sobota, 28 stycznia 2012
Żale zapomnianego nurka
Jeśli ktoś jeszcze pamięta pewnego piłkarskiego wizjonera z Holandii, ten doceni wagę słów wypowiedzianych pod adresem zapomnianego hiszpańskiego pomocnika. Ponad trzy dekady temu Johan Cruyff określił go mianem daru dla każdego zespołu, twierdząc, że jest to rodzaj zawodnika, któremu nic nie trzeba tłumaczyć – ustawiony na swojej pozycji po prostu wspaniale gra. Michał Zachodny, 29. stycznia 2042, Badia del Vallès
Sergio Busquets nie zmienił się wiele od momentu, gdy prawie dwie dekady temu zakończył bogatą karierę. Wysportowana sylwetka, a na powitanie raczy twardym uściskiem dłoni i przeszywającym spojrzeniem, początkowo odpowiadając krótkimi zdaniami, rozkręcając się dopiero po godzinie rozmowy. Mimo zaoszczędzonych milionów – o nich mówi niechętnie – prowadzi spokojne i w miarę skromne życie w wiosce w której urodził się 54. lata temu. Nie chcąc zdradzić swojego obecnego zajęcia (choć potwierdza, że prowadzi w CD Badia zajęcia z juniorami), temat szybko schodzi na futbol i zbliżający się wielkimi krokami hit w półfinale Pucharu Króla. Sergio o kontrowersyjności pojedynków Realu Madryt i Barcelony wie wszystko. Jako defensywny pomocnik drużyny z Katalonii zdobył wszystko, choć doceniany był przez niewielu swoich krajan, mimo wygrania Mistrzostw Świata w 2010 roku. Wielu narzekało, że grał on zbyt prosto, wręcz nie pasował do tamtego zespołu legendarnego Guardioli ze swoim ostrym stylem odbioru piłki. Większość nie rozumiała tego, co dla jego kolegów z zespołu było oczywiste. „Busi świetnie czyta grę, z olbrzymią precyzją rozprowadza piłką, używając minimalnej liczby kontaktów z futbolówką” - tłumaczył Xavi, gdy jeszcze grali razem. „Opinia przyjaciół była dla mnie oczywiście najważniejsza” - mówi Busquets po raz pierwszy lekko się uśmiechając. Kiedyś oskarżono go o nazwanie lewego obrońcy Realu Marcelo „mono” (małpą), lecz nawet nie podejrzenia o rasizm zadecydowały o jego reputacji w większej części Hiszpanii i na kontynencie. Tak jak ciężko pracował na rzecz drużyny, tak równie mocno irytował rywali powtarzającym się schematem działań. Mimo że przeciwnik rzadko miał okazję zbliżyć się do szybko grającego pomocnika, to ilekroć pojawiała się szansa utraty piłki i podejmowano się interwencji, Busquets upadał trzymając się za twarz. Nawet jeśli kontaktu nie było. Dzisiaj Sergio zbywa pytanie o jego symulowanie machnięciem ręki. „To już inny futbol, kibice teraz tego nie zrozumieją” - odpowiada wyraźnie się rozkręcając, choć gubiąc główny wątek. „Z tymi wszystkimi kamerami, okularami trójwymiarowymi dla sędziów, powtórkami praktycznie każdej sytuacji, dziwacznymi robotami… To nie to samo!” Wyraźnie zdenerwowany przypomina o tym, że przecież nie on jeden podobnymi sztuczkami próbował przybliżyć swój zespół do zwycięstwa. „Pepe, Cristiano, Benzema… oni to dopiero oszukiwali!” - Busquets podniesionym głosem podkreśla każde nazwisko, wyliczając również rywali na palcach prawej dłoni. I już wyraźnie rozweselony wspomina – „Za tego Mourinho to dopiero była rywalizacja!” Czyżby? Barcelona wtedy dominowała na arenie krajowej, nie miała sobie równych w Europie. Z genialnymi Messim, Iniestą i Xavim stworzyli zespół i linię pomocy nieporównywalną z innymi na świecie. Rolą Busquetsa był nie tylko odbiór, ale stwarzanie możliwości ataku bocznym obrońcom – to dzięki jego cofaniu się w linię defensywy, między stoperów, Guardiola zdecydował się na grę trójką stoperów na pewnym etapie swojej kariery w Barcelonie. Z Realem wygrywali seryjnie, a wspomnienia o kolejnych upokorzeniach wielkich rywali są wciąż żywe wśród trzystutysięcznej widowni Camp Nou, której starsza część znacznie lepiej wspomina pełne kontrowersji mecze El Clasico. „Mimo tych zwycięstw, czuło się, że fani najbardziej liczą na ten teatr, na moment w którym wszystko wybuchnie…” znów rozpędza się Busquets. W do tej pory zimnym spojrzeniu nagle pojawia się ogień. „To jak Pepe nadepnął Leo, każdy kolejny ostry wślizg tego wariata… Sędziowie na sporo nam wtedy pozwalali, ale nigdy nie chcieliśmy specjalnie spowodować, by grali oni w osłabieniu” - zaznacza były pomocnik Barcelony - „Te wszystkie symulacje to był rodzaj ochrony własnych nóg, próba pokazania co się dopiero może stać, gdy… cóż, w końcu w nas trafią.” Busquets i zwiesza głowę i milczy dłuższą chwilę na wspomnienie rocznej kontuzji kolana, wywołanej właśnie takim starciem w trakcie jednych z jego El Clasico. Ich prośby, choć kontrowersyjne, zostały w końcu wysłuchane. Wprowadzenie kolejnych sędziów, powtórek video, stworzenie „mądrej” piłki, zaostrzenie reguł i kar za nawet łagodne wejścia… „Wiele pokoleń nie ma nawet pojęcia, że wślizg to był normalny element sztuki piłkarskiej” - mówi jeden z jej praktyków i największych mistrzów. Jak twierdzi Busquets, ostatecznym upadkiem futbolu jaki znamy było to, gdy we wspólnym porozumieniu angielskiej i szkockiej federacji stwierdzono, że taki sposób odbioru piłki zostaje zakazany na ich boiskach. Nastąpiła rewolucja, które tylko przypieczętowała rozbicie futbolowego światka na profesjonalny i amatorski, globalny i prowincjonalny, bezkontaktowy i taki jakim go Sergio Busquets pamięta. „Czasem jeszcze zastanawiam się, czy to co sam niejako promowałem na boiskach nie wpłynęło na te negatywne zmiany” - zdradza pomocnik przed czterdziestym El Clasico rozegranym w ramach Ligi Światowej FIFA. „Jasne, nienawidziłem Mourinho, wściekałem się na Pepe i ścierałem z Alonso, mimo że był moim przyjacielem” - wspomina Busquets - „ale nawet jeśli pragnąłem ich porażki, i to za wszelką cenę, nawet własnej reputacji, nigdy nie chciałem, by przez moje… przejaskrawianie obrażeń przełożyło się na tak wielkie zmiany.” Z prawdziwą dumą opowiada o tym, jak w dramatycznym apelu przekonywał działaczy CD Badia, by pozostać wśród amatorów. Zrezygnować z zysków dla wślizgów. Jego posłuchali. Nie wierzy, że futbol wróci do swoich korzeni. „Zbyt wielkie zaszły zmiany” - twierdzi symbol tego co już zostało wyrzucone ze stadionów gromadzących kilkaset tysięcy fanów. „Może niesłusznie uznano mnie za ‘Mistrza Symulacji’, poddano niepotrzebnej i bolesnej kampanii nienawiści w mediach…” – Busquets przerywa na chwilę, by wspomnieć o tym co zrobił w meczu z Interem Mediolan w 2010 roku, ze śmiechem – „…ale jeśli mógłbym wrócić i cokolwiek zrobić, na pewno bym tego unikał.” Na pytanie, czy żałuje swoich wszystkich nurków, boiskowych grzeszków, które niejako rozpoczęły wymuszanie diametralnych zmian w futbolowych regułach, zaskakuje, bo… odpowiada twierdząco. „Głównie przez wzgląd na własną karierę i to co się stało po niej – nikt nie pamięta występu z finału Mistrzostw Świata, gdy wyłączyłem z gry Wesley’a (Sneijdera – przyp. red.), a to jak… tak, chciałem wymusić karnego w decydującym meczu ligowym na wiosnę chyba 2013 roku… to wypominają mi zawsze!” Żal Sergio Busquetsa jest autentyczny, widać to w jego oczach. Raz jeszcze rozpoczyna narzekanie na stan współczesnego futbolu, gorąco przy tym gestykulując. Wzbrania się przed oceną sił Realu i Barcelony przed najbliższym spotkaniem, twierdzi wręcz, że nawet nie ma pojęcia kim są trenerzy. „To nie mój futbol... bezkontaktowy?!” – wykrzywiona w złości twarz i tak wiele mówi, ale Busquets jeszcze ze smutkiem dodaje – „tego po prostu się nie da oglądać…”
niedziela, 22 stycznia 2012
Alive and kicking
It was Mansfield who looked the most likely to score in the early stages but grew tired as the game went on and Darlington's fitness showed, especially in extra time. Polskiemu kibicowi piłki nożnej walizka wypełniona pieniędzmi nie kojarzy się najlepiej. Pewnie, każdy chciałby taką dostać, ale większość słysząc o takiej praktyce wspomagania klubu skojarzy sobie nazwiska – albo ich pierwsze litery – z ciągnącej się latami afery korupcyjnej. Co innego na The Nothern Echo Arena, gdzie swoje mecze rozgrywa Darlington. Tam pojawienie się kilku fanów z gotówką uznano za wybawienie dla całego klubu i to takie w ostatniej sekundzie – piłkarze robili sobie pamiątkowe zdjęcia, żegnali się z pracownikami życząc sobie powodzenia w przyszłości. The Quakers tak bliscy zniknięcia z futbolowej mapy Anglii nie byli nigdy. After a scrappy opening 15 minutes, Louis Briscoe's pace on the right-hand side created a chance for Stags striker Connor, who saw his effort deflected wide. W przeżywającej spory kryzys piłce w niższych ligach angielskich niewypłacalność klubów to chleb powszedni – coraz częściej zarządzający rozgrywkami karzą odjęciem punktów czy zakazem transferów. Także dla fanów Darlington nie jest wyjątkowa sytuacja, wszak w ostatniej dekadzie zdarzyło się im to kilkukrotnie. Wszystko co złe w ostatniej