poniedziałek, 20 października 2014
Wiem, co robi Arsene Wenger

A przynajmniej tak mi się wydaje. Może i dziwacznie wyglądało starcie Arsene'a Wengera z Jose Mourinho, a jeszcze dziwniej to, jak zachowywał się w obliczu słynnego już wywiadu dla BBC, jak długo przetrzymał zespół po szczęśliwym remisie z Hull City (godzinę, nie pozwalając im również rozmawiać z mediami) i jak generalnie nie pasuje mu ten wizerunek... menedżera groźnego.

Jednak tego Arsenal potrzebuje. Jak słusznie napisał "Guardian", jedynym promykiem nadziei w sobotę był Alexis Sanchez, jeden z najlepszych letnich transferów w lidze. Tylko musimy sobie zadać pytanie - jak długo Chilijczyk będzie nadrabiał za przeciętnie grających kolegów? Kolegów, których nawet menedżer rywali - w tym wypadku Steve Bruce - nie traktuje z jakimś wielkim poważaniem, realnie mówiąc o stracie dwóch punktów na Emirates. 

To chyba nawet mocniejszy cios niż porażka z Chelsea dwa tygodnie temu. Wtedy wokół Arsenalu krążyło przekonanie, że wynik po prostu odzwierciedla różnicę między drużyną, która wypełniła braki, a tą, która wciąż je ma. Zespołem dojrzałym, wygrywającym niemal automatycznie, a tym, który aspiruje, ale bez przekonania i charakteru.

Już wtedy sugerowano, że reakcja Wengera - może przesadzona, może faktycznie sprowokowana - miała wpłynąć bojowo na jego piłkarzy. Za swoje zachowanie Francuz przeprosił, ale dopiero po kilku dniach, a i sama informacja przepadła w zgiełku meczów reprezentacji, gdy piłkarzy nie było w klubie. Może to i lepiej?

Może więc Wenger dostrzegł, że oto jego pomysł na klub, drużynę, styl gry załamuje się, że jego reputacja wszechmocnego w Arsenalu jest coraz słabsza, stawia się nad nią znak zapytania. Zdecydowane wejście na jego terytorium trwa już od jakiegoś czasu, wygranie Pucharu Anglii uspokiło krytyków na chwilę, przynajmniej do czasu nowych, ale i odgrzewanych kryzysów w Arsenalu.

I faktycznie przydałoby się tych piłkarzy pobudzić. Piłkarzy, którym brakuje waleczności, zdecydowania, reakcji, umiejętności dominowania i, niestety, trochę charakteru. Znów odgrzewamy ten kotlet - to jeszcze chłopcy, a nie mężczyźni. 

Wenger próbował różnych metod, był "dobrym gliną", tym broniącym swoich zawodników i swojego planu, wykazującym przewagi rywali. Teraz te wymówki finansowe jednak powoli mu uciekają, uzywanie ich przychodzi mu z trudem. Więc na stół musi rzucić nową kartę. 

I kto spodziewał się groźnego Wengera? Nikt. Nawet sugerowano, że ten ogień w nim zgasł, że częściej woli wyżyć się przez rzucenie butelką za linią boczną, rozłożeniem rąk i obserwowaniem, jak ze słabszymi rywalami to jego piłkarzom brakuje... chęci. Tego charakteru.

Czasem warto być chamem. Może przykład musi pójść z góry? Może po raz kolejny to Wenger musi ożywić ten zespół, ale niekoniecznie transferem piłkarza charakterem, kogoś na miarę Vieiry czy Keowna, których wszyscy przywołują po dziesięciu latach od końca wspaniałej serii 49 meczów bez porażki z rzędu.

Wzbraniał się i dopiero teraz... ruszył. Efektów jeszcze nie znamy, ale widać, że po meczu z Hull nie było wesoło. Jednak przed nim i przed Arsenalem zestaw teoretycznie łatwiejszych spotkań, szansa na podniesienie się i ponowne zdobycie zaufania szkoleniowca, kibiców... i zarządu? To byłoby najgorsze i na to Wenger nie może sobie pozwolić.

sobota, 04 października 2014
Fabregas, Neville i spirala porównań

Wczoraj tylko wspomniałem, dziś czuję się niemal zobligowany do wpisu o Cesku Fabregasie. Chociaż zdecydowanie polecam Wam lekturę historii jego przejścia do Chelsea, a także felieton Barneya Ronaya o hiszpańskim pomocniku, to dla mnie wybijającą się pozycją z tych wszystkich jest tekst Gary'ego Neville'a.

- W Fabregasie, Chelsea ma piłkarza, który nie jest wyłącznie asystentem czy strzelcem, ale architektem gry w środku pomocy, porównywalnym do takich piłkarzy jak Pirlo, Scholes i Xavi - zaczyna.

Od razy poleciłem go dalej. I wystarczyła chwila - no, kilka minut - by odezwał się pierwszy głos. "Xavi? Nigdy, Cesc nie jest do niego podobny." Zanim się obejrzałem, dyskusja o dwóch wychowankach La Masii rozgorzała na całego, oczywiście przeniosła się na porównania lig angielskiej i hiszpańskiej, tempa, pressingu i miejsca, samych piłkarzy, transferów Barcelony... Klasyczny przykład spirali w której czasem nieprzyjemny upór kibiców danego klubu przenosi sedno sprawy na jeden z dalszych planów rozmowy.

Ale to ja podnoszę rękę i przyznaję, że się myliłem. Kompletnie niepotrzebnie się dałem w to wciągnąć, rywalizować na poglądy odnośnie... transferu Neymara chociażby. Jednak w tej pomyłce nie chodzi o samo porównanie Fabregasa do Xaviego, ale inne kwestie we wspomnianej dyskusji. Bo wystarczyła ponowna lektura tekstu Neville'a, by dostrzec, jak pobieżnie koledzy potraktowali felieton. Jakby po prostu zobaczyli porównanie Fabregasa do Xaviego w leadzie i zapaliła im się lampka - "trzeba reagować!".

Oczywiście, że Fabregas jest innym piłkarzem, niż swój starszy kolega. Mourinho latem mówił, że to nie "ósemka" i nie "dziesiątka", ale piłkarz pomiędzy. Tymczasem ci, których wymienia felietonista to piłkarze grający bardziej w głębi pola - Scholes, Busquets, Motta, Alonso czy Carrick to bardziej "szóstki", a najbliżej Fabregasowi bodaj do Toure, który jednak w Barcelonie również grał jako defensywny pomocnik, promując się "wyżej" dopiero na Wyspach.

Jednak Neville'owi chodziło o znaczenie piłkarza w danej drużynie. Już pisałem to wczoraj, ale trzeba się powtórzyć - cóż z tego, że Fabregasowi nie dane było odgrywać roli "następcy" Xaviego w Barcelonie (może nigdy nie powinien być do niej wybrany, może zbyt przypominał Iniestę i... kolejny temat na jeszcze większą dyskusję, którą zostawię Barcelonistas) skoro może być prawdziwym mózgiem drużyny, jej architektem w innej lidze? Jednym z najbardziej podziwianych przez Xaviego piłkarzy był (jest?) Paul Scholes, który potrafił "zarządzać" meczami z głębi pola, grać krótko i do przodu, długo i na boki... - Jest najlepszym pomocnikiem ostatnich 15, 20 lat - mówił o Angliku Hiszpan w wywiadzie z 2011 roku. - Uwielbiam też patrzeć na Arsenal, jak Cesc zarządza ich grą - dodawał.

