ostatnich trzech meczach je powtórzyć. 

Zaczynając nie od błędów Mike'a Deana, ale tych Jose Mourinho.

wtorek, 15 kwietnia 2014
Nie wszyscy są narratorami

Widząc, jak Steven Gerrard zbiera na środku boiska swoich kolegów z drużyny po ostatnim gwizdku wygranego meczu z Manchesterem City, jak ich dodatkowo motywuje, jak sam się wzrusza i poddaje emocjom chwili oraz otoczenia, naprawdę trudno jest kwestionować sens tworzenia dodatkowej narracji dla tego sezonu Premier League. Bo jeśli ten moment był właśnie jakimś elementem w wyścigu o mistrzostwo, to na pewno kluczowym, godnym zapamiętania i wielokrotnego przywoływania w kolejnych latach - niezależnie od kontekstu i finiszu.

Jednak zaprzeczania nie będzie - narracja jest potrzebna, bo (taka prawda) to o niej głównie dyskutujemy, to ona podnosi nam ciśnienie. To dzięki niej się dowiecie, że "sensacja tego sezonu" toczy nierówną (ha!) walkę z zamożniejszymi klubami, których właściciele to zło wcielone. Co więcej, "Czerwoni" to teraz najmodniejszy wzór gry ofensywnej, na wskroś szaleńczej, z dwoma napastnikami, którzy swoją samolubnością czasem doprowadzają się nawzajem do szewskiej pasji, ale razem mają siedemnaście asyst i prawie sto kluczowych podań

To emocjonalne podejście do "czerwonej fali" Liverpoolu oczywiście wynika z narracji czysto piłkarskiej. Tam to rozróżnienie wyzbyte jest trwającego już prawie dekadę "braku wzajemnej sympatii" (uwaga na eufemizm!) kibiców "The Reds" i Jose Mourinho, pozbawione naciąganej teorii rywalizacji klubu "biednego" z dwoma "obrzydliwie bogatymi". Nie zapominajmy o batalii futbolowego dobra (ofensywy Liverpoolu i City) z piłkarskim złem (defensywą Chelsea) - tu narracja również wyrasta z tego co się dzieje na murawie.

Można trzymać się wyłącznie futbolu - zapominając na chwilę o kiksach Kompany'ego, płaczącym Gerrardzie czy Chelsea desperacko goniącą wyniki przeciwko osłabionej Swansea. Ktoś kto nie jest w stanie zrozumieć dlaczego futbol Liverpoolu jest w notowaniach mediów, ekspertów i kibiców wyżej musi siebie oszukiwać. Powszechnie promowana jest gra ofensywna, zwłaszcza tak czasem nieodpowiedzialna, szaleńcza i dająca publice "produkt". Choćby na bazie reakcji po wysokich wygranych z Arsenalem można to łatwo oddać - gdy o zwycięstwie Liverpoolu pisano w kontekście "demolki", Chelsea "Kanonierów" miała raczej "rozmontować".

Rozróżnijmy więc futbol "proaktywny" (Rodgers, Pellegrini) od "reaktywnego" (Mourinho) - to przecież też dwie odwieczne siły futbolu z różnymi strategami. W niedzielę w pomeczowym tekście dla sport.pl (i nie znając końcowego wyniku ze Swansea) pytałem, czy ligę może wygrać zespół stawiający bardziej na defensywę niż ofensywę. Czy "czyste konto" w średnio prawie co drugim meczu (obecnie to "tylko" 47%) da Chelsea mistrzostwo, czy może ważniejsze jest to ile wpada po drugiej stronie?

To takie proste - defensywa nigdy nie będzie promowana. To przecież jest w ludzkiej podświadomości, że odważniej i lepiej jest zaatakować, niż czekać i dopiero odpowiadać. Nawet jeśli wynika to ze strachu (słabej obrony), jeśli w zalążku jest to uczucie pragmatyczne ("jeśli my mamy piłkę to przeciwnik nie może nam strzelić gola", mawia Johan Cruyff) - narracyjna bitwa zawsze będzie na korzyść Aguero, Dżeko oraz Suareza, a różnica będzie taka, jak w pieniądzach wyłożonych za nich i tych za Cecha czy Cahilla. 

Naprawdę kogokolwiek dziwi, że większość chce zwycięstwa futbolu ofensywnego? Za tym przecież stoi strach, że nastanie czas nudnego zero-zeryzmu czy bezbarwnego jeden-zeryzmu. Przecież nagle nie może okazać się, że ważniejsze są "czyste konta" (ich ma od Liverpoolu więcej np. Norwich) niż "rekordy strzeleckie" - to byłaby "hańba", powrót "piłkarskiego średniowiecza".

Pewnie sami widzieliście wiele różnych absurdalnych teorii w ostatnich dniach, pewnie niektórzy dążyli do niepotrzebnego zwarcia z ich autorami. Można oczywiście zwracać uwagę na trzy filozofie (ale nie takie same, o nie), trzech menedżerów z własnymi pomysłami (ale nie autorskimi, o nie), trzy budżety transferowe, które latem zostały całkiem przyzwoicie spożytkowane (ale nie świetnie, o nie), trzy scenariusze medialnych gierek (wcale nie takie różne, o nie), ale na tym etapie sezonu przebić się będzie niezwykle często.

Zdania i opinie ulegną jeszcze zmianie przynajmniej kilka razy, wyniki zmylą wszystkich, odbiorą lub dadzą nadzieję, by następnie znowu wykręcić jakiś wielki numer. Stąd wydaje mi się, że w szaleństwie końcówki sezonu, w dopisywaniu czy doszukiwaniu się odpowiedniej narracji, najwięcej przytomności zachowali menedżerowie. 

Brendan Rodgers, który rozsądnie budował ofensywną szarżę Liverpoolu i teraz studzi zapał jednocześnie sprawnie podnosząc poziom decybeli na Anfield Road. Manuel Pellegrini, który nie traci rezonu po kiksach Kompany'ego i świetnie reaguje w przerwie kluczowego, wydawałoby się przegranego meczu. Jose Mourinho, którego scenariusz po prostu jakby się realizował, a on sam sprytnie unika potencjalnie trudnej konferencji.

