środa, 16 maja 2012
Sezon przegranych
Jak pokazały ostatnie sekundy ligowego sezonu w Anglii, wszystko należy do zwycięzców. Granica między tryumfem i porażką jest niewielka, wręcz liczona w kilku kopnięciach Sergio Aguero oraz jednej główce Edina Dżeko. Dlatego na zwycięzców jeszcze przyjdzie pora, oni jeszcze świętują lub na ich paradę trzeba poczekać kilka dnia… zajmijmy się przegranymi tego sezonu. Tych, jak co roku, nie zabrakło.
Gdy przed dwoma laty kończyli ligę – po raz trzeci z rzędu na szóstym miejscu – w ich składzie biegali zawodnicy pokroju Jamesa Milnera czy Ashleya Younga… a przyszłość może nie rysowała się w kolorach różowych, lecz na pewno nikt nie wróżył Villans upadku. Tymczasem obecna kampania to kompletne dno dla tego zasłużonego klubu. Już sama decyzja, by zabrać lokalnym rywalom menedżera, który spuścił Birmingham City z ligi była kontrowersyjna – jak się okazało również nietrafiona – ale Randy Lerner jeszcze kilka tygodni temu wierzył w efekty pracy Alexa McLeisha. Może i to od początku był związek skazany na porażkę, a negatywnie nastawieni kibice nie pomogli w rozwoju uczuć, jednak dziewięć zwycięstw w całym sezonie to kompletna klęska. Dodajmy do tego rosnące finansowe straty (ponad pięćdziesiąt milionów funtów), spadający prestiż Aston Villa i w efekcie mamy klub na krawędzi. Pomyślcie, jak zdesperowani musieli być niektórzy fani, który jedyny ratunek widzieli w spadku i odrodzeniu się na zapleczu Premier League, w stylu Newcastle? Ambicje na Villa Park zawsze były spore, lecz ostatnie dwa sezony pokazały, że spaść z piedestału jest łatwiej niż swoją pozycję odbudować. Dziwi więc fakt, że Randy Lerner celuje w Paula Lamberta i, ponownie, Roberto Martineza jako osoby, które mogłyby poprowadzić prace renowacyjne nad starzejącym się i podupadającym zespołem. Faktem jest, że ich praca w słabszych finansowo klubach jest imponująca – zwłaszcza ta menedżera Norwich – lecz to zła wiadomość dla Aston Villa. Czemu chcieliby odchodzić do klubu, który jest na granicy rozpadu i… spadku? Porażka z tego sezonu mogłaby być większa i bardziej bolesna, ale osiągając dno można się tylko od niego odbić. Na Villa Park nikt nie jest w stanie powiedzieć, że dolna granica ich regresu już została osiągnięta… …z Villa Park wyrósł kolejny kandydat do tego mało zaszczytnego rankingu. Wyrósł sporo, bo w ciągu ostatnich kilku lat za jego usługi cena przerosła już trzydzieści milionów funtów, a efektów, zwłaszcza ostatnio, brakuje. O schematach statystycznych, które miały definiować strategię transferową Liverpoolu już sporo napisano, także pod tym adresem, lecz Stewart Downing raczej do dumnych przykładów polityki Damiena Comolliego i Kenny’ego Dalglisha. Dwadzieścia milionów funtów, a w trzydziestu sześciu spotkaniach lewoskrzydłowy zaliczył w punktacji kanadyjskiej… okrągłe zero. Żadnej asysty, żadnej bramki – a przecież target dla dośrodkowań z jego skrzydeł jednak jakiś czas po boisku w barwach Liverpoolu biegał. Mimo fatalnej formy ligowej całego zespołu i zajęcia mało zaszczytnego miejsca, The Reds do końca tego sezonu za przegrany nie mogą uznać, zwłaszcza ze skromnym Pucharem Ligi dodanym do gabloty. Gorzej jest jak już spojrzymy na indywidualne osiągnięcia innych zawodników i Downinga właśnie. Steven Gerrard nawet w pewnym momencie był dla niektórych dziennikarzy z Anglii zawodnikiem na zakręcie swojej kariery – takim, za którym czeka już tylko kołek na którym wiesza się korki. To tylko przykład oczywiście, ale również Pepe Reina ma za sobą słabszy sezon, Jamie Carragher faktycznie już jest na samym finiszu futbolowej drogi… Mimo wszystko, to nie jest największa porażka Liverpoolu. W zgodnej opinii wszystkich – nawet tych, którzy najchętniej tę sprawę zamietliby pod dywan – najwięcej Dalglish i The Reds stracili w sprawie Suareza. Fakt, że zespół się wstawił za zawodnikiem, którego ukarano za rasizm, chowano się za tanimi wymówkami, zrzucano winę na tego obrażanego… To błoto do Dalglisha i Liverpoolu się uczepiło i może jeszcze przez jakiś czas nie odpaść. Spytajcie Johna Terry’ego. Właśnie, mógłbym pisać o całej Chelsea jako jednych z największych przegranych tego sezonu, lecz to kapitan, lider i legenda tego zespołu negatywnie się wyróżnili. Daleki jestem od wyroków w sprawie jego słów skierowanych do Antona Ferdinanda – w przeciwieństwie do tysięcy, którzy już krzyżyk na Terrym postawili – lecz nawet skupiając się na formie sportowej obrońcy, nie jest wesoło. Jasne, wciąż nadrabia umiejętnościami technicznymi, sercem, charakterem, może i agresją oraz swoją postawą, lecz nie ukryje zatrważającej liczby przypadkowych poślizgów, odpuszczonych rywali, przegranych główek i… otrzymanych „kanałów”. Ponoć jest bliski powołania na Euro, Roy Hodgson chce mu dać ostatnią szansę, jednak bazując na formie sportowej, obrońcy Chelsea w Polsce i na Ukrainie być nie powinno. Kolejną oznaką jego przyspieszonego końca wielkiej formy jest idiotyczne zachowanie na boisku – jak choćby z Barceloną… a historia słynnej konferencji prasowej z mistrzostw w RPA – chociaż różnie rozpatrywana – nie musi wpływać na jego kandydaturę pozytywnie. Kontuzje i lata poświęceń odbiły się na formie Johna Terry’ego i, paradoksalnie, to w sezonie, gdy nastrzelał najwięcej w karierze bramek ligowych, było najwięcej sygnałów, że wkrótce czas jego panowania na Stamford Bridge się skończy. Czekające go lato może z wielu względów przypieczętować to, że nie powróci w roli menedżera, tak poważnie przecież rozpatrywanej przez niego opcji na przyszłość. Jaki trudny to kawałek chleba pokazał Owen Coyle – gdy odchodził z Burnley do Boltonu mówił o skoku w inną jakość. Teraz, z racji wielu zmiennych, na które wpływ miał i które wydarzyły się bez jego wiedzy, osiąga ten sam poziom co jego były klub. Na Reebok spadek to tragedia, zwłaszcza, że przed sezonem typowano górną część tabeli. Jasne, kontuzje i tragedie poszczególnych piłkarzy (nie tylko Muamba, ale i niestety zapomniany Stuart Holden) odcisnęły się boleśnie na ich szansach, lecz cotygodniowa praca Coyle’a po prostu nie przekładała się na boisku w meczach o punkty. Nie tak dawno za piłkarzy i menedżera Boltonu kilka klubów z czołówki tabeli było gotowych wyłożyć niezłe pieniądze – dziś ze śmiechem kibice Arsenalu wspominają, że niektórzy w gorącej wodzie kąpani chcieli by Szkot zastąpił Wengera. Nie ma takiej opcji, a powrót do Premier League Coyle’a – menedżera, który i tak dosyć długo żył z reputacją szkoleniowca z pomysłem na ofensywny futbol – wiedzie przez wzburzone wody Championship. Ewentualny awans i powrót też nie jest gwarantem odkupienia. Udowadniają to trudne losy Queens Park Rangers. Patrząc w ostatnich sezonach na beniaminków Premier League, nietrudno zauważyć, że do pozostania w elicie wystarczy trzymanie się jednej wyróżniającej zespół cechy. Swansea poszło w posiadanie piłki, Norwich staje się czołówką w jakości kontrowania rywali kombinacyjnym, szybkim futbolem, a QPR? Z całym szacunkiem do Marka Hughesa i wcześniej Nigela Warnocka, ale ich zespół nie prezentował niczego co świadczyłoby o ich wyostrzonych zmysłach menedżerskich. Jedynym wyróżnikiem Rangers są pieniądze, możliwości zatrudniania piłkarzy, którzy dla innych beniaminków są poza zasięgiem. Jednak i to nie wystarczy, by w komforcie żyć z ligą i uzyskać szacunek obserwatorów – potrzebny jest pomysł na to jak ma grać drużyna, a QPR to jedna z bardziej topornych ekip minionego sezonu. Z takimi możliwościami i kadrą, trzeba kwestionować pracę Hughesa, który żadnej rewolucji nie wprowadził, a nawet i jakość niespecjalnie wzrosła. Ich utrzymanie jest efektem słabości Boltonu i ograniczenia taktycznego Coyle’a – z czterech ekip, których menedżerowie mieli najmniej pomysłu na to, jak ich zespoły prezentować się powinny, QPR okazała się najbardziej szczęśliwą, nawet nie najlepszą. Czy wyciągną naukę na następny sezon z obecnej kampanii? Biorąc pod uwagę jakość i to co prezentują kolejni beniaminkowie, QPR oraz Aston Villa powinny drżeć i w pośpiechu szykować rewolucję. Rewolucja nie ominie największych przegranych… W teorii, nie powinna. Manchester United kończy sezon bez istotnego trofeum, a zapewnienia, że ich głośni sąsiedzi już raczej lepsi nie będą są… mierne. To raczej skład Fergusona, naznaczony niedostatkami i znakami zapytania (klasowy rozgrywający, napastnik do pary z Rooney’em), nie da takiej rywalizacji wyższemu jakościowo zespołowi Manciniego. Z całym szacunkiem dla wszystkich piłkarzy Szkota, lecz i ich sezon opierał się na szczęściu oraz słabości innych – Chelsea, Arsenalu oraz Liverpoolu, drużyn aspirujących do mistrzostwa już w następnej kampanii. Tymczasem dramatyczny finisz obecnego sezonu chyba utwierdził Fergusona w czymś zupełnie innym skoro już zaczyna odgryzać się mistrzom, wypominając ich wydatki na transfery i pensje, zwłaszcza, że dokładnie tym powinien odpowiedzieć. United starali się jak mogli, by na rynku odpowiedzieć w swoim stylu, inwestując w młodość, lecz koniec końców Ferguson sezon ratował doświadczeniem Scholesa. To właśnie pokazało ograniczenia Manchesteru – także Hernandez nie miał dobrego sezonu za sobą, a rezygnacja z Berbatowa zostawiła Szkota bez opcji i różnorodności w ataku. Derby Manchesteru obnażyły brutalnie różnice i powinny dać mu do myślenia – szkoda, że pierwsze sygnały dochodzące z Old Trafford wskazują raczej na zacietrzewienie oraz wiarę w obecny skład. A przecież to Ferguson w erze Premier League wszystkich uczył jak należy z zespołami ewoluować… jego odmowa w udoskonalaniu tej ekipy to spore ryzyko, które wobec braku sukcesów teraz, nie wróży najlepiej dla Fergusona. Szkot na pewno o emeryturze już myśli, ale zejść będzie chciał tylko u szczytu – na niego doczłapać się będzie coraz trudniej.