Liga nie ma tu żadnego znaczenia, podobnie jak tempo. Pirlo jest uwielbiany za to jak dyktuje warunki na boisku, ale on tylko podaniami grę przyspiesza, częściej ciągle truchtając - i to truchtając sporo - w poszukiwaniu miejsca. Stylami ci piłkarze się różnią, ale sposobem myślenia na boisku - nie. - Nie są najlepszymi dryblerami, nie są zbyt szybcy - opisuje "architektów" Neville. I ma rację.

Przyznam, że i do mnie dotarło to trochę później - ten bezsens debaty i porównań Fabregasa z Xavim. Po pierwsze, wystarczyło spojrzeć na samą tabelkę zaraz po wstępie tekstu Neville'a - z zawodnikami, którzy w ostatnich prawie pięciu latach zaliczyli ponad 120 podań w jednym meczu. Dla Fabregasa, spotkanie z Aston Villą było dopiero drugim takim zdarzeniem, Xavi z 24 przypadkami odstaje od innych. Sam fakt, że w Barcelonie udało mu się to tylko raz pokazuje, że nigdy nie miał być następcą starszego kolegi, może nie dostał zaufania trenera, kolegów, czy tych samych zadań... Mniejsza o to, naprawdę. Wystarczy wczytać się w tekst Neville'a, by zrozumieć dlaczego on w ogóle nie chciał do takiego porównania doprowadzić.

Ciekawe, że były obrońca Manchesteru United tłumaczy też, jaka jest jego definicja wielkiego zespołu. Nie tylko wygrywającego Ligę Mistrzów, ale potrafiącego wyjść spod pressingu rywala w ostatnich kilkunastu minutach, gdy trzeba bronić korzystnego wyniku. I od tego są, według Neville'a, tacy zawodnicy jak Scholes, Xavi i... Fabregas.

Nic dziwnego - on, podobnie jak ja, widział wyjazdowy mecz Chelsea z Manchesterem City. On także podkreśla uniwersalność stylów drużyny Mourinho, która w jednym spotkaniu potrafi bronić się głęboko na własnej połowie, by w następnym dominować kompletnie na boisku. Gdzie w tym wszystkim odnajduje się Fabregas? Zawsze w "centrum dowodzenia", mając najwięcej kontaktów z piłką, najwięcej podań z jednym z najwyższych procentów ich dokładności. Potrafił dyktować warunki w meczu "łatwym", potrafił też wykaraskać Chelsea spod presji przeciwnika w znacznie "trudniejszym", nie tracąc ani głowy, ani piłki.


I tu jest kolejny krok, kolejny klucz do tej dyskusji. - Oglądając ostatni kwadrans tamtego meczu z Manchesterem City, gdy Chelsea prowadziła 1-0, zastanawiałem się, czy goście mogą zmienić się w drużynę dominującą posiadanie piłki zamiast bronienia wyniku? - pyta Neville - Myślę, że to kolejny krok, a w jego sercu może być Cesc Fabregas.

Nie ma więc definitywnego stwierdzenia, że już jest na tym poziomie - po prawdzie, Fabregas do tego potrzebuje odpowiedniej reakcji menedżera i kolegów. Zresztą, w jego wieku wydaje się to być idealny moment na przejęcie także tej odpowiedzialności - podobnie, jak zrobił to Xavi, mając 28 lat, w sezonie 2008/2009 prowadząc Barcelonę do triumfu w Lidze Mistrzów. Rok wcześniej chciał odejść, czuł się niechciany. - Fabregas to jedyny zawodnik w Premier League, który mógłby zagwarantować swojej drużynie dominację w kluczowych fragmentach meczu - dodaje Neville już w kontekście niedzielnych derby z Arsenalem - W Fabregasie Chelsea ma piłkarza, który nie tylko podaje do Costy czy samemu strzela gole, ale może wydźwignąć się na poziom Pirlo, Schweinsteigera, Xaviego, Scholesa, architektów największych meczów.

Wciąż jesteśmy dopiero na pierwszym etapie sezonu, a przecież nikt nie oczekuje od Fabregasa utrzymania takiej skuteczności w zagrywaniu kluczowych piłek - co śmieszniejsze, są już tacy, którzy definitywnie skreślają go... na wiosnę. Może przydałoby się więcej cierpliwości i uwagi (zwłaszcza przy czytaniu komentowanych tekstów), ale i obiektywnego spojrzenia na sprawę. Chelsea nie aspiruje do bycia Barceloną, nie ma zamiaru kopiować tiki-taki, a sam Fabregas nie chce grać identycznie jak Xavi. Jednak czy to naprawdę oznacza, że nie może osiągnąć poziomu jego i innych największych architektów ostatnich lat? Jak pisze Barney Ronay, "póki co w tym klubie, bez powiązań, bagażu, przeszłości i powiązań, wygląda jak u siebie w domu".

piątek, 03 października 2014
Pan 7/10 bohaterem niedzieli?

Więc tak, znowu przychodzi ten moment.

Jose Mourinho versus Arsene Wenger.

Tylko, po prawdzie, nie czuje się tego tym razem. Owszem, jest wielka okoliczność, jest osiemnasta rocznica podjęcia pracy w Arsenalu przez Francuza, ale nie w ten sam dzień, co mecz, ani nie tak spektakularnie to wygląda, jak tysięczne spotkanie. Zresztą w poprzednim sezonie szkoleniowcy także mocno starli się ze sobą - wszyscy pamiętamy słynne słowa o specjalizacji w przegrywaniu...

A jednak ani Wenger, ani Mourinho nie chcieli rozdrapywać tamtej rany. Dziennikarze próbowali w obydwu wypadkach prowokować jakiekolwiek interesujące wypowiedzi, ale nawet wyciągając niechęć Portugalczyka do przeproszenia Francuza jest to po prostu na siłę. - Moja wypowiedź była konsekwencją jego - powiedział Mourinho i na tym się powinno to skończyć. Obaj byli pełni szacunku dla jakości drużyn przeciwnych.

Został więc tylko Fabregas? Jednak i o niego nie ma kruszenia kopii między szkoleniowcami. Wenger mówił, że sprawa rozstrzygnęła się znacznie wcześniej, może nawet na początku 2014 roku, że to nie była jego decyzja, a Mourinho tylko wspomniał, że to mało istotne, bo Hiszpan jest już ich piłkarzem i tyle się liczy. 

Pewnie, w Internecie znajdziecie tuziny tekstów przedstawiających liczbowo lub felietonowo dominację Fabregasa, jego znaczenie w tamtym Arsenalu i obecnej Chelsea, jak stał się kolejnym tematem głównym tej derbowej rywalizacji... Tylko znowu wydaje się to nadużyciem. Bo dzieje się to przed meczem, też przez względu na to, ilu piłkarzy miał (ma) Wenger na jego pozycję i kilka innych aspektów.

Dlatego warto zwrócić uwagę, że w niedzielę swój setny mecz w oficjalnym meczu Chelsea rozegra Cesar Azpilicueta. I przy tym Hiszpanie naprawdę warto się zatrzymać.