Oni są wyjątkami i wyjątkowi - oni tworzą prawdziwą narrację, my tylko jedną z nich na własne potrzeby wybieramy, wypierając się na inne. Co oczywiście nie znaczy, że trzeba je dyskredytować, zwalczać czy wyśmiewać. Dopiero zrozumienie da pełny obraz tego już fascynującego, ale jeszcze kilka tygodni trwającego wyścigu.

piątek, 11 kwietnia 2014
Problem z potworem

- Był dzisiaj potworem - powiedział o Davidzie Luizie Jose Mourinho tuż po spotkaniu z PSG. Nie ma wątpliwości, że Brazylijczyk, który w obecnym sezonie w Chelsea jest bardziej piłkarzem od zadań specjalnych, niż ważnym ogniwem pierwszej jedenastki, zaliczył kapitalne zawody. Przy całym szaleńczym pościgu "The Blues" za wynikiem - jakkolwiek zaplanowanym - on stanowił defensywną zaporę jeszcze zanim rywale dostawali szanse sprawdzić Cahilla i Terry'ego.

Miał najwięcej odbiorów, dwa przechwyty, skutecznie czyścił przedpole i zaliczył asystę... plecami. W grze ofensywnej może nie był tak przydatny - większość podań na połowę rywala była niecelnych - ale i zadania od Mourinho dostał zupełnie inne. Jednak "potwór" może szybko stać się dla portugalskiego szkoleniowca problemem.

Należy podkreślić, że David Luiz to już 26-letni piłkarz, zawodnik aspirujący do miana lidera swojej reprezentacji i bez wątpienia wielki talent. Jednak od czasu, gdy Gary Neville mówił o "postaci z playstation" występów na jego nominalnej pozycji, które sygnalizowałyby to, że Luiz dojrzał do roli podstawowego środkowego obrońcy było niewiele - a na pewno mniej niż w środku pomocy. Jose Mourinho ma dobry powód dla którego to dwaj podobni do siebie, ale talentem nieporównywalni z Brazylijczykiem Anglicy grają w sercu defensywy Chelsea. Najlepsze występy Luiza to w tym sezonie spotkania w roli defensywnego pomocnika, nie środkowego obrońcy. Także warto rozróżnić jego popisy w rozgrywkach ligowych i europejskich - to w Lidze Mistrzów ma lepsze średnie odbiorów, przechwytów i wykonanych podań. To również jest podkreśleniem jego problemu.

Problemu, który zwie się uniwersalność. To Rafa Benitez wystawił Luiza w roli defensywnego pomocnika po raz pierwszy i od tego czasu progres w robieniu z Brazylijczyka światowej klasy stopera po prostu zdecydowanie uległ spowolnieniu. Mourinho jednocześnie widzi, że daje on więcej w ataku pod względem rozegrania, jest bardziej mobilny i lepiej wyprowadza piłkę niż Mikel, ale jego ideałem jest Matić, który robi przy tym wszystkim zdecydowanie mniej błędów. Do pary woli Serbowi dobrać Ramiresa, szybkiego i dynamicznego środkowego pomocnika, który też ma sporo wad. David Luiz jest więc pragmatycznym rozwiązaniem Mourinho - na mecze w których doskonale wie, że będzie kontrował, grał zza podwójnej gardy. Brazylijczyk był genialny w meczach z Manchesterem City i Arsenalem - za każdym razem jako defensywny pomocnik oczywiście.

Jednak wobec zachodzących zmian w drużynie i tych, które zapowiada od kilku miesięcy Mourinho, David Luiz może stracić nawet i tę pozycję. Oczywiście tylko teoretycznie, bo przecież dążenia Chelsea do bycia zespołem kontrolującym i proaktywnym mogą okazać się wyłącznie mrzonką, którą wskaże sam menedżer. Tak jak to zrobił w zimie, gdy po kolejnym meczu w którym "The Blues" stracili kilka goli postanowił mocniej postawić na defensywę.

Stąd Davida Luiza może chętniej zatrzymać w składzie niż np. Mikela lub wspomnianego wcześniej i bardzo chimerycznego Ramiresa. Jednak czy taka pozycja będzie satysfakcjonować Brazylijczyka? Czy będzie on chciał czekać na moment końca kariery Terry'ego i czy wtedy jeszcze będzie to miejsce w drużynie należało do niego, a nie nowego stopera? Czy Barcelona - zapomnijmy na chwilę o ich zakazie transferowym - nie skusi go nie tylko pewną pozycją w obronie, ale też innym stylem gry, miastem, wyzwaniem?

O przyszłości "potwora" najpierw zdecyduje Mourinho. Jednak przy nazwisku Davida Luiza jest zbyt wiele pytań, by jednoznacznie wkomponować go w przyszłość Chelsea lub z obrazka na następnych kilka lat go łatwo usunąć. Tak jak we wtorek w drugiej połowie stanowił jednoosobową linię pomocy, tak wraz z nadchodzącym latem problem będzie rósł. Jeśli dodatkowo da na mundialu taki popis, jak na pucharze konfederacji, wracając z pełnoprawnymi roszczeniami do pozycji numer jeden pośród środkowych obrońców Chelsea, Mourinho wcale nie będzie miał w swojej ręce najlepszych kart. I znów będzie musiał blefować.

niedziela, 06 kwietnia 2014
Wreszcie po stronie Martineza

Nie było lepszego momentu na całkiem osobiste, piłkarskie wyznanie - zwłaszcza takie, które gnębiło mnie już od jakiegoś czasu, efektem czego były godziny intensywnego obmyślania tekstu czy tuziny napoczętych tekstów, które leżą porozrzucane po folderach. 

Każdy popełnia błędy - tak łatwo mógłbym się obronić, albo tematu w ogóle nie poruszać. Jednak mam poczucie, że gdzieś w głowie nadal kwestia pozostałaby nierozwiązana. Wątpliwości, pretensje do samego siebie, wstyd, że jeszcze rok temu było zupełnie inaczej. 

Przecież jeszcze rok temu pisałem "tak", gdy ktoś mnie pytał, czy widziałbym Davida Moyesa na Stamford Bridge.