dekadzie zaczęło się od tego, gdy właściciel klubu George Reynolds zdecydował się zbudować dla swojej drużyny nowy stadion i… nazwać go po sobie. It was Mansfield's Smith who had the best chance of the half, as he cut inside and forced a good save from Sam Russell. Ambicje miał spore i przewyższały one znacznie jego możliwości finansowe. Zresztą jego problem nie polegał nawet na niewystarczającym majątku, lecz tym, że chęć wyróżnienia się z raczej prowincjonalnym zespołem na skalę krajową całkowicie zakłócała jego zdrowy rozsądek. Bo czy inaczej zbudowałby dla zespołu, który rzadko gromadził dziesięciotysięczną widownię obiekt mieszczący dwa i pół razy więcej fanów? Co więcej, miejsce gdzie powstawał ich obecny stadion nie nadawało się kompletnie do przyjmowania takich ilości kibiców co tydzień czy dwa, a więc krótko po otwarciu znacznie ograniczono dopuszczalną liczbę wejściówek. Do tej pory obiekt Darlington nigdy nie wypełnił się do ostatniego miejsca. Despite Darlington dominating the opening exchanges of the second half, Mansfield created an excellent chance when Briscoe took on two players from the right and his cross-shot was deflected over the bar by his team-mate Connor. Zresztą już kilka miesięcy po premierze na murawę musiały wybiec legendy futbolu na Wyspach, by ratować katastrofalny stan finansów klubu, który został wykończony spłacaniem pożyczek za (wtedy) George Reynolds Arena. To jednak nie jedyny dowód na szaleństwa prezesa, który miał różne dziwne pomysły – raz na jego radarze znaleźli się Paul Gascoigne i Faustino Asprilla. Dopiero gdy klub od syndyku upadłościowego odkupił George Houghton zrobiło się spokojniej… choć tylko na chwilę. W 2009 znów liga ukarała ich odjęciem dziesięciu punktów – gdyby nie ta kara, Darlington walczyłoby w play-off o awans do League One. The Quakers continued to grow as the game went on; Dan Spence's last-ditch tackle denied Tommy Wright and from the resulting corner Ian Miller should have done better when given a free header 12 yards out. Wtedy klub przejął Raj Singh i dzięki jego wsparciu kolejny sezon udało się przetrwać bez odjęcia punktów, głównie dzięki radykalnym oszczędnościom – te jednak doprowadziły Darlington do spadku ze struktur Football League do Conference. Na początku nowego sezonu The Quakers mieli spore problemy z pozbieraniem się po letniej rewolucji i w ciągu jedenastu dni menedżer zmieniał się dwukrotnie – dopiero gdy stery przejął były piłkarz m.in. Fulham, Mark Cooper, Darlington rozpoczęło mozolną drogę w górę tabeli. Jednak to nie w lidze wiodło im się najlepiej lecz w FA Trophy. Majowy finał na Wembley to ostatnie dobre wspomnienie kibiców The Quakers – zdobyty wtedy puchar mógł być także ostatnim dodatkiem do ich klubowej gabloty w całej historii. At the other end, Briscoe and Murray combined to set up Connor, who seemed to be running much more freely following his first-half injury concerns, but his low shot was saved by Russell. Problemy zaczęły się, gdy minęło lato – Singh wydał wszystko co miał, ale awansu nie udało się wywalczyć, więc wprowadzono kolejne plany oszczędnościowe, a potem po raz trzeci w ciągu dekady w klubie wprowadzono w stan upadłości. Mark Cooper odszedł po serii kiepskich wyników, piłkarzom nie płacono od września. Nowego roku nikt nie wyczekiwał z optymizmem, zwłaszcza, że dobrych wiadomości po prostu nie było. Ostatni tydzień był przełomowy, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu – w siedzibie wszyscy byli przygotowani na to, że ostatni wychodzący do domu zgasi światła po raz ostatni w 128-letniej historii Darlington. In the closing stages of normal time Darlington had two great chances for a dramatic winner; Bridge-Wilkinson's 25-yard free kick hit the upright with a minute remaining and in injury time Wright put a diving header wide from only six yards out. Kilka dni wcześniej rozwiązano kontrakty z wszystkimi piłkarzami, którzy ustawili się w kolejce, by dostać zagwarantowane przez syndyk dwieście funtów – ich pierwszą wypłatę od końca października. „Byłem zszokowany. Nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. Ludzie tracą pracę cały czas, ale ja gram w piłkę całe swoje życie. Jestem dosyć tym skołowany. Mam żonę i dwóch synków w przedszkolu” – mówił obrońca Darlington, Paul Arnison. On ma 34. lata, nigdy nie wybił się ponad przeciętny poziom League One, a wobec zaistniałej sytuacji planuje przenieść się z całą rodziną do Australii i zacząć życie od nowa. Wielu innych nawet mimo cudownego ratunku w postaci wypełnionej gotówką walizki nie wróciło do Darlington. Na sobotni mecz z Fleetwood Town Craig Liddle, związany z klubem od 1998 roku, miał do dyspozycji zaledwie dziesięciu zawodników. Pierwszy trening, łączony z zespołem juniorów, odbyli oni w czwartek, nie mając w kadrze bramkarza. Fatigue really set in for Mansfield in extra time and Darlington grew stronger and it was no surprise when they went close to the game's first goal as Ian Miller was denied by a flying save from Marriott. Liddle (w czarno-białych barwach rozegrał 271 meczów i właśnie po raz czwarty objął stanowisko menedżera) pracował nieustannie, by ściągnąć na mecz kilku zawodników, najlepiej wypożyczając z innych klubów. Alan Pardew obiecał wsparcie, ale nie był zbytnio przekonywujący mówiąc o tym, że sam potrzebuje czasu, by ocenić sytuację. Nie pomogła też liga, która najpierw zgodziła się, by Darlington mogło się tymczasowo wzmocnić – a tak naprawdę uratować beznadziejną sytuację – ale po otrzymaniu zażaleń z kilku klubów rywali, decyzję cofnięto. „Co najbardziej mnie boli to fakt, że mają oni zobowiązania wobec reszty ligi i jeśli my nie będziemy w stanie wystawić jedenastki do gry, udowodnią, że szkodzą wszystkim zespołom” – żalił się Liddle. But with penalties looming, a throw-in from the left caused havoc in the Stags defence and Senior, who used to be a part-time masseur, scored the winner, Darlington's first goal at Wembley in three visits. Jedyne na co przyzwolenie zostało wydane to sprowadzenie bramkarza, ale poniżej dziewiętnastu lat. Z Sunderlandu na ratunek przybył Jordan Pickford, który w poprzednim sezonie zaledwie dziewięć razy zagrał dla młodzieżowego zespołu ze Stadium of Light. Nawet czterdziestoletni szkoleniowiec na ostatniej konferencji prasowej jeszcze nie wykluczał swojego występu, choć ostatni mecz zaliczył w 2005 roku. Informacje o kłopotach i tym cudownym, tymczasowym ratunku szybko rozniosły się po świecie i na mecz z Fleetwood ściągnęły tłumy, nie tylko kibice jednego czy drugiego zespołu – 5638 to rekord tego sezonu na The Nothern Echo Arena, dwukrotnie przebijający poprzedni. Jak doniosła strona oficjalna Darlington, znów dało się poczuć na stadionie optymizm, a fani pożegnali zespół owacją na stojąco, mimo porażki 0-1. Z wice-liderem tabeli i w takich okolicznościach? To naprawdę było osiągnięcie… "I am so proud, what a way to finish. To win it in the last minute, what a way to do it, that will go down in folklore. We didn't think it was going to come but the one thing about my players is they are fit, they are organised and they keep going” – Mark Cooper Trzy dni temu prosili o pamiątkowe koszulki klubu, który miał zniknąć z piłkarskiej mapy Anglii. Część po raz ostatni była w szatni, nastrój był grobowy. Uratował ich jeden telefon, jedna walizka i jedna obietnica grupki kibiców, którzy zaklinali się, że znajdą nowego właściciela. Te pięćdziesiąt tysięcy funtów może ich uratować na kilka spotkań, czasu nie ma dużo – zespół potrzebuje stabilizacji i wzmocnień, przegrali trzy ostatnie mecze nie zdobywając nawet bramki, są na trzynastym miejscu w tabeli. Wszyscy jednak podkreślają, że najważniejsza jest świadomość tego, że jutro ich klub będzie kontynuował swoją 128-letnią historię, dodając, że chcą, by inni o nich usłyszeli i ich doświadczenia przyjęli jako ostrzeżenie. PS. Wpisy po angielsku to cytaty z raportu meczowego BBC z finału FA Trophy z 2011 roku, który Darlington wygrało, jeśli doczytaliście, w bardzo dramatycznych okolicznościach. Skrót meczu znajdziecie TU.
piątek, 20 stycznia 2012
Kłopot domniemanego bogactwa
Paul Lambert może nie ma specjalnego bólu głowy jeśli chodzi o wybór składu na mecz z Chelsea – ani na pewno nie jest on wywołany kapitalną grą Norwich City w lidze – lecz musi się poważnie zastanawiać nad tym jak zespół ustawi jego rywal, Andre Villas-Boas. Portugalczyk, pomimo pewnych opóźnień, dopiął swego i najnowsza zabawka w jego talii, Gary Cahill, będzie do jego dyspozycji… Podobnie jak Branislav Ivanović, David Luiz, John Terry, Paulo Ferreira, Bosingwa, Ashley Cole, Ryan Bertrand i Sam Hutchinson. W defensywie Chelsea zrobił się tłok.