Nie wstydźmy się tego, że gdy Chelsea sprowadzała Azpilicuetę wielu musiało sprawdzać jego wcześniejsze dokonania we Francji, a spora część skrzywiła się, że przychodzi rezerwowy. 

Dlaczego więc zwracam uwagę na Azpilicuetę? Choćby dlatego, że Mourinho uwielbia takich piłkarzy jak on. - Jest prawym obrońcą, ale może grać też na lewej stronie, być skrzydłowym, kimkolwiek chcemy - mówił na piątkowej konferencji - Pracuje i zachowuje się tak samo, niezależnie od swojej sytuacji w drużynie.

To, że ktoś z dziennikarzy, a nie najbardziej zakręconymi statystykami zauważył taką okazję w londyńskiej karierze Azpilicuety samo w sobie jest wyjątkowo. Mourinho rzadko musi odpowiadać na pytania o niego. Nikt już nie dziwi się, że w drużynie, która miała być najsilniejsza kadrowo w lidze prawy obrońca gra po lewej stronie - że przez niego na ławce siedzi Felipe Luis, który tak świetnie radził sobie w Atletico.

Nikt nie dziwi się, bo Azpilicueta gra świetnie. W poprzednim sezonie Mourinho powiedział, że gdyby mógł, to chciałby mieć na boisku jedenastu takich piłkarzy jak on. Takich jak on określa się również mianem "seven out of ten" - ponieważ głównie grają właśnie na taką notę, bardzo rzadko na słabszą, a często na lepszą. Zresztą, kto przypomni sobie jego poważny błąd? Może tylko ten, gdy faulował Jozy'ego Altidore'a w końcówce poprzedniego sezonu... A i tak miał pecha, bo po prostu się poślizgnął i to Amerykanin nadepnął mu na stopę.

Jednak znacznie częściej Azpilicueta jest tym, który "zamyka" swoje skrzydło, bezustannie biega, zawsze jest perfekcyjnie ustawiony, nie odpuszcza, nie pozwala się mijać... Statystycznie, te sześć pierwszych spotkań dało mu najlepszą notę od portalu WhoScored od czasu czterech meczów w barwach Marsylii w Lidze Mistrzów cztery sezony temu.

I tak, jak łatwo jest go przeoczyć, tak trudno jest go nie podziwiać. Tę minę zawodu, gdy zablokuje strzał czy dośrodkowanie, a rywale mają rzut rożny. Te standardy zachowania na boisku, które powinny być wzorem dla innych - zawsze fair i z szacunkiem do rywala, nigdy nie szukający złośliwych fauli czy nieprawidłowych zagrań. W poprzednim sezonie ligowym obejrzał tylko jedną żółtą kartkę.

Jest największym problemem Felipe Luisa, ale też idealnym batem na Branislava Ivanovicia. Serb musi wiedzieć, że jakikolwiek spadek jego formy oznacza pewną ławkę i powrót Azpilicuety na prawą stronę obrony. A to jakby było równoznaczne z tym, że Serb musi przyzwyczaić się do roli rezerwowego...

Może więc zamiast niepotrzebnie szukać powodów lub tematów, by rywalowi dopiec jeszcze przed meczem, skupić się na jednym z zawodników, który po cichu znaczy coraz więcej i jest coraz lepszym piłkarzem. Wciąż młody, wciąż zdobywający nowe doświadczenia (w reprezentacji rozegrał tylko 9 meczów!) oraz... będący tu na dłużej. Właśnie mija miesiąc od czasu rozpoczęcia się jego nowej, pięcioletniej umowy. Setny występ to pierwsza okazja, by "Panu 7/10" przyjrzeć się uważniej, ale nie martwcie się, jeśli tę przegapicie. Na pewno będzie jeszcze kilka takich w następnych latach.

czwartek, 25 września 2014
Pellegrini z Mourinho nie powalczy

- Zagrali bardzo podobnie do Stoke, gdzie jako duży zespół walczyliśmy z małą drużyną posiadającą bardzo dobrych piłkarzy, która tylko się broniła i próbowała utrzymać remisowy wynik - powiedział po niedzielnym meczu Manuel Pellegrini.

Od czego tu zacząć? Może od tego, że zabrakło mi wczoraj pochwały Chilijczyka, płomiennego przemówienia na obronę Sheffield Wednesday, które w samej drugiej połowie pozwoliło jego Manchesterowi City na strzelenie siedmiu bramek. Wedle logiki Pellegriniego, piłkarze z niższych lig, tak otwierając swoją defensywę, pokazali mentalność zespołu wielkiego, ambitnego.

Kpię, bo sądzę, że słowa Pellegriniego są niesłusznie pomijane - wyobrażam sobie, gdyby powiedział to Jose Mourinho. A przecież tak było, gdy w poprzednim sezonie krytykował West Ham za "dziewiętnastowieczny futbol", który dał im bezbramkowy remis na Stamford Bridge. Wszystkie media zgodnie uderzały w rozżalonego Portugalczyka, jakby na złość zapominając, że chwilę później przyznał, że i on takiej taktyki by pewnie użył, walcząc o wynik. Nie minęło kilka miesięcy i w Madrycie zobaczyliśmy Chelsea westhamową właśnie, która również dopięła swego celu.

Nie wierzę też, by człowiek, który w poprzednim sezonie wygrał mistrzostwo Anglii, był tak naiwnym szkoleniowcem. Czyżby podchodził do meczu nieprzygotowany? Czyżby nie widział meczów Chelsea z poprzedniego sezonu, gdy w zasadzie Mourinho ustawił zespół tak samo i po taktycznym majstersztyku wywiózł z Etihad trzy punkty? Przegapił spotkanie z Evertonem, gdzie "The Blues" wyłącznie kontrowali, aż sześciokrotnie masakrując rywali?

Można powiedzieć, że pod tym względem nie było szkoleniowca w Anglii, który do tego stopnia uwierzyłby w siłę Chelsea. Przecież jaką wiarę musiał mieć Pellegrini w jakość rywali, by sądzić, że Mourinho na mecz z czołowym rywalem nie przygotuje czegoś specjalnego z naciskiem na defensywę? Rekord Portugalczyka jest świetny, ale z czegoś - uporczywego planowania, poprawiania detali do perfekcji - wynika.

Oczywiście Pellegrini mógł być wściekły na sposób w jaki Manchester City został powstrzymany. Jego drużynie brakuje już takiej swobody w grze ofensywnej, radości w atakach. Wynika to z tego, że dogonili ich inni, Arsenal czy właśnie Chelsea. 

Nie wydaje mi się, by - jak uważa Phil McNulty z BBC - rywalizacja Pellegriniego z Mourinho stała się takim menedżerskim klasykiem jak choćby starcia Wengera z Fergusonem. O ile przy okazji ich bezpośrednich potyczek może być ciekawie, to jednak nie do tego stopnia. Z prostego względu - jeden drugiego nie ceni zbyt wysoko, a inne rywalizacje były czy są bazowane na pewnym respekcie. Uważam, że reakcja Mourinho w stosunku do Wengera ("specjalista od porażek") to właśnie pokazała, podobnie jak ich marcowe starcie, podkreślające dobitnie złość i urazę jaką wywołały słowa Francuza. O Pellegrinim Portugalczykowi nawet nie chciało się gadać, a gdyby była wola, to pewnie do dziś by się to  ciągnęło.