Różne błędy się zdarzają. Jak nienawidzę łatki "eksperta" czy "blogera" (ha!), tak naprawdę czasem czuję, że jest jakaś odpowiedzialność za to co piszę tu czy nieustannie zaśmiecając śledzącym mnie osobom "ćwierkacza". Jednak najgorsza jest odpowiedzialność wobec samego siebie - wiem, że powinienem wiedzieć... lepiej. 

Traktuję więc to wyznanie jako moment przełomowy. Jak pierwszy stworzony w moim życiu raport skautingowy, opublikowana gdzieś tam w Internecie relacja meczowa, przegrany mecz moich podopiecznych - młodzików (chociaż w tym wypadku mówię to sobie co tydzień), pierwszy raz "połknięta" "Odwrócona Piramida" Jonathana Wilsona, pierwsza analiza drużyny, podpisana umowa... Punkty zwrotne. Wiem, że ten mógł i powinien być wcześniej, a ja sam nie jestem w stanie wytłumaczyć co wywoływało moje zaćmienie. Nie wszystko da się zrzucić na barki Titusa Bramble, Hendry'ego Thomasa, Gary'ego Caldwella czy Emmersona Boyce'a. 

Nie ceniłem Roberto Martineza. Nie widziałem w jego prowadzeniu Wigan wielkie filozofii, a jeśli już to taką pełną desperacji wynikającej z pozycji drużyny w tabeli na koniec lutego czy marca. Cudowne powroty kwestionowałem twierdząc, że wynikają równie dobrze z beznadziei rywali, a po fenomenalnych występach w kwietniu i maju kpiąco pytałem, czy nie można tak było grać we wrześniu czy grudniu.

Jednak o ile moment wstydliwego wyznania znacie - spektakularna wygrana 3-0 z Arsenalem - tak ja nie wskażę Wam chwili czy dnia w którym to się odwróciło. Pamiętam jego fachowe analizy w TV z mistrzostw świata w 2010 roku i także na Euro 2012, pamiętam też wywiad w którym szerzej opowiadał o swojej rewolucji w Wigan (zamiast desperacko szastać kasą na rynku transferowym, Martinez u właściciela klubu domagał się porządnego zaplecza), a z ostatnio rozpoczętej książki "The Numbers Game" zapamiętam, że dla analityków to właśnie on powinien być wyznacznikiem. Pod względem zrozumienia i użycia danych, oczywiście.

Ten mały chłopiec w mojej głowie - ten wątpiący, pewnie siedzący tam jeszcze przed lekturą i bez lektury wspomnianej "Piramidy" - dobijał się ze swoimi opiniami jeszcze po wygranym Pucharze Anglii. "Za trzy dni przecież spadnie z ligi", "Z takim City wygrać to nie wyczyn" czy "Roberto Mancini" - to były jego argumenty, by pozostać nieprzekonanym. A teraz wstydź się, chłopcze.

Największym wstydem jest to, że te wszystkie znaki powinienem dostrzec wcześniej - powinienem też posłuchać starszych i mądrzejszych, powinienem po prostu w mniejszym stopniu nastawiać się na wynik. Być cierpliwym, ale mieć umysł otwarty, a nie obwarowany zasiekami. Używając dość popularnego i barwnego porównania pewnego Holendra, to ostre traktowanie Roberta Martineza było moją drewnianą chatką.

Pełen odwrót - tak, o pełne sto osiemdziesiąt stopni - nie stało się jak za pstryknięciem palcem, nie jest też po prostu chęcią wyniesienia się na wznoszącej fali popularności hiszpańskiego menedżera, czy wywindowania się na pracy w Evertonie. Przynajmniej po części, bo tekst powstaje w chwili jego sukcesu - ale zapewniam, że na sezonowca się nie zapowiadam. 

I ja jeszcze latem uważałem, że Everton rewolucji nie potrzebuje - może małe zmiany w stylu, kosmetyka składu i kontynuowanie wprowadzania młodzieży po tym, czego dokonał David Moyes. Tak, ten przeklęty David Moyes. Tymczasem jak o Szkocie mówi się, że w kilka miesięcy z VHS-owego Manchesteru zrobił "tabletowy", tak na Goodison Park na zapleczu również wiele się działo. Zasługą Martineza jest to, że przenosząc się do Liverpoolu nie usiadł w wygodniejszym niż w Wigan fotelu, nie przeciągnął się leniwie i nie posłuchał swojego "małego chłopca w głowie", ale dostrzegł potencjał. Można lepiej, więcej, ładniej i wszystko wskazuje na to, że także szybciej.

Teraz do głosów innych - piłkarzy z każdego pokolenia w klubie - dobijam i ja. Martinez zastał Everton pragmatyczny, zamknięty i efektowny od czasu do czasu, by stworzyć jedną z najlepiej grających ekip. Nie bezbłędną, nie perfekcyjną i na pewno ze swoimi niedoróbkami, a może nawet w ostateczności nie zasługującą na grę w Lidze Mistrzów - ale niezaprzeczalny postęp imponuje, tak poszczególnych zawodników, jak i stylu gry czy sposobów na rozbijanie rywali. 

Jak każdy ma "swój styl", "swoje ustawienie", "swoje rozwiązania taktyczne" tak przecież z Martinezem łączy mnie wiele cech. Jest energia i dynamika, wymienność pozycji i pewna zawsze utrzymywana "baza" w defensywie, zestawienie gry skrzydłami z kombinacjami i (co dla mnie najważniejsze) prostopadłymi podaniami ze środka pola. Nawet w Martinezie odnajduję pragmatyka za którego w niemałej części mej taktycznej duszy się uważam. 

Jednak elementem, który dopiero ostatnio wypiera  tego "małego chłopca" z mojej głowy jest wiek szkoleniowca Evertonu - to przecież ledwie czterdziestolatek, młodzieniec bez zmarszczek, choć pewnie w tygodniu zdarza mu się kilka nieprzespanych nocy. I ten oto czterdziestolatek, jak to pięknie ujmują na Wyspach wobec młodocianych piłkarzy, jest "the next big thing" w trenerskim światku. 