„I dobrze!” – zakrzyknie kibic z The Shed, przypominając sobie to z jaką łatwością ostatnio jest stworzyć zagrożenie pod bramką Petra Cecha. Nawet zwycięskie spotkanie z Sunderlandem, które okraszone zostało dopiero piątym czystym kontem w tym sezonie kosztowało sporo zdrowia niejednego kibica Chelsea – zwłaszcza końcówka mogła wywołać zawał serca u najbardziej odpornego na stres fana. Warto podkreślić, że negatywnych sygnałów świadczących o defensywnej destabilizacji The Blues nie brakowało od początku sezonu – 25 straconych bramek na tym etapie sezonu… i jeszcze mecze z Arsenalem i United. Sporo zmarszczek wywołał również pojedynek z Tottenhamem, gdy wizja gry Bosingwy na środku obrony przez kilka kolejek wydawała się przez dłuższą chwilę całkiem realna. Transfer Cahilla był więc wyczekiwany i potrzebny tak drużynie, jak i samemu zawodnikowi, który zamiast się rozwijać, to gnił w coraz to gorzej grającej ekipie Owena Coyle’a. Przeskok oczywiście może być spory, jednak adaptacja wcale nie musi być tak brutalna jak się największym krytykom Anglika wydaje – to, że pasuje on do pierwotnego pomysłu Villasa-Boasa na grę Chelsea pokazują liczby. Portugalczyk na początku sezonu chciał, by jego zespół bardzo szybko odbierał piłkę, ustawiał wysoki pressing i linię obrony – nic dziwnego więc, że sprowadził do klubu ligowego lidera w… łapaniu rywali na spalone. Gary Cahill dokonywał tej sztuki 37. razy. Również pod względem innych liczb jest on podobnym zawodnikiem do obecnego kapitana Chelsea i reprezentacji Anglii, a nawet według niektórych jest szykowany na jego następcę. Wcześniej wielu oczekiwało, że opaskę w klubie przejmie prędzej czy później David Luiz – charakter dosyć frywolny, co przenosi się póki co również na jego grę, lecz umiejętności i talent jest niepodważalny. Problem polega na tym, że każdy talent do rozwoju potrzebuje gry i przykładów na to jak cierpią młodzi zawodnicy bez czasu spędzonego na murawie akurat na Stamford Bridge nigdy nie brakowało. Nawet przypominając Terry’emu sławny upadek, poślizg, który złapał z Arsenalem oraz inne błędy kosztujące cały zespół, nie sposób zaprzeczyć, że z zaskakująco przeciętnej linii obrony, to właśnie on był do tej pory najsolidniejszym jej ogniwem. << KLIKNIJ, by zobaczyć porównanie Terry'ego i Cahilla >> Pamiętamy jak Davidowi Luizowi oberwało się od Gary’ego Neville’a, że jest jak sterowany przez nastolatka wirtualny zawodnik z jednej ze sławniejszych gier na Playstation, a ostatnio Alan Hansen dorzucił do ognia twierdząc, że Brazylijczyk nie wiedziałby jak poprawnie ustawić się na boisku, nawet gdyby miał to przed sobą wyrysowane. Prawda jest taka, że nawet Ricardo Carvalho, będąc na początku angielskiego etapu swojej kariery znacznie bardziej doświadczonym piłkarzem od Luiza, miał problemy z adaptacją do angielskiego stylu gry i nie zmieni tej opinii nawet doskonały defensywny rekord tamtejszej Chelsea Mourinho. Z czasem obecny gracz Realu zaczął imponować spokojem w rozegraniu i perfekcyjnym czytaniem gry, a to także walory, które pokazał nam już Brazylijczyk, dodając do tego może lepsze możliwości fizyczne – jest on zawodnikiem szybszym i dysponującym większym wachlarzem technicznych zagrań.
Trudno by nie dostrzegał tego także jego menedżer, który nie dalej jak w poprzednim tygodniu zaoferował mu wsparcie w mediach, chwaląc jego dotychczasową grę oraz twierdząc, że z jego umiejętnościami już wkrótce będzie topowym środkowym obrońcą świata. Właśnie, skupmy się więc na pozycji Brazylijczyka. Skoro sam Villas-Boas twierdzi, że jego przyszłość, i to świetlana, jest na stoperze, to jak zamierza przystosować do gry również w tym miejscu Cahilla? Tu zaczyna się ból głowy Portugalczyka, który po powrocie Ivanovicia ma do dyspozycji czterech bardzo dobrych środkowych obrońców – specjalnie nie mówię klasy światowej, gdyż obecny sezon raczej tym słowom by przeczył. Odpowiedź jak zwykle może być na prawej flance i tam talenty Luiza, chęć podejmowania ryzyka, inklinacje do gry ofensywnej, świetna technika i wyższej klasy drybling mogłyby być udanie spożytkowane. Tylko czy Villas-Boas przeczyłby własnym słowom po raz kolejny? Czy zadowalałoby go rozwijanie indywidualnych aspektów w grze Brazylijczyka, gdy najważniejsza jest jego adaptacja do preferowanego stylu gry na zupełnie innej pozycji? Oczywiście, o jednej bądź drugiej opcji zadecydować może tymczasowość takiego rozwiązania, zwłaszcza przez wzgląd na wyniki. To jak gra Bosingwa jest kpiną z kupujących bilety i skoro nawet tak krytyczny wobec Luiza Alan Hansen mówi, że Brazylijczyk przy nim faktycznie jest graczem klasy światowej to… nie ma już dla nominalnego prawego obrońcy żadnego ratunku. Zresztą nawet niespecjalnie chcąc się nad nim znęcać, wystarczy obejrzeć analizę jego gry z Match of the Day z ostatnich tygodni – uwierzcie, nawet biegający z solidnymi mięśniami piwnymi amatorzy z A-klasy nie popełniają takich katastrofalnych błędów w ustawieniu jak Bosingwa. To, że gra on katastrofalnie, a Paulo Ferreira nie jest żadną dla niego alternatywą nie oznacza, że ból głowy Villasa-Boasa zniknął wraz z otwarciem się nowych możliwości na tej pozycji. Przecież jest wracający do składu Ivanović, który doświadczeniem i osiągnięciami gry właśnie na prawej flance defensywy bije wszystkich z obecnej kadry Chelsea. Pamiętając o wszystkim co napisałem nie sposób nie dojść do wniosku, że największym przegranym może być David Luiz i nie chodzi nawet o pozycję na której może on grać (akurat uniwersalność piłkarza jest zaletą we współczesnym futbolu na poziomie wymaganym od zawodników Chelsea), lecz miejsce w składzie. Narzekając i martwiąc się na zapas nikt jednak niczego nie wygrał. Jeśli pucharowe ambicje Villasa-Boasa wciąż są tak duże jak je ostatnio opisywał na konferencjach prasowych, to Chelsea czeka sporo grania i to o najwyższą stawkę. Zresztą warto również spojrzeć na tendencje taktyczne, które obecnie powoli przebijają się na międzynarodową scenę piłkarską za sprawą najlepszych i są/mogą być bliskie filozofii portugalskiego szkoleniowca Chelsea. Jeśli i on w końcu zdecyduje się na grę trójką środkowych obrońców będzie na to pod względem składu przygotowany, a najważniejszy nie będzie proces adaptacyjny jednostki lecz całego organizmu do nowego systemu. Także należy ogarnąć całą skalę projektu realizowanego na Stamford Bridge przez Villasa-Boasa. Jeśli nawet miał on już swoje mocno kryzysowe momenty, gdy według mediów desperacko trzymał się posady, to wejście w nowy rok miał udane. Mimo że trzeba pamiętać o tym, że linia po której stąpa jest tak nikła jak ostatnie ligowe zwycięstwa Chelsea, to przetrwanie obecnego sezonu na stanowisku może tylko być potwierdzeniem jego siły w klubie. A wtedy pierwszym do zmiany na pewno nie będzie wciąż rozwijający się talent młodego Brazylijczyka (którego fanem AVB jest), lecz coraz wolniejszy i popełniający kolejne błędy Anglik, z ambicjami sięgającymi miejsca przy linii bocznej, gdzie ostatnio zwykł skakać Villas-Boas. Konflikt interesów? Ból głowy? Nieważne jak obecny problem menedżera zaszufladkujemy, ważniejsze będzie więc jego rozwiązanie, które może być kluczem do jego przyszłości na Stamford Bridge. Gary Cahill i David Luiz na pewno znajdują się w tych planach razem, nie osobno. A Terry?
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Nie grają na kredyt
Mała angielska Barcelona, tak ich ochrzczono tuż po zwycięstwie z Arsenalem. Notowani na piątym miejscu z najlepszych europejskich lig w uśrednionym procentowym rankingu dokładności podań na przekroju obecnego sezonu. Nawet gdy tryumfalnie wchodzili po schodach Wembley w maju 2011 roku, czterdzieści osiem godzin po podopiecznych Guardioli, nie byli tak blisko porównań z Barcą. W nich nie chodzi o trofea czy indywidualności, lecz o grę zespołową. Jak mówi menedżer Swansea City, Brendan Rodgers, „skoro na korzyść drużyny haruje nawet taki piłkarz jak Leo Messi, to jestem przekonany, że także Nathan Dyer może to robić. Łatwo im tak to sprzedać.” Trzydzieści lat temu Walia ostatni raz miała swojego przedstawiciela w angielskiej najwyższej klasie rozgrywkowej – dla tych, którzy za początek futbolu przyjmują powstanie Premier League jest to prehistoria. Zresztą to nie wszystko. Osiem lat temu Łabędzie były bliskie wypadnięcia poza ramy Football League i dopiero w ostatniej kolejce, w dramatycznym meczu z Hull City, zagwarantowali sobie utrzymanie w League Two. Robotnicy w tym samym czasie rozmontowywali stary stadion w Swansea, a jedyną zapłatą na jaką klub mógł sobie pozwolić, były bilety sezonowe. „O ironio, wygraliśmy wtedy też 4-2, a jeden z piłkarzy strzelił hat-tricka w tym dwie bramki z rzutów karnych” – śmiał się rozradowany Rodgers, gdy jego zawodnicy pili szampana po awansie do Premier League w maju 2011 roku. Czemu akurat do takich wydarzeń wrócił Anglik? Występy w najbogatszej lidze na świecie zagwarantował im Scott Sinclair trzema bramkami, dwiema z jedenastego metra, a wynik meczu z Reading brzmiał 4-2.
Projekt ambitnego i pięknego grania na Liberty Stadium rozpoczął Kenny Jackett, rozwinął go doskonale Wam znany Robert Martinez, nieco nadwątlił Paulo Sousa, ale Brendan Rodgers nie tylko przywrócił na właściwe tory, lecz jeszcze udoskonalił. Miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, gdy rozpoczął pracę z młodzieżą Reading w 1995 roku, a był to efekt jego podróży piłkarsko-edukacyjnych po Europie (głównie Hiszpanii i Holandii) po bardzo wczesnym zakończeniu kariery… choć był on na testach w samym Manchesterze United, w drugim sezonie pracy na Old Trafford Fergusona. Jak sam z pewnym rozżaleniem wspomina, był młody, przebijał się przez rezerwy wiele lat, ale nie dostał szansy. Szkot otworzył mu oczy na nowe możliwości, więc rzucił piłkę, spakował walizkę i rozpoczął wspaniałą przygodę. Niektórzy mogą się nie zgodzić, ale dzisiejsze zwycięstwo z Arsenalem jest tylko kolejnym etapem jego i Swansea na długiej drodze ku samym szczytom – choć był ich tak blisko. Brendan Rodgers prowadził przez cztery lata zespół U18 i rezerwy Chelsea, a gdy zgłosił się po niego Watford, jego szefom polecał go sam Jose Mourinho. Zresztą do dziś nie ukrywa swojej sympatii do The Special One, a współpracę z nim porównuje do studiowania na Harvardzie. Jego droga nie była jednak usłana różami – z Vicarage Road odszedł po kilku miesiącach, gdy za pół miliona funtów wykupiło go Reading. Kibice Watford w oficjalnym oświadczeniu pisali, że jego reputacja w ich oczach upadła, ale Rodgers już wtedy myślał o zadaniu na Madejski Stadium. Tam zwolniono go po kilku miesiącach przez wzgląd na słabe wyniki, też nie dano szansy dokończyć raz rozpoczętej pracy. Swój rewanż na tym zespole wziął na Wembley, w finale play-off Championship z zeszłego sezonu, a po meczu powiedział: „W Reading nauczyłem się, że nie można być sentymentalnym, nigdy.” Pokonując Arsenal wykonali 98 podań więcej, a przecież przegrywali po pięciu minutach, gdy sami zostali rozstawieni po kątach przez świetną wymianę z pierwszej piłki zawodników Wengera. W futbolu chodzi jednak także o cierpliwość i zachowanie zimnej krwi, a więc gdy tylko piłkarze Rodgersa opanowali nerwy, zaczęli rozpracowywać rywali swoją wersją tiki-taki. Jeśli jeszcze można mówić o szczęściu w sytuacji, gdy Ramsey lekko trącił Dyera i gospodarze dostali rzut karny, to pozostałe bramki były efektem tego na co ich menedżer zwraca uwagę najbardziej – pressingu. Najpierw ofiarą agresywnej walki przy obiorze piłki padł Walijczyk grający w barwach Kanonierów, potem sam Thierry Henry. Rodgers po meczu tryumfował, sprawdziło się wszystko o czym mówił. Zespół zadziałał, opanował nerwy nawet wtedy, gdy Arsenal robił wszystko, by zdobyć choć punkt. „Nasz styl jest czymś w co wierzymy i, co ważniejsze, nam wszystkim przyniósł on sukces. Jestem przekonany, że możemy tak grać i podawać, nawet przeciwko największym.”
