piątek, 01 sierpnia 2014
Wybraliście - gramy w ligę... U7.1!

No to wybraliście. Dziękuję za każdy z 366 głosów oddanych w ankiecie, to znak, że Wam zależy i chcecie się bawić alternatywnie w Fantasy. Wiem, że było wiele różnych propozycji, ale ja narzucać nie zamierzałem, wybór był... demokratyczny. Zresztą zobaczcie sami:

Jak gramy

A więc gramy zawodnikami kosztującymi siedem milionów i mniej! Myślę, że to bardzo fajna formuła. Jak tworzyłem swój skład, to zauważyłem naprawdę wielu świetnych piłkarzy w tej cenie i można stworzyć bardzo mocny zespół. Mój skład to: Tim Howard, Hugo Lloris - Leighton Baines, John Terry, Branislav Ivanović, Filipe Luis, Luke Shaw - Ross Barkley, Alex Oxlade-Chamberlain, Jack Wilshere, Lewis Holtby, Jonjo Shelvey - Bojan Krkić, Danny Welbeck i Emmanuel Riviere. 

Teraz liga - kod do niej to 775133-189467 - i zasady. Kontrolujemy się sami, czyli jeśli ktoś zauważy złamanie zasad, natychmiast wysyła mi skrina na e-mail mzachodny@gmail.com, a ja działam. W poprzednim sezonie sporo usuwałem, teraz powinno być jeszcze łatwiej. Wartość zawodników może się zmieniać, ale nas interesuje tylko moment ich kupna

Dla zwycięzcy U7.1 KTBFFH League oczywiście nagroda. Zapraszam do gry!

środa, 30 lipca 2014
Kwestia Lukaku rozwiązana - tylko na chwilę?

Kiedy wszyscy spodziewają się, że to Fernando Torresa - nie gwarantującego goli na poziomie satysfakcjonującym klub - odejdzie latem, zostanie upchnięty gdzieś pomimo wysokiej pensji, a Didier Drogba będzie swego rodzaju mentorem dla Lukaku i Costy... Belg zostaje sprzedany do Evertonu. Czy Jose Mourinho stracił panowanie nad swoimi decyzjami?

Nie ma wątpliwości, że Lukaku wpasowałby się w Chelsea - pewnie z bólem, pewnie głównie wchodząc z ławki i to na ostatnie minuty, ale jego siłowy styl oraz ruchliwość pod bramką przeciwnika, samolubność to aspekty, których choćby takiemu Torresowi ostatnio brakowało. Biorąc pod uwagę, że Belg zarabiał mniej niż Hiszpan, że jest bardziej perspektywicznym zawodnikiem, że ostatnie sezony miał od niego lepsze, ta decyzja stawia Mourinho w coraz gorszym świetle.

Jest kilka wytłumaczeń tego zamieszania. Po pierwsze - Lukaku był już "wystawiony" na sprzedaż od jakiegoś czasu, gdy jego relacje z Mourinho stały się sprawą publiczną. Tego Portugalczyk wręcz nienawidzi, a sam reagował ostro, przynajmniej w drugiej części sezonu gwarantując sobie spokój. Po drugie - oceniono, że Lukaku nie wejdzie na taki poziom, by rywalizować z Diego Costą. To ryzykowna teoria, bo każdy przeszczep z ligi hiszpańskiej na angielską trzeba traktować z dystansem, przynajmniej do pierwszych efektów. Po trzecie - Mourinho woli w swoim kilkuletnim pobycie w Londynie "ułożyć" kogoś innego, np. Patricka Bamforda, któremu nie szczędzi pochwał, który miał świetny ostatni sezon i teraz również pójdzie na wypożyczenie. Przed rozpoczęciem przygotowań nieśmiało mówiono, że Anglik mógłby nawet zostać w roli "trzeciego" w Londynie, ale ta opcja odpadła tak szybko, jak zaproponowano roczny kontrakt Drogbie.

Drogba jest niejako kluczem w tym wszystkim - podpisanie z nim tak krótkiej umowy świadczy o chęci zabezpieczeniu ten pozycji, ale też budowaniu atmosfery w składzie niż zatruwaniu jej personalnymi wojenkami z Lukaku. Mourinho liczy tylko na żołnierzy wiernych jemu, wrogich agentów usuwa, a Belg już na starcie poprzednich rozgrywek, przed wypożyczeniem do Evertonu, nie był zadowolony ze swojej pozycji w drużynie. Dlaczego niby ta sytuacja miałaby się zmienić, zwłaszcza przy powtarzanych od bodaj stycznia zapowiedziach Portugalczyka, że klub szuka napastnika?

Można jeszcze wspomnieć o podobieństwu Drogby do Lukaku - jednak pierwszemu z nich znacznie bliżej do Costy, który w wieku 25 lat może przyjąć kilka cennych lekcji. Belg jest innego typu piłkarzem, choć oczywiście o podobnych warunkach fizycznych. To było widać w Evertonie, a kto pamięta najlepsze sezony Drogby w Chelsea ten również subtelną różnicę dostrzeże. 

Jednak najważniejsza jest ocena decyzji o ostatecznym pozbyciu się Lukaku. Finansowo Chelsea stratna nie będzie i pewnie na Belgu nigdy nie była, zależnie od tego jaką część gaży wypłacały mu wypożyczające go kluby. Co ze sprawami sportowymi? Mourinho musi wiedzieć, że limit narzekań na napastników i tak mocno nagiął w minionych rozgrywkach - a Lukaku, strzelając gole dla Evertonu, jego retoryce wybitnie nie pomagał. Już w minionych miesiącach trafnymi argumentami zbijano tę teorię, nawet jeśli dorobek bramkowy Ba, Eto'o i Torresa pozostał mierny. To Portugalczykowi zarzucano ich kiepskie wykorzystanie, a nie niską jakość trio snajperów, których miał do dyspozycji. 