Martinez będzie kształtował taktycznie kolejne pokolenia, wpłynie na opinie "ekspertów", "blogerów", "dziennikarzy" i "kibiców" - zmieni Twoje i moje postrzeganie, może odmieni karierę Leightona Bainesa, może po przenoszeniu wzorców Guardioli czy innych nagle on sam stanie się wyznacznikiem. To jego będą kopiować, to do niego będą się odwoływać, to za jego usługi będą chcieli zapłacić Evertonowi niemałą fortunę.

Może i jeszcze spotka go niejedna porażka, może i odbije się jeszcze od jakiś drzwi, może inni okażą się lepsi, może ktoś szybciej wyjdzie z ciekawszą innowacją, ale szósty kwietnia 2014 roku - data dla mnie nieprzypadkowa - jest najlepszą chwilą do wstydliwego wyznania. 

Wreszcie przeszedłem na Twoją stronę, Roberto.

sobota, 05 kwietnia 2014
Jak wygrać z Torresem?

Może i Chelsea jest bliższa odpadnięcia z Ligi Mistrzów, może i Fernando Torres jeszcze smutniej wygląda w ataku tej drużyny, może i Demba Ba traci kawałek ze swojej kariery, ale najwięcej traci ich menedżer. Jose Mourinho w piątek twierdził, że jego wypowiedzi po meczu w Paryżu nie były ani "ostre", ani "kontrowersyjne", ale kolejnymi narzekaniami w sprawie napastników - przynajmniej według angielskich mediów - stwarza wrażenie "psa, który w dziwacznym amoku zaczyna gryźć własny ogon".

Byliśmy już tam - Mourinho wcale już nie jest tym "szczęśliwym", ani nie jest "spokojnym", w jakikolwiek sposób "zmienionym". Jak najbardziej za to jest nastawiony na swoją przyszłość na Stamford Bridge, a frustracje wynikające z porażek w ostatnich tygodniach tylko to potwierdzają. Portugalczyk jakby zdawał sobie sprawę, że bajki o "dorastającej" drużynie nikt nie kupi, a już najbardziej Abramowicz. A może po prostu nie chce zasiać ziarna wątpliwości w głowie niecierpliwego i wymagającego właściciela klubu, gdy ten sezon okaże się po prostu nieudany - nie ukrywajmy, że ukończenie ligi za Liverpoolem (przy wielkim szacunku do ich osiągnięć i stylu z obecnego sezonu) będzie porażką Portugalczyka. Oto bowiem wyląduje za zespołem, który był jeszcze mniej gotowy do "kolejnego kroku" na trudnym poligonie ligowym.

Stąd może wynikać ta wielka determinacja Mourinho - "jeśli ktoś nie wierzy w awans Chelsea, powinien zostać w domu i oglądać Borussię z Realem w TV", powiedział Portugalczyk - odnosząca się zarówno do europejskiego pucharu, jak i Premier League. Nie ma cienia wątpliwości, że ta ambicja przenosi się na piłkarzy, co pokazują reakcje załamanych Cahilla, Terry'ego, Azpilicuety czy wiedzącego chyba, że z Crystal Palace rozegrał swój najgorszy mecz od czasu transferu Nemanji Maticia. Problemem jest jednak przeniesienie tych emocji, nastawienia do walki i determinacji na zawodników ofensywnych.

Już od jakiegoś miesiąca widać, jak ci piłkarscy geniusze pod ciężarem presji truchleją, zapadają się w ruchomych piaskach niepewnej formy. Nie znając dokładnych układów między Mourinho i Torresem można założyć - choćby po ciekawym wywiadzie tego drugiego dla "The Independent" - że Portugalczykowi przychodzi łatwiej przeniesienie odpowiedzialności na jednego z bardziej doświadczonych piłkarzy, napastnika, który już od kilku lat musi "zarządzać kryzysem" wiary w jego umiejętności. Pewnie jeszcze nigdy sytuacja nie była tak alarmowa, ale odpowiedź Hiszpana była przynajmniej trafiona - "wierzę, że mogę przekonać do siebie menedżera. Winić kolegów? Jego? Kibiców? Czy może wymagać więcej od siebie?". Ze wszystkich możliwych scenariuszów zaistniałego problemu z napastnikami tę Torres zdaje się rozgrywać najlepiej. 

Czy to samo można powiedzieć o Mourinho? W sensie porównań użytych przez niektórych dziennikarzy na pewno Portugalczyk mógł nie spodziewać się takiej eskalacji problemu - "Co z Dembą Ba?", pyta jeden z ekspertów; "Jak taka krytyka ma pomóc Torresowi?", jest jeszcze powszechniej poruszaną kwestią; "Czy Lukaku ma przyszłość w klubie?" jest równie istotnym tematem ostatnich dni. W tym sensie Mourinho mógł nie spodziewać się, że przy jasnych dowodach niedoskonałości jego napastników tak niewielu stanie po jego stronie. Wydaje się, że częściowo on sam doprowadził do sytuacji w której najlepszym jest ten będący rozwiązaniem wyłącznie tymczasowym, rocznym. Także rozwiązaniem problemu nie jest ciągłe wspominanie o letnich transferach, bo to, co się dzieje tu i teraz powinno być dla niego istotniejsze.

Zwłaszcza przez wzgląd na historię. Rok temu Roberto di Matteo stracił pracę, gdy w wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów nie wystawił żadnego napastnika, zespół nie wykorzystał dwóch dobrych szans z pierwszej połowy i zasłużenie przegrał 0-3 w Turynie. W ostatnich trzech meczach Andre Villasa-Boasa Torres zagrał łącznie mniej niż trzydzieści minut i kwestia niewykorzystania jego talentu (ha!) była stawiana na szczycie listy nieporadnych działań młodego Portugalczyka. Jedynym, który "wygrał" sobie Torresa był ten, który doskonale wiedział jak to zrobić, ale też poświęcając styl gry zespołu. Od Beniteza Mourinho chce się odżegnywać przy każdej możliwej okazji, więc można powiedzieć, że jest on trzecim menedżerem Chelsea, który pozostaje do hiszpańskiego napastnika nieprzekonanym. Jeszcze żaden nie wygrał z Torresem.

Czy więc ta "walka" będzie miała symboliczne zakończenie już latem? To nie jest pytanie, które na siedem (?) meczów przed końcem sezonu kibice Chelsea powinni sobie stawiać - tu i teraz wciąż jest więcej do wygrania. Lub przegrania - zależnie od Waszej aktualnej opinii... 

wtorek, 01 kwietnia 2014
Jeszcze nie jego Chelsea?