wtorek, 15 maja 2012
Jak dopełni się legenda
Poprzedni tydzień był, wydawałoby się, dużo bardziej ekscytujący dla Didiera Drogby. W piątek była premiera popularnego angielskiego talk-show Grahama Nortona, gdzie zasiadł ramie w ramie z Julie Walters, aktorki z rolą choćby w Harrym Potterze. W sobotę dobił Liverpool na Wembley, chyba swoim ulubionym stadionie, a komentujący finałowy mecz Pucharu Anglii Clive Tyldesley powiedział, że Norton „dotarł do wnętrza Drogby” co rozbawiło wielu widzów. We wtorek pokazano po raz pierwszy teledysk byłej gwiazdki porno, Julii Channel, gdzie oczywiście też zawodnik Chelsea się pokazał.
A przecież za kilka dni zagra w finale Ligi Mistrzów. A przecież w niedzielę prawdopodobnie pożegnał się z kibicami Chelsea na Stamford Bridge. A przecież kwestią sporną pozostaje tylko długość nowego kontraktu 34-letniego zawodnika. Ośmioletnia kariera Drogby w Londynie do łatwych nie należała. Na samym jej starcie, pozostawiony samemu sobie przez klub, więcej czasu niż na trenowaniu spędzał rozglądając się za mieszkaniem dla jego rodziny. Pięć bramek w pierwszych dziesięciu spotkaniach i, w sumie, szesnaście w czterdziestu jeden występach to nie był popis na miarę jego transferu. Transferu wartego dwadzieścia cztery miliony funtów. Jose Mourinho od początku wiedział, że do sukcesów w Anglii potrzebuje kogoś kto z przodu odwali za innych kawał ciężkiej roboty – zrobi miejsce siłą rozbijając defensywę rywali, przytrzyma piłkę mając na plecach nawet trzech obrońców, wygra pojedynek główkowy w kluczowym momencie, bez problemów wybijając się ponad przeciwnika. Jednak proces jego adaptacji w Anglii był trudny i zwycięska kampania raczej nie pomagała. Kibice rywali kpili z łatwości z jaką przychodziło mu upadanie na murawę – nawet raz, przypadkowo i w wyniku nieporozumienia, przyznał, że czasem upada, czasem pojedynek ustaje. Niech ci, którzy pamiętają ten pierwszy sezon, porównają tamtego Drogbę z obecnym. Wersja z 2004 roku, przegrywająca pojedynki indywidualne, marnująca proste szanse. Wersja z lat kolejnych do tej pory pojawia się w najgorszych koszmarach Philippe Senderosa. I pewnie nie tylko byłego obrońcy Arsenalu. Wątpliwości i chwil trudnych nie brakowało, nie tylko u kibiców. Gdy odszedł Mourinho, a w szatni „rządził” Avram Grant, Drogba mówił o rozbitej drużynie, która nie daje mu radości z gry. Gdy rozczarował fanów swoją postawą w finale Ligi Mistrzów, bezsensownie uderzając rywala i wylatując z boiska tuż przed serią rzutów karnych. Gdy wielokrotnie wykłócał się z kolegami o brak podań, wymachiwał rękoma narzekając na ich grę, dyskutował z rywalami i sędziami, gdy czasu Chelsea brakowało. Gdy jego niezrozumiała frustracja na boisku przenosiła się na tą kibicowską w stosunku właśnie do napastnika. Oczywiście, momentów dobrych i wspaniałych było znacznie więcej. Sto pięćdziesiąt sześć goli, siedemdziesiąt jeden asyst w trzystu trzydziestu jeden spotkaniach. Wspaniałe, niewyobrażalne trafienia, kapitalne akcje, popisy techniczne, zaangażowanie w grę defensywną, postawa. Drogba z ostatnich sezonów, zwłaszcza z tej kampanii zwieńczonej dubletem, to istna bestia niszcząca rywali, gdy tylko przyjdzie mu ochota. Właśnie, i w tym problem. Gdy miał swój dzień, był, jak to mówią Anglicy, „unplayable”. Gdy jednak wpadał w jakieś humory – a było to doskonale widoczne po jego postawie, mowie ciała, zachowaniu – po prostu ginął w tłoku, jeśli już to wyróżniając się tylko negatywnie. Jak wtedy, gdy Chelsea odpadała z Ligi Mistrzów z Interem Mediolan. Do tej pory właśnie europejskie rozgrywki stanowią największą zadrę na wspaniałej i bogatej karierze napastnika z Wybrzeża Kości Słoniowej. Karierze naznaczonej rekordami, które na długo jeszcze będą w Anglii niepobite. Karierze usłanej tytułami zdobiącymi półki w siedzibie fundacji charytatywnej jego imienia. Karierze wyróżniającej się listą obrońców, których rozbijał w puch z mniejszą lub większą łatwością. Na pewno to nie wszystkie czerwone kartki w Lidze Mistrzów bolą Drogbę najbardziej. To nie błędy sędziego Ovrebo i dyskwalifikacja za uzasadnioną wściekłość po meczu z Barceloną. To nie wspomniany finał w którym miał być piątym wykonawcą jedenastki w konkursie karnych wieńczących wewnątrz angielski pojedynek – on, nie John Terry. To fakt, że najlepszy mecz w Lidze Mistrzów w najnowszej historii Chelsea, tej, którą i on pisał, on ominął przez głupie kopnięcie Victora Valdesa w meczu na Camp Nou. Gdy Jose Mourinho znalazł sposób, by bez jego siły rozbijać rywali z Katalonii świetnymi i szybkimi kontrami, a The Blues w legendarną noc dotarli do półfinału zwyciężając 4-2. Dlatego kariera Didiera Drogby na Stamford Bridge nie będzie spełniona, jeśli w jej ostatnim meczu nie będzie miał swojego dnia. Wszystkie fenomenalne uderzenia z dystansu, z zaskoczenia po udanym zastawieniu i przełożeniu sobie piłki na lewą lub prawą stopę. Gole dające tytuły i po prostu punkty. Te w finałach na Wembley, te z Arsenalem, te z Barceloną, te w kraju i Europie. Często szukając największego krytyka Drogby mogliście śmiało wpisać adres tego bloga, a nawoływań o jego transfer z klubu było porównywalnie do pochwał. Czy to chodziło o jego zbytni wpływ na styl gry zespołu (negatywny, oczywiście), jego boiskowe zachowanie, czy zmienność humoru przebywając na murawie… Nieważne. Drogba miał wielu, wielu większych fanów niż autor tego tekstu. W ostatnią niedzielę tego sezonu ligowego, na Stamford Bridge grano o pietruszkę. Spontanicznie, po internetowej akcji, rozgłaszaniu apelu po forach i stronach klubowych, w jedenastej minucie kibice Chelsea wstali i przez sześćdziesiąt sekund klaskali. Zabezpieczając się frazą „na wszelki wypadek”, gdyby Didier Drogba już więcej miał w Londynie dla The Blues nie zagrać. Klaskając, prosili o więcej. Dziewięćdziesiąt minut w sobotę, gdzie zwycięstwo dopełni karierę wielkiego napastnika w Chelsea. Dopełni legendę. PS. Ostatnio przeczytałem gdzieś świetną opinię definiującą Drogbę nie tylko jako piłkarza, ale i człowieka. Swoim zwyczajem zapomniałem zaznaczyć na wypadek tego tekstu, który planowałem jeszcze przed tym znaleziskiem. Dlatego zostawiam Was tylko z samym cytatem, a źródło dodam jak tylko je odszukam. „Drogba makes football bigger than football.”