Tym razem wymówek być nie może. Podobnie jak w wypadku rywalizacji o najwyższe cele, presja jest skierowana właśnie na Mourinho - już wypomina mu się dwa sezony bez trofeum, już mówi się o niedosycie po pierwszym "powrotnym" sezonie w Anglii. Każde kolejne potknięcie - czy kilku meczowa posucha napastników - będzie wiązała się z dodatkowym problemem na jego głowie. Oczywiście unikanie konferencji czy wypowiedzi jest jakimś tymczasowym rozwiązaniem, lecz ostatecznie od odpowiedzi na pytanie o sprzedaż Belga nie ucieknie. Możecie być przekonani, że w tej sprawie krążyć będą dwie wersje - jedna Lukaku i zupełnie różna Mourinho...

Pierwszy mecz z Evertonem jest dzień przed zamknięciem transferowego okienka. Meczu tak ważnego dla samego siebie Lukaku chyba jeszcze nie grał...

wtorek, 29 lipca 2014
Fantasy 14/15 - jak zagramy?

Przyszedł czas na wybranie opcji gry w Fantasy Premier League na nowy sezon. Daję sobie i Wam czas do końca lipca na wypełnienie niżej podlinkowanej ankiety, a potem podam wyniki. Myślę, że opcje są wyczerpujące i satysfakcjonujące nawet największe marudy. Liga U23 zdała egzamin, ale może przyszedł czas na inną wersję? Zadecydujcie sami, oczywiście nagród nie zabraknie i w tym roku.

ANKIETA

czwartek, 17 lipca 2014
Pressure? What pressure?

"Oj, Ty dobrze wiesz, Jose." ;-)

Wreszcie koniec mundialu. Muszę złapać chwilę oddechu, ale już pierwszy tekst o Mourinho i Chelsea na najbliższy sezon powstał, więc zachęcam do czytania. Jest o nowych transferach, sytuacji kadrowej i testowaniu cierpliwości Abramowicza. A wkrótce wracam do blogowania o Premier League... bo wiecie, pressure!

CZYTAMY

piątek, 13 czerwca 2014
Gasząc wszelkie wątpliwości

Dla Ceska Fabregasa - zawodnika, który teoretycznie właśnie wkroczył na szczytowy etap swojej kariery - los nie był łaskawy. Pomimo wczesnego debiutu i rozkwitu w Premier League, zwycięstw na arenie klubowej i reprezentacyjnej, przypiętej łatki następcy Xaviego, on wciąż ma całkiem sporo do udowodnienia. Choćby del Bosque, że nie powinien grać w roli fałszywego napastnika, ale też Barcelonie, że nie powinna się go pozbywać i również Arsene Wengerowi, że ten powinien był go z powrotem ściągnąć do Londynu.

Jeśli wierzyć źródłom bliskim agentom Jose Mourinho, Fabregas nie był nawet pierwszym wyborem portugalskiego menedżera Chelsea.

A przecież nie powinno tak być. To wciąż jeden z najlepszych pomocników w europejskim (światowym?) futbolu, którego połączenie energii i techniki gwarantuje gole i asysty, szanse oraz kluczowe podania. Od początku sezonu 2006/2007 tylko Wayne Rooney zaliczył w Premier League więcej asyst od Fabregasa - i to pomimo tego, że Hiszpan ostatnie trzy lata spędził w Barcelonie.

Nie ma wątpliwości, że za cenę ponad trzydziestu milionów Euro Chelsea wzięła odpowiednią jakość.

Wątpliwości dotyczące Fabregasa biorą się choćby z tego, że w Hiszpanii jego drugie połowy sezonu - delikatnie to ujmując - nie zachwycały. Kibice Barcelony zarzucali mu, że grając jako napastnik marnował potencjał skrzydłowych, a biegając w środku tłumił wpływ Iniesty czy Messiego. Jakkolwiek absurdalnie brzmią te zarzuty, Fabregas trafił na Camp Nou w okresie, który znamionowały ważne zmiany, ale wszystkie jeśli już to odbiły się negatywnie na drużynie. Gdy Gerardo Martino w pierwszej części sezonu nadawał Barcelonie nowego, bardziej autorskiego kształtu, Fabregas błyszczał - gdy zażądano powrotu do tiki-taki, szybko okazał się zbędnym ogniwem.

Inaczej powinno być w Chelsea - z naciskiem na "powinno". Bo przecież w poprzednim sezonie, nawet jeśli kryzysowym dla Fabregasa, uzbierał on aż czternaście asyst - więcej niż Matić, Luiz, Mikel, Lampard, Ramires i Oscar razem wzięci (w Premier League).

Lamparda i Luiza już nie ma, ponoć do Chelsea w sprawie Ramiresa odezwał się Real Madryt - dla wielbicieli plotek: londyńczycy mieli odpowiedzieć pytaniem o dostępność... Modricia - a Mikelem interesuje się kilka klubów w Turcji. Zresztą nie oszukujmy się, żaden z tych piłkarzy w poprzednim sezonie nie dawał w ofensywie tak wiele, jak potencjalnie może The Blues zagwarantować Fabregas w kolejnym.

Zresztą dziwią plotki o niezadowoleniu Mourinho z tego transferu - czy raczej jego preferencji innych celów Chelsea. Wydaje się, że obecny skład personalny aż prosi się o powrót do tego, co Portugalczyk lubi najbardziej - 4-3-3.

Nawet z Ramiresem, jeszcze dodając Van Ginkela, cofając lekko Oscara, pamiętając o Fabregasie i z Mikelem czasem wchodzącym w rolę Maticia, to ustawienie może być skuteczniejsze, a nawet bardziej ofensywne od 4-2-3-1. W pressingu, w utrzymaniu piłki i w często najbardziej skutecznych atakach - sprintach z drugiej linii. Co więcej, równie istotną rolę odegra w odbiorze, a jego statystyki są porównywalne z Willianem, Luizem czy Mikelem.

Tak budowa drużyny na nowy sezon trwa, a chyba najbardziej znamiennym jej aspektem jest... porównanie z jedenastką z finału Ligi Mistrzów z 2012 roku. W przyszłym sezonie ostać się może jedynie Cahill (Ivanović i Terry pauzowali), gdyż miejsce Ramiresa jest coraz mniej pewne. To drastyczne, bezwzględne, ale i potrzebne wietrzenie składu, którego wyższym celem jest także odmiana stylu gry.