Jednak Swansea City wcale nie jest wyjątkowym klubem przez wzgląd na styl gry, historię czy trenera – chodzi o kibiców. We wspominanym już 2002 roku, średnia kibiców na ich meczach nie dochodziła do czterech tysięcy, gdy w obecnych rozgrywkach jest bliska dwudziestu tysięcy, czyli maksymalnego wypełnienia Liberty Stadium. Szesnaście tysięcy to posiadacze biletów sezonowych, dwa tysiące dla przyjezdnych i drugie tyle idzie do otwartej sprzedaży. Zresztą ich stadion kosztował mniej niż Andy Carroll, a Chelsea prawie dwa razy więcej zapłaciła za Torresa, co polscy komentatorzy Premier League przypominają za każdym razem, gdy z Liberty jest transmisja. Przede wszystkim chodzi jednak o finanse – Swansea to jedyny klub w Premier League, którego jednym z największych współwłaścicieli są kibice, posiadający 20% akcji. Pierwszy raz miejsce w zarządzie zdobyli w 2002 roku, od tej pory tylko zwiększają swoje wpływy w klubowym budynku… gdzie jeszcze rok wcześnie panowały egipskie ciemności. Dziesięć lat temu nie było ich stać na opłacenie rachunku. Oczywiście ich budżet jest mocno ograniczony przez brak jednego właściciela, który pompowałby swój majątek bez dłuższego zastanowienia, a przykazaniem pierwszym jest to, że Swans nie grają na kredyt. To powoduje, że również większość ich transferów jest przeprowadzana za stosunkowo niskie sumy pieniędzy – w lecie najdroższym wydatkiem Swansea był Danny Graham za którego Watford dostało trzy i pół miliona funtów. Inna rewelacja tego sezonu, holenderski golkiper Michel Vorm nie kosztował ich nic – w dwudziestu jeden spotkaniach dziewięć razy utrzymał czyste konto, jest w czołówce bramkarzy pod względem ilości obronionych strzałów. Co więcej, to specjalista od bronienia jedenastek. Teraz jest bohaterem miasta, który nawet w lokalnym Tesco przez ekspedientów-kibiców nazywany jest legendą. Z kolei Scott Sinclair rzucany był na różne wypożyczenia przez Chelsea, na Stamford Bridge nie dostał nawet szansy, ale w Swansea pokazuje, że i na szczycie może być więcej niż dobrym zawodnikiem. Kosztował pół miliona funtów. Wszyscy, oprócz niskiej ceny i wątpliwej reputacji w Premier League, mają jeszcze jedną wspólną cechę - idealnie pasują do projektu Rodgersa. Wszyscy muszą doskonale podawać, błyskawicznie podejmować decyzje, grać z głową w górze, nie patrząc ciągle na piłkę. Nie są wybitni, mają swoje wady i popełniają błędy, ale jak mówi ich menedżer, jeśli popełniają takowy przy próbie grania tego co on od nich wymaga, odpowiedzialność spada tylko na menedżera. „Musimy dać naszym piłkarzom zaufanie we własne możliwości. By grać tak jak my chcemy, nie można się tego bać”, twierdził przed meczem z Arsenalem Rodgers. Z Kanonierami ten strach skończył się po kilku minutach, później było dla fanów Łabędzi cudownie – Nathan Dyer przewyższał uniwersalnością i przydatnością Walcotta, Britton i Allen byli lepsi niż Song i Ramsey, gdy cała reszta, mimo zauważalnych niedoskonałości, prezentowała się na tyle dojrzale, by sami kibice Arsenalu przyznali, że wynik był zasłużony. Anglia oczywiście zachwyciła się ich stylem gry, jakby do tej pory nie pamiętano tego, że to nie pierwszy raz jak pokazali klasę do tej pory w Premier League dostępną dla niewielu. Gdy przed sezonem redaktorzy sekcji piłkarskiej Guardiana przedstawiali wszystkie drużyny z Premier League, Swansea zasłużyła sobie na dwudzieste miejsce w ich przewidywaniach. Oczywiście nie można mieć specjalnych pretensji – do ligi dostali się przez baraże, pieniądze wydawali na graczy niesprawdzonych, no i liczyli na umiejętności strzeleckie Leroy Lity… Na dodatek zapowiedzi Rodgersa o kontynuowaniu ofensywnego grania nie robiły już na nikim większego wrażenia – wszyscy pamiętają jak skończyło kiedyś Burnley, a efektowne poczynania Blackpool i ich późniejszy upadek zdarzył się ledwie kilka miesięcy wcześniej. To jednak nie znaczy, że ich ambicje kończą się na dziesiątym miejscu, udowodnieniu klasy krytykom i ekspertom oraz okazjonalnym pokazaniu siły mocarzom Premier League – Brendan Rogers to cholernie ambitny człowiek, ale sukces sprowadza do jednej rzeczy – posiadania piłki, oczywiście - „nieważne, czy jesteś duży czy mały, gdy nie masz futbolówki, bramki nie strzelisz… Lubię być odpowiedzialny za swoje przeznaczenie.”
piątek, 13 stycznia 2012
Śmierć sztuce wślizgu!
Jeszcze przed potwornym wrzaskiem, słychać tylko trzask, głuche pęknięcie. Ten dźwięk może być znany ze spaceru po wyschniętym lesie, gdy pod butami co chwile łamią się kruche gałęzie. Ból? Okropny, przeszywający, ale powracający wciąż ze zdwojoną siłą. Ochraniacz nic nie pomógł, po prostu nie miał prawa zadziałać – siła wślizgu była zbyt duża, metalowe kołki zbyt twarde dla lekkiego materiału, zwykle plastyku, z jakiego teraz je robią. Czasem po chwili jest gwizdek, zbiegają się zawodnicy, równie szybko odwracając wzrok. Trybuny milkną, niepotrzebny jest dodatkowy komentarz. Jesteśmy świadkami kolejnej piłkarskiej tragedii. "Ból był tępy i pulsujący, nie dorównujący ranie. Nad jej otworem wielkości opuszka palca, wciąż zwisał kawałek skóry, który można było wyginać na dowolną stronę. W czerwonej głębi świeciło coś białego – to musiała być kość piszczelowa. Po czterech godzinach czekania w pokoju przyjęć, zjawił się lekarz, łysy, z wąsikiem, po pięćdziesiątce. „W porządku” – powiedział pewny siebie – „nie musimy tego zszywać, wystarczy, że zakleimy plastrem.” (…) Dwa tygodnie później, rana wciąż się nie zaleczyła. (…) To musiał być mój drugi lub trzeci mecz w barwach drużyny drugoroczniaków z Uniwersytetu Londyńskiego, nie pamiętam też rywali." Mecz był przeciętny jak na angielskie standardy. Krótko mówiąc, przeciwnik na pewno niespecjalnie wbił swoje kołki w moją nogę. Masa krwi dobrze wyglądała na niebieskich getrach, pomyślałem. Niestety bolało też jak cholera. (…) Zawodnicy grali nie tylko dziesięć razy ostrzej, byli również sprawniejszy niż w domu. Jak tylko przejmowałem piłkę, korki leciały na moje nogi z każdej strony. To był futbol, zapewne, lecz nie taki jak go znałem." Tak swoje, przyznajmy, brutalne początki fascynacji angielską piłką nożną opisywał niemiecki dziennikarz sportowy, Raphael Honigstein w książce „Englischer Fussball, a German’s view of our beautiful game”. Nie wywołuje to również mojego zdziwienia, sam miałem okazję w niedzielnej lidze pograć i sprawdzić na ile straszny jest ten diabeł. Owszem, trzeba uważać, gra jest szybsza niż w polskich niższych ligach, ale jedno muszę anglikom przyznać – tam nawet najokrąglejszy, najbardziej łysy i najwolniejszy obrońca potrafi futbolówkę świetnym wślizgiem wygarnąć atakującemu spod nóg. Sztuka, która zwykle kończy się posłaniem piłki na drugi koniec boiska. Tylko czy odbiór piłki z użyciem tak zwanego „sliding tackle” można w ogóle postrzegać w kategoriach sztuki? Debata na ten temat wraca ilekroć na boiskach Premier League znów da się usłyszeć trzask łamanej kości lub sędzia wyrzuci rywala, który był tego bliski. Oczywiście najnowszym przyczynkiem do dyskusji było to co w derby Manchesteru zrobił w dwunastej minucie kapitan City, Vincent Kompany i jak na jego wślizg dwiema nogami - w piłkę, nie rywala – zareagował sędzia Chris Foy. Za każdym razem z ciemności wychodzą obrońcy odbierających, którzy z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy, gdy to co zrobił Belg na Eithad nie było w ogóle karane, a co dopiero czerwoną kartką… „Czy jestem jedynym, który nie tęskni za ‘starymi, dobrymi czasami’, gdy wślizgi w stylu Kompany’ego były dozwolone?” – zapytał nie tak dawno na Twitterze Michael Cox, lepiej znany jako twórca strony Zonal Marking. I rozpętała się bitwa. Na argumenty, nie wślizgi. Odpowiedział mu Alistair Magowan, który tłumaczy niuanse taktyczne dla strony BBC, pisząc, że „obecnie, zasady gry preferują napastników, a przy tak subiektywnych decyzjach, wzorowe odbiory są coraz rzadsze, obrońcy boją się je wykonywać.” Później jeszcze przyznał, że choć dla większości gra defensywna jest nudna, to warto ją doceniać i szkolić, a wejście Kompany’ego nazwał najlepszym (w dobrym tego słowa znaczeniu) jakie ostatnio widział. Cox odpowiedział, że Belg może i jest świetny w czystym odbieraniu piłki, lecz tym razem popełnił kosztowny błąd i słusznie za niego oberwał. Do porozumienia obaj nie doszli, choć redaktor BBC stwierdził, że pomóc może wizyta w pubie. Coś jest jednak na rzeczy, że akurat teraz wybuchła debata o wślizgach jako wymierającej sztuce. Rany są wciąż świeże, a argument, że Nani nie ucierpiał po wejściu Belga jest prawdopodobnie najsłabszym z tych, które można użyć, by bronić go przed decyzją sędziego Foy’a. Problem w tym, że zmieniło się pojmowanie – nie chodzi o to, że z sezonu na sezon wślizg dwiema nogami stał się w futbolu persona non grata, tu chodzi o pojmowanie gry i… zasadność użycia takiego środka do odbioru piłki. W Anglii wciąż można usłyszeć trenerów, piłkarzy i kibiców, którzy krzyczą „Get stuck in!” na kolegów czy pupili, by wymusić na nich zaostrzenie meczu, lecz większość skłania się w stronę innej zacnej u defensorów umiejętności – czytania gry. Spektakularnym przykładem będzie ten sprzed dziesięciu lat, gdy sir Alex Ferguson pozbywał się z Old Trafford jednego z najlepszych zagranicznych obrońców jakich Premier League widziała, Jaapa Stama. Oficjalnie Holender miał problemy z powrotem po kontuzji, media podchwyciły historię z jego autobiografii, gdzie ujawnił kilka faktów, które mocno podrażniły Szkockiego menedżera. Tak naprawdę, Ferguson wyczytał z liczb, że w trzecim sezonie Stama w United, spadła mu średnia wślizgów na mecz, co odczytał jako „początek końca” kariery stopera i bez bólu sprzedał go do Lazio. Jak pokazał czas i jego występy we Włoszech, popełnił on rzadki błąd w ocenie zawodnika, a Holendrowi wcale nie spadła skuteczność odbioru, on po prostu dostosował się do przyspieszających wciąż warunków ligi i lepiej zaczął czytać grę – co przekładało się na mniej okazji do ratowania sytuacji właśnie wślizgiem.