Nie mogło być bardziej oczywistego miejsca w którym Chelsea miała swoje mistrzowskie szanse pogrzebać niż Selhurst Park - przeciwko drużynie z problemami (ze strzelaniem i, generalnie, zdobywaniem punktów), ale dobrze zorganizowanej w defensywie, grającej z sercem i zacięciem przy fenomenalnej atmosferze. No i z perspektywy Chelsea na wyjeździe, tam, gdzie The Blues cierpią najbardziej.

Ile goli strzelili napastnicy Chelsea w meczach wyjazdowych w tym sezonie? Dwa. Ile razy trafiali snajperzy Liverpoolu i City w czasie ligowych podróży? Szesnaście i dwadzieścia jeden razy. Nie ma statystyki, która dobitniej pokazałaby różnicę jaka Chelsea dzieli od tytułu, o czym mówił też Mourinho na konferencji. - Punkty wspólne - tłumaczył w odniesieniu do mentalności piłkarzy.

Mourinho to wie. Pewnie też wiedział, że ten moment w końcu nadejdzie - że Torres nie tylko zmarnuje stuprocentową sytuację, ale też po prostu nie będzie uczestniczył w grze; że wrzucenie na ostatnie kilka minut Demby Ba nie da żadnego efektu. Kolejna przywoływana ciekawostka - tylko jednej drużynie udało się wygrać tytuł mistrzowski przy tak wielu straconych punktach w całym sezonie, jak już ma Chelsea.

Co jednak jest ważniejsze, Mourinho chciał wygrać tytuł, wierzył w to. Widać to w pierwszym jego wywiadzie pomeczowym, gdy wręcz zrywa z przyjętą wcześniej w sezonie retoryką bycia "źrebakiem" w wyścigu z City, Arsenalem i Liverpoolem.

- Myślę, że teraz za bardzo zależymy od rywali - powiedział Portugalczyk. Jakby - wciąż pamiętając o jego własnej retoryce - wcześniej Chelsea nie była zależna jeszcze bardziej, gdy Mourinho mówił: "wygramy jeśli oni nam pozwolą"? Mourinho rzadko był do tej pory tak wytrącony z równowagi, tak zniesmaczony tym co zobaczył w grze swojej drużyny. We wspomnianym wywiadzie oczy mu latały, górna warga drżała i wykrzywiała się na każde słowo, myśl o "jego" zespole. Tak, frazę "mój zespół" powtarzał kilka razy, jakby nie dając wiary, że to faktycznie jego podopieczni. - Moje zespoły tak zwykle nie przegrywają - dodał Portugalczyk na koniec krótkiej wypowiedzi. Jednym z odgórnie nasuwających się wniosków jest ten, że tegorocznej Chelsea on wciąż nie uważa za własną.

Może dlatego, że nie mógł odcisnąć swojego piętna na strefie drużyny najbardziej newralgicznej, albo dlatego, że za bardzo postawił na zakup pewnego Anglika z Manchesteru United? 

Próby były mniej lub bardziej udane, ale na dłuższą metę sprawiały, że pojawią się pytania o jakość napastników, kwestionujące letnią politykę transferową. Teraz tajemnicy już nie ma, bo czystka ma być w klubie masowa. Jak w tej teorii oceniania menedżerów dopiero po trzecim okienku transferowym?

Znaków nie trzeba było szukać tylko w jednej wypowiedzi. Mourinho na konferencji powiedział, że mentalność obrońców jest dobra, zwycięska, ale braki w przodzie są zbyt duże - tam nie ma nikogo, kto by bardziej charakterem, niż jakością zrobił różnicę. Widok nie tyle zrezygnowanego, a bardziej obojętnego, zblazowanego Torresa po jego "setkach" bije każde słowo pochwały z ust jego menedżera. Tylko, że te też wydawały się mocno naciągane.

"Balls" - napisał Mourinho dziennikarzowi na kartce papieru, gdy ten poprosił o jedno słowo komentarza, odpowiedzi na pytanie czego zabrakło Chelsea w sobotę. Wymowne? Bardzo, ale też pokazuje, że Portugalczyk ten tytuł w tym sezonie widział całkiem realnie, wyciągał do niego dłoń. Jego złość więc jest nie tyle rezultatem katastrofalnej gry z Crystal Palace, ale zawodem jaki mu sprawili. 

Można więc pisać o zmarnowanym lecie, braku transferu napastnika, charakterze czy "jajach" jakich mają nie posiadać niektórzy z piłkarzy, ale najlepiej porażkę Chelsea w tym sezonie definiuje rozczarowanie Mourinho. Jego największą klęską będzie to, że pod względem mitycznej już "mentalności zwycięzcy" przewyższył swój zespół, a na pewno kilka wyjątkowych piłkarskich indywidualności. Niech nieco ratuje go fakt, że od początku pozwalał sobie na dygresje w stylu "oczekiwań dopiero w drugim sezonie", ale pojawią się wątpiący w efekt jego menedżerskiej magii - więc nie tylko problematyczna kwestia napastnika będzie wyzwaniem na kolejny sezon Premier League, ale też udowodnienie istnienia tego, co ma czynić go "Wyjątkowym". 

środa, 26 marca 2014
Wtorek bez odpowiedzi

Koniec końców, to był kolejny fatalny wieczór dla dwóch z tak niewielu w pełni wspieranych przez właścicieli i zarządy klubów Premier League. O wypełnieniu sześcioletniego kontraktu Davida Moyesa z Manchesterem United mówił sam sir Bobby Charlton - zbyt wielki dżentelmen, by kłamać czy sobie w brutalny sposób z kibiców żartować. W północnym Londynie stanowisko też się nie zmieniło, a koniec sezonu ma przynieść podpisanie nowej umowy Arsene Wengera z Arsenalem.