I tu pojawia się najważniejsze pytanie - czy transfer Fabregasa, zawodnika obytego w Premier League i na każdym światowym poziomie, pozwoli Chelsea bezboleśnie przebrnąć przez moment kryzysowy. Taki, który w minionych rozgrywkach zmusił Mourinho do zmiany na bardziej defensywną grę. Tylko utrzymując się jednej myśli, schematów i mentalności ofensywnej Mourinho udowodni, że jego zapowiedzi z lata 2013 roku nie pozostaną wyłącznie mrzonką.

Zresztą menedżer Chelsea, wielokrotny zwycięzca najbardziej elitarnych rozgrywek europejskich, triumfator w różnych ligach oraz człowiek przywiązujący największe znaczenie do słowa "zwycięzca", także ma coś do udowodnienia. Chociaż nie musi, bo wygrał zbyt wiele, by wątpić w jego umiejętności, to już wypomina mu się drugi kolejny sezon bez żadnego trofeum, zwłaszcza stawiając ten fakt w kontekście jego słów skierowanych w stronę Wengera.

Fabregas nie jest więc jedynym, który sukcesu (w) Chelsea potrzebuje. Panowie, których media już zdążyły postawić naprzeciw sobie, mają wspólny cel, misję i ambicję. Tylko współpracując zgaszą tę iskrę wątpliwości.