Po części rację mają więc ci, którym brakuje dobrych wślizgów w starym stylu – i ich pozytywnego rozpatrywania przez publikę. Można zaobserwować trend w którym godny pochwały jest wślizg, owszem, ale tylko i wyłącznie blokujący, nie odbierający piłkę. Dobrze wiedzieć, że wciąż w cenie są ci zawodnicy, którzy potrafią w kluczowym i ostatnim momencie obronić wynik kapitalnym i czystym wejściem, lecz czy ostatnio którykolwiek z genialnych wślizgów w środkowej strefie boiska zyskał sobie pochwałę Waszą lub komentatora, choćby w połowie tak ciepłą jak ten ratujący przed bramką? Jasne, ktoś oglądając rewanżowy mecz finału Pucharu Anglii z 1970 roku pomiędzy Chelsea i Leeds United (2-2 i 2-1 dla Londyńczyków) pewnie niedowierzałby własnym oczom – czy faktycznie tak ostra gra była kiedyś dopuszczana? Gdy w 1997 roku David Elleray raz jeszcze obejrzał to spotkanie, doszedł do wniosku, że w meczu powinno być sześć czerwonych i aż dwadzieścia żółtych kartek. Współczesne kontrowersje nasilone są przez wciąż żywy w pamięci widok połamanych Eduardo, Ramsey’a i Ben Arfy, lecz najpoważniejszy spór nie dotyczy tych wejść, gdzie kości faktycznie trzeszczą. Tym, którzy narzekają na obecną kulturę futbolu i sędziowania chodzi o to, że czerwoną kartkę można obejrzeć nawet za to co stać się mogło. W opublikowanym na oficjalnej stronie Facebookowej oświadczeniu, Vincent Kompany tłumaczy dlaczego on i klub zdecydowali się apelować w sprawie decyzji sędziego Chrisa Foy’a – już po tym jak FA nie uznała jego racji. „Zastanawiam się, czy teraz będziemy świadkami niespotykanego wzrostu liczby pokazywanych czerwonych kartek przez usankcjonowanie tych, które „mogły” zagrozić rywalowi?” – pytał, zaznaczając, że nie chce się on bronić, lecz uznał to za najlepszy sposób, by zwrócić uwagę na to co on uważa za sprawę kontrowersyjną. Tego samego dnia oglądał z trybun jak w samej końcówce półfinałowego meczu Carling Cup, Glen Johnson dwiema nogami zaatakował jego kolegę i był znacznie bliżej spowodowania kontuzji niż Belg. Sędzia zdarzenie widział dobrze, nakazał grać dalej. Ryk publiki znów się nasilił, a decyzja sędziego Masona dała argumentów obu stronom. Przeciwnicy karania czystych lecz ostro wyglądających wejść dwiema nogami krzyknęli, że brak jest sędziom konsekwencji w działaniu, co tylko pokazuje, że ostatnie decyzje z tego sezonu (także czerwona Drogby z QPR) nie są wynikiem wskazówek z góry, lecz dziełem przypadku i słabości panów w czerni. Z kolei ci, którym wejścia w stylu Johnsona, Kompany’ego czy Lamparda (z meczu z Wolves) nie są w smak (delikatnie powiedziane) także odnoszą się do braku konsekwencji sędziów, jednocześnie domagając się dokładniejszych regulacji i ostrzejszych kar, by wyplewić nawet same pomysły takich ataków. Obu stronom nadal daleko do porozumienia. To nie jest kwestia obrony Martina Taylora, Ryana Shawcrossa albo „bohaterów” ostatnich dni, Kompany’ego i Johnsona, raczej próba zastanowienia się czy w poszukiwaniu wręcz sterylnej boiskowej czystości nie dobija się sztuki, która i tak jest na wymarciu. Pytanie więc czego chcemy wyzbyć się z futbolu, lecz odpowiedź, że brutalnych wślizgów z użyciem obu nóg jest raczej zbyt oczywista. W Anglii nadal jest kilku świetnych przedstawicieli dawnej szkoły ostrego i czystego odbioru piłki, nawet wśród młodych piłkarzy widać oznaki kultywowania tej zacnej tradycji, która – nie ukrywajmy – przyciągnęła nas do tamtejszego futbolu, tak jak Honigsteina. Dla niektórych menedżerów wślizg jest efektem błędu w ustawieniu i ocenie sytuacji, lecz z drugiej strony do wymarcia tej sztuki wciąż jest chyba daleko – zwłaszcza jeśli wśród jej obrońców nieoczekiwanie znalazł się Arsene Wenger. Przed październikowym pojedynkiem z odwiecznym wrogiem, Stoke City, Francuz powiedział: „Obecnie, czasami mam wrażenie, że wślizgi są zbyt ostro karane. One, gdy są dobrze wykonane – bez intencji uszkodzenia rywala, a z chęcią tylko odbioru piłki – prezentują fantastyczną technikę. Nie jestem pewien czy teraz sędziowie potrafią prawidłowo ocenić chęci broniącego przy próbie odbioru wślizgiem…”
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Inny kaliber frustrata
Dosyć niedawno przy okazji jednego z meczów Premier League kamera co kilka minut kierowana była na menedżera gości, który nieustannie wrzeszczał do ucha sędziego technicznego i w irytujący sposób dźgał go palcem wskazującym, jakby myśląc, że udowodni mu tym samym swoje racje. Oczywiście nie umknęło to uwadze innych, którzy na Twitterze najpierw szkoleniowca krytykowali, potem mu się dziwili, a następnie wykpiwali. W końcu jeden z ćwierkających fanów nie wytrzymał i napisał, że gdyby on był na miejscu technicznego, temu irytującemu cholerykowi odpowiedziałby dosadnie i mało konstruktywnie, spławiając go równie chamskim „fuck off”. Oczywiście ten kibic nie byłby równie odważny, gdyby faktycznie miał wykrzywioną w furii, czerwoną twarz Neila Warnocka, wątpliwego bohatera całego zajścia, tuż przed swoim obliczem.