Cenię Pellegriniego, naprawdę. Wiele dobrego zrobił Manchesterowi City, jest zdecydowanie lepszym szkoleniowcem od Roberto Manciniego, którego zastąpił. Wylewam tu raczej nie złość, nie jest to próba rewanżu czy wykpienia Chilijczyka, a zdziwienie, że tak łatwo - na dość wczesnym etapie sezonu - wkurzyć go... taktyką, której powinien się spodziewać, znać ją doskonale i znaleźć już na nią rozwiązanie.

Chwila słabości Chilijczyka? Nazywajcie to jak chcecie, możecie też mieć wiele przeciwko Mourinho, dziwiąc się jego taktycznym rozwiązaniom, ale... Każdy przyzna, że wypowiedzom Pellegriniego brakuje takiej trenersko-taktycznej logiki. 

środa, 17 września 2014
Oezil najsłabszym ogniwem i lekarstwem Arsenalu?

Już wszystko zostało przeanalizowane, sprawę rozwałkowano, Wengera skrytykowano, a Oezila w jakimś sensie rozgrzeszono. Nie jego wina, że wbrew własnej woli jest rzucany po lewym i prawym skrzydle, gdy tak naprawdę i według siebie samego, jest jednym z najlepszych ofensywnych środkowych pomocników. 

Tymczasem obecnie jest najsłabszym ogniwem Arsenalu. Biorąc pod uwagę jego możliwości, potencjał i ambicje jakie wiązano z jego obecnością, od kilku, kilkunastu spotkań Niemiec rozczarowuje. I to najbardziej z całej drużyny - po defensywnych pomocnikach Arsenalu nikt nie spodziewa się cudów, Bellerin dopiero zaliczył prawdziwy debiut w poważnym meczu, Welbeckowi brakuje tylko skuteczności. A Oezil przegrywa zdecydowaną część pojedynków (wczoraj aż 87%!), jest na boisku statystą, podaje głównie do tyłu i nie widać po nim kreatywności z której słynie. Statystycznie brutalnie jest rozjeżdżany przez każdego dziennikarza, który zabiera się za jego występy.

Ale mecz z Borussią to już przeszłość - niezbyt odległa, wciąż bolesna i wywołująca u kibiców Arsenalu ból głowy - i Arsene Wenger kwestię Oezila musi jakoś rozwiązać. W tym też jest główny problem: Francuz nie wygląda na takiego, który chciałby zrobić ruch w którymkolwiem innym kierunku niż obecnie, nawet jeśli przerzucenie go z lewego na prawe skrzydło było jakąś odmianą.

W książce "Futbol i statystyki" jest całkiem ładnie opisane, jak można ukryć najsłabsze ogniwo w drużynie. Autorzy starają się argumentować, że także przez obstawianie najgorszym piłkarzem najmniej... spektakularnej pozycji - bocznego obrońcy. Tam jednak Wenger ma już swoje problemy, a i dla niego taką najlepszą opcją wydaje się ofensywny pomocnik.

Najpierw należy zastanowić się też, z czego wynika słaba forma Oezila. Czy to faktycznie kwestia niemal miesięcznego urlopu, braku klasycznego okresu przygotowawczego i specyfika organizmu zawodnika? Może są jeszcze inne kwestie, które powodują, że Oezil jako piłkarz obecnie niemal nie ma wpływu na grę Arsenalu? Problemy pozaboiskowe, może ambicjonalne po wygraniu mistrzostw świata? By choćby uniknąć takich sugestii Wenger potrzebuje Niemca w grze, do tego naprawdę dobrej.

Może to też po części tłumaczyć chęć utrzymania nieefektywnego ustawienia 4-1-4-1, które Arsenalowi robi więcej szkód niż dobrego. W zasadzie, to logicznie współgra to z dwiema tezami autorów wspomnianej książki w kwestii najsłabszego ogniwa - po pierwsze pozwala Oezila ukryć, a po drugie udziela mu wsparcia. 

To pośród takich piłkarzy jak Sanchez, Wilshere czy Ramsey łatwiej będzie mu "schować" Oezila niż gdyby Niemiec siedział na ławce. Tam, jako jeden z rezerwowych, byłby świadectwem niepowodzenia Francuza, szybciej dając mediom możliwość rozdmuchania jednej z (bezzasadnych nawet) plotek o których wspomniałem. Teoretycznie na skrzydle robi mniej szkody, bo Arsenal ma trzech innych kreatywnych graczy, którzy do meczu z Borussią spisywali się przyzwoicie (Ramsey), obiecująco (Wilshere) lub bardzo dobrze (Sanchez). Im Oezil krzywdy nie zrobi - po prostu odda piłkę, czasem zwolni akcję, ale mając trzech innych ten problem Kanonierów wyglądał na nieźle skryty. Tak naprawdę przed Dortmundem były spory, czy Niemiec gra fatalnie, czy może przeciętnie lub nawet nieźle.

Tym samym też pomaga Oezilowi - gra jest najlepszym lekarstwem na brak formy, Francuz może liczyć, że Niemiec stopniowo podniesie swój poziom przygotowania motorycznego, a i zdarzy się moment w którym to wszystko się zazębi, wróci dawny poziom zagrań i zaangażowania. Robi to stawiając go na skrzydle, bo tym samym nie ogranicza piłkarzy będących w lepszej formie, dając Oezilowi mniej odpowiedzialności w trudnym momencie, do tego nie zmuszając jego kolegów do ciągłej gry przez cierpiącą "dziesiątkę".

Na bycie menedżerem - zwłaszcza dobrym - składa się wiele różnych czynników, ale jednym z ważniejszych jest to, by umieć podejmować trudne decyzje. Po prawdzie, Wenger właśnie to robi. Uważa, że szybciej przygotuje Oezila, który ma większą wartość dla drużyny na "długim dystansie" niż np. Podolski, Cazorla czy Oxlade-Chamberlain. Ten pierwszy u Francuza pozostanie wyłącznie opcją awaryjną lub rezerwową. Do tego, gdy spojrzycie na zeszłoroczne statystyki goli i asyst Hiszpana oraz Anglika, to zobaczycie, że w sumie mieli oni je gorsze od samego Oezila. To logiczne, że Wenger tak ceni Niemca, wystawiając go nawet, gdy jego forma dołuje - na tym etapie sezonu szanse Arsenalu w lidze czy europejskich pucharach nie są zagrożone. Porażka w Dortmundzie to oczywisty krok w tył, ale kilka dni wcześniej oglądaliśmy Arsenal niemal pokonujący mistrzów Anglii, drużynę więc lepszą i do tego bardziej dojrzałą.

Może więc 4-1-4-1 to tylko rozwiązanie tymczasowe? Może Wenger czeka na powrót Oezila do formy, by mógł postawić go w najbardziej oczywistej roli lub jego rola na skrzydle nabrała znaczenia? Zresztą to nie tylko kwestia ustawienia - Wenger preferuje system płynny, z dużą wymiennością pozycji oraz podań. Tak naprawdę nie musi przypisywać swoim piłkarzom pozycji, ale role, które mają odgrywać. Póki co nie padła komenda, by Oezilowi zagrywać podania w strefie "dziesiątki", więc stamtąd atakują inni, lepiej przygotowani, będący w lepszej formie - Wilshere, Ramsey, Sanchez. To też całkiem logiczne.