wtorek, 03 czerwca 2014
Porozmawiajmy o idolu

- ...a może zamiast oglądać to po prostu porozmawiajmy o Twoich idolach?
- Dobrze, pytaj. Co chcesz wiedzieć konkretnie?
- No... ilu ich było?
- Nie, źle do tego podchodzisz. Nie można mieć wielu idoli. Nie można ich zmieniać, nie można sobie dobierać każdego sezonu, po każdym dobrym meczu...
- Niby dlaczego?
- Bo to nie jest pierwsze lepsze zauroczenie, to nie jest efekt jednego kopnięcia, to nie jest też przypadek piłkarza gdzieś z innego klubu, ligi, gdy zdarzało się go oglądać przy okazji europejskich pucharów... Idol to mocne słowo, to musi być coś trwałego, to musi być powód dla którego siadasz tydzień w tydzień przed telewizorem, znasz każdy ruch na boisku, każde zachowanie, patrzysz na niego, a nie co się dzieje w innych strefach...
- ...no dobrze, rozumiem. To kto?
- Lampard.
- Eee, to gość z innej epoki, jeszcze z lat youtube'a. Bez sztuczek, bez przewrotek, bez rajdów...
- ...a kto powiedział, że idol tak musi grać?
- No a jak inaczej?
- Nigdy nie wybiera się idola tylko przez to jak pięknie grał - zwłaszcza, że to w futbolu nie masz jasno zdefiniowanego piękna. Powinieneś to wiedzieć, prawda?
- Niby tak, ale gdy pokazywałeś innych z tamtych lat to zwykle Messiego, Ronaldo... Oni grali inaczej!
- Ale nie grali tak, jak ja bym chciał grać, jak ja marzyłem by grać, jak sądzę, że powinno się grać. 
- Wytłumacz proszę.
- Bo ktoś spojrzy na jego rekord, przeczyta statystyki i to wszystko będzie imponujące, zwłaszcza, że w tamtych czasach grało się trochę ostrożniej, bardziej defensywnie... ale to nie powie wszystkiego.
- Czego konkretnie nie widziałem?
- A widziałeś wszystkie jego gole?
- Tak, to jedno z tych nagrań, które co jakiś czas oglądasz wieczorem. Widzałem je z milion razy.
- Na pewno?
- Tak, mogę wymieniać w ciemno. Półwolej z piruetem przeciwko Bayernowi, piłka wkręcona do bramki z linii końcowej z Barceloną, te uderzenia z dystansu, te z rzutów wolnych czy karnych, te z wbiegnięcia w drugie tempo...
- ...i nadal nic nie rozumiesz, prawda?
- Czego nie rozumiem?
- Że sztuka zdobywania goli to jedno, a nadawanie im większego znaczenia to coś zupełnie innego. I, fakt faktem, to za rekordy i styl ich osiągania do dziś się Lamparda wspomina, ale dla mnie idolem stał się z zupełnie innego powodu.
- Bo strzelał ważne gole?
- Musisz zrozumieć, że ważne nie tylko przez kontekst wyników tylko jego drużyny - chociaż jak nawet dzisiaj myślę o tych dwóch trafieniach z Reebok Stadium przeciwko Boltonowi w 2005 roku... No zobacz, nawet teraz mam ciary! I jeszcze mógłbym przypomnieć kolejny rok, ten sam stadion, to samo miejsce i ten sam strzelec rzecz jasna... Albo świetny gol z finału Pucharu Anglii przeciwko Evertonowi? Wcześniej z Arsenalem w Lidze Mistrzów. Albo "ratunkowe" trafienie w Moskwie, gdzie niewielu pamięta jak ciężko się Chelsea grało do jego gola. Albo te bramki z Bayernem o których wspomniałeś, albo kolejne z Evertonem... Ale gole to nie wszystko.
- Jak to?
- Bo to tylko efekt końcowy. Patrząc tylko na wykończenie, na samo uderzenie, tor lotu piłki przegapisz to jak on znajdywał się w idealnym miejscu, jak śledził akcję, obserwował zachowanie obrońców, wyczekiwał na swój moment. 
- Czyli po prostu widział więcej.
- Nie - on znaczył więcej. U szczytu kariery... Nie, to przecież byśmy mogli mówić o nawet ośmiu sezonach. On zawsze był tym kierującym akcje zespołu, w charakterystyczny sposób wskazującym kolegom kierunek gry, gdzie i jak mają podać, albo samemu szukając prostopadłych zagrań.
- Czyli asystował.
- Mało powiedziane, że asystował. Chociaż to zagranie do Ramiresa na Camp Nou... Typowy Lampard, rozumiesz? Jeszcze przed otrzymaniem piłki rozgląda się, patrzy jak są ustawieni koledzy, pomimo pressingu rywala świetnie sobie ustawia ją do zagrania i rozdziera obronę Barcelony jednym kopnięciem. 
- Nie brzmi to jakoś skomplikowania...
- Uważaj sobie! Sprawianie, by zagrania tak trudne, skomplikowane wyglądały czy wydawały się proste jest... sztuką. Albo kolejnym powodem wywołującym mój podziw. A Twój?
- Nie no, jestem nieprzekonany. Bo sam przecież mówiłeś, że się z niego śmiali?
- No tak, że niby jest gruby, że wszystkie gole strzela albo z rzutów karnych, albo po rykoszetach. Ale to frustraci...
- ...nie mieli racji?
- Oni po prostu nie widzieli. Albo najczęściej byli na drugim końcu strzelanych przez niego goli, obrywając tymi ciosami.
- Lider, który strzelał gole i asystował. Mimo wszystko - całkiem standardowo.
- To pozwól, że Ci dopowiem jego historię, bo przecież w klub nie wrasta się wyłącznie ważnymi trafieniami. Pamiętasz kogo w maju 2013 roku wyprzedził na liście najlepszych strzelców?
- B... Barry'ego Tamblinga!
- Bobby'ego jeśli już. Ale dobrze. Wiesz, że po tych dwóch golach z Aston Villą, jeszcze przed kamerami, od razu zadzwonił do Tamblinga, który akurat po ciężkiej chorobie przebywał w szpitalu? A wiesz, że gdy tej legendzie Chelsea w jego rodzinnym Cork chcieli zrobić imprezę, to właśnie Lampard wziął na siebie cały rachunek?
- Miał gest.
- Oczywiście, że miał. Był bardzo blisko z Tamblingiem, ale też z kibicami. Zawsze podchodził, podpisał... Czuć było tą więź i to nic sztucznego. Zresztą i on kibiców potrzebował...
- Chyba wiem do czego zmierzasz. Chyba tę historię już słyszałem...
- Ale ją po prostu trzeba przywołać! Gdy zmarła jego ukochana matka, gdy zawalił mu się świat, on zagrał tak wybitnie z Liverpoolem, jeszcze strzelił gola, rozpłakał się całując czarną opaskę... Łzy same napływają do oczu, jak się ten moment wspomina...
- Że też on uniósł ten ciężar...
- Myślę, że on chciał to zrobić, a przede wszystkim wiedział co musi wtedy zrobić. Dlatego zagrał. To była nie tyle magia futbolu, ale czuło się, że to cholernie ważny moment w jego życiu. I on chciał nim podzielić się z kibicami, pokazać im i sobie, że potrafi pokonać każdą przeciwność losu. Każdą. Dlatego on zawsze grał. Zawsze był obecny. Wiesz, kiedyś Mourinho powiedział o "niezastąpionych"...
- ...ale jak jeszcze był w Chelsea za pierwszym razem?
- Tak. Ale jego teoria nie wypaliła, a przynajmniej nie do końca. Bo inni zawodzili, uciekali, nie wytrzymywali presji... A Lampard grał swoje. Był liderem. Nie sprawiał problemów, nie szukał kontrowersji, ale był symbolem drużyny, która mimo różnych przeciwności, własnych słabości i sytuacji zawsze dążyła do zwycięstwa. On był uosobieniem mentalności, której narodziny obserwowaliśmy od pierwszego meczu Chelsea za Mourinho. 
- To dlaczego później to on go tak łatwo wypuścił?
- Musisz pamiętać, że to było po dziewięciu kolejnych latach. Lampard był już innym zawodnikiem, grającym bardziej z tyłu, zabezpieczającym defensywę, bardziej rozgrywającym niż też wykańczającym akcje kolegów. Kolejne kontuzje jeszcze go spowolniły, odebrały mu zwrotność i ten charakterystyczny balans ciałem, a potem przyspawały go do ławki pomimo oczywistych wad innych piłkarzy. Zresztą wydaje mi się, że pomimo całego żalu ze względu na okoliczności rozstania to gdzieś między Lampardem i Mourinho była nić porozumienia - oni wiedzieli, że, wybacz porównanie, drugiego "miesiąca miodowego" nie będzie.
- Serio?
- No... No nie do końca. Wiesz, bo on jak niewielu innych naprawdę zasłużył na bajkowe pożegnanie. Na owację na stojąco na Stamford Bridge, na łzy w oczach, na wzajemne zrozumienie, uścisk dłoni, może ostatni rzut karny, ostatni atak do którego się włączył... A nie jakąś połówkę zremisowanego meczu z Norwich, gdy po prostu został w szatni.
- Dobra, ale wciąż nie wiem, dlaczego on jest Twoim idolem.
- Popatrz: to jest zbiór tych wszystkich cech piłkarskich i ludzkich. Jego przywiązanie do klubu, tworzenie historii na moich oczach, te wszystkie lata cholernej świadomości, że jeśli w środku pola jest Lampard to pewien poziom zostanie zachowany, że jest ten gwarant spokoju. Miał słabsze momenty, miewał kryzysy formy, wypadał przez kontuzje, ale zawsze wracał silny, pewny siebie, chętnie biorący odpowiedzialność. Możesz się tylko śmiać, ale te lata temu to jego zachowania podpatrywałem i starałem się, no nie śmiej się proszę, chciałem je kopiować gdzieś tam między kolegami niestety z miernym efektem... Ale inni też to robią, prawda? Te sztuczki, kiwki...
- A z Lampardem było niby inaczej?
- Nie zaczynajmy od początku... Słuchałeś w ogóle? Przecież on nie był dryblerem. Ale to ustawienie się na "szesnastce", by idealnie nabiec na podanie kolegi, wskazywanie kierunku gry, uspokajanie tempa czy, wręcz przeciwnie, przyspieszanie... To taki futbol może nie spektakularny w każdym ruchu czy zagraniu, ale efektywny, dający wielką satysfakcję i uznanie tych z którymi grasz. No, długo by opowiadać, a lepiej zobaczyć. To co, włączamy odtwarzacz?
- Ale tylko ten jeden jego mecz, tak?
- Zobaczysz, że później będziesz chciał kolejne. Tak to już jest z idolami.

piątek, 23 maja 2014
Fantasy U23 - podsumowanie

Wreszcie! 