Co wywołało taki napad wściekłości Neila Warnocka? Czy jego Queens Park Rangers polegli w arcyważnym starciu, czy stracili punkty kluczowe do utrzymania w lidze, czy sędzia nie dał jego drużynie gola mimo, że cały stadion widział jak piłka wlatuje do siatki? To ostatnie nawet miało miejsce i również wywołało złość angielskiego szkoleniowca, który arbitra Roba Shoebridge’a nazwał potem złodziejem, gdy nie dostrzegł on, że po uderzeniu Freddiego Searsa piłka wyleciała z bramki po odbiciu się od słupka podtrzymującego siatkę. Było to w 2009 roku, w meczu Crystal Palace z Bristol City. Nie, QPR grali mecz na wyjeździe, na bardzo trudnym terenie Swansea. Zremisowali 1-1. Z frustracji jednak Warnock jest znany – co ciekawe, sam jest licencjonowanym sędzią - a liczba jego ofiar pośród „kolegów po fachu” robi się dłuższa z każdym sezonem. Jednego z arbitrów nazwał „łysym grubasem”, innego oskarżył o to, że cieszył się z rywalami po zdobytej przez nich bramce, raz trenerowi rywali wyznał, że liniowy jest jego najlepszym zawodnikiem. Graham Poll - ten co na MŚ pokazał kiedyś chorwackiemu piłkarzowi trzy żółte kartki zanim wyjął tą czerwoną, a teraz jest autorytetem sędziowskim dzielącym się opiniami na łamach gazet - był jedynym, który się odgryzł Warnockowi i nadał mu przydomek Colin Wanker, co jest anagramem imienia i nazwiska byłego już szkoleniowca Queens Park Rangers. Niedzielny wieczór nie był wesołym dla Anglika, lecz musiał spodziewać się tego, że szefowie rozczarowani wynikami chcą pewnych zmian. W sobotę dopiero trafienie Helgusona w ostatniej minucie dało im remis w trzeciej rundzie FA Cup z niżej notowanymi MK Dons, a w lidze kibice QPR nie czuli smaku zwycięstwa od połowy listopada. Tony Fernandes, właściciel klubu, pisał później na Twitterze, że to trudna decyzja, szanują szkoleniowca jako człowieka, wiedzą co dokonał, ale nikt nie może być pewien swojej pozycji i gdy klub osunął się w niebezpieczną dla ich ligowego statusu strefę, potrzebna była zmiana. Zmiana kalibru menedżera. W tym sezonie nie raz i nie dwa przyszło mi do głowy porównanie QPR z Tottenhamem. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z osiąganymi wynikami – raczej chodzi o sprawy bardziej „banalne”, takie jak system jakim grają oba zespoły (głównie 4-4-2 i 4-4-1-1), na czym opierają styl gry (błyskotliwi i szybcy skrzydłowi, świetni technicznie rozgrywający, wysoki napastnik) i jak wyglądają na boisku (jakby założenia taktyczne ich nie dotyczyły – i w Spurs, i w Rangers byli piłkarze, którzy mieli na murawie pełną swobodę). I osoby menedżerów są w pewnych elementach zgodne – Redknapp może Warnockowi w wybuchach nie dorównuje, choć i jemu się zdarzają takie wybryki, ale na pewno obaj są przedstawicielami dobrze nam znanej angielskiej szkoły zręcznego obracania się na transferowym rynku. Jak wspomniałem, najbardziej różnią ich wyniki i to właśnie o ten kaliber może Tony’emu Fernandesowi chodzić. Przede wszystkim należy powiedzieć, że Warnock średnio radził sobie w tym sezonie z wkomponowaniem w nowy system Adela Taarabta, który w zeszłym sezonie był ich kluczowym piłkarzem w walce o Premier League. Zdobył nawet tytuł najlepszego piłkarza w Championship, ale jego statystyki z obecnych rozgrywek są w najlepszym wypadku mierne – po piętnastu meczach nie ma ani strzelonej bramki, ani choćby jednej asysty… Jedno ze źródeł twierdzi, że przy decyzji o zwolnieniu Warnocka sporą rolę odegrał właśnie Marokański piłkarz, który w tym sezonie nie dogadywał się ze szkoleniowcem. Zresztą to nie jest jedyny sygnał, który może świadczyć o tym, że Premier League to dla Neila Warnocka za wysokie progi. Joey Barton, świeżo zawieszony na trzy mecze za mocniejsze chuchnięcie na rywala w spotkaniu z Norwich, także zaćwierkał o zwolnieniu swojego menedżera – pisał, że choć jest smutny, to jest to moment w którym trzeba uwierzyć właścicielom klubu. „Osiągnięcia Warnocka na poziomie Championship mówią sporo, jestem przekonany, że jeszcze w tym sezonie rozkręci on marzenia o awansie jednego z klubów!” – dodał kontrowersyjny pomocnik. Czy ironicznie? Nawet jeśli nie, to widać, że w zespole panowało poczucie, że akcje Warnocka z zakrzykiwaniem sędziów, wywoływaniu presji na rywalach czy wywrzaskiwaniu komend do podopiecznych może na poziomie Premier League nie wystarczyć. Jego największym osiągnięciem w tym sezonie było minimalne i bardzo kontrowersyjne pokonanie Chelsea na Loftus Road 1-0, choć to goście przeważali w drugiej połowie mimo gry w dziewiątkę. Jego procent wygranych spotkań w Premier League nie przebił nawet dwudziestu pięciu, a w gronie następców Warnocka są nazwiska graczy na tym poziomie znacznie bardziej doświadczonych. Takich jak Mark Hughes, który już kilka klubów zwiedził i choć gwarancji utrzymania nie da, to przynajmniej Tony Fernandes nie będzie musiał się wstydzić za to co Walijczyk wyczynia przy linii bocznej. Neil Warnock na pewno odnajdzie się na niższym poziomie, ale czy wyniesie naukę z kolejnej bolesnej lekcji otrzymanej w Premier League? Spadał już przecież z Sheffield United tylko za sprawą gorszego bilansu bramkowego, ale tym razem to nie słaba skuteczność odegrała kluczową rolę w jego odejściu – raczej kiepska odporność na presję w środowisku, gdzie bez grubej skóry nie przetrwasz.
sobota, 31 grudnia 2011
2011
18.00 Kończę blogowanie na 2011 rok. Mam nadzieję i wręcz jestem przekonany, że on był dla kibiców lepszy tutaj niż w rzeczywistości. Liczę, że ta proporcja, bez większych moich spadków jakości, odwróci się w 2012. Życzę Wam więc wiele szczęścia i radości, jak najmniej tak długich okresów fatalnej gry i depresyjnego stanu w który wpędzają nas biegający za piłką milionerzy. Za wszystkie wizyty dzisiaj na blogu, komentarze tu, na Facebooku i Twitterze - wspaniała pomoc i żałuję, że tak szybko zleciał nam ten czas. A teraz... do ciemnego pokoju z butelką szampana, będę cały wieczór powtarzał do siebie "sezon przejściowy"... 17.55 Przedostatni wpis w tym roku - kończę w bardzo, bardzo smutnym nastroju. Chelsea zasłużenie pożegnana gwizdami, katastrofalne popisy naszych obrońców, mało kreatywna gra w obronie i fatalnie sprawujący się atak... Nie ma żadnych pozytywów w tym dniu. Pamiętacie te czasy, kiedy Stamford Bridge było twierdzą nie do zdobycia? Kiedy zawodnicy mieli w sobie serce, walczyli do końca? A przecież sam Villas-Boas mówił, że chce właśnie z ich głów wydobyć te dodatkowe procenty, które pozwolą Chelsea wygrywać. Pod tym względem Portugalczyk przegrywa najbardziej w swojej karierze w Londynie. 17.53 Ostatnie minuty blogowania w tym roku i w momencie gdy naprawdę starałem się w jakikolwiek pozytywny sposób zakończyć i podsumować minione dwanaście miesięcy, piłkarze Chelsea sprawili mi kiepską niespodziankę. Znów jesteśmy w dołku, znów chcemy rewolucji, znów domagamy się krwi... Znowu pojawią się teksty o zwolnieniu Portugalczyka... 17.50 KATASTROFA. Dwie bramki Aston Villa w kilka minut. Tragedia i porażka 1-3. Ciekawe co myśli teraz Villas-Boas? Trzy remisy i porażka w czterech meczach. A miał być progres po przełomowym meczu z City. Nic z tych rzeczy. Chelsea ciągnie w dół, nie w górę. Trzeba nowych pomysłów i świeżej krwi. 17.35 Kończę podsumowania roku dla bloga. W listopadzie wspominałem wspaniałego kibica West Bromwich Albion i jeśli mielibyście wybrać jeden wpis w roku, który mielibyście przeczytać, ja bym polecił właśnie tekst o Vicu Sturripie. Niesamowita historia, szkoda, że dobiegła końca wraz z jego życiem... Po tej refleksji pisałem przed meczem z Liverpoolem o gęsiej skróce jaka towarzyszy meczom właśnie z The Reds. Szkoda, że zawiedli piłkarze Chelsea w 1/4-finału Carling Cup i polegli prawie bez walki - oni tych emocji nie czuli w żadnym stopniu... 17.30 Torres wszedł na boisko, ku rozczarowaniu Sturridge'a - jego otwarta frustracja ze zmiany mnie dziwi i... cieszy. Przede wszystkim musi on wiedzieć, że po serii świetnych spotkań nie podtrzymał dobrej formy i zaczął grać lekceważąco, nonszalancko - jakby czerpał od swojego bardziej doświadczonego kolegi z ataku. Cieszy, ponieważ piłkarska złość może prowadzić do świetnych występów, oby w 2012 zaliczył ich jak najwięcej... Może również na Euro 2012? 17.25 Kolejne wspomnienia - w sierpniu pisałem o karierze i historii pomocnika Boltonu, Fabrice'a Muamby, które przypadły akurat na okres kłopotów w Londynie. To były szalone i smutne dni... We wrześniu z kolei nie mogło zabraknąć Subektywnego Rankingu Transferowego i z dumą mogę dzisiaj przyznać - kilka rzeczy się potwierdziło z tego co napisałem. W październiku relacjonowałem własną wyprawę do Anglii, wyjście na mecz i to wcale nie taki z najwyższej klasy rozgrywkowej. Ani nie drugiej, trzeciej, czy czwartej. Było świetnie. Kingstonian 1-0 Lewes. 17.20 Frank Lampard wchodzi na boisko - cholernie trudny dla niego rok, prawda? Przekonał się o tym, że nie jest "nieśmiertelnym" w Chelsea, mimo że jako jedyny strzelał w miarę regularnie i to sporo. Co więcej, coraz mniej osób go ceni i nie chodzi mi tu o prostą krytykę formy. Raczej niedostrzeganie tego co robi dla drużyny. A może to mój sentyment i sympatia do tego zawodnika nie pozwalają dostrzec negatywów w jego grze w tym roku? Zobaczymy co zachował na sam koniec 2011, wchodzi za Romeu, robi się ciekawie... 17.10 Lato też było dla Chelsea gorące, prawda? Po zakończonym sezonie pisałem z kolei o perspektywach Liverpoolu i tym, że Kenny Dalglish po prostu musi. Co? Przeczytacie tutaj. Z kolei w lipcu już pierwsze mecze i reakcje na to co się działo na boisku... w Malezji. Nie było wesoło, mimo słabiutkich rywali, tyle mogę Wam powiedzieć. Wiecie, nie jestem w stanie skoncentrować się na dzisiejszym meczu. Raz, że cały czas tu piszę, dwa, że kiepsko nasi grają, po prostu. Zebrało mi się za to na refleksje z minionych miesięcy i stąd ten wpis. Może więc kolejny plebiscyt? Najlepszy mecz Chelsea w 2011 roku. Pasuje? Kandydaci? 17.05 Nabieram tempa. Kwiecień to kolejne rozczarowanie w Lidze mistrzów i tekst o końcu drużyny - to w ogóle był sezon gorzkich wpisów, które kosztowały mnie sporo nerwów i zdrowia. W maju z kolei poświęciłem chwilę Fergusonowi - starałem się mu wejść do głowy w najważniejszym momencie poprzedniego sezonu, gdy jego zespół miał do pokonania Barcelonę na Wembley. Nie udało się, ale czy udał się tekst? Druga połowa zaczyna się na Stamford Bridge, Chelsea bez zmian... 17.00 Wracam do blogowego roku dla mnie i tej strony - marzec to chwila na tekst "Jeśli jesteś Chelsea" czyli o kłopotach, bardziej ogólny i gorzko brzmiący tekst o tym co się działo w klubie w tamtym czasie. Warto sobie przypomnieć co nieco... 