Jednak oglądając obrazki z pierwszych pomeczowych wywiadów nie widzi się ludzi pewnych siebie - wręcz przeciwnie. Zachmurzony David Moyes, który po prostu chce odbębnić smutny obowiązek, odpowiada w kilku słowach, półgębkiem powtarza jak zgrana płyta, że jest "zawiedziony". I Arsene Wenger, chociaż czasem chwalący za wysiłek, jest zmęczony, wyczerpany emocjami jakie fundują mu jego podopieczni.

Problemy Arsenalu i Manchesteru United zostały uwydatnione przez największych. Chelsea zmiażdżyła pewność siebie Kanonierów i nawet dwa gole w odstępie kilkudziesięciu sekund nie pomogły podnieść nastrojów drużyny. Cofnęli się, słowami Wengera: "zaczęli grać zbyt konserwatywnie", stracili kuriozalnego gola. Wszyscy piłkarze albo rękoma zakryli oczy, albo wbili wzrok w ziemię.

Manchester United - chyba mówimy to po raz kolejny, prawda? - nie tyle nie chciał, nie szukał, ale po prostu nie dostał szansy, by pokazać, że może być na miarę swoich "głośnych sąsiadów" jeszcze w tym sezonie. Nawet ten Wayne Rooney, zawodnik ciągnący zespół w ostatnich tygodniach, odbijał się od niewidzialnego muru, którego szczelność mogła zdziwić dziś każdego, kto widział w tym sezonie ile słabych meczów rozegrał Martin Demichelis. 

David Moyes szukał nowego rozwiązania, ale jeszcze w pierwszej połowie chciał zmieniać (Valencia w zasadzie już był przebrany), ostatecznie swój własny błąd naprawiając w przerwie. Dziwna hybryda dwóch systemów - 4-3-3 i 4-3-1-2 - doprowadziła do chaosu, otwierała autostradę Toure, a Cleverley był zbyt oddalony od Carricka, by mogli sobie pomagać z fenomenalnym Silvą. Niestety też na Moyesa przeniósł się problem Juana Maty, zawodnika, którego nie potrafi "wykorzystać" na boisku. Hiszpan, niczym piłkarze Arsenalu, coraz częściej wbija wzrok w murawę tam szukając odpowiedzi na kilka palących pytań. Są dobre szanse, że jednym z nich jest to "w co ja się wplątałem?".

Obecnie i tak największym problemem Moyesa wydaje się spadające poparcie na Old Trafford. O ile w dwóch meczach przed derby Manchester United odciął się zdecydowanie od przeciętności, tak Citizens Czerwone Diabły odstawiły od kolejki do największych w lidze. To samo w sobie wydawałoby się nie tyle naturalne, co zrozumiałe - bo pierwszy rok Moyesa miał być trudny - jednak konsekwentnie odmawianie kibicom (i, co jeszcze bardziej obrazuje frustrację menedżera, dziennikarzom) zdecydowanego, jasnego i przejrzystego wglądu w problemy oraz możliwe rozwiązania nie przełoży się na wzrost popularności Szkota. Dzisiejsza konferencja przypominała jedną z wielu w tym sezonie, gdy Moyes był po prostu zawiedziony. Nie brakowało chęci, ale "czegoś". Jest "kierunek", jest "plan", ale nawet słowem nie zdradził jakie konkretnie ma argumenty, by ten los odmienić.

Ten sezon - a i może swój status pośród kibiców United - w zasadzie może uratować tylko własną szczerością. Może taką "spowiedź" wymusi za tydzień Bayern, skoro nawet City się nie udało?

Arsene Wenger radzi kibicom, by przyjęli z godnością ten wynik. Paul Scholes tymczasem nazywa ten tydzień "typowym" dla Arsenalu, twierdzi, że zespołowi brakuje charakteru, dyscypliny - zwłaszcza w środku pola. Jedyną odpowiedzią francuskiego szkoleniowca może być przytoczenie listy kontuzjowanych i jak daleko im do powrotu na boisko. Jednak mówiąc o "wielkim charakterze" drużyny Wenger nie zdobędzie dodatkowych punktów do popularności po spotkaniu, które raczej zaprzeczyło właśnie takiemu określeniu jego zespołu. 

Oczywiście ich praca nie polega na dawaniu odpowiedzi, które mają satysfakcjonować kibiców. Jednak i fani rozliczają menedżerów z tego, co składa się na występ drużyny - i po marnych wynikach chęć usłyszenia klarownej analizy potrafi ukoić największe nerwy, ale też dać szkoleniowcowi trochę komfortu, wiary z trybun, że on wie co robi. Czy przypadkiem i tu nie leży problem Moyesa i Wengera, że w jakimś sensie i ten pierwszy (z mniejszym stażem i na innym, wcześniejszym etapie, poziomie kariery), i ten drugi (ze swoim bogatym doświadczeniem, ale i pewnym zacietrzewieniem w sprawach funkcjonowania klubu) stracili na tyle kontrolę, że po prostu nie mają pojęcia co się dzieje i jak to zmienić?

poniedziałek, 24 marca 2014
Szaleństwo ostatnich dni

To nie był dobry weekend dla leniwców. Ostatnia aktywność bloga się ograniczyła, ale to nie znaczy, że zabraknie dla Was czytania - wręcz przeciwnie. Zaczniemy od wydarzeń sobotnich...

(...) "Mourinho w roli myśliwego sprawdza się doskonale i po wyliczeniu błędów, ale też oczywistych momentów depczących szanse Arsenalu, jedynym co dziwi to łatwość z jaką Wenger swój zespół na ten jednostronny show wystawił." (...) Jednak nie ulega wątpliwości, że do mistrzostwa kraju tak Arsene Wenger, jak i jego Arsenal, muszą nauczyć się rywali "mordować". To dosyć smutny wniosek dla jubilata po jego imprezie z okazji tysięcznego spotkania jednego z niewielu futbolowych purystów..."

Całość tekstu o sobotnich derby Londynu przeczytacie na serwisie Krótka Piłka, a ja polecę Wam jeszcze podsumowanie rocznej działalności tego portalu, gdzie wybrano najlepsze teksty z ostatnich dwunastu miesięcy. Kawał dobrego czytania!

W niedzielę natomiast doszło do starcia w Hiszpanii i emocji było więcej niż tylko w otwierającym kwadransie spotkania... 