Na początek wyznanie - przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni czy zaniedbani przez to, że nie nadzorowałem należycie ligi Fantasy U-23. Pomysł był świetny, zresztą wybraliśmy ten sposób gry razem, a z pomocą wielu z Was udało się wyeliminować tych, którzy grali nie fair. Dlatego rywalizacja na finiszu była już bardzo emocjonująca, obserwowałem ją nawet jeśli mój zespół skończył na pozycji beznadziejnej - głównie z tego względu, że ostatnie zmiany robiłem w lutym? - i widziałem jaka jest walka na szczycie. Przecież czołową dziesiątkę dzieli mniej niż sto punktów, a to na przestrzeni całych męczących rozgrywek jest cholernie dobry wyczyn. Było tak emocjonująco jak w Premier League, można powiedzieć, i też Liverpool skończył na drugim miejscu... ;-)

liga

No właśnie, miejsca - pierwsze zajął Paweł Radoła, któremu bardzo gratuluję. Drugi, zaledwie szesnaście punktów dalej, był Oskar Szumer, kibic Liverpoolu (ha!), który przeklina zdaje się Andre Schurrle jako winnego jego finiszu. Trzecie miejsce dla Piotra Witalskiego - Piotrku, proszę skontaktuj się ze mną e-mailowo lub na Twitterze, bo dla każdego z podium jest przewidziana nagroda książkowa. Dwaj pierwsi koledzy już wybrali, czas i na Ciebie!

Dziękuję wszystkim za udział w rywalizacji i obiecuję, że wrócimy do gry wraz z nowym sezonem - czy w obecnej wersji, czy w trochę innej... pewnie jeszcze będziemy o tym rozmawiać. Jak zwykle obiecuję poprawę, by nie kosztować Was tyle nerwów - ale, po prawdzie, ja sam nie spodziewałem się, że do ligi dołączy tyle... niezainteresowanych jej zasadami osób! Mniejsza z tym, ważne, że zdecydowana większość z Was grała sprawiedliwie i, mam nadzieję, dobrze się bawiła szukając młodych piłkarzy, którzy daliby Wam przewagę nad resztą stawki. 

Zwycięzcom gratulujemy, a do Fantasy wracamy w sierpniu! 

czwartek, 15 maja 2014
Pożegnanie sezonu

*Poniżej przedstawione wydarzenia wcale nie muszą być dalekie od prawdy. Wcale.*

To już nie był wieczór, ale bardziej środek nocy. Po uroczystym rozdaniu nagród, kilku dowcipach o mijającym sezonie i wielu butelkach szampana krawaty oraz muszki były już rozluźnione. Część gości powoli opuszczała salę, towarzystwo pomieszało się między stolikami.

Wystarczył jednak jeden sygnał - czujne spojrzenie oraz skinienie głową Szefa, by piłkarze, jeden po drugim, wstawali i udawali się w stronę ledwo zauważalnych w ciemności drzwi. To tam miał zakończyć się ich sezon.

Wychodzili na trybunę i powoli zajmowali miejsca, z ciekawością patrząc na sylwetkę Szefa, zwróconego w stronę boiska - cóż, a raczej ziemi, którą murawa przykrywała przez ostatnie dziesięć miesięcy. Ten, w charakterystyczny dla siebie luźny sposób trzymał ręce w kieszeni, lekko odchylony do tyłu. Wejście na zaciemniony obiekt uciszało rozbawionych piłkarzy. Gdy drzwi przestały uderzać raz po raz, Szef odwrócił się do swoich zawodników.

- Wszyscy? - zapytał.

Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy wiedzieli, że Szef nie czeka na odpowiedzi. Mourinho jeszcze raz spojrzał po grupie, która rozsiadła się w czterech rzędach trybun. Cmoknął.

- Źrebaki. Moje małe koniki. Napiliście się dzisiaj mleczka? Zjedliści...

- ZOSTAJĘ! SZSZYCIE?! ZOSTAJEM!! - drzwi otworzyły się z hukiem, a okrzyki napastnika niosły się głośnym echem po pustym stadionie. Pijany, zataczający się Hiszpan miał w obydwu dłoniach prawie puste butelki szampana z etykietami wskazującymi, że były to nagrody dla najlepszego piłkarza meczu, że alkohol ten mógł być już starszej daty.
- JA SIĘ NIE *yyk* DAM TAK ŁATWO *yyk* NIE JA..
- Fernando, usiądź - cicho syknął szef.
- NIE NIE USIĄDE *yyk* JA JUŻ ZA DUŻO SIEDZIAŁEM. NIE ODEJDEM, ZOSTAJE! NIE WYSZUCZYSZ MNIE STOND!
- Fernando, usiądź. 
- NIE *yyk* POSTOJE.

Jednak wystarczyło, by szef skinął głową w kierunku dwóch wysokich, barczystych piłkarzy - jedynych, których muszki pozostały elegancko zawiązane o tej porze - i wyskoczyli ze swoich siedzisk, momentalnie znajdując się za plecami Torresa, kładąc mu ręce na barkach.

- Zajmiemy się nim szefie, jest nasz.
- NIE *yyk* NIE POZWOLE - powiedział Hiszpan biorąc ostatni łyk zanim Gary Cahill wyrwał mu z rąk obie butelki - NIE Z TAKIMI SOBIE *yyk* RADZIŁEM!!!

Do trzymanego Torresa podszedł Mourinho i szepnął mu do ucha kilka słów. Wyraz twarzy Hiszpana się nie zmienił, ale przynajmniej przestał się wydzierać. Nawet, z pomocą dwójki obrońców, spokojnie doszedł do wolnych miejsc i usiadł między Terrym i Cahillem. Wreszcie można było naprawdę zaczynać.

- Kochani - Mourinho też wrócił na swoje miejsce i rozpoczął przemowę - Czy zawiedliśmy? Nie. Czy jednak graliśmy tak jak chcieliśmy grać? Nie. Czy zasłużyliście na moje szczere gratulacje? Tak. Czy zasłużył na nie Mike Riley? Tak.

Grupka się zaśmiała, Mourinho lekko się uśmiechnął. "Przynajmniej oni mają jakieś poczucie humoru", pomyślał sobie Portugalczyk.