16.50 Pierwsza połowa się kończy na Stamford Bridge, kolejny raz już Chelsea remisuje 1-1... Strasznie ostatnio są piłkarze Villasa-Boasa kompromisowi, prawda? Nie widziałem większości niestety, ale z tego co piszą inni na Twitterze, anonimowy jest Drogba, Ramires i Sturridge (kolejny raz). Z kolei Ian McGarry z BBC 5 Live pisze, że, owszem, to ostatni mecz napastnika, ale przed Pucharem Narodów Afryki. Drogba nigdzie nie odchodzi. Szkoda, muszę odstawić ten mój żart o wymianie za Gary'ego Cahilla na bok... 16.40 Trochę dłuższa przerwa niż myślałem, ale ja też chciałem zjeść objad i zrobić sylwestrowe zakupy. Chelsea w pierwszej połowie remisuje z Aston Villą - Drogba najpierw wyprowadził The Blues na prowadzenie z rzutu karnego (100 gol klubu w 2011 roku, 150 w jego karierze na Stamford Bridge), ale fatalny błąd obrony wykorzystał Steven Ireland. Prawie zapomniałem, że on jeszcze gra w piłkę... Tymczasem Anglicy sugerują, że to ostatni mecz Drobgy w Chelsea - po tym jak celebrował swoje trafienie salutując przed Matthew Harding Stand... Zobaczymy, ale pewnie jest coś na rzeczy, skoro piszą o tym największe tuzy tamtejszego dziennikarstwa sportowego. 15.40 Luty to także miesiąc kłopotów Chelsea, ale i przegrany finał Arsenalu w Carling Cup. O tym też napisałem i o to wybuchła spora kłótnia na blogu. Ciekawie było więc nie tylko przez wzgląd na wydarzenia boiskowe, lecz także na to co działo się pod tekstem - i o to chodzi! Nie ma większej satysfakcji niż konstruktywna krytyka i ciekawa dyskusja w komentarzach. 15.35 Coraz mniej czasu do meczu Chelsea, tymczasem United przegrywają wciąż z Blackburn Rovers... mimo tego, że goście popełniają kiks za kiksem we własnym polu karnym. Kiepskie te urodziny przeżywa Ferguson... Jakby brakowało mu siwych włosów, prawda? Pozwólcie, że powoli będę przypominał te dwanaście miesięcy dla KTBFFH - zaczynamy od stycznia i oczywiście nie mogło zabraknąć tematu Torresa. Pamiętacie, że niektórzy nie chcieli go w Chelsea? Do nich właśnie wtedy napisałem... 15.25 Kończąc drugą godzinę blgoowania na żywo (ale cholera zleciało!), wreszcie mogę wrócić do tematu stadionu. Zwycięstwo kibiców, tak jak zresztą wspólnie z Robertem Błaszczakiem pisałem, było potrzebne jak nigdy i bardzo efektowne. Równie spektakularne jak PR-owa porażka klubu, który teraz musi liczyć się ze zdaniem kibiców. Czy to powstrzymuje władców Chelsea przed planami przenosin pod inny adres? Ani trochę - coraz więcej jest głosów o rozmowach z lokalnymi władzami, pewnie w 2012 jeszcze więcej informacji na ten temat się pojawi. Oby wszystko nie odbywało się równie dramatycznie jak w wypadku tej październikowej akcji... 15.20 A skoro już patrzymy na ławkę Chelsea... Tu jej skład - Turnbull, Bosingwa, Hutchinson, Lampard, Malouda, Kalou, Torres. Nie sądzicie, że jest tam zbyt dużo... przeszłości? Oglądam mecz United z Rovers, a tam Ferguson wokół siebie usadził samą młodzież, przyszlość Manchesteru: Lindegaard, Anderson, Diouf, Pogba, Will Keane, Fryers, Cole. Tymczasem u The Blues można śmiało trzech, czterech piłkarzy już skreślić z długoterminowych planów Villasa-Boasa. Bosingwa najlepszy mecz w roku zagrał na stoperze, Malouda chce transferu do Ancelottiego i PSG, Kalou to materiał tylko i wyłącznie na rezerwowego, Turnbull nigdy nie będzie numerem jeden. Przeszłość, tak jak pisałem. 15.10 Już chciałem pisać o stadionie, zainspirowany przez kolegów z Twittera, ale są lepsze wieści z klubu. Sam Hutchinson wraca do gry! Jego historię możecie poznać w (moim ulubionym w tym roku) wpisie "Silniejszy niż kiedykolwiek" - wspaniały powrót do zdrowia tego utalentowanego obrońcy i wychowanka klubu. To jest mój moment 2011, zaraz obok wygranej SayNoCPO. Brawo, Sam! Co do meczu z Villans, mamy już skład i są sensacje: Cech - Ferreira, Luiz, Terry, Cole - Romeu, Ramires, Meireles - Mata, Sturridge, Drogba. 15.05 Wracając do tych plebiscytów naszych, bardzo ciekawy głos z Twittera od @Michalkiso - momentem roku transfer Torresa. Dlaczego? Oddaję mu głos... "już wszyscy pisali, że RA nie będzie łożył już na CFC, a od tego transferu znowu trochę wydał..Mata, Torres, AVB, stadion etc." W zasadzie... także można się zgodzić. To był rok, który tylko potwierdził intencje Abramowicza - chyba najbardziej pozytywny punkt dwunastu miesięcy, prawda? W komentarzach z kolei pojawił się głos na piłkarza roku - John Terry. Czy jednak nie za dużo było historii pozaboiskowych z jego udziałem? Nie chcę marudzić, forma była często bardzo wysoka, ale jednak wolę cicho pracującego niezmordowanie Ramiresa... 15.00 Dzisiaj nie tylko Chelsea kończy rok, lecz również pierwszą rundę. Jak jest do tej pory w sezonie ligowym The Blues? Aż chciałoby się powiedzieć, że jak w całym roku, prawda? Omijamy jednak to zręcznie patrząc na liczby. Chelsea może mieć 37 punktów po dzisiejszym meczu z Aston Villą, co oznacza, że realnie można liczyć na 74 w całym sezonie. Co by nam to dało? Cóż, w sezonie poprzednim większy dorobek niż zdołał wywalczyć Ancelotti, ale wciąż tylko drugie miejsce. Z kolei dwa lata temu ledwo łapalibyśmy się do czwórki, zdobywając dziesięć punktów mniej niż... mistrzowska Chelsea. Ciekawe, prawda? W tym sezonie United i City mogą mieć na półmetku 48 punktów co trochę martwi... 14.50 Dobra sugestia Tomka na Facebooku: "Jak dla mnie mecz z MU w LM, w ćwierćfinale, bitwa o Anglię, gol Drogby, niesamowita radość, a potem ten gol Parka i odebrana nadzieja..." Trudno się nie zgodzić, że właśnie tak przedstawiały się te miesiące 2011 roku. Radość, nadzieja i potem załamanie. Czyli kolejny raz mamy przykład huśtawki nastrojów co udowadnia punkt widzenia przedstawiony dziesięć minut temu... Można się w tym zagubić, prawda? Tymczasem na Twitterze, @Marafczyk twierdzi, że w teorii takim momentem powinno być zatrudnienie Villasa-Boasa. Jeszcze mogę się zgodzić, ale tak naprawdę da się jego pozyskanie potwierdzić w tym kontekście najwcześniej... za rok. On musi dostać czas na zmiany, za wcześnie, by oceniać jego pracę na Stamford Bridge w tak szerokim kontekście. 14.40 Słusznie pisze na Twitterze fan Liverpoolu, @LFCPatrick - ciężko wybrać jeden moment Chelsea w tym roku, bo generalnie to dwanaście miesięcy wzlotów i upadków. Wielkie zakupy i intencje w styczniu, porażka z Liverpoolem w lutym. Odrodzenie w lidze, odpadnięcie z Pucharu Anglii. Wygrana z United w Premier League, porażka w Lidze Mistrzów. Zapowiedzi ładnego rozstania z Ancelottim, telefon od Abramowicza na Goodison Park. Emocje na starcie z AVB, porażka na Old Trafford. Fakt, że potem było więcej porażek (QPR, Arsenal, Liverpool dwukrotnie...), ale odbiliśmy się z Valencią, Newcastle i City... by trzy ostatnie mecze zremisować. Upieramy się więc przy jednym momencie, czy zgodnie twierdzimy, że przeżyliśmy istną huśtawkę nastrojów? 14.30 Trochę statystyk. Do meczu z Aston Villą, Chelsea rozegrała 52 oficjalne spotkania - wygrała 26, zremisowała 14, przegrała 12. Krótko mówiąc, co drugi mecz drużyna Ancelottiego i Villasa-Boasa wygrywała. Mało? Dużo? Dodam tylko, że stosunek bramek w 2011 póki co zatrzymał się na... 99 golach strzelonych i 51 straconych. Kto z The Blues dzisiaj przebije setkę? 14.15 Kolejna kategoria w roku Chelsea? Moment. Taki definiujący ten rok, pokazujący jaki on był. Zresztą obserwując ostatnie mecze The Blues, zawsze gdy tracimy bramkę (co ostatnio jest bardzo częste) pojawiają się komentarze w stylu "story of our season so far..." - negatywne, oczywiście. Co ja Wam mogę zaproponować? Szaleństwo transferowe ostatniego dnia stycznia? Odrodzenie w meczu z United na starcie marca? Zwolnienie Ancelottiego po meczu, przez telefon? Zatrudnienie Andre Villasa-Boasa? Kupno Maty? Powrót Sturridge'a? Pudło Torresa? Mecz z Valencią? Klęska z Arsenalem? Może inne? Strzelajcie... 14.05 Dobra, to już Wam mówię kogo ja wybieram - Ramires. Wiecie, że gdy przechodził do Chelsea nie było większego krytyka niż ja? Serio, nie widziałem niczego specjalnego w tym chudym Brazylijczyku, który słabiutko prezentował się w reprezentacji, rzadko popisywał się kapitalnymi zagraniami w Portugalii... Teraz bardziej dziękować Ancelottiemu za to, że zdecydował się na jego kupno nie można. Minęło osiemnaście miesięcy, a gdy jego nie ma w pierwszym składzie, Chelsea przypomina maszynę owszem, ogromną, ale powolną - z Brazylijczykiem, nieustannie w biegu, wyprzedzającym rywali, to też maszyna spora, ale i funkcjonalna, faktycznie zdolna do rozrywania przeciwników. Jego moment w 2011? Bramka z City, oczywiście... O, United 0-1. Ale ma Ferguson urodziny. 13.50 Już pierwsze Wasze głosy do mnie docierają, a najbardziej wesoło/ironicznie/pijacko jest na Facebooku, gdzie zasugerowano Messiego i... Heskey'a. Wiadomo, ten drugi jest i moim faworytem, zwłaszcza za to co prezentuje ostatnio, ale naprawdę, jeszcze skupmy się na moment... Ciekawie jest za to na Twitterze, gdzie już rozsądniej i to nie tylko od kibiców Chelsea. Dwóch kibiców Manchesteru United (@Poprzerwie i @am3zz) wskazuje na Matę lub Sturridge'a... Ok, ale przecież oni są z nami dopiero kilka miesięcy. Czy to nie za mało? Podobnie sądzi fan Spurs @Matiaszuk, który za faworyta ma Matę. A kibice Chelsea? Są tacy, owszem - @Michalkiso wskazuje na tercet Ramires, JT, Mata i Sturridge - tu jest i mój faworyt, ale jeszcze się nie zdradzam. Z kolei @Ines_Del_Sol również za faworyta ma angielskiego skrzydłowego Chelsea. Z kim Wy się zgadzacie? 13.40 Skoro przed nami mecz United... 1421. spotkanie w karierze sir Alexa Fergusona, który obchodzi dzisiaj 70. urodziny. Stu lat wypada życzyć, ja dodam od siebie to, by dziennikarze wreszcie uciszyli się i przestali gadać o jego emeryturze. Jasne, kibiców innych zespołów jego osobowość wkurza strasznie - ciągle narzekający, wywołujący tzw. 'mind-games', wpływający na sędziów... no i osiągający sporo. Spokojnie, ostatni dzień roku to nie czas na takie frustracje, lepiej wznieść za jego zdrowie toast kieliszkiem szampana... lub wina, które Szkot tak lubi po meczu wypić z menedżerem rywali... 13.32 No to zaczynamy, już nie organizacyjnie. Zacznę z grubej rury, tak chyba trzeba - kto według Was był najlepszym piłkarzem roku 2011 w Chelsea? To cholernie trudne pytanie zadałem sobie wychodząc na spacer z psem i myślę do tej pory, choć odpowiedź już mam. Czekam na Wasze propozycje, wiem, że Wam będzie równie trudno. No bo kogo mamy na liście kandydatów? Franka Lamparda nie obronię nawet ja, Didiera Drogby nawet Wy, Torresa nikt, a z proponowania Luiza wyjdzie tylko kilka wspomnień jego żartów. Tymczasem tu nie o żarty chodzi. Cech? Takie byki w tym sezonie i pod koniec roku... Wybaczycie? Więc powiedzmy sobie, że do piętnastej minuty mecz United z Blackburn szukamy faworytów i wpisujecie je w komentarze lub na twitterze (@mzachodny, ciągle aktywny). No a potem przejdziemy na inne tematy... Tych jest wiele. 13.25 Koniec roku... I relacja na żywo z tego, w wydaniu Chelsea oczywiście. Wspaniały terminarz spowodował, że piłkarze The Blues będą mogli dzisiaj poświetować, bo mecz z Aston Villą w ostatni dzień roku, jak zresztą większość kolejki. To jednak dopiero za dwie godziny, ale ja też nie będę Was katował do końca tego roku - kto by zresztą przy tym został, prawda? Relacja więc będzie trwała do końca spotkania, a ja chciałbym w komentarzach, czy na twitterze, usłyszeć Wasze myśli na temat minionego roku w wykonaniu The Blues. Cytaty oczywiście pojawią się tutaj, a Wy postarajcie się bym nie zapomniał o niczym podsumowując 2011. Zaczynamy?