"(...) Zresztą po raz pierwszy od 2008 roku w drużynie "Królewskich" na El Clasico zabrakło miejsca dla typowego defensywnego pomocnika, o innych umiejętnościach niż te Xabiego Alonso. Hiszpan jest, zupełnie słusznie zresztą, odbierany jako cofnięty rozgrywający, a nie destruktor w roli, z której w meczach z Barceloną słynęli Pepe, Ramos, Khedira czy Diarra... (...)"

Moje bardziej taktyczne niż emocjonalne podsumowanie El Clasico przeczytacie na sport.pl, chociaż po takim meczu krew w każdym buzowała. Co dopiero u samych zawodników, prawda?

Na serwisie "Droga na Mundial" rozpoczął się tydzień angielski, a więc świetny powód, by sprawdzić to jak się ma "złota generacja" w kadrze Hodgsona (słabo) i jakie są szanse, by w Brazylii błyszczeli ludzie... Pochettino

"(...) Nie powinno nikogo dziwić to, że w obecnym sezonie Roy Hodgson zagląda najczęściej na niebieską i czerwoną część Merseyside, ale też do Southampton, bo to tam ci mniej doświadczeni kadrowicze zachwycają. Adam Lallana zagrał w każdym z ostatnich trzech sparingowych spotkań i jak na 25-latka jego debiut w kadrze przyszedł późno, lecz też wskazuje na jego wierność oraz rozwój. Wszak on grał na trzech różnych poziomach w Anglii! W tym sezonie udowadnia, że to jest materiał na lidera z klasą - bo to świetny drybler, ciężko pracujący w odbiorze i wymaganym przez Pochettino wysokim pressingu "Świętych". Podobnie Jay Rodriguez, z którym Lallana ma świetną nić porozumienia, a przecież w eliminacjach Ricky Lambert grał i strzelał dla Anglii bramki. (...)"

Zapraszam do lektury TUTAJ, a jeszcze jak dobrze poszukacie to znajdziecie ciekawy tekst Michała Szadkowskiego, który pisze o nastrojach w angielskiej kadrze.

A tu spotkamy się najpewniej po derby Manchesteru, już teraz zapraszam...

niedziela, 16 marca 2014
Pewny swej narracji?

Tyle już wytrzymali - będąc ledwie źrebakiem w stawce bardziej dojrzałych koni, hamując swoje emocje w najważniejszych starciach, trzymając nerwy na wodzy przeciwko faworytom. 

Czy w kilkadziesiąt sekund można wszystko zmarnować? Czy nie lepiej pogodzić się z nieuchronną porażką w miejscu, gdzie przegrywał także Manchester City? Odpuścić, nie rozmawiać, nie wyskakiwać, nie grozić palcem i po prostu pozwolić, by na tę minutę emocje uspokoić. 

Akceptacji nie było. Mourinho po meczu przyznał, że chodziło mu o reakcję rezerwowych gospodarzy, a nie sam debilny atak Ramiresa i, chociaż rozmawiać z mediami nie chciał, całkiem otwarcie dopowiedział, że prosił tylko o pięć sekund czasu Chrisa Foya. Ten, pewnie po konsultacji z "czwartym" i z jego wspomnieniem reakcji Wyjątkowego przy czerwonej kartce dla Williana, podjął decyzję o wysłaniu go na trybuny. Mourinho może już tylko liczyć, że konsekwencji nie będzie - nawet jeśli to dosyć naiwne myślenie...

"Sezon lidera zabrnął w chaos", brzmiał tytuł jednej z relacji w angielskiej prasie. Może to przesada, może i niepotrzebne wyolbrzymianie w gruncie rzeczy porażki, która gdzieś tam wpisywała się w ostatnie wyjazdy Chelsea (słabe mecze z City, Galatasaray, WBA, nawet Fulham!), ale drużyna faktycznie zwolniła. Gra na niższym biegu, na gorszym poziomie kreatywności i z mniejszą dyscypliną w defensywie. 

Trzymając się teorii Jose Mourinho, wczoraj na boisku był ledwie jeden Cesar Azpilicueta - nawet ci, którzy weszli na zmiany odstawali od poziomu wolicjonalnego i realizowania własnego potencjału w porównaniu z bocznym obrońcą z Hiszpanii. Jednak i tak największym błędem nie było dopuszczenie do słabszego spotkania w którym... "różne" decyzje sędziowskie mogłyby posłużyć za usprawiedliwienia, ale pozwolenie, by za takowe służył chaos z końcówki meczu.

Tymczasem przed dwoma prawdopodobnie najważniejszymi meczami sezonu, cała Chelsea dopuściła, by do typowej wpadki zmęczonej drużyny dorobiono teorię o pewnej spójności z tą wyjściową  Mourinho. Tylko w innym kontekście - co dla Portugalczyka jest normą (nawet wczoraj mówił, że Chelsea nie jest w wyścigu mistrzowskim...), dla ekspertów i (niektórych) kibiców będzie słabością menedżera, jego procesu decyzyjnego i jego piłkarzy.

Wyobraźcie sobie niespodziewaną porażkę z Galatasaray, wyobraźcie sobie niepowodzenie z Arsenalem - Mourinho jest takiego typu menedżerem, który nie dopuszcza do tego, by przypadkowe sytuacje definiowały jego pracę. Tym bardziej dziwi to jak sam się wplątał w chaos doliczonego czasu gry na Villa Park i pozwolił, by na ten kluczowy tydzień Chelsea kluczowym tematem były nie sztuczki Hazarda czy solidność Azpilicuety, ale czerwona kartka Ramiresa i wkurzenie menedżera.

Może to delikatne przypomnienie prawdziwej twarzy Mourinho na którą wielu czekało od momentu jego słów o radości powrotu do futbolu w Anglii. Zgoda - dawno zaakceptowaliśmy jego styl bycia, biorąc pod uwagę, że przekłada się to na wyniki. Mniejsza nawet o stratę Ramiresa, dla wielu będącą błogosławieństwem w perspektywie wymagań stawianych przez najlepszych (czytaj: Arsenal) - dla Mourinho z tego chaosu może wyniknąć nie tyle nieobecność przy okazji najbliższych derby Londynu, ale podzielenie opinii kibiców wcześniej niż przy zakończeniu sezonu. 