- Ale ja nie jestem zadowolony, nie. Mieliśmy swoje cele. Znaliśmy swoje możliwości, talenty. Wy, chłopcy: Eden, Oscar, Willian, Momo... Nawet ty Andre. Macie wielką przyszłość, wielką. Ale najważniejsza jest praca, praca, praca. Praca w defensywie. Eden, wiem, że *czasem* za dużo zależało od Ciebie. Ale my cie znamy, te dryblingi, podania, strzały, sztuczki... Wiemy do czego jesteś zdolny. Ta odpowiedzialność będzie jeszcze większa, zrozum. Albo buntuj się i bukuj bilet na najbliższy Eurostar do Paryża.

Chociaż na twarzy Mourinho zagościł figlarny uśmiech gdy to mówił, grupka zaśmiała się nerwowo, a sam Belg niepewnie spojrzał na menedżera. 

- Żartowałem. Żartowałem. My chcemy Ciebie tutaj, potrzebujemy Ciebie. Ale lepszego. Lepszego i z inną mentalnością. Będziemy pracować, ciężko pracować. Będziesz się uczył, będziesz grał na boku obrony, będziesz wiedział co się dzieje za twoimi plecami, będziesz odbierał piłki, atakował pressingiem i zabijał. Wy wszyscy będziecie po piłkarsku zabijać.
- JA TESZ CHCE ZABIJAĆ!! - wyskoczył ze swojego siedziska Torres, jednak jeszcze szybciej ściągnięty i uciszony przez obrońców. Karcący wzrok Mourinho też zrobił swoje.

- Wszyscy popełniliśmy błędy. Wy je popełniliście, sędziowie. Ja jestem tylko menedżerem, ale będę was wspierać i bronić. Jednak musimy być lepsi, mocniejsi, bardziej zdeterminowani - Mourinho stopniowo podnosił głos, coraz mocniej akcentując ostatnie słowa.

- Ja nie będę mieć w pamięci tych naszych wielkich spotkań. Arsenale, Manchestery, Liverpoole pokonane. Ale nie. Nie mogę. Bo to jak traciliśmy punkty boli mnie trzy razy mocniej. Boli bardziej. Nie będziemy tego tolerować, nawet jeśli okoliczności były zrozumiałe. Prawda, napastnicy?
- Demba, uwielbiamy Cie, ale każdy przed oczami ma tę pokraczną próbę strzelenia do pustej bramki z Sunderlandem. Samuel, mój żołnierzu. Dałeś z siebie staruszku, wiem. Ale to jest to. Rozumiesz... - Mourinho jakby łamał się głos, a przez dłuższą chwilę patrzyli sobie z Kameruńczykiem prosto w oczy. 
- Fernando... Nando? Nando! Gary, obudź kolegę. Fernando, tu jestem. Ech, Fernando. co z Tobą zrobić? Pudło z Manchesterem City pamiętasz? A to jak w ostaniej minucie przestrzeliłeś na Selhurst Park? Jak męczyłeś się na Villa Park? Fernando, widzę w Tobie ogień i chęć walki, widzę. Ciężko pracujesz, robisz to, co ci każę. Biegasz, atakujesz... Ale sam wiesz. Ty wiesz. Ja wiem.
- Jaki więc był to sezon? To był *prawie* nasz sezon. Proste. Proste. Miałem to przeczucie, ale starałem się, byśmy walczyli jak najdłużej. Różnymi sposobami. Autobusy, kontry, podcinanie kołków w butach rywali... To miał być sezon waszego rozwoju i ja go widziałem. U każdego, nawet jeśli część z Was miała już w głowach mundial - Mourinho w tym momencie wskazał na Oscara - albo po prostu kończy swoją przygodę w Londynie. Jest Was trochę.

Piłkarze spojrzeli się po sobie. Kilku? On nie może mówić serio. Budowany zespół zawiódł, nic nie wygrał, nie ma zadowolenia, ale na pewno większość pozostanie. Potrzebne są transfery do a nie z klubu. 

- Tak, kilka osób nas opuści. Będą łzy, będzie nam smutno. Ale mamy rozwiązanie. Bo ja nie lubię, gdy *coś* jest *prawie* moje. Medale, puchary, śmiech jako ostatniego... Na końcu wszystko ma być moje... Nasze. Nasze.

- Dlatego tego sezonu nie będziemy szerzej podsumowywać. Nie ma co. Nie ma. Ja nie jestem specjalistą od porażek. Inni są. Wiecie kto. Trzecie miejsce to nie trofea. Półfinał to nie puchar. Nie będziemy w tym specjalistami. Dlatego mamy rozwiązanie na kolejny. Przez ostatnich kilka miesięcy ciężko nad nim pracowaliśmy, prowadziliśmy rozmowy, oglądaliśmy i rozważaliśmy różne rozwiązania. Ale mamy rozwiązanie.

Mourinho klasnął dwa razy, na Stamford Bridge rozbłysło kilka reflektorów, wszystkie skierowane na... klatkę ustawioną na środku boiska. Zawodnicy, mrużąc oczy, wskazywali na osobę w niej się znajdującą, najwyraźniej związaną kaftanem bezpieczeństwa, opartą o deskę i z maską na twarzy, podobną do tej, którą grany przez Anthony'ego Hopkinsa bohater "zakładał" w "Milczeniu Owiec". Tajemnicza postać w klatce zaczęła wiercić się, krzyczeć i głośno sapać. Efekt był przerażający.

- Pewnie go pamiętacie, ale mimo wszystko... Poznajcie Diego! - przez grupę przeszedł nerwowy szmer dyskusji, kilka osób zasłoniło usta, inni wstali na baczność zaciskając pięści - John, spokojnie. Teraz to jeden z nas. Przyjaciel, nie wróg. Niebieski Diego Costa. Nasz.

- Bestia nam jest potrzebna. Koniecznie. Fernando, będziesz patrzył i naśladował. Wciąż się uczył. Myślą, że Suarez był największą katastrofą wychowawczą jaka spotkała angielski futbol? Niewiele jeszcze widzieli. To nasza nowa broń atomowa. Nasz Decepticon. To jest nasz Kraken, panowie i nie zawahamy się go spuścić ze smyczy. 

- Podziękujmy Romanowi - Mourinho skinął głową w kierunku szczytu trybun. Piłkarze natychmiast się odwrócili dostrzegając do tej pory niezauważalną obecność właściciela klubu z Mariną Granowskają u boku. Jak zwykle z nią. Osobą przebiegłą, twardą w negocjacjach i o zabójczym uśmiechu. Abramowicz tylko się delikatnie uśmiechnął i pomachał ręką. 