piątek, 23 grudnia 2011
Fatalne zauroczenie
Czy można było oczekiwać lepszej reakcji? Zwykle to od bramkarzy oczekuje się takich parad, które w ostatnich sekundach ratują ich zespół przed porażką – genialnych, instynktownych reakcji na linii bramkowej, odbicia czy zatrzymania piłki. John Terry w doliczonym czasie gry na White Hart Lane nie miał luksusu użycia rąk jak golkiper, ale i tak zrobił wszystko, by futbolówka po uderzeniu Adebayora nie znalazła się w siatce.
Wyszło mu to genialnie. I było w tym wszystko, co najlepsze prezentuje John Terry, mimo coraz wolniejszych nóg i zawodzącego czasem przeczucia. Mistrz bloku? Może tak daleko z oceną szedł nie będę w obawie przed chcącymi mi udowodnić coś zupełnie innego statystykami, lecz na pewno jeśli chodzi o to co jest w stanie Terry poświęcić, by bramka dla rywali nie padła, kapitan Chelsea powinien być stawiany za wzór. Zdrowie? Noga? Ręka? Głowa? *To miejsce*? Przytoczenie słynnej próby interwencji z meczu przeciwko Słowenii z Mistrzostw Świata w 2010 roku może tylko uzasadnić to co staram się Wam wytłumaczyć. Relacja między nim a kibicami Chelsea jest jasna i wyrażana w trzech słowach – „Captain. Leader. Legend”, które także zobaczycie na potężnym transparencie zawieszonym na każdym meczu na Stamford Bridge. Wczoraj po meczu długo obijał miejsce w którym pod skórą ma mięsień serca (coś o co oczywiście fani rywali go nie podejrzewają!), kierując wzrok na kibiców oraz herb Chelsea. Remis w bohaterski sposób uratowany, krytykom jego formy też coś udowodnił. Kilkadziesiąt godzin po tym jak dowiedział się, że sprawa jego „wymiany uprzejmości” z Antonem Ferdinandem trafi pod sędziowski młotek, kapitan mógł wysłuchać peanów płynących od własnego menedżera. „Jego zaangażowanie i koncentracja były fantastyczne” – powiedział Villas-Boas. Nie można się z tym kłócić, choć kibice Chelsea tego oczekiwali – kto jeszcze pamięta, że po ujawnieniu kolejnych skandali w jego rodzinie strzelił bramkę Burnley? To jest ten typ zawodnika, którego gwizdy mobilizują, wyzwiska maszynę „John Terry” napędzają. Można się kłócić, czy wczoraj na murawę White Hart Lane kapitan Chelsea wyszedł tylko po to, by krytykom udowodnić, że się mylą, ale na pewno w meczu pokazał, że wciąż jest jednym z najlepszych w swoim fachu, nie tylko tą interwencją z ostatnich minut. Historia lubi nam powtarzać, że John Terry najlepiej funkcjonuje na krawędzi. Nie zawsze jest już tym samym zawodnikiem co był – wynik nie tylko jego wieku, ale i braku Ricardo Carvalho u jego boku – lecz dyskusja czy Chelsea potrzebuje innego lidera jest bezsensowna. W tym sezonie, przy tej całej mniej lub bardziej udanej wymianie warty, skupienie na jego formie mimo wszystko było najmniejsze, porównując do tego co prezentował Drogba, Lampard czy Cech. I choć sama Chelsea znalazła się na krawędzi bardzo wcześnie w tym sezonie, on od pierwszej trudnej chwili, choćby tego poślizgnięcia się z Arsenalem, prowadzi zespół ku poprawie. Ci, którzy starali się wyobrazić sobie jedenastkę The Blues bez jego obecności mają coraz mniej powodów, by sądzić, że w końcu boiskowa forma go zepchnie na ławkę rezerwowych. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie z taką grą. Zwłaszcza z taką. A jednak jest krawędź, która może okazać się dla Terry’ego nie do pokonania. Zauroczenie jakie dzielą kibice Chelsea i kapitan ich zespołu nie trwa od dziś, a więź rośnie z każdym kolejnym spotkaniem i kryzysem. Rzadko doceniany choćby w połowie tak mocno jak jest na Stamford Bridge, a na większości angielskich stadionów też znienawidzony, Terry ma przed sobą walkę, by zachować ten ostatni bastion dla siebie. Tu nie chodzi o kochankę, zyski na boku czy mocno kontrowersyjną rodzinę, lecz coś z czym współczesny kibic tylko w ekstremalnych przypadkach chce być kojarzony. Boiskowy rasizm, jak wiemy choćby z przykładu Luisa Suareza, słusznie jest i będzie tępiony najwyższymi karami. Tak więc czy kibice Chelsea zastanawiali się co będzie jak sąd Terry’ego uzna winnym obrazy na tle rasistowskim? Wyłączając to, że sam Ferdinand był po meczu w szatni Chelsea, ponoć obaj wyjaśnili sobie wszystko, a nikt na boisku nie słyszał potoku wyzwisk jaki miał z siebie kapitan The Blues wylać, sprawa jest mocno kontrowersyjna. Nie opierajmy się oczywiście na tysiącach pseudo-znawców z Internetu, którzy przesyłali sobie „niepodważalny dowód” pod postacią krótkiego video, gdzie każdy z nas może z ruchu warg Terry’ego wyczytać sobie obraźliwe słowa. Opierajmy się na własnym sumieniu. To przykra ale tylko ewentualność, niemiły rezultat procesu, który paradoksalnie, może najmniej kosztować Terry’ego dwa i pół tysiąca funtów – maksymalną karę w tego rodzaju sprawie. Czy i wtedy trybuny wstawią się za swoim kapitanem, legendą i liderem? Piłkarze ubiorą koszulki „Team Terry”? Legendarny Irlandzki piłkarz, Paul McGrath otwarcie stwierdził, że gdyby on miał w drużynie zawodnika zawieszonego przez trybunał za rasizm i kazano ubrać koszulkę w geście wsparcia kolegi, rzuciłby ją o murawę. Oczywiście w nawiązaniu do manifestacji piłkarzy Liverpoolu sprzed meczu w Wigan… Trudne pytania, których nikt nie chciałby sobie postawić, ale czy jest szansa, że i dla Terry’ego ten boiskowy wyskok może być o jednym za dużo? Czy i wtedy Chelsea zabawi się z Football Association w kotka i myszkę, będziemy świadkami festiwalu hipokryzji, marnych wytłumaczeń i jeszcze gorszych ocen ze strony żądnych krwi rywali? Jeszcze w żadnej sprawie John Terry nie miał tak wiele do stracenia, a musi być on absolutnie przekonany o swojej racji, że w grę wciąga cały klub i jego kibiców. Nie wypada wątpić w jego przywiązanie, zasady czy poświęcenie – zresztą nawet nie o to chodzi, nie jest to kwestią sporną. Walka na kilku frontach nie jest łatwa i bez poza boiskowych rozproszeń, zwłaszcza w okresie ważnych zmian przez które i Chelsea przechodzi. Stojąc murem na boisku, blokując uderzenia, dowodząc na prędko klejoną defensywą Terry udowodnił znaczenie swojej roli w projekcie Villasa-Boasa. Problem polega jednak na tym, że zauroczenie, które dzielą kibice i ich kapitan może nie tyle się skończyć co po prostu przeobrazić - w to tytułowe. I trudno będzie winić tych odwracających się do Terry’ego plecami, że nie chcą się identyfikować z pojedynczymi wyskokami tak niskiej klasy. Przykładów, że sama futbolowa jakość może nie obronić przydatności jednostki do zespołu mieliśmy już wiele.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
In it to win it
Różne kwestie i problemy kryją się pod pojęciem „Modern Football”, a zwłaszcza ci, którzy są w opozycji do tego co reprezentuje współczesna piłka nożna definiują ten dosyć często używany termin na wiele sposobów. Nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły, ja skupię się na tym co mnie osobiście w wielomilionowym futbolu irytuje najbardziej, czego nie potrafię zrozumieć i czego nie wybaczam. Zimnej, chłodnej kalkulacji, której podstawą jest brak ambicji. Miałem już ten temat poruszyć tydzień temu, gdy zespoły z Manchesteru efektownie rozbiły się o