Czyżby Mourinho był tak pewny tego, że wszyscy "kupili" jego narrację?

środa, 12 marca 2014
Ślepi pośród zrównoważonych

To nie momenty sukcesów decydują o ocenie transferów danego klubu, ale chwile porażek tak dotkliwych, jak te odniesione z rąk europejskich tuzów. Jest całkiem spora szansa, że zanim minie trzeci tydzień marca, angielskie drużyny będą mogły w komplecie skoncentrować się na walce między sobą w lidze. Pewnie drapiąc się z zakłopotaniem po głowie i zastanawiając się, co poszło nie tak.

Taktycznie, chociaż może ze zbyt dużym respektem dla rywali w pierwszych meczach, Arsenal i Manchester City można usprawiedliwić w wyjazdowych spotkaniach w odpowiednio Barcelonie i Monachium. Kanonierzy pięknie rozpoczęli trzy tygodnie temu, a do ich występu do momentu czerwonej kartki Szczęsnego zdaje się odwoływać Arsene Wenger - choćby tym twierdzeniem, że to był słabszy Bayern niż przed rokiem.

Z kolei Pellegrini nieźle przygotował swój zespół na pierwsze spotkanie, a i w rewanżu - chociaż balansując na granicy szczęścia i poprawności kilku (!) decyzji sędziowskich - podjął słuszną decyzję w przerwie. Wymuszoną przez kontuzję Aguero? Patrzmy na sposób gry City, akcje bocznych obrońców i ciężką pracę środkowych w starciu z jednym z najbardziej dynamicznych "trójkątów" w futbolu.

I to wtedy uwydatniały się te różnice w przygotowaniu drużyny do największych wyzwań. Zarządzający klubami muszą potrafić przewidzieć, założyć, że gdy w marcu czy kwietniu przyjdą najważniejsze spotkania z zespołami bardziej kompletnymi, może się zdarzyć sytuacja w której do akcji musi wkroczyć najpierw trzeci, a potem czwarty stoper. Albo, że trzeba lewego obrońcy, tudzież jakichkolwiek opcji ofensywnych na ławce rezerwowej.

To może być bardzo absurdalny wniosek - z pozoru - gdy do wydających setki milionów funtów za piłkarzy grę kreujących ma się pretensje o rzucanie marnych ochłapów na ludzi od destrukcji. Lub, w wypadku Arsenalu, zrezygnowaniu ze wzmocnień w innych strefach niż tylko ofensywna pomoc. To bodajże Barney Ronay z "Guardiana" pisał, że gdyby Wenger chciał wydać kolejne miliony, to raczej znów na kogoś w typie Mesuta Oezila, a nie - powiedzmy - Mathieu Flaminiego czy Oliviera Giroud. 

Demichelis oraz Lescott to tykające bomby, zresztą w tym samym stylu przypomniał się w weekend Micah Richards, teraz już wyłącznie ociężały czołg bez wyczucia własnej siły oraz zdolności do "czystej" interwencji. Szczęście Manchesteru City udało się przedłużyć i tak na dobre kilkadziesiąt minut, a skromne momenty przyzwoitej gry Lescotta - całe dwa odbiory! - były wyłącznie tym, czego można było się spodziewać: epizodami w pełnowymiarowym filmie, obrazie nędzy i rozpaczy. Nędzy składu City na tej pozycji, rozpaczy Pellegriniego przy korzystaniu z opcji rezerwowych.

Zimą można było to wszystko nadrobić. Jednak Citizens uznali, że sprowadzanie stopera z Portugalii nie opłaca się (w Europie by i tak nie grał) w obliczu Financial Fair Play, a Wenger desperacko dorzucił kontuzjowanego piłkarza do środka pola. To podsumowuje działalność transferową City i Arsenalu lepiej, dosadniej niż miliony wydane na Navasa, Negredo i Joveticia, czy samego Oezila.

W lidze Arsenal udanie przykrywał problem ogołoconego składu, ale jednak problemy w bezpośrednich starciach z rywalami do mistrzostwa zostały boleśnie przedstawione. Manchester City wypluwał z siebie kolejne gole do końca stycznia, by nagle zacząć się krztusić - przeciwko Norwich City, nawet w finale z Sunderlandem, później przeciwko Wigan, dziś w Barcelonie. 

Mówcie co chcecie o kryzysie Barcelony, ale to drużyna z wciąż zachowaną równowagą w jakości wyjściowego składu na najważniejsze mecze w Lidze Mistrzów. Podobnie Bayern, gdzie mnogość opcji Guardioli wręcz podsuwa jego podobieństwo do operatora buldożera

Czy ucierpi Chelsea i Manchester United? Koniec końców tak - jeśli nie za tydzień, to ten brak napastnika będzie wymówką Mourinho, a słabe skrzydła usprawiedliwieniem Moyesa. Kwestią nieznaną pozostaje to z czyich rąk dokona się to obnażenie ich słabości.

Angielskie kluby na ten moment nie są na takim etapie, by myśleć poważnie o podboju Ligi Mistrzów. Manchester City prawdopodobnie powinien patrzeć na PSG, gdzie nie było strachu przed wydaniem kilkudziesięciu milionów na gwiazdy do gry defensywnej. Chelsea niech idzie drogą Bayernu, gdzie Guardiola dorzuci Lewandowskiego, bo wie jak istotny jest napastnik lepszy od Mandżukicia. Manchester United żegna jedną generację piłkarzy (Giggs, Evra, Ferdinand, Vidić) i musi wprowadzić nowych. Wenger musi oprzeć się chęci wzmacniania drużyny piłkarzami o jednym profilu (ofensywnego pomocnika) - czyli iść drogą Barcelony?

Anglia wciąż się uczy i płaci za błędy. Boleśnie, bo ich fart w zwyciężaniu w Lidze Mistrzów wyczerpała Chelsea. Jednak znacznie więcej jest przykładów drużyn o zrównoważonym składzie i zabezpieczonych wszystkich formacjach, które wygrywały w europejskich rozgrywkach. Latem przekonamy się, czy w Europie Anglia nadal sukcesu chce szukać na oślep.

23:48, mzachodny , Puchary
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89




Keep The Blue Flag Flying High

Wypromuj również swoją stronę