- Wrócimy lepsi, silniejsi, szybsi i jeszcze bardziej zdeterminowani. Zrobię z Was zwycięzców. Maszyny do wygrywania. Obiecuję to Wam. Koniec z porównaniami do moich pierwszych lat tutaj. Będziecie lepsi, skuteczniejsi, bardziej bezczelni, chamscy i nie do pokonania. Zrobimy to! Zrobię to, choćby nie wiem co!

Mourinho lekko dyszał po tej finałowej tyradzie, kończąc donośnym krzykiem, z bardzo zaciętą miną. Wszyscy mu potakiwali, obudził się nawet Torres, ale zdezorientowany spoglądał na Portugalczyka i klatkę na środku boiska tylko klaskając. Demba Ba wskazywał na rozświetlone gwiazdami niebo, Cahill zaczął robić pompki, Azpilicueta podskakiwał gotów do walki. Terry i Lampard po męsku uścisnęli sobie dłonie. Cole uronił łzę. Ivanović bił się pięściami w klatkę piersiową krzycząc coś w rodzimym języku. Petr Cech skądś wyciągnął i od razu założył swoje rękawice i kask. Młodzi gniewni przybijali sobie "piątki" śpiewając coś, co wydawało się być radosną, ale i bojową angielsko-portugalsko-francuską pieśnią. 

Byli gotowi do walki. Puścili nieudany sezon w niepamięć. Mourinho był już uśmiechnięty. Nie mógł się doczekać nowego sezonu. Decydującego sezonu. Ich sezonu. Jego sezonu.

W górze trybun Abramowicz patrzył na pobudzoną grupkę piłkarzy z nieukrywaną satysfakcją. - Я думаю, что мы, наконец, есть команда сейчас - powiedział do Mariny, gdy spokojnie oddalali się w kierunku jego limuzyny...

poniedziałek, 12 maja 2014
Tabela prawdę Ci powie

Usłyszycie to od osoby, która analizując różne, mniej istotne czy bardzo skomplikowane statystyki powinna już dawno oszaleć (a może już oszalałem?), ale liczby zawarte w nawet najprostszej tabeli najlepiej wytłumaczą cały sezon. Nie trzeba babrać się detalami - a na pewno nie na szybko w pierwszy wieczór po zakończeniu rozgrywek - by dostrzec, czego zabrakło.

To krótko - "The Blues" może i cieszą się trzecim najwyższym dorobkiem w tym roku, ale są aż trzydzieści bramek za "The Reds" i Manchesterem City. We wszystkich rozgrywkach i na przestrzeni całego sezonu Chelsea strzeliła tyle goli co Liverpool w samej lidze.

Nie zrozumcie mnie źle - wierzę, że sezon można wygrać grając defensywnie, zabezpieczając tyły i skutecznie kontrując. Widząc, że do zwycięzców zabrakło czterech punktów, tych straconych na finiszu z Sunderlandem czy Norwich, nie mogę odmówić Mourinho tego, że nie miał słusznego planu na rywalizację w momencie tak oczywistych braków. 

Ale różnica trzydziestu goli? Krócej - posiadania Luisa Suareza we własnym zespole lub możliwości grania Aguero, gdy wiadomo, że na ławce czeka jeszcze Dżeko? 

Oczywiście nie wszystkim wyszło to łączenie tak idealnie. Znów odwołując się do podstaw z każdej tabeli - Liverpool stracił aż pięćdziesiąt goli w tym sezonie, prawie dwa razy więcej od Chelsea, a popisy defensorów Rodgersa podsumował dziś Martin Skrtel. Jednak i w tym wypadku widzimy proste odpowiedzi na pytania nurtujące kibiców przez cały sezon. Tak, Liverpoolowi trzeba lepszych obrońców, gdy dwa czyste konta wpłynęłyby na ich losy - weźcie doświadczonego stopera, który poustawiałby zespół przy 3-0 (ba, nawet przy 3-1!) z Crystal Palace lub nie zanotował takich wpadek jak Kolo Toure z WBA czy Aston Villą.

Oczywiście możecie zapytać, czy ten defensywny styl Chelsea by się przez posiadanie i wyłączną grę takim snajperem nie zmienił zbyt znacząco? Najlepszą odpowiedzią jest Manchester City - według Michała Okońskiego synteza tezy Mourinho i antytezy Rodgersa. Zespół, który pomimo oczywistych wad obrońców (braku szybkości i zwrotności - czyli podobnych do tych u Cahilla czy Terry'ego) potrafił zrównoważyć posiadanie tak wielu świetnych ofensywnych piłkarzy z pamięcią o defensywie. 

Też pamiętajmy, że Chelsea wciąż grałaby inaczej niż City, ale to już wikłanie się w coś więcej jak tylko proste statystyki.

Może też nastrój końca sezonu - z wielu względów bardziej depresyjny niż radosny - nie sprzyja wyciąganiu pozytywnych wniosków z tabeli ligowej, ale Chelsea dziś bliżej do Arsenalu niż Manchesteru City czy Liverpoolu. Ich jedyny napastnik też strzelił ledwie szesnaście goli (trójka "The Blues" niewiele więcej), brakowało mu rywalizacji czy nawet wartościowego zastępcy. Główna siłą tych drużyn również byli zawodnicy wybitni technicznie, ale atakujący raczej ze skrzydeł czy głębi pola. 