Jest ryzyko, że przywracanie Oezila zabierze więcej czasu, że Arsenal straci jeszcze kilka punktów - ale to w równej mierze wynikać będzie ze słabości systemu, błędów czy niedostatków innych piłkarzy. Niemiec nie jest jedynym problemem Wengera, w zasadzie niekoniecznie jest nawet tym priorytetowym. Co więcej, odwrócenie tych wszystkich  negatywnych aspektów zajmie mu więcej czasu niż przywrócenie Oezila. Krok po kroku, występ po występie, Niemiec wróci na swój poziom. I taki "sukces" czy "osiągnięcie" pomoże także wrócić Arsenalowi na właściwą drogę w górę. Sądząc po reakcjach po meczu z Borussią i samej postawie Kanonierów w Dortmundzie, Arsene Wenger po prostu świetnego Oezila potrzebuje, jak najszybciej. To osiągnie tylko go wystawiając.

poniedziałek, 15 września 2014
Fear of failure

Gdy Arsene Wenger mówił w lutym tego roku, że niektórzy menedżerowie w lidze negują możliwości swojego zespołu, Francuz nie zawahał się ani chwili wypowiadając legendarną już kwestię o "strachu przed porażką".

Gdy Jose Mourinho mu odpowiadał, zarzucając Francuzowi, że jest "ekspertem w przegrywaniu", Portugalczyk był pewnym swego, od razu wyrzucając z siebie tę kwestię. 

W każdym z tych przypadków zarzut zawsze był przygotowany, poparty przemyśleniem czy wcześniejszą refleksją, na pewno też animozjami, jakie tych menedżerów dzieliły i wciąż dzielą. Jednak sam faktu użycia takich słów jak "strach" czy "porażka" pokazuje, jak są one determinujące w ligowej walce. 

Zostawiając Arsene'a Wengera na boku - ma on własne problemy, takie, które są materiałem na zupełnie oddzielny tekst - warto zastanowić się nad Mourinho, jednym z tych menedżerów przed którymi postawiono nie tyle cel, co obowiązek wygrania przynajmniej jednego znaczącego trofeum. 

Wiem - sam Mourinho jest bestią zbyt ambitną, by nie stawiać przed sobą takich celów, choć w poprzednim sezonie... W poprzednim sezonie może zbyt dosadnie i zbyt pewnie odrzucał możliwość wygrania, nie dając dobrej przecież drużynie żadnych szans. Mówił o projekcie, ambicjach, ale i głównie brakach w swoim zespole. Nikt ich nie neguje, prędzej inaczej odbierając realną wartość tamtej kadry.

Kadry, która uległa znacznej zmianie. Tak personalnej, jak i mentalnej, choć o dokładny moment w którym Chelsea przemieniła się z poddającej się lub nie widzącej zwycięstwa w momencie trudnym w maszynę demolującą rywali na życzenie trudno. Przecież w każdym z dotychczasowych meczów ludzie Mourinho byli testowani - Burnley wystawiło ich na próbę już w pierwszym meczu, lecz odpowiedź przyszła szybko i zdecydowanie. Leicester było o jedną skuteczną interwencję Courtoisa od sensacji i sprawienia problemów, a Everton upierał się, że na gole odpowie golami. Nawet Swansea zaskoczyła Chelsea perfekcją, która pozwoliła im utrzymać prowadzenie niemal do końca pierwszej połowy.

A jednak odpowiedź zawsze przychodziła, tempo zawsze było podkręcane, reagowali tak piłkarze, jak i trener. W sobotę wystarczył jeden rzut rożny, ale i zmiana ustawienia, wprowadzenie przydatnego w odbiorze Ramiresa w miejsce bezproduktywnego Schuerrlego. Tak wcześnie w sezonie wydają się być już wypracowane schematy reakcji w trudnych sytuacjach. Bo po przerwie Chelsea po prostu wrzuciła trzeci, czwarty bieg, jakby bez większego wysiłku.

Oczywiście wciąż możemy się upierać - poniekąd słusznie - że te reakcje przychodziły łatwo, bo rywal nie był z tej najwyższej półki. Nawet Everton, bo pomimo wielu pozytywów jakimi da się obdarować zespół Roberto Martineza, nie wolno zapomnieć o fatalnej tego dnia defensywie. Stąd pewna obawa - nazwijcie to strachem - że magia Fabregasa, skuteczność Costy czy drybling Hazarda zostaną jeszcze postawione w wątpliwość. Media uderzą na pewno, przy pierwszym potknięciu. Może więc przez samego menedżera?

Mourinho w tym akurat jest specjalistą. To, co zrobił w poprzednim sezonie - przejście na system bardziej defensywny po katastrofie w Sunderlandzie - zdało egzamin, nawet jeśli wspomniane braki drużyny nie pozwoliły jej rywalizować do samego końca. Tym razem Portugalczyk triumfował, mówił o wyczekiwaniu na tego właściwego napastnika, cierpliwości klubu i szerszej perspektywie z jaką wiązało się jego zatrudnienie.

Jednak on jeszcze zostanie sprowokowany, albo sam kogoś sprowokuje, właśnie przez zagrożenie jego i Chelsea pozycji. Nie będzie tak łatwo jak w pierwszych dwóch sezonach, nie będzie tak pięknie, że na celebrowanie mistrzowskiego tytułu możemy umówić się w marcu. Już po perfekcyjnym starcie kariery Diego Costy w Londynie Mourinho tonował nastroje mówiąc, że tego się po nim nie spodziewał. Słusznie nie zamierza też wymagać powtórki siedmiu goli w czterech kolejnych meczach. 

To strach przed porażką każe myśleć, że ten sezon nie będzie tak łatwy, jak jego 4-kolejkowy zwiastun. Strach innego rodzaju niż ten o którym mówił Wenger - nie napędzany obawą rywalizacji z równymi sobie, ale tym, że zwycięstwa się od Chelsea po prostu oczekuje.

czwartek, 04 września 2014
Anglia jak jedno podanie

W zasadzie to mogłaby być historia jednego podania.

*Tego* podania.




Wiem, że w stosunku do Jamesa Milnera to pewnie trochę niesprawiedliwe. Wszedł na końcówkę nieistotnego spotkania, zdarzył mu się kiks jakich w tym meczu było naprawdę sporo. Jednak jeśli szukać podsumowania pierwszego sparingu reprezentacji Anglii po mistrzostwach świata, to lepszego, pojedynczego obrazka nie da się z tego meczu wyjąć.

Chyba, że szukacie statystyk. Dwa strzały celne, które jeden z dziennikarzy wypomniał Royowi Hodgsonowi na pomeczowej konferencji rozzłościły selekcjonera reprezentacji Anglii. - A czemu nie policzycie tych, które rywale zablokowali? (Było ich sześć - przyp. red.) Dlaczego nie przypomnicie sobie, jak dominowaliśmy posiadanie piłki? - oburzał się Hodgson.