niedziela, 13 maja 2012
Będziecie to pamiętać
Po latach, będziecie to pamiętać. Tą dwójkową akcję Aguero i leżącego już na murawie Balotelliego, którą wykończył mocnym uderzeniem ten pierwszy. Będziecie to pamiętać - gdzie to oglądaliście, co robiliście, jak zareagowaliście. To była 93. minuta i 20. sekunda. Na pewno nie zapomną o tym piłkarze i szkoleniowiec Manchesteru United. Oni już stali przy ławkach rezerwowych po swoim spotkaniu, wiedzieli tylko, że City remisuje. Widzieli, że mistrzowska platforma jest wyprowadzana przez tunel na murawę Stadionu Światła. Wszystko to przegapiły setki tych, którym na Eithad serca pękły znacznie wcześniej i we łzach wyszli ze stadionu. Jeszcze przed trafieniem Edina Dżeko. "Tylko proszę, nigdy, nigdy, nigdy więcej takich końcówek" - powiedział Vincent Kompany, najlepszy piłkarz Manchesteru City w tym sezonie, najlepszy obrońca całej ligi. Powiedział to po ostatnim gwizdku, inwazji tysięcy fanów Citizens na murawę, trochę płacząc ze szczęścia. W tej samej chwili zaprzyjaźniony kibic Manchesteru United powiedział, że już wie jak czułem się po tym karnym Johna Terry'ego, po tej bramce Adresa Iniesty. Nie, zero prawdy. To ja nie wiem, jak czuł się on i miliony mu podobnych, gdy Aguero wykorzystał swoją sytuację. I nie chcę wiedzieć. Czterdzieści cztery lata oczekiwania, czterdzieści cztery uderzenia na bramkę w meczu z QPR. Wyjście na prowadzenie tuż przed przerwą, gdy City kontrolowało w pełni wydarzenia na boisku. Czerwona kartka dla Joey'a Bartona. Błąd Joleona Lescotta, później pozostawienie wolnego Jamiego Mackiego, który po raz drugi posłał piłkę do siatki gospodarzy. Dżeko. Aguero. Koniec. Kulminacja emocji była niesamowita, nieważne komu kibicowaliście. Nieważne po której stronie staliście, uczucie musiało być jedno i to samo. Przyspieszone bicie serca wynikające ze śledzenia każdego ruchu piłkarzy, każdej interwencji bramkarza, każdego podania, każdego uderzenia. Każdej bramki. Koniec końców, równie pięknym widokiem w futbolu co kapitalna kiwka Aguero, świetny wyskok Dżeko czy inne sztuczki rzemiosła piłkarskiego, jest ten pokazujący łysiejącego, grubego mężczyznę po pięćdziesiątce, który w euforii wybiegł na murawę, padł na kolana i płakał ze szczęścia całując swoją flagę i szalik. Za miliard funtów można kupić świetnych piłkarzy, dać im wybitnego trenera i stworzyć najlepsze warunki do gry. Jednak sukces to efekt strategii, taktyki, umiejętności wkomponowanych w zespół, który - co jest absolutnie najważniejsze - ma charakter. Wolę walki do ostatnich chwil o wymarzone trofeum, a nie obojętność zblazowanych gwiazd. Tego się nie da kupić, to trzeba stworzyć. Roberto Manciniemu to się udało. Sukces okupił wieloma trudnymi decyzjami - większość zapewne dotyczy dwójki jego zawodników, Balotelliego i Teveza - ale nawet Ferguson sam przyzna, że menedżer pragnący sukcesu będzie gotów sporo poświęcić. Nawet odrobinę własnej reputacji - o to akurat wypada zapytać chyba Jose Mourinho... ...finisz Premier League był taki, jak ten cały sezon. Szalony. Zawirowany. Niesamowity. Kapitalny. Zaskakujący. Chaotyczny. Obłędny. Kapitalny. Gwałtowny. Impulsywny. Nieujarzmiony. Dramatyczny. Legendarny... Komuś jednak udało się ten chaos opanować, choć na sam koniec znów ten nieład Manchesterowi City się przysłużył. "Ktokolwiek ten tytuł wygrywa, zasłużył" - powiedział po ostatniej kolejce sezonu sir Alex Ferguson, gratulując rywalom. Dzisiaj Szkot długo nie będzie mógł zasnąć, o ile w ogóle mu się ta sztuka uda - może przez emocje, może przez to, że tym razem sąsiedzi będą wyjątkowo głośno. Najgłośniej od czterdziestu czterech lat. Wszyscy będziemy to pamiętać. Bezczelne rżnięcie
To był zupełny przypadek. Znudzony, oglądający opustoszałe półki dworcowego kiosku w Kołobrzegu, mój wzrok padł na najnowsze wydanie tygodnika „Piłka Nożna” – z ósmego maja. Dawno nie miałem okazji czytać tego tytułu, zresztą powodów dla których zrezygnowałem z jego regularnego kupowania jest mnóstwo, a rosnąca cena przy spadającej jakości jest jednym z nich. Mimo to ostatni egzemplarz zdjąłem z półki, otworzyłem i się uśmiechnąłem.
Kazimierz Oleszek. Nie, nie mam z tym Panem żadnego problemu, poza tym, że czasem mnie rozśmiesza i jest pośród kilkudziesięciu powodów dla których z „Piłki Nożnej” bez bólu serca zrezygnowałem. Innym – pozwolę sobie na dygresję – była okładka przed finałem Ligi Mistrzów pomiędzy United i Barceloną. Zamiast herbu drużyny Fergusona, była kiepska imitacja tego co na sercach noszą piłkarze Manchesteru, owszem, ale FC United. Im do finału było daleko, prawda? Wracając do tematu jednego z autorów tygodnika. Zwykle udawało mu się wywoływać uśmiech na mojej twarzy tekstami, które albo przytaczały statystyki z jednej z angielskich gazet i pobieżny komentarz, albo zawierały zbitkę kilku wpisów z Wikipedii i mało odkrywczą puentę. Jednym z najlepszych momentów Kazimierza Oleszka było przetłumaczenie znanego powiedzonka pewnego Szkota – „Football, bloody hell!” – na „Futbol, krwawe piekło!”. Tak, to naprawdę miało miejsce. Chyba po raz pierwszy od kilku lat nie żałuję, że wydałem na tygodnik prawie cztery złote. Nie chodzi o zawartość – będąc pod wrażeniem jednego tekstu po prostu na resztę nie spojrzałem. Oczywiście chodzi o to co wyszło spod pióra Kazimierza Oleszka w jego cotygodniowym felietonie, szumnie nazwanym „Futbolowy High Life”. Spod jego pióra? A nie przepraszam, kiepski dobór słów. Ale o tym za chwilę. Drugiego maja na stronach piłkarskich Guardiana pojawił się tekst Jonathana Wilsona, autora Wam zapewne doskonale znanego, którego książka „Odwrócona Piramida: Historia Taktyki Piłki Nożnej” właśnie trafiła do obiegu w kraju. Jego artykuł wpadł mi w pamięć, głównie przez świetne wnioski, nawiązania do fenomenalnych zespołów oraz tezę, opierającą się na powiedzeniu słynnego węgierskiego szkoleniowca, Beli Guttmanna, która mówi, że każda wspaniała drużyna kończy swój żywot po trzech sezonach. Jakież było moje zdziwienie, gdy otworzyłem trzydziestą trzecią stronę najnowszej „Piłki Nożnej” i zobaczyłem felieton Oleszka zatytułowany „Prawo Guttmanna” – z każdym zdaniem utwierdzałem się w przekonaniu, że raz już to czytałem i to nie w polskiej prasie. Gorzej – dla autora tygodnika, zapewne – że postanowiłem nie odpuścić i bezczelne rżnięcie z Wilsona obnażyć. Zastanawiałem się jak to zrobić i postanowiłem po prostu przytoczyć każdy fragment najnowszej rubryki Oleszka i porównać z tym co napisał Jonathan Wilson. Po lekturze tego co znajdziecie poniżej osądzicie, czy mam zwidy… czy po prostu mam rację. Wyróżnienia tylko i wyłącznie moje. KO: „Od wieków wypowiadamy zaklęcia, opowiadamy mity czy korzystamy z medycyny, aby uciec przed tym stanem. Internet oferuje ponoć 15 milionów stron na temat starzenia się i ponad 67 tysięcy o zapobieganiu długotrwałemu procesowi dotyczącego naszego stanu społecznego, umysłowego i biologicznego. Futbol, oprócz dawania radości, przypomina nam, że biologii nie da się oszukać.” „Bo i też futbolowa egzystencja nie różni się specjalnie od tej, którą wiodą normalni zjadacze chleba. Największą różnica polega na tym, że procesy zachodzą tam szybciej. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie wielkich drużyn. Stopniowo rosną w siłę, potem świecą, promienieją blaskiem, gromadzą trofea. Aż tu nagle, po latach tłustych przychodzą chude. Jazda w dół odbywa się czasami na dużej prędkości. Wydaje się, iż podobne myśli nachodzą obecnie Pepa Guardiolę.” JW: „Football has a habit of reminding us of our mortality. The transition from hot young prospect to experienced old hand takes place in the length of time it takes most of us to blunder from A-levels into something approaching a regular job. A life in football is real life speeded up, and that is truer even of great sides than great players: they rise, they flicker, they shine, they win things, they fade, the descent seeming usually more rapid than the ascent and generating far less historical interest. The thought of decline seemed to haunt Pep Guardiola. Even as his side produced some of the finest football the world has known, even as it controlled games and destroyed teams, in three years landing an unprecedented haul of trophies, he seemed unable to enjoy it, worrying always about what came next, about sustaining that level of brilliance, his anxiety graphed in the retreat of his hairline.” KO: “Nawet gdy jego podopieczni z Barcelony prezentowali najwyższy kunszt jaki widział do tej pory futbolowy świat; nawet gdy kontrolowali przebieg wydarzeń na placu od pierwszego do ostatniego gwizdka, by demolować przy tym rywali; nawet gdy kosili trofea jak wprawny żniwiarz łany pszenicy, Guardiola sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie był kontent. Jego twarz wyrażała niepewność, co będzie potem. Jak długo można utrzymać się na tak wysokim pułapie?” „Trzeci rok jest zazwyczaj krytyczny – zwykł mawiać prominentny przedstawiciel trenerskiego fachu Bela Guttmann. Proroctwo Węgra sprawdza się w przypadku drużyn, które stosują pressing na całym boisku. Trzy lata takiej taktyki zbierają teraz żniwo. Choć każdy przypadek ma też swoją specyfikę.” JW: „"The third year is fatal," said the great – and irascibly peripatetic – Hungarian coach Bela Guttmann and there does seem to be a general truth that, particularly with hard-pressing sides, three years is the maximum lifespan of a great side. But it is just a general truth; in each case there are specific causes.” KO: „Ale chyba największym problemem jest proza życia. Piłkarze są coraz starsi. Ten czynnik położył kres wielkiej drużynie Realu Madryt, która zdobyła pięć razy z rządu Puchar Mistrzów w latach 1956-60.. Królewscy wywalczyli też pięć razy po kolei mistrzostwo kraju w latach 1961-65. Co ciekawe, Ferenc Puskas i Alfredo di Stefano w finałowym meczu o Puchar Mistrzów z Interem w 1964 roku mieli po 37 lat. Jose Santamaria miał 34 lata, a Paco Gento – 31.” „Starzenie się położyło kres wielkiej drużynie Leeds, którą w 1974 roku pozostawił Don Revie. Odczuli to jego następcy na Elland Road Brian Clough i Jimmy Armfield. Nawet Bill Shankly miał problemu na początku pracy w Liverpoolu. Jeśli chodzi o Pepa Guardiolę, wygląda na to, że był świadom, iż w futbolu funkcjonuje Zasada Trzech Lat Guttmanna. Stąd być może jego ostatni sezon w Barcelonie przypominał trochę grecką tragedię. Bohater zna swój los, ale nie może nic zmienić.” JW: „One of the biggest problems, of course, is that players get old. That was what ended up doing for the great Real Madrid side that won five European Cups in a row between 1956 and 1960 (avoiding Guttmann's Three-Year Rule with constant changes of manager). Although they, thanks largely to the wealth that enabled them to buy the cream of Europe at a time when very few clubs did that, won five straight league titles between 1961 and 1965 (and added the 1966 European Cup as well), it's striking that both Ferenc Puskas and Alfredo Di Stéfano played in the 1964 European Cup final against Helenio Herrera's Internazionale at the age of 37, while José Santamaría was 34 and Paco Gento 31.” “Age did for the Leeds that Don Revie left in 1974, for Brian Clough and then Jimmy Armfield, even for Bill Shankly's first Liverpool, although he was able to construct another great side before his retirement.” KO: “Guardiola próbował. Sprowadził Zlatana Ibrahimovicia, aby mieć większe pole manewru w ataku, ale musiał się go pozbyć ze względu na trudny charakter. Potem zaczął eksperymentować z ustawieniem, Dani Alves zaczął operować w środkowej strefie boiska. Zamiast elementu zaskoczenia miało to odwrotny efekt. Rywale wiedzieli z góry, jak może zagrać Duma Katalonii. Duma, której przybyło parę lat.” JW: „What is fascinating about Pep Guardiola is that he seemed so aware of the dangers of Guttmann's Three-Year Rule. In that sense, his final season at Barcelona became like a Greek tragedy – the hero aware of his destiny yet unable to avert it (…)” “Guardiola had brought in Zlatan Ibrahimovic to offer a variety of attack, but was forced to offload him because Ibrahimovic's personality threatened to destabilise the squad (…)” “He was worried by teams sitting deep against Barça, worried that his team would become predictable, and so he devised a way of getting more players, Dani Alves in particular, higher up the pitch to try to outflank blanket defences. All that did, though, was to make Barça more predictable: it is easier to mark a player who starts high than one coming from deep.” --- Artykuł Wilsona jest dużo, dużo obszerniejszy niż ten Oleszka. W tym drugim nie znajdziecie ani cytatu, ani choćby wspomnienia, że zainspirował się tym pierwszym autorem. Wilson przywołuje porównania do „futbolu totalnego” w wykonaniu Ajaxu Amsterdam, przypomina co to stało się z Interem Herrery, a i puenta wyszła mu lepsza, co już jednak możecie sprawdzić sami. Praca Kazimierza Oleszka? Zgaduję, ale najpewniej fragmenty, które wyżej umieściłem przemielił przez translatora Google i lekko jeszcze zedytował. Dopieścił to, co przedstawił mu automat, a stworzył Wilson. Za dowód wystarczy lektura porównania, jestem przekonany, że przykładów bezczelnego rżnięcia Oleszka wymieniać już nie muszę. Jako naprawdę sporadyczny czytelnik „Piłki Nożnej” ciekaw jestem, czy Kazimierz Oleszek kiedykolwiek podniósł temat symulowania fauli w profesjonalnym futbolu, w lidze angielskiej. Biorąc pod uwagę to ile pisze się o tym na Wyspach, nie może być to wykluczone, a przecież to jest źródło wielu tekstów tego autora. Czy kiedykolwiek zdarzyło mu się „nurków” piłkarskich krytykować? Czy kiedykolwiek apelował o wprowadzenie technologii do futbolu? Tak naprawdę, od boiskowych oszustów nie różni się on niczym. Miał tylko jeden problem – jego czytelnicy dysponowali narzędziem weryfikacji, dobrodziejstwem technologii. Internetem. Plagiat? Jak najbardziej. Tylko pytanie nie jest o to co pchnęło autora „Piłki Nożnej” do bezczelnego zerżnięcia tekstu ze stron Guardiana. Raczej ciekawi mnie reakcja wydawców - lub jej brak - czy zdają sobie sprawę z tego co się dzieje na ich łamach, do czego gotowi są posunąć się ich autorzy, by odebrać wypłatę. Ciężko oceniać cały rynek prasy sportowej (piłkarskiej) przez pryzmat jednego, dołującego tytułu, ale pewne wnioski co bystrzejszy czytelnik wyciągnie sobie sam. Nie od dziś wiadomo, że ryba psuje się od głowy – „Piłka Nożna” już od dawna tą głową nie jest i chyba już każdy wie dlaczego. Szkoda, że smród jest ten sam.
sobota, 05 maja 2012
Artefakty di Matteo
Jak zwykle, to była sześćdziesiąta minuta spotkania. Coś pękło, coś spadło, coś gruchnęło. Bosingwa, który zwlekał z wybiciem piłki na tyle, by pozwolić Downingowi na wślizg dający szansę Carrollowi tylko to potwierdził. Jakby wyczerpała się bateria, jakby odcięło Chelsea moc, jakby nagle pot zalał piłkarzom oczy. Nic dziwnego, że Roman Abramowicz chce zainwestować w ziemie na których stoi Battersea Power Station. Ten sezon był niesamowicie wyczerpujący dla Chelsea. Zmiana trenera, wczesny entuzjazm i olbrzymi kryzys, który najbardziej odbił się na ligowej pozycji całego klubu sprowadził zespół w przestrzeń oznaczającą porażkę. Zatrudnienie (przeniesienie?) di Matteo przywróciło nie tyle spokój całej Chelsea, ale pewność siebie zawodników, zaufanie do kolegów, wiarę w to, że sukces może przyjść. „Roberto zmienił wszystko” – jak powiedział to Frank Lampard po finale Pucharu Anglii. Finale zwycięskim. Ostatnie trzydzieści minut właśnie pokazało kibicom jak niski jest poziom, którymi napędzała się od kilku tygodni Chelsea. Od początku marca – z jedną przerwą – The Blues grają w zasadzie co trzy dni. Osiemnaście meczów w sześćdziesiąt dni. Dawka, która byłaby w stanie powalić nawet najlepszych. Lepszych nawet od Chelsea. Na przykład tych nie będących w rozbiciu po zwolnieniu menedżera. I to nie były byle wyzwania – Benfica, Barcelona, Tottenham wszyscy dwukrotnie, a jeszcze City, Newcastle, Arsenal i dzisiaj Liverpool. Ten zespół pod wodzą Villasa-Boasa był jak najwyższej klasy samochód, ale brakowało odpowiedniego kierowcy, by wykorzystać drzemiący pod maską potencjał. Teraz, gdy już wreszcie za kółkiem znalazła się osoba potrafiąca to zrobić, jak szalona miga kontrolka zawartości baku paliwa. Chelsea jedzie na rezerwie. Tym ważniejszy jest ten tryumf dla Chelsea i jej zawodników. To jest jak jeden z tych artefaktów w mniej lub bardziej głupawych grach komputerowych, które ratują prowadzonego przez gracza bohatera. Dają mu mocy, pozwalają podnieść się z kolan. Tym artefaktem nie jest sam puchar. To kapitalny przegląd pola Lamparda, spokój Mikela, ręce Cecha, siła Drogby, technika Maty, szybkość Ramiresa, nieustępliwość Cole’a, interwencje dwójki stoperów. Całkiem niezłe to zestawienie, nawet gdy każdego dopada kryzys. Nawet? Zwłaszcza! I może dobrze, że Cisse dwukrotnie storpedował ligowe ambicje Chelsea już w środę. Widząc beznadzieję swojej sytuacji w tabeli, nikt dzisiaj nie szafował siłami, nikt nie odpuszczał, nikt nie cofał nogi myśląc, że już we wtorek znowu trzeba będzie tych samych rywali pokonać. Nie, nie trzeba. Bo po finale z Liverpoolem nie zaczyna się kolejna misja pod tą samą nazwą, ale w innych rozgrywkach – teraz liczy się już tylko Monachium i Bayern. Dwa tygodnie to dużo czasu, a skład di Matteo ma szeroki. Dla dobra humorów i samopoczucia piłkarzy nie może sobie pozwolić, żeby mecze z Liverpoolem i Blackburn w lidze przyniosły dwie porażki. Sezon ligowy trzeba zakończyć z godnością, ale i wiedzą, że cały następny sezon może uratować jeden mecz w Monachium. Może nie uratować, ale z pewnością dać inny wymiar, inną szansę, inny potencjał. Taki na który Chelsea zasługuje. To była godzina komfortu po której nastąpiło trzydzieści minut bardzo łatwo zauważalnego cierpienia. Gdzie głowa i nogi już szwankowały, gdzie rywal – rozegrawszy w tym sezonie dziewięć spotkań mniej – mógł i oczywiście chciał. Desperacko walczył o swoją opinię, która w pierwszej odsłonie została kolejny raz zszargana. Tuż przed golem Carrolla, James Maw z FourFourTwo ćwierknął, że to przypomina finał z udziałem drużyny z Football League. I nie miał na myśli Chelsea. Paradoksalnie, te dwa klub stoją na skraju niezwykle istotnej decyzji – czy zostawić obecnie panującego trenera? Obaj mają już po trofeum, ale tylko di Matteo może coś jeszcze do klubowej gabloty dodać. „Coś”? Ma szczęście, że chodzi o to, czego Abramowicz pragnie najbardziej w piłkarskim świecie. Dalglishowi wymówki się skończyły po ostatnim gwizdku finału Pucharu Anglii, on już może myśleć tylko o swoim losie. Di Matteo ma na głowie kolejną rozgrywkę ostateczną. "Moja przyszłość jest bez znaczenia" - powiedział na pomeczowej konferencji prasowej. Włoch już osiągnął tak wiele, bo wie, że do sukcesu trzeba zaangażować wszystkich, a nie tylko garstkę. Korzysta z całej kadry, daje szansę odstawionym, nie kalkuluje komu kończy się umowa, kogo nie będzie tu za pół roku. Może właśnie tej umiejętności zabrakło Villasowi-Boasowi, a może po prostu zrozumienia, że ten zespół w ostatnich latach wygrywał tylko, gdy był zjednoczony. Nie rozdzielony decyzjami menedżera. Przez godzinę Chelsea na Wembley wyglądała świetnie. Lampard ogrywał Spearinga i zatrzymywał Gerrarda, Mikel w zasadzie sam stworzył wielką dziurę dzielącą pomocników i napastnika rywali. Boczni obrońcy na nic nie pozwalali skrzydłowym, Drogba był nie do zatrzymania w powietrzu, a Mata na murawie. Kalou i Ramires napędzali cały zespół ze skrzydeł. To nie był najlepszy występ Chelsea w ostatnich tygodniach, nawet ta godzina przez którą zespół rządził na boisku niepodzielnie. Zawodnicy di Matteo byli jednak tacy w jakich Włoch ich odbudował – kliniczna precyzja i wykończenie w ataku, dyscyplina bez piłki, opanowanie w jej posiadaniu. Teraz ma on dwa tygodnie na to, by w Monachium benzyny, mocy, siły i jakości Chelsea nie zabrakło ani przez moment. Pokażcie mi kibica The Blues, który nie byłby spokojny, że di Matteo w tej misji nie zawiedzie. Pod tym adresem takiego nie znajdziecie.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Na własnych warunkach
Czasem w świecie plastykowych piłkarzy - takich, którzy błyszczeć lubią nie tylko na największych boiskach, ale najważniejszych salonach, z odpowiednio drogimi akcesoriami, garniturami i nacelowaną fryzurą – zapominamy, że futbol jest znacznie większy niż ich wyobrażenie o sobie. I nie chodzi o to ile razy pojawisz się na czołówkach gazet, ile piszą o Twoim transferze. W gruncie rzeczy liczy się to jaki jesteś na boisku. Oddany, ambitny, waleczny, skoncentrowany, zdyscyplinowany, pomocny, nieustępliwy… wzorcowy. Tak, Graham Alexander kimś takim był.