Pewnie też to porównanie najmniej pasuje samemu Mourinho, tak chętnie oddzielającego się od Wengera, który przecież może za tydzień zerwać ze specjalizowaniem się w porażkach. W tym sezonie Chelsea Portugalczyka to byli specjaliści od nie tracenia goli, od nie przegrywania - jak sami widzicie granica między "The Blues" a choćby City wcale nie jest taka cienka jak te cztery punkty na to by wskazywały... 

wtorek, 06 maja 2014
Tak łatwo być złośliwym

Tak łatwo być złośliwym, gdy Liverpool w dziesięć minut traci trzy gole na boisku beniaminka, prezentując kompletną nieświadomość sytuacji czy też właśnie pod tą odpowiedzialnością za wynik padając. Nerwowość w ostatnim kwadransie i załamanie po ostatnim gwizdku mówiły tak wiele, ale chyba najlepiej zareagował na konferencji Brendan Rodgers, mówiąc: - Musimy spojrzeć gdzie i co trzeba poprawić i do tego będziemy dążyć. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy mimo wszystko wydaje się, że my te odpowiedzi już znamy. Z całej czołówki ligowej czwórka podstawowych obrońców i bramkarz kosztowała najwięcej właśnie Liverpool, a nie City czy Chelsea. A pomimo rozegrania kilkunastu spotkań mniej od swoich rywali to właśnie Brendan Rodgers w lidze użył najwięcej piłkarzy. 

Tak łatwo być złośliwym, choć tu przecież nie chodzi o pieniądze. Brendanowi Rodgersowi będzie się przypominać wściekłe wyrzuty pod adresem parkującej trzy autobusy Chelsea i słowa o łatwości nauczania bronienia. Jednak w tym wypadku - jak pisałem już dla sport.pl - on po prostu postawił na inną filozofię, która może/mogła przynieść mu mistrzostwo. O ile jego stwierdzenia o chęci ataków i wygrania są zrozumiałe, tak dziwią mnie pretensje innych o to, że nie zareagował defensywnie w ostatnich minutach. A przecież to ten sam dylemat, który miewa np. Pep Guardiola, tak stanowczo odrzucający możliwość zmiany. Pod tym względem to ten sam typ szkoleniowca - gdy inni swoją siłę biorą ze zdolności do natychmiastowych, ale zaplanowanych zmian, u Rodgersa są one też zauważalne, ale wolniejsze. I, co ważniejsze, u Irlandczyka, jak u Hiszpana, króluje dewiza - "prędzej zmienią nas, niż my zmienimy naszą filozofię". 

Tak łatwo być złośliwym, gdy jednak widzi się, że problem Liverpoolu to nie ryzykowna taktyka trenera czy słabo grający defensorzy. To brak równowagi, ale też kwestia siedząca głęboko w głowach piłkarzy. To nie uwaga czy przytyk, ale chyba najlepiej widać to było po Suarezie, który w doliczonym czasie gry wręcz śmiał się po zmarnowanej szansie swojego zespołu, by następnie chować płacz pod koszulką, gdy wynik został potwierdzony ostatnim gwizdkiem sędziego. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież o wyniku nie zadecydowały gole (one, jak mówi taki jeden, są przereklamowane), ale inne momenty kluczowe. Ten sezon miał ich już tak wiele (o czym z kolei pisałem w kontekście wygranej City z Evertonem), ale niekoniecznie musimy mówić tylko o trafieniach. Przecież w sobotę Joe Hart świetną paradą w końcówce uratował zwycięstwo swojego zespołu, a wczoraj to Speroni kilka razy ratował Palace przed podwyższeniem przez Liverpoolem wyniku i później w utrzymaniu remisu. Jeszcze ta sytuacja Joe Ledleya, gdy uderzał między nogami niepewnie broniącego Skrtela po jednej z kolejnych kontr gospodarzy...

Tak łatwo być złośliwym, choć gdzieś w głowie krąży przeczucie, że to nie może być koniec. Jeszcze grają, jeszcze mają wbrew pozorom niełatwe spotkania i naprawdę wiele może się zmienić. Może nie do takiego stopnia, że to Chelsea nagle okazuje się liderem na koniec rozgrywek czy też wszystkie te zespoły kończą z równym dorobkiem punktowym, ale dramaturgii nie zabraknie. Zwłaszcza w niedzielę, gdy wyniki będą docierać do grających piłkarzy, gdy minuty będą im uciekać, a rywal nagle urwie się z niespodziewaną kontrą... To nie koniec.

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież potykają się wszyscy. Uczucie frustracji innego rodzaju towarzyszyło kibicom Chelsea w meczu z Norwich, gdy kolejne akcje były desperacko niemrawe, zbyt czytelne dla mimo wszystko słabego rywala. To są "historie tego sezonu" (zapamiętać - o tym będzie dłużej i w osobnym tekście), stłumione w 90 minutach emocje i uczucia, które towarzyszyły nam przez te dziewięć wyczerpujących miesięcy. Czasem, zamiast śmiać się z Gerrarda czy Suareza, warto zastanowić się jak my to wytrzymujemy?

Tak łatwo być złośliwym, gdy to w gruncie rzeczy powinien być tekst o fenomenie ligi angielskiej i drużyny, która nie miała prawa odrobić w osiem minut trzech goli. Po prostu - oni już swoje zrobili, oni byli na straconej pozycji, oni dawali rywalom tyle miejsca, że jeśli już to kolejne gole powinny padać na korzyść gości, nie gospodarzy. Tymczasem ataki Crystal Palace miały w sobie nie tyle radość czy desperację, ale plan, szybkość, finezję także niespodziewaną jak na dawniej oceniany poziom tego zespołu. Gdy inni murowaliby własną bramkę szukając raczej oszczędzenia sobie upokorzenia ze strony tak silnego w ofensywie zespołu, Crystal Palace przejęło inicjatywę. Bo wierzyli w remis przy 0-3? Może w futbolu nie powinno być takiego pojęcia jak "wiara w wynik", ale powinniśmy mówić po prostu o grze w piłkę, frajdzie i dążeniu do tego, by ludzie na trybunach nie wychodzili załamani.

Tak łatwo być złośliwym w stosunku do częściej milczących lub rzadko podnoszących głos kibiców innych klubów, gdy na Selhurst Park dzieje się coś niesamowitego. Grupa zorganizowanych fanów - tak, czasem sprawiających ochronie problemy - co dwa tygodnie nie tyle tworzy unikalną na Wyspach atmosferę, ale wynosi stadion i kilkadziesiąt tysięcy ludzi w inną rzeczywistość. Ściany często ogłuszającego dźwięku ich śpiewu zamyka trybuny i murawę, tworzy odosobniony klimat i kreuje markę Crystal Palace na równi z rajdami Bolasiego, sztuczkami Ledleya czy interwencjami Jedinaka. Inni naprawdę powinni pójść tą drogą.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90