Słuszna uwaga. Jednak Anglia dobrze grała tylko przez pierwsze trzydzieści minut. Maksymalnie. Później była to raczej wymiana ciosów w slow-motion, bez życia i bez jakości. Tym bardziej ta apatia może dziwić, bo przecież po wielkich zmianach, rezygnacjach i mundialowej wtopie można było oczekiwać czegoś innego.

A tu nic. Bardzo schematyczne i sztywne 4-4-2, do bólu przewidywalne wymiany podań w poprzek i tak niewiele akcji z zagraniami na jeden kontakt. Sturridge w dryblingu? Reszta się przygląda. Henderson z drugiej linii wbiega na wolne pole? Wilshere spokojnie zagrywa do bocznego obrońcy, nie prostopadle na kolegę ze środka pomocy. Wayne Rooney cofa się po piłkę? Po chwili bezradnie rozkłada ręce i nie widzi opcji rozegrania. Bo przecież sam sobie nie poda.

Słusznie pisał Barney Ronay, że ta nowa, młoda, niedoświadczona reprezentacja Anglii (siedmiu zawodników poniżej 25 roku życia, drugi po Rooneyu z najwyższą liczbą powołań to Cahill z już 28 meczami w kadrze!) w zasadzie to przypomina ostatnią i jeszcze poprzednią. Nie ma wielkich różnic, jest znajoma nuda, brak jakości i stara taktyka.

Czy należy za to winić Hodgsona? Jeszcze przed spotkaniem z Norwegią miałem ochotę coś na ten temat napisać, że to jego tworzenie "nowej" kadry należy przyrównać do jego pracy w Fulham czy WBA. Bo Anglia przeciętnieje w oczach. Może przeciętnieje specjalnie? Bo przecież Hodgson z takimi piłkarzami radzi sobie najlepiej, osiąga świetne wyniki (finał europejskiego pucharu) i potrafi odcisnąć swoje piętno. Owszem, nie jest to porywający tłumy futbol, ale skuteczny i dający wyniki. Przecież to nie dzięki pracy w Liverpoolu dostał posadę selekcjonera reprezentacji Anglii...

Znając ograniczenia Hodgsona i jego piłkarzy wciąż jednak mam odczucie, że ta reprezentacja mogłaby być lepsza. Grając w 4-3-3, ze swobodą i szybszą wymiennością podań. To jest możliwe - przecież taki Raheem Sterling (w środę zdecydowanie najlepszy, autor 7 kluczowych podań - pozostali piłkarze obydwu drużyn ledwie 5) to największa szansa Anglii na coś więcej niż międzynarodowe Fulham czy West Brom*.

Michael Cox opisywał szansę, jaką reprezentacji Anglii dają współprace w klubie. Faktycznie, wczoraj to Sterling ze Sturridgem grali najfajniej, wymieniali najwięcej "jakościowych" podań. Herdenson był w 4-4-2 zagubiony - autentycznie wyglądał, jakby ktoś z tego Liverpoolu nagle za karę zrzucił go do Sunderlandu - a problem braku klasycznego defensywnego pomocnika po prostu nie pozwoli Anglikom zajść gdziekolwiek wysoko. 

To obrazuje część problemu - Hodgson tak wiele mówił o młodzieży i ofensywnym futbolu, że występ jego zespołu na mistrzostwach świata przyjął jako rozczarowanie. Owszem, wyniki były słabe, ale to powinien być jakiś krok w konkretnym kierunku rozwoju, a nie odcięcie się od taktycznych eksperymentów, powrót do 4-4-2 i udawanie, że młodzież zatuszuje negatywne aspekty pomundialowych decyzji selekcjonera. 

Po brazylijskim turnieju wiele mówiło się o tym, że Anglia musi postawić na młodzież, ale właśnie przez futbol ofensywny, uniwersalny, nie zamknięty w oczywistych i sprawdzonych schematach. To miało być synonimem uwierzenia w kolejną generację. Hodgson wątpi, więc buduje swoje Fulham czy WBA. I wczoraj z równie eksperymentalnie złożoną Norwegią męki zakończyły się zwycięstwem. 

Co z tego, że przy liczącej ledwie czterdzieści tysięcy kibiców publiczności. Co z tego, że w mękach i w kiepskim stylu. Anglia wygrała. A że znów skierowała się raczej w stronę "piłkarskiego średniowiecza" o którym kiedyś pisał Gary Lineker... Roy Hodgson o to nie dba. Słabsze podanie, takie jak to Jamesa Milnera, może się zdarzyć, będzie się zdarzać. Ważniejsze, by nie w obronie, by nie zakłócało to misternie zestawionych dwóch linii czwórek. Taka to współczesna twarz tej Anglii.

*Oczywiście bez urazy, kibice Fulham i WBA!

wtorek, 02 września 2014
Oby chaos nie powrócił

Okej, okej - wątpiłem.

"Kiedy już Jose Mourinho skończy swoją pierwszą po powrocie konferencję prasową, znów oczarowując angielskie media, ponowne zapoznanie się z klubem zacznie od wizyty na Cobham. Jednak wkraczając do ośrodka szkoleniowego - pustego, bez przebywających na urlopie piłkarzy - nie poczuje się tak pewnie, jak za swojego debiutu w 2004 roku. Wyjątkowy wie, że duch jego wewnętrznych rywali wcale nie uleciał.
On ma się dobrze. On już nie jest Avramem Grantem - przeciwnikiem ma być teraz Michael Emenalo."

To było w czerwcu zeszłego roku, kilka tygodni po potwierdzeniu powrotu Jose Mourinho do Chelsea. Wątpiłem, bo pojawiły się informacje najpierw o rezygnacji Emenalo (wywołanej właśnie przyjściem Portugalczyka, jak również ofertą z Wigan), ale też pamiętałem, jak Wyjątkowy poustawiał sobie sprawy w Madrycie. To właśnie zakulisowe rozgrywki w Realu były jednym z ważniejszych "celów" Mourinho w pierwszym sezonie, a wyniki przyszły tak naprawdę dopiero po pozbyciu się Valdano.

Wątpliwość wynikała też z kariery Emenalo. Patrzcie na jego przygodę, od trenera nastolatek w Ameryce do osoby odpowiedzialnej za budowę jednego z największych klubów na świecie! Wciskany na siłę, po znajomościach... Taka opinia przez lata ciągnęła się za nim, raczej bez jakiegokolwiek dementi. Zwłaszcza, że do czasu powrotu Mourinho Chelsea była daleka od stabilizacji. Chaosem były te dwa lata, które przyniosły triumfy w europejskich pucharach. Ale trzech menedżerów w tym czasie, brak wypracowanego stylu gry, brak konsekwencji w transferach... Nie działo się najlepiej.

W Chelsea obawiałem się starć, nieporozumień, walki i problemów przy transferach, które niewątpliwie miały nadejść. Tymczasem ostatni rok był pod tym względem rewelacją - powrót Maticia, sposób w jaki "nabito" budżet sprzedażą kilku niechcianych i niepotrzebnych piłkarzy, ale też działania tego lata. Szybko, sprawnie i skutecznie. Fabregas i Costa już są rewelacją, o Filipe Luisa też jestem spokojny. Torresowi nagle zachciało się zmienić barwy? Żaden problem, transfer Loica Remy'ego był niemal przygotowany i skompletowany. 

Porównajcie to z innymi klubami - szaleńczą, ale mało zrównoważoną taktyką Manchesteru United i tą Arsene'a Wengera, który pominął przynajmniej dwie pozycje przy wzmacnianiu kadry Arsenalu. Liverpoolu, który zaryzykował z Balotellim i 32-letnim Rickie Lambertem. Pełną wymianą składu Southampton, uzupełnianiem składu Tottenhamu na ostatni gwizdek i wydawaniem wielkich pieniędzy na stopera przez Manchester City. 

Gdzie się nie obejrzycie, wszyscy chwalą transfery Chelsea. Gdzie ta krytyka szaleńczych wydatków z którą musieliśmy się zmagać praktycznie od 2003 roku? Transfery z klubu pozwoliły niemal na perfekcyjne zbilansowanie tego lata, a dodatkowo bardzo poprawiły sytuację pierwszego zespołu. Czyja to zasługa?

Tu trzeba pochwały skierować i na Emenalo, i na Mourinho. Nie ma możliwości, by taka przemiana dokonała się w kilkanaście miesięcy. Oczywiście teraz presja na menedżerze i całym klubie znacznie wzrosła, bo nie wygrać ligi będzie po prostu wstyd. Jednak pierwszy po powrocie, pozbawiony spektakularnego zwycięstwa sezon Mourinho nie przyniósł nerwowości - dał jedynie powód do dyskusji i kluczowych zmian. Teraz Portugalczyk ma pełne pole do popisu, podobnie jak jego skład. Oby to wypaliło, oby chaos nie powrócił.

środa, 27 sierpnia 2014
Warnock na statku, Palace do spadku

Straciłem wiarę w Crystal Palace.

Oglądałem ich mecz z Arsenalem na otwarcie nowego sezonu i, 48 godzin po odejściu Tony'ego Pulisa, nie widziałem zespołu rozbitego, grającego bez głowy lub z myślami daleko od murawy pięknego stadionu The Emirates. To nadal był jego zespół, odpowiednio ułożony, taktycznie zdyscyplinowany, trudny do rozbicia i z jakością w szybkim ataku. Nawet jeśli wciąż nie na tyle odpowiednią, by wywieźć stamtąd punkt, to do walki o utrzymanie wystarczającą.

Oglądałem skrót ich spotkania z West Hamem i widziałem zespół, który potrzebuje nowego trenera. Można cenić Keitha Millena za jego doświadczenie w pracy trenerskiej, ale przy braku doświadczenia w byciu numerem jeden na stałe (udało mu się tylko przez jakiś czas w Bristol City) szanse na utrzymanie by malały. Crystal Palace było tego dnia chaotyczne, słabe i bez pomysłu.

Od dzisiaj ich pomysłem jest Neil Warnock. I tak straciłem w nich wiarę.

Pamiętajmy o istnym sztormie przez jaki przeszedł klub w ciągu ostatnich dwóch tygodni. To była walka najpierw z Pulisem, później przy negocjacji z kolejnymi trenerami, następnie presją otoczenia, by nie tylko zrezygnować z rozmów z Malkym Mackayem, ale też wyrzucić z Selhurst Park Iaina Moody'ego. W takich warunkach ciężko nie tylko o wzmocnienie składu w ostatnich, kluczowych zwykle dla takich klubów jak Palace dniach okienka transferowego, ale też rekrutowanie menedżera.

Tym bardziej dziwi mnie to, że Crystal Palace, zamiast burzy się postawić, sytuację opanować i, mimo wszystko w mniej beznadziejnych okolicznościach niż przed rokiem, budować zespół zdolny do utrzymania. Niepotrzebne są rewolucje, można działać tak skromnie jak do tej pory, ale z rozsądkiem. Dlatego Neil Warnock do tego schematu "przetrwania i działania" kompletnie nie pasuje.

Patrzcie na ostatnie przygody Warnocka - każdy klub, który pozbywał się go w ostatnim czasie robił to po wielkim skandalu, przy hałasie w mediach i pod presją kibiców. Neila Warnocka nie da się bowiem lubić, w Leeds powiedzą Wam, że i o szacunek ciężko. Dlaczego?

To menedżer nie zespołu piłkarskiego, ale chaosu. Tam, gdzie wpada zawsze robi się ciekawie - nagle wokół stadionu krążą znajomi agenci, robi się dziwne transfery wyłącznie według jego "widzimisię", a dziewięćdziesiąt minut meczu służy mu do wyzywania sędziów. Tak naprawdę, przeglądając jego karierę szkoleniową, dowiecie się, że on nie jest winny żadnej porażki, klęski, spadku i katastrofy - to ci źli, ale też łysi, grubi, przypadkowi goście (to wszystko epitety regularnie używane przez Warnocka) panowali nad jego losem.

Losem, który według niego samego powinien być łaskawy. W zeszłym roku było kilka ciekawych wypadków - sam Warnock w jednym z wywiadów twierdził, że on powinien pracować w Premier League, ale dla takich jak istnieje coś na kształt "szklanego sufitu".  Z kolei sam przylepił sobie łatkę menedżera odpowiedniego do roboty w Championship, człowieka skrojonego na specyfikę tych dynamicznych i niemożliwych do okiełznania rozgrywek.

Kiedy najlepiej wypada Warnock? Gdy szuka pracy - wtedy jest miły, przyjazny, rzuca anegdotkami, a czasem zdarzy się, że w The Independent przeczytacie jego całkiem ciekawe spostrzeżenia. 

Jednak ponad 1300 spotkań w roli menedżera nie nauczyło go zbyt wiele. Lista jego kłótni z sędziami, rywalami jest pewnie najdłuższa w angielskiej piłce. Strateg z niego żaden - on wiecznie reaguje, zawsze jest na etapie zażegnywania kryzysu. Jeśli już, to on wpędza klub i drużynę z chaosu w chaos, z kryzysu w kryzys. W Leeds działy się różne cuda, ale w większości wypadków "inicjatywę" miał zawsze Warnock. Do tego dochodził fatalny styl ("hoofball") i kiepskie wyniki jak na rangę klubu. Nie mówię o oskarżeniach (nie mediów - samych piłkarzy!) wobec niego, że od "swoich" zawodników pobiera "wejściówki" po wcześniejszym zagwarantowaniu im odpowiednich bonusów.

To nie jest człowiek na ten moment dla Crystal Palace. Owszem, pomógł im w olbrzymi sposób, gdy poprzednio tam pracował, ale teraz i Selhurst Park jest innym miejscem. Wreszcie pełnym kibiców, ze stabilną sytuacją finansową i działaniem na swoją miarę. O to też poszło z Pulisem, chociaż Steve Parish pewnie by zaprzeczył - wydawanie ponad możliwości, istnienie w pewnych ramach, na wyznaczonych zasadach, także zachowania. Przecież o to chodziło w zwolnieniu Moody'ego, prawda?

Tymczasem zatrudnienie Warnocka wygląda fatalnie zarówno dla piłkarzy (wypada pozdrowić Jasona Puncheona), jak i klubowych finansów. - Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić - rzekł kiedyś pewien polski klasyk, a teraz po prostu idealnie powiedzenie to przypasuje do Warnocka.

Przykra sprawa. W Anglii wiele mówi się o dawaniu szans angielskim szkoleniowcom, ludziom, którzy pochodzą z "nowej fali" i są "ograniczani" przez zagranicznych menedżerów. Po prawdzie, to jednak efekt działania takich "Warnocków", ich cwaniactwo i swego rodzaju szpan, styl bycia, odrzucania możliwości własnej winy... To zniechęca większe kluby do inwestowania czasu i szans w rodzimych szkoleniowców. 

Neil Warnock narzekał na "szklany sufit", ale tak naprawdę on i jemu podobni menedżerowie wyznaczają go, blokuję miejsce, bo mają "znajomości", "swoje metody" i gadane. Może spadek z Crystal Palace rozbije to wrażenie. Szkoda, fajny zrobił się to klub.

środa, 20 sierpnia 2014
Fabregasów dwóch, czyli inna Chelsea

Proste to i oczywiste - po pierwszym meczu Chelsea w nowym sezonie ligowym, wszyscy zachwycają się Ceskiem Fabregasem. Hiszpan grał świetnie, zaliczył piękną asystę i już można przeczytać, że jego transfer pozwolił Mourinho zrewolucjonizować styl gry na bardziej atrakcyjny.

Spokojnie, to przecież było tylko dwadzieścia kilka minut dobrego, a nawet bardzo dobrego grania, ofensywnego futbolu na najwyższym poziomie płynności wymiany podań. Niektórym te 25 podań poprzedzających gola Schuerrlego uderzyło do głowy. Do tego stopnia, że jeden z Twitterowiczów po poniedziałkowym meczu ironicznie pytał, czy Chelsea już można przyznać tytuł mistrzowski.

Jednak ja nie chcę tych hurraoptymistycznych nastrojów ani tonować - kto rozsądny ten wie, jak wiele trudnych wyzwań jeszcze czeka Chelsea - ale zwrócić uwagę na bohatera nie tyle drugiego, co nawet trzeciego planu. Fabregas wyrósł w poniedziałek na bohatera, za nim wymieniano Schuerrle, Hazarda, Diego Costę, Maticia, Ivanovicia, Courtois... Dlaczego więc występ Oscara przeszedł niezauważony?

W głowach wielu po tym meczu pozostanie głównie drugi gol, piękna akcja całego zespołu i kombinacja podań z tym ostatnim, najlepszym Fabregasa. Mi dużo bardziej imponowały momenty w środku pola, gdy Matić, Hiszpan i Oscar łapali rytm wymiany podań na jeden kontakt, tworząc różne kombinacje w trójkątach, ciągle ruszając się, utrzymując nawet dwóch rywali bezradnie patrzących i starających się nadążyć za ich "klepką". To był jeden z tych aspektów gry Chelsea, którego w poprzednich sezonach próżno było szukać na boisku.

Bez Oscara byłoby to niemożliwe, ale by to zrozumieć trzeba do kwestii jego obecności i wkładu w grę zespołu podejść metodycznie - spojrzeć na charakterystykę jego i Fabregasa oraz ustawienie w jakim ma grać Chelsea.

Latem, dyskutując o transferze Fabregasa do Chelsea, Mourinho mówił o tym, ile Hiszpan może dać drużynie. - To bardzo uniwersalny pomocnik - tłumaczył Portugalczyk - Może grać jako "dziesiątka", ale też niżej, chociaż nie jest ani "szóstką", ani "ósemką" - dodał. W skrócie, by rozstrzygnąć te taktyczne zawiłości - Fabregas w ustawieniu z trójką zawodników w środku pola może spełniać każdą rolę, jednak najlepiej wypada, gdy ma więcej swobody w interpretacji swojej roli. Jeszcze lepiej, gdy ktoś mu w tym pomaga. 

Oscar jest równie uniwersalnym pomocnikiem. Pamiętamy, że początkowo w Chelsea był "dziesiątką", później grał jako skrzydłowy, by po powrocie Mourinho wrócić na pozycję za napastnikiem. Jednak i on nie jest piłkarzem typowym dla tej roli - jest bardziej zdyscyplinowany taktycznie, mniej błyskotliwym w rozegraniu piłki pod samą bramką rywala, ale znacznie lepiej radzącym sobie w głębi pola, dodatkowo świetny w odbiorze i pressingu. Regularni czytelnicy tego bloga przypomną sobie wielokrotnie apele do kolejnych szkoleniowców - w tym Mourinho - by spróbować ustawienia z Brazylijczykiem grającym bliżej defensywnego pomocnika niż napastnika. W meczu z Burnley wreszcie to zobaczyliśmy.

Tu należy przejść do rozmowy o ustawieniu Chelsea. Wyjściowym było 4-2-3-1, jednak okazało się ono czysto teoretyczne. Mourinho, chociaż tak mocno stawiający na dyscyplinę pozycyjną swoich piłkarzy, dostrzegł możliwości jakie oferują uniwersalne możliwości Fabregasa i Oscara - w wielu aspektach całkiem podobne. Można więc mówić o hybrydzie dwóch systemów, tego nominalnego oraz 4-3-3. 

Dlaczego ta rotacja pozycji między Fabregasem i Oscarem jest kluczowa? Przede wszystkim środkowi pomocnicy rywala nie wiedzą kogo pilnować - w poniedziałek wielokrotnie w pierwszej połowie zdarzało się, że Brazylijczyk "wyciągał" Jonesa lub Marneya, pozwalając tym samym Hiszpanowi znaleźć się bezpośrednio przed linią obrony Burnley. To praca trudna do zauważenia w trakcie gry, ale dobrze przedstawiona na obrazku stworzonym przez zespół "StatsBomb", które śledziło pozycje wszystkich zawodników w meczu. Zwróćcie uwagę głównie na tych dwóch pomocników Chelsea.

StatsBomb

Już wspomniałem, że Oscar nie jest graczem spektakularnym - a przynajmniej nie do momentu, gdy zaczyna strzelanie goli - nie gra jak typowa brazylijska "dziesiątka". On, zamiast dryblingów i pojedynków indywidualnych, znacznie lepiej czuje się w wymianach podań na jeden kontakt. Niech pokażą to statystyki - w meczu z Burnley miał 77 kontaktów z piłką i aż 67 podań. Najrzadziej z drużyny "holował" futbolówkę, znacznie częściej tempo akcji przyspieszając, pozwalając kolegom (Fabregasowi!) na zdobywanie terenu na połowie przeciwnika. 

Gra na jeden kontakt to olbrzymi postęp w porównaniu do wolnej i przewidywalnej gry środkowych pomocników z poprzedniego sezonu. Mikel gra zbyt głęboko, Ramires indywidualnie (i często nieskutecznie...) wprowadza piłkę na połowę rywala, Lampard znacznie lepiej rozgrywał wszerz, zmieniając stronę akcji niż dyktując tempo atakom Chelsea, a David Luiz pokazywał się jako pomocnik szukający (bardziej ryzykownych) średnich lub długich podań na wolne pole. 

Nie było płynności, bo brakowało piłkarzy do takiej gry - jednak w wypadku Fabregasa równie istotne, co jego umiejętności jest towarzystwo z którym gra na boisku. Mówiąc o współpracy Hiszpana w środku pola może więc warto zwrócić się w stronę nie Maticia, a właśnie Oscara.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91