Zanim skończył 41 lat, rozegrał ponad tysiąc spotkań, jako jeden z dwóch zawodników z pola w bogatej historii angielskiego futbolu. Wczoraj rozegrał ostatnie z nich, 844 w rozgrywkach ligowych, na różnych poziomach, ale zaledwie w czterech klubach. Scunthorpe United, Luton Town, Preston North End, Burnley. Czasem nie trzeba być sławnym, grać w Manchesterze czy Londynie, by być wybitnym. Czasem wystarczy być sobą. Tak, Graham Alexander kimś takim był. „Nie mam prawa narzekać” – Alexander odpowiadał stanowczo, gdy dziennikarz zapytał go o zmęczenie po rozegraniu sześćdziesięciu meczów w barwach Burnley w sezonie 2008/2009, zakończonym awansem do Premier League. „Mój ojciec ostatnio żalił się, że musi wstawać o trzeciej nad ranem, by prowadzić swoją cholerną ciężarówkę. Jest już po sześćdziesiątce, a ja jak wstaję, on już jest po kilku godzinach roboty. Gdybym narzekał… to byłoby niemoralne.” 24-letnia kariera musiała oznaczać wiele wyrzeczeń, pewnie nieprawdopodobną ilość błahostek, które zebrane w całość już dawno wymusiłyby emeryturę na wielu lepszych zawodnikach. Odpuszczenie jednej imprezy, nie wypicie któregoś z kolei piwa, przegapienie uroczystości rodzinnej. Graham Alexander nie odpuszczał nigdy dwóch rzeczy – treningu i tego, że po zajęciach trzeba zostać i dodatkowo popracować. Zwłaszcza, gdy był już po trzydziestce. Żeby przeżyć tyle w futbolu jako piłkarz, żeby mieć tyle woli codziennego rzucania się po błocie z kolegami, którzy mogliby być jego synami, Graham Alexander musiał być świrem. „Prawdę mówiąc, od momentu, gdy zaczynałem w wieku szesnastu lat, to przez kolejne dwadzieścia kilka pozostałem dzieckiem” – przyznaje, dodając, że uznaje siebie za „futbolowego kujona”. Tak długa boiskowa kariera to niewystarczająco dużo, by go od murawy odrzucić. „Myślę o sobie, że pojawiłem się na świecie w jednym celu, by grać w piłkę. I to chcę tylko robić” Nie tylko. Wyrabiając kolejne licencje, kończąc kursy i ucząc się od takich ludzi jak Craig Brown, David Moyes czy Owen Coyle, Alexander chce obrać nową drogę. Zaczęła się ona wczoraj, choć do tego jeszcze wrócimy. W 1992 roku jako zawodnik Scunthorpe grał finał play-off przeciwko Blackpool, a mimo młodego wieku był wyznaczony do wykonywania jedenastek w serii rzutów karnych, które miały rozstrzygnąć o awansie. Golkiper rywali, Steve McIlhargey, obronił jego uderzenie. Powinien się tym do dziś szczycić – od tamtej pory ta sztuka udała się zaledwie kilku bramkarzom, także Polakowi, Arturowi Krysiakowi z Exeter City. Graham Alexander swoją porażkę przekuł w sukces, tym co sam uznawał za klucz otwierający wszystkie drzwi – ciężką pracą. Zostawał po każdym treningu, uderzał na pustą bramkę kilkadziesiąt, kilkaset razy. Wewnętrzną i zewnętrzną częścią stopy. Lewą i prawą nogą. Aż stał się nieomylny, czyniąc ze swojego prostego nabiegu i uderzeniu „fałszem” znak rozpoznawczy. I zmorę dla bramkarzy. Co ciekawe, Alexander grał ramie w ramie z drugim piłkarzem z pola, który przekroczył granicę tysiąca spotkań. Tony Ford występował z nim w Scunthorpe, a gdy jego kolega dołączył do ekskluzywnego klubu, powiedział: „Wiedziałem, że będzie w grze na wiele lat. To przez jego podejście. Po prostu chciał grać co sobotę i ani trochę się nie zmienił.” „Trzymam się mojej kariery paznokciami” – przyznał Alexander, gdy jeszcze z Burnley grał w Premier League. To była jego najwspanialsza przygoda, choć czterdzieści występów w reprezentacji Szkocji także napawa go dumą. Zwłaszcza dwukrotne pokonanie Francji w kwalifikacjach do Euro 2008. „Próbowałem wszystkiego – yogi, masaży, rozciągania, nawet pilates a od przekroczenia trzydziestego roku dbam o siebie dużo bardziej niż przedtem.” Kluczem są jednak kąpiele w lodowatej wodzie. I tak Alexander może czuć się szczęśliwy, że ominęły go kontuzje, lecz i on musiał dołożyć wiele poświęceń, bólu oraz… kąpieli, by nogi wytrzymały niesamowite obciążenia. „Musisz być zawsze na szczycie swojej formy i postawy, jeśli chcesz rywalizować z zawodnikami pokroju Gerrarda czy Lamparda” – twierdzi Alexander. Przez większość kariery grał jako prawy obrońca – niezbyt szybki lecz nieustępliwy, doskonale się ustawiający na boisku, trzymający się narzuconej taktyki, realizujący założenia… jego mądrość była kluczem do zmiany, razem z… wiekiem i doświadczeniem. Do Premier League wszedł już jako defensywny pomocnik, tak potrzebny przy radosnym stylu Burnley. I był jednym z najlepszych piłkarzy tego zespołu w ich jednym sezonie na szczycie angielskiej piramidy rozgrywek. Gdy wychodził na boisko w meczu przeciwko Manchesterowi United, był kapitanem. Obok niego stał w tej roli Ryan Giggs, który zażartował, że z racji na ich wiek, muszą z pewnością ustanawiać jakiś rekord dla najbardziej wiekowych liderów w Premier League. I wtedy od doświadczonego Walijczyka okazał się Szkot lepszy. Po spadku i dosyć rozczarowującym sezonie, odszedł do Preston North End, gdzie, blisko czterdziestych pierwszych urodzin, zdecydował się powiedzieć stop. Tysięczny mecz zdarzył się przed rokiem, gdy Burnley grało ze Swansea i szukało pierwszego zwycięstwa od siedmiu spotkań. Wszedł na boisko w samej końcówce, choć mając wrażenie, że raczej przez tę niewyobrażalną granicę się przeczołgał. „Znajomi mi jednak powiedzieli, że to nie chodzi o ten konkretny występ, lecz dwadzieścia lat, które je poprzedziły. Trudno się z nimi nie zgodzić” – mówił Alexander. Obecny sezon był dla niego ciężki i trudno się dziwić decyzji, która w końcu nadeszła. Najpierw grał mało, nie był już tak precyzyjny z jedenastu metrów, a Preston prezentowało się bardzo kiepsko – zwolniono Phila Browna, a z racji kontuzji Alexander został jednym z dwóch trenerów prowadzących zespół. Drugim był David Unsworth. Nie dokończyli tego sezonu w tych rolach, zastąpił ich Graham Westley. Od okolic marca decyzja była już formalnością, zwłaszcza, że ostatnie spotkanie rozegrał w grudniu. Ostatnie do wczoraj. Wszedł na boisko w 84. minucie. Przeciwnikiem byli zwycięzcy League One, Charlton Athletic, świętujący wyczekiwany awans na zaplecze Premier League. Wygrywali także w tym spotkaniu, choć Nicky Hunt dał gospodarzom z Deepdale kontaktową bramkę. Głęboko w doliczonym czasie gry Preston dostało rzut wolny w okolicach dwudziestego metra. Do piłki podszedł Graham Alexander. Skoncentrował się, wyobraził sobie jak uderzy piłkę i gdzie chce ją umieścić, tak jak to robił przy karnych. Piłka wylądowała w siatce, stadion eksplodował, a kończącego karierę bohatera owacją na stojąco żegnali także fani zgromadzeni w sektorze gości. Za wbiegnięcie w kibiców "The Lillywhites" obejrzał żółtą kartkę. Sędziego serdecznie uścisnął. Zasłużył na takie zakończenie. Za te wszystkie lata oddawania się swojej pasji, poświęcania zdrowia, tego, że zawsze traktował to jako przywilej i zaszczyt, niezależnie od poziomu rozgrywek czy meczu. Nie wybrzydzał, nie narzekał. Taki właśnie był. Był sobą. Tak, Graham Alexander opuścił zawodowy futbol na swoich warunkach. --- Michał czyta - Bohater Iwanowy
We wstępie do autobiografii Andrzeja Iwana spisujący jego wspomnienia Krzysztof Stanowski wyznał, że dosyć ma cukierkowych wydawnictw zagranicznych o piłkarzach lekko po dwudziestce, którzy jeśli nawet coś przeżyli to na pewno o tym nie opowiedzieli. Nie wypada się sprzeczać – ilość idiotycznie zapełnionych stron w celu upchania marnej książki na rynku rośnie wraz z medialnością całego futbolowego świata i to jest fakt. Andrzej Iwan daje wręcz unikalną okazję do wejrzenia w środowisko, które nie zostało poddane żadnej cenzurze, nie było znane szerszej publiczności, choć ona pewnie tego pragnęła. Pragnęła tej nieopisanej frustracji i rozczarowania po przewróceniu ostatniej strony „Spalonego”.
Iwan to alkoholik, hazardzista i piłkarz o którego talencie wielu miało okazję tylko słyszeć lub obserwować na archiwalnych nagraniach. Pewnie większość z umiejętności, które uczyniły z niego legendę Wisły Kraków i Górnika Zabrze, reprezentanta kraju na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, przepadła w pamięci starszych kibiców. Pozostała świetnym, lecz zamglonym wspomnieniem – jak choćby przywoływane przez bohatera trafienie Jana Urbana po uprzednim nawinięciu czterech rywali. W miejscu. No właśnie, bohatera. Każdy będzie miał problem z nazwaniem tak Iwana po lekturze jego autobiografii. Jednak nie chodzi o to, że pił. A pił on na absolutny umór, pił żenująco, przepijał swoją pensję i pewnie dużo więcej. Nie chodzi o to, że grał w karty. A grał zawsze, od pierwszego wejścia do drużyny, przegrywając sumy dla przeciętnego kibica niewyobrażalne. Problem z Iwanem nie dotyczy jego nałogów, lecz talentu. Lektura i narracja książki pozwala odnieść wrażenie, że największym jego przekleństwem był futbol. Jasne, dał mu się wyrwać z Nowej Huty, zwiedzić kawałek świata, poznać sławnych ludzi, zarobić porządne pieniądze i zapaść kibicom w pamięć… lecz czy bez piłki nożnej trafiłby na zamknięty oddział w zakładzie psychiatrycznym? Czy miałby olbrzymie długi? Czy obracałby się w towarzystwie ludzi o mafijnej reputacji? Czy wreszcie zrujnowałby mu zdrowie? Futbol jest nałogiem dla każdej osoby, która potrafi docenić zapach świeżo skoszonej murawy, atmosfery piłkarskiego święta i towarzyskiej gierki ze znajomymi. Talent pozwolił Iwanowi wniknąć w sam środek tego piekła w którym środkiem płynęła (i pewnie wciąż płynie) rzeka wódki, a wszystkich spalała wszechobecna korupcja. Tak, w nią też Iwan był zamieszany. Rozrywkowemu młodzieńcowi z Nowej Huty jego piłkarski dar pozwolił wdepnąć w największe i najbardziej śmierdzące gówno jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Takie z którego wyjście może oznaczać nawet próbę samobójczą. Dwie próby samobójcze. Niełatwo przyjdzie czytelnikom dostrzec w tym alkoholowo-hazardowo-korupcyjnym syfie coś więcej niż tylko bardzo szczere zwierzenia byłego reprezentanta Polski. Tymczasem Stanowski i Iwan dają okazję kolejnym pokoleniom nie tylko poznać anegdoty związane z ludźmi, których „Groźny” znał lub nie, ale w zasadzie wreszcie dowiedzieć się kto kim był. I jaki był. To oczywiście wrażenie subiektywne, lecz nawet z nim się Iwan nie kryje, całkiem słusznie zresztą – przyznając się do błędu w ocenie niektórych osobistości futbolowej Polski, którą znają nawet kolejne pokolenia. Andrzej Iwan z pewnością nie chciał nikogo oszczędzić – wręcz „Spalony” jest szczery do bólu -- lecz jest sfera, której nie dotknął tak głęboko jak swoich kolegów, przełożonych, oprawców, wrogów i nawet samego siebie. Można po części zrozumieć, że odstawienie na bok chęci przywołania obrazów żenujących dla jego najbliższej rodziny było celowym zabiegiem autora. Może swego rodzaju wyrazem wdzięczności – także wymienionym między liniami książki – że wytrwali z nim mimo wszystko. Mimo nieustannego „garowania”, „podróżowania”, „trenowania” i innych zabiegów wyniszczających nieprzeciętny organizm Iwana, pewnie wielu wpadnie w pułapkę sympatii do tego co go spotkało. Jednak to nie jest pozytywny bohater, to nie jest osoba, której książka może dać pozytywnego kopa czytelnikowi, by tak trudną lekcję wziął do siebie. Nie – co więcej, Iwan nawet sam nie oszukuje, że jego życie to teraz odwrócona karta, że los się odmienił. Najbardziej pozytywnym aspektem lektury jest to, że ostatecznie nie zdecydował się jej zakończyć przewidywanym wyznaniem dotyczącym wymuszonego odejścia z tego świata. „Nareszcie”. Całe szczęście, że Iwan sam nie aspiruje do tego, by nawet udawać, że te kilkaset stron zwierzeń to także swego rodzaju rozgrzeszenie. Na każdej karcie czuć za to wylaną frustrację – z powodu kontuzji na turnieju w 1982 roku, z racji zachowań jednego z wcześniejszych selekcjonerów, przez coraz bardziej ograniczające się możliwości piłkarskie, z uwagi na zespołowe porażki, spadki czy personalne upadki. To ten moment w którym frustracja przeniosła się na czytelnika. Przecież mógł przestać. Mógł z tym skończyć. Zmądrzeć, rzucić nałogi w kąt, uwierzyć w siebie i pokazać wszystkim jak wiele – jak jeszcze więcej mógł dać talent poparty pracą. Pracą, a nie „garowaniem”. Choć jest to lektura w wielu miejscach rozśmieszająca, wręcz wciągająca w atmosferę szatni kadry, Wisły czy Górnika sprzed trzydziestu lat, są momenty, gdy chce się książkę rozedrzeć, wykrzykując „stop!” w niebogłosy. „Stop tej destrukcji, Iwan!” Z frustracji czytelnik przechodzi w stan rozczarowania. Nie tym, że sam wiedziałby, że takiego talentu by nie zmarnował, o nie. Stan rozczarowania w wypadku poznających historię Iwana polega na zdaniu sobie sprawy z tego, że czarowi środowiska i atmosfery jaka spotkała go na wczesnych etapach futbolowej kariery, czytelnik także by się poddał. Tym żartom, dowcipom, sytuacjom, grupie ludzi. I związanego z tym piciem, hazardem i układaniem meczów. To najsmutniejszy chyba wniosek tej skądinąd świetnej książki. Andrzej Iwan pokazuje środowisko, które dało mu sławę i sukcesy, lecz sprowadziło go na samo dno i pokazuje je takim jakie było, bez koloryzowania i upiększania. A jednak ma się poczucie, że ten cały syf kryjący się pod obliczem jedenastu bohaterów wygrywających na zawołanie nie jest tak wielki, taki zły, taki... deprawujący. To miejsce w którym na tytułowym „Spalonym” znalazł się nie tylko autor swojej książki, lecz także jej czytelnik. To jest piekło, panie Andrzeju?
środa, 25 kwietnia 2012
Dla takich chwil...
Nie wszyscy będą potrafili to docenić. Nie wszyscy przyznają, że to co osiągnęła dzisiaj Chelsea było wybitne. Nie wszystkim przejdzie przez gardło fakt, że The Blues przegrywali na Camp Nou dwiema bramkami, grali w dziesięciu i z dwoma prawymi obrońcami na środkowych pozycjach, będąc poza finałem. I, cholera jasna, ten finał osiągnęli.
Śmiejcie się z nich. Śmiejcie się na głos z anty-futbolu, kpijcie z autobusu. Na świecie jest pewnie kilkadziesiąt milionów drużyn piłkarskich i żadna z nich nie będzie grała tak jak Barcelona, na takim poziomie. Jasne, można dążyć do perfekcji – tak często przecież przywoływanej przez komentatorów i ekspertów – ale można też próbować wygrywać na swój sposób, w oparciu o własne możliwości i piłkarzy, którymi się dysponuje. Kto tego nie rozumie, będzie miał też problem w zrozumieniu osiągnięcia Chelsea. I to jest problem wyłącznie tych osób. To był mecz godny finału. Przez głupotę Terry’ego, przez niesamowite podanie Lamparda, przez cudowny lob Ramiresa, kapitalne interwencje Cecha, popis gry obronnej Bosingwy i Ivanovicia, niezrozumiałe szczęście Chelsea, pudło Messiego, jeszcze więcej dramaturgii, jeszcze więcej parad golkipera przyjezdnych… I ten moment Torresa. Pies drapał pięćdziesiąt milionów funtów, nic mnie nie obchodzi jego bardzo przeciętny sezon, nawet kiepskie dziesięć minut w tym meczu jest mi całkowicie obojętne. Nie dbam o to. Dla takich momentów, jak Torres pędzący na bramkę, mijający Valdesa i trafiający do pustej bramki… Dla takich chwil się żyje. Na sektorze kibiców gości na Camp Nou. W Twoim pubie. W Twoim domu, przed Twoim laptopem i na Twojej kanapie. Czy Chelsea miała się otworzyć, dać Barcelonie grę, której rywale tak bardzo pragnęli, tylko by dać satysfakcję ludziom pragnącym widowiska jakich widzieliśmy już kilkadziesiąt w tym sezonie. Zawodnicy Guardioli gromią tych, tych i jeszcze tamtych, bo nie mieli jakości odpowiadającej ich piłkarzom, nie mieli odwagi po prostu zniszczyć planu Barcelony, pokazać, że dziewięćdziesiąt minut pełnego zdyscyplinowania, biegania wszerz boiska z zachowaniem odpowiednich odległości… Pokazać, że istnieje plan zatrzymania Messiego i spółki. Przez ich sfrustrowanie. Nieważne. To problem przegranych, pewnie do porażek nieprzyzwyczajonych, że nie mogą się pogodzić z własnymi niedoskonałościami. Bo prawda jest taka, że Chelsea była dziś wieczorem bliżej doskonałości. Czy dało się zagrać lepiej w dziesiątkę na Camp Nou, bez dwóch podstawowych stoperów, przegrywając 0-2… i tak dalej? Próbujcie. Życzę szczęścia. Będziecie go potrzebować. Heroiczna postawa całego zespołu jest nie do opisania. Najwięcej podań w tercji obronnej Barcelony miał z przyjezdnych Petr Cech. Przez dobre trzydzieści minut, Lampard, Mikel i Meireles, ustawieni w trójkącie, biegali przed szóstką swoich kolegów ustawionych na szesnastym metrze przed bramką Cecha. Tak, to było murowanie. To było irytowanie rywala. Zabieranie im miejsca w strefie w której są nie do zatrzymania. To było ograniczanie geniuszu. To było genialne. Chelsea nie wykonała nawet stu podań. Problemem zespołów mierzących się z Barceloną nie jest zdawanie sobie sprawy z jakości rywala, umiejętności indywidualnych i zespołowych ludzi Guardioli. Problemem jest to, że większość nie chce zaakceptować faktu biegania za piłką przez cholerne dziewięćdziesiąt minut – zawsze jednej głowie wyrwie się myśl, że on też tak potrafi. I wtedy Barcelona korzysta. W Chelsea wszystko było podporządkowane pod jeden plan. Przetrwać. I przetrwali. Więcej. Chelsea odpowiedziała. Charakterem, umiejętnościami, jakością, wolą i siłami, których po prostu być nie powinno. Pięćdziesiąte piąte spotkanie w tym sezonie, gdy w ciągu dziesięciu dniu dwukrotnie biegali za piłką wymienianą przez najlepszy zespół na świecie, rozwalali Tottenham na Wembley, stawili czoła Arsenalowi. Po całym dramatycznym, niezwykle trudnym, momentami wręcz nieznośnym sezonie, Chelsea należało się te dziesięć dni szczęścia. Los lepiej do kalendarza nie mógł zajrzeć. Los? A może Roberto di Matteo? To była najtrudniejsza możliwa droga Chelsea do finału Ligi Mistrzów. Trudniejsza niż miał Mourinho i przecież tyle razy poległ. Trudniejsza od tej Granta. Trudniejsza od tej Ranieriego. Włoch wiedział co zrobić. Wygląda na takiego, które zawsze wie co trzeba zrobić. I najważniejsze, że potrafi przekonać zespół do tego co trzeba poświęcić – zaczynając od gry w piłkę. Tego, wydawałoby się, priorytetu każdego piłkarza. Szacunek? Czasem najtrudniej jest przekonać do niego tych, którzy uważają się za największych zwycięzców. Chelsea dała sto osiemdziesiąt minut powodów, by wierzyć, że do Monachium pojedzie nie przez przypadek, ale wartości, które w futbolu są kluczowe. Tyle razy mogli dać się stłamsić, upaść, zrezygnować. Ale wierzyli. Do samego końca, mimo wszystko. Wysiłek się opłacił. Jest finał. Czego chcieć więcej? Już wiem.
środa, 18 kwietnia 2012
Przenieśli górę
By od razu rozwiać wątpliwości – tak, Barcelona była dzisiaj drużyną lepszą. Lepiej operowała piłką, stworzyła sobie więcej wybornych sytuacji od gospodarzy, po imponujących kombinacjach. Piłkarze Guardioli zaprezentowali kilka efektownych dryblingów, zdarzało się, że rozklepali zespół di Matteo z zapierającą dech łatwością. Byli lepsi.
Ależ mi nowość. Barcelona jest drużyną lepszą od Chelsea. Odkrycie Ameryki, co? Jeszcze tylko brakuje argumentów. Ile bramek w tym sezonie strzelił Messi? Więcej niż Lampard, Drogba, Torres, Kalou i kilku innych razem wziętych, prawda? Niesamowite, imponujące i naprawdę niewiarygodne osiągnięcia. Barcelona jest lepsza od Chelsea. Powiedzcie mi coś nowego, eksperci. Łatwo jest doceniać Barcelonę. Bardzo łatwo. Te wszystkie klepki, piętki, zwody, kanały, uderzenia, siłę, technikę, moc, wiarę, zasady, bramki, statystyki… Bardzo łatwo. Trudniej jest niektórym zrozumieć to, co muszą zrobić rywale, by powstrzymać futbolowego potwora stworzonego przez Guardiolę. Narzekają, że gospodarze dzisiaj murowali bramkę, że byli beznadziejnie słabi w swoich atakach, że wynik zawdzięczają szczęściu, że gdyby nie Cech… Rywale muszą zrobić dokładnie to co zrobiła dzisiaj Chelsea. Zagrać defensywnie, liczyć na kontry, wreszcie mieć szczęście! Kto nie potrafi docenić tej defensywnej doskonałości drużyny di Matteo… Ach, lepiej chyba przypomnieć sobie cały sezon Chelsea, prawda? Te katastrofalne byki obrońców, kompletny brak dyscypliny pomocników, brak woli ciężkiej pracy przy odbiorze piłki – kłania się Arsenal na Stamford Bridge. Chaotyczny pressing, pełna dezorganizacja, „wysoka linia”… choć szkoda mi pracy Villasa-Boasa w Londynie, nie trudno było zauważyć, że ten jego pomysł przy tych wykonawcach nie wypali. Może jest to wyświechtane powiedzenie, ale jedną z podstaw systemu Barcelony jest to mówiące o tym, że im dłużej rywal biega za piłką podawaną przez drugi zespół, tym szybciej się męczy i popełni błąd. Chelsea także dzisiaj popełniła błąd, ale włożyła w mecz ogrom swoich sił, zaledwie kilkadziesiąt godzin po niemniej trudnym spotkaniu z Tottenhamem na Wembley. To spotkanie było nie tylko wyczerpujące fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie – śledzenie przeciwnika, ruchu kolegów, koncentracja i pewność swoich decyzji, szybkość reakcji… Kto mógł sądzić, że ta Chelsea – z coraz starszym i bardziej cierpiącym kapitanem, wolniejszym i mniej zwrotnym liderem środka pola i bezwstydnie upadającym napastnikiem – wyjdzie dzisiaj na boisko i da Barcelonie równe spotkanie? Piłkarski naiwniak, laik czy po prostu idiota? Di Matteo nie kazał Chelsea bezsensownie szarżować, nie wymuszał na swoich zawodnikach pressingu na połowie rywala, nie tworzył ze swojego zespołu drużyny, której nie byli, nie są i nie będą. To nie jest jego głupota, wymysł czy innowacja – to sposób 99,9% ekip wychodzących na mecz z Barceloną. Jemu i całej Chelsea się udało, a każda futbolowa realizacja planu zasługuje na uznanie. Zwłaszcza w meczu z takim przeciwnikiem. Czy krytyków takiej postawy Chelsea („murarze”, „słabeusze”) należy uczyć pokory? Nie, może tylko pukać się w czoło i patrzeć z litością na ich herezje. Czy wygrywają moralnie stwierdzając, że to Barcelona była lepsza? Jeśli z tym czują się lepiej, niech te puste głowy gadają – wątpię, by ktokolwiek w szatni Chelsea przejmował się ich opiniami. Może Juan Mata schodził z boiska z grymasem po tym jak piłkę miał przy nodze kilka razy, ale zdawał sobie sprawę z celu jaki przyświecał drużynie. Nie jednostce. Chelsea po dzisiejszym spotkaniu nie musi nikomu tłumaczyć się z tego co chciała zagrać i zagrała. Kto nie rozumie 10-dniowego szaleństwa, które rozpoczęło się w niedzielę na Wembley i zakończy na Camp Nou w przyszły wtorek, nie jest problemem di Matteo i spółki. Raczej swoim własnym. Barcelona na własnym terenie gra jeszcze lepiej, jeszcze pewniej, jeszcze szybciej, jeszcze bardziej kombinacyjnie, wszyscy to wiedzą. Przed Chelsea wyzwanie jeszcze większe, trudniejsze i niewykluczone, że wymagające większej ilości szczęścia. Piłkarze di Matteo, jak i sam trener doskonale wiedzą jaki będzie plan, co muszą zrobić oraz czego się wzbraniać, by dokonać niemożliwego. Po dzisiejszym zwycięstwie mają jeszcze więcej wiary, że ich klasa połączona z odpowiednim wykorzystaniem ich umiejętności jako całego zespołu może dać wymarzony rezultat. A przecież czasem wiara góry przenosi. Może i zatrzyma Messiego.
piątek, 13 kwietnia 2012
Nowy kurs Liverpoolu
Czy sytuację, którą nowy właściciel zastał po zakupie Liverpoolu można przyrównać do tonącego statku? Długi, zespół jakościowo znajdujący się na równi pochyłej, piłkarze bez wiary, kibice bez nadziei… Hicks i Gillett mogą tłumaczyć swoją desperacką obronę własności klubu z Anfield jak chcą, ale pewnie pragnęli, by skala ich indolencji w prowadzeniu jednego z symbolów angielskiego futbolu nigdy nie wyszła na jaw. John W. Henry nie był w czerwonej części Merseyside witany jako cudotwórca, ale żaden z kibiców Liverpoolu nie może mu zarzucić tego, że klub sprowadza na manowce. Dziura w przejmowanym okręcie była spora, program naprawczy szybko opracowany i wdrożony, lecz problemem byli wykonawcy tej roboty. Zamiast wyprowadzić Liverpool na spokojne wody, można odnieść wrażenie, że osobnikom, którym powierzono stery kompletnie pomyliły się kierunki. Mało tego – obrali oni tak zły kurs, że teraz obijają się okrętem jak pijani o góry lodowe, nabierając coraz więcej wody. Dość tych porównań. Prawie. Prawda jest taka, że, jak w wielu przypadkach tak i teraz, forma boiskowa piłkarzy odzwierciedla wszelkie tarcia na klubowych. W Liverpoolu rozpoczęto bowiem rozliczanie obecnego sezonu, który oczywiście dał jedno trofeum do gabloty, lecz wyniki ligowe pozostawiają wiele do życzenia. Tak wiele, że osób, które pamiętają tak fatalne osiągnięcia na krajowych boiskach jest wśród kibiców… coraz mniej.
Oszczędźmy jednak zażenowania fanom Liverpoolu, nie komentujmy ich wyników, lecz patrzmy na to co one przynoszą. Dzisiaj podjęto zaskakującą decyzję o zwolnieniu Damiena Comolliego, który zajmował stanowisko „Dyrektora Futbolu” od listopada 2010 roku. Zaraz po dramatycznym, lecz nieprzekonywującym zwycięstwie nad Blackburn i tuż przed kluczowym półfinałem na Wembley z Evertonem… trzeba powiedzieć sobie szczerze, „timing” tego rozstania chyba nie mógł być gorszy. To zwolnienie jest jak przyznanie się do obrania złego kursu przez właściciela klubu. Damien Comolli miał wprowadzić ze swojej pozycji nowatorskie metody zarządzania klubem, ściągnięte wprost od Arsene Wengera oraz bohatera książki i filmu „Moneyball”, Billy’ego Beane’a. Niestety dla Francuza, futbol to nie baseball, a statystyki, które były kluczowe przy podejmowaniu decyzji o transferach nie przekładały się na wyniki drużyny tak jak tego przy Anfield Road oczekiwano. Comolli to zresztą bardzo ciekawa postać. Pierwsza fascynacja liczbami pojawiła się u niego, gdy pracował jako scout w Arsenalu, a Arsene Wenger (współpracował z nim już w Japonii!) rozpoczął diagnozowanie występów własnym piłkarzy, jak i rywali, przez dokładne analizy statystyczne. W 2005 roku dostał stanowisko dyrektorskie w Tottenhamie i to on jest odpowiedzialny za zatrudnienie Bale’a, Modricia i Assou-Ekotto. Kupił również Benta i Zokorę, wbrew woli Martina Jola – za co wciąż ma Holender do niego pretensje – a wyleciał dopiero po katastrofalnym starcie do sezonu… jego człowieka, Juande Ramosa. Zastępujący go na stanowisku menedżera Harry Redknapp wolał zaufać Danielowi Levy’emu w kwestii transferów, choć finansowy bilans Francuza na White Hart Lane był mocno dodatni. W Saint-Etienne był rozrywany przez spory dwójki właścicieli, a w Liverpoolu rozpoczął od wielkiej czystki. Czternastu piłkarzy opuściło klub, dziewięciu jeszcze poszło na wypożyczenia w operacji budowania nowego zespołu. Jedną z lekcji jaką zaczerpnął od Wengera było to, że przy przebudowie najpierw zastępców należy kupić, a potem dotychczasowych wykonawców sprzedawać. Na takiej zasadzie na Anfield trafił Jordan Henderson, Sebastian Coates i Luis Suarez. Jednak na pytanie o transfer Andy’ego Carrolla na twarzy Comolliego zawsze pojawiał się wyraz niepewności – ten wysoki napastnik był zaprzeczeniem zasad, którymi wespół z Kennym Dalglishem miał on się kierować. Jak powiedział John W. Henry, snajper miał kosztować Liverpool piętnaście milionów mniej niż dostali za Torresa, a nie określoną, wynegocjowaną kwotę. Nielogiczne? Jasne, lecz Carroll miał być w zamierzeniu właściciela potwierdzeniem statusu klubu, ambicji oraz siły (także finansowej), a dopiero na trzecim, czwartym miejscu stawiano aspekt sportowy. Talent to był i nadal jest, zresztą rodzimy (co było i jest ważne dla Dalglisha), ale Comolliemu liczby się nie zgadzały. I kto dziś na Anfield Road pamięta mało przekonywujący tryumf nad Cardiff City w Pucharze Ligi? Prezes klubu Tom Werner mówi, że Liverpool musi wrócić na właściwą drogę rozwoju, lecz trudno nie odnieść wrażenia, że ważniejsza niż sobotni mecz z Evertonem jest ocena tego co do tej pory osiągnęła ekipa Henry’ego. Zmieniła sporo, trudno nie odnieść wrażenia, że mimo wszystko jest to lepsze miejsce do pracy niż było choćby osiemnaście miesięcy temu, lecz tempo rozwoju nie imponuje. Problemem jest jednak nie tylko to, że teoria liczbowa Comolliego, zerżnięta od jego przyjaciela Billy’ego Beane’a nie zadziałała. Zespół nie funkcjonował na najwyższych obrotach już od dłuższego czasu i o ile niekorzystnym zrządzeniem losu można nazwać kontuzję Lucasa Leivy, fakt, że Liverpool obija słupki i poprzeczki zamiast trafiać do bramki raczej nieszczęściem Dalglisha nie jest. Raz, dwa… nawet dziesiątą tak zmarnowaną sytuację można nazwać przypadkiem, lecz Liverpool w tym sezonie bije rekordy indolencji, którą można określić nie inaczej jak… centymetrową. Jakby powiedział klasyk, na takim poziomie o zwycięstwie bądź porażce decydują właśnie detale. Lub jedna statystyka, jak to w wypadku transferów Comolliego. Nawet ten cholerny pech Suareza, Kuyta, Downinga, Gerrarda i innych kończy się na określonej ilości słupków czy poprzeczek. Tak przecież mówi statystyka. Analityczne podejście Francuza miało być receptą na sukcesy w połączeniu z menedżerskim nosem Kenny’ego Dalglisha, lecz nawet ta współpraca nie musiała układać się wzorowo. Jasne, Comolli nie był odpowiedzialny za to, że po urazie Leivy zabrakło szkockiemu szkoleniowcowi planu B, że nawet powrót do zdrowia Stevena Gerrarda musi on rozpatrywać w kontekście jednej wielkiej… porażki. Jest jeszcze właśnie Andy Carroll, którego Dalglish zabierał na koncerty, a teraz po meczu z jego byłym klubem zawodnik nie chciał mu podać ręki. Zwycięska główka z Ewood Park raczej w kwestii frustrującego drugiego sezonu niewiele zmieni. Comolli nie poleciał przez wzgląd na nieudolne popisy zawodników, których on wskazał do zakupu. Przecież Kenny Dalglish sam dzisiaj potwierdził, że to są jego transfery, a nawet tuż po zamknięciu letniego okienka Francuz rozsądnie odrzucał wszelkie teorie o spory na linii dyrektor – menedżer. Przecież nie byłoby szans na zawarcie tak umów z tak wieloma piłkarzami, gdyby tarcia między nimi były w jakimkolwiek stopniu poważne. Problem Liverpoolu nie dotyczy więc tego, że zawodzą piłkarze sprowadzeni przez Comolliego i Dalglisha. Porażkę poniosła filozofia, którą na angielski rynek z amerykańskiego starał się przenieść Francuz. O pracę powinien obawiać się też Szkot, choć sporo kibicowskiej wiary w projekt Henry’ego będą musieli poświęcić jego ludzie chcąc pozbyć się legendy. Na start łatwiej było im pozbyć się osoby operującej zza biurka, niż osoby wciąż reklamowanej jako twarz całej rewolucji po upadku Hicksa i Gilletta. Jednak kolejne porażki w lidze – choć dosadniejszy jest styl obecny Liverpoolu, lub raczej jego brak – mogą ułatwić im decyzję o pożegnaniu Dalglisha. Już teraz znajdą się na The Kop fani, którym nie w smak są decyzje Szkota, a jego dziesięcioletnie oderwanie od futbolu może służyć za argument przy coraz bardziej prawdopodobnym pożegnaniu. Można nabijać się z Liverpoolu, można kpić z negatywnych rekordów, które w 2012 roku bił Dalglish i jego zespół, lecz trzeba zrozumieć co stoi za coraz większą nerwowością ruchów klubu z Anfield Road. The Reds znów chcą być poważni, znów chcą być jedną z największych sił Premier League, chcą być poważani, a nie traktowani jak zespół pokroju Fulham czy Norwich City. Pompowanie balonika oraz chęć utrzymania klubowej dumy już nieraz doprowadziła ich w ślepy zaułek (kłania się smutna historia Suareza i wsparcia udzielonego mu przez Dalglisha), ale ten zakręt okazał się dla niektórych pracowników zbyt ostry. Tom Werner mówi o pełnym wsparciu dla Dalglisha, lecz nerwy właściciela i prezesa mogą uspokoić tylko pozytywne wyniki. Ciekawe czy Szkot zdaje sobie sprawę z tego, że przyszły sezon będzie dla Liverpoolu jeszcze trudniejszy – w związku z europejskimi wojażami czeka ich więcej spotkań, dawni liderzy będą o kolejny rok starsi, a doświadczenia obecnego sezonu raczej nie działają na korzyść ich następców. Ambicje może zostaną utrzymane na poziomie Ligi Mistrzów, a nawet krajowej dominacji, lecz przy obecnych rezultatach to wygląda na „Mission Impossible”. Bez Comolliego to na Dalglisha spadnie pełna odpowiedzialność za transfery, jeśli do jakichkolwiek dojdzie. Nawet jeśli teraz katastrofalna forma w lidze ujdzie mu na sucho, w przyszłym sezonie najmniejszy kryzys utwierdzi szefów w potrzebie głębszych zmian. Liverpool nigdy nie słynął z lekkiej ręki w zwalnianiu menedżerów, lecz „oczko” w liczbie osób, które klub prowadziły, może zostać osiągnięte szybciej niż wielu się wydaje. Zwolnienie Comolliego to tylko pierwszy ku temu krok. |
Zakładki:
Autor
Blogują
Świat jak piłka
Keep The Blue Flag Flying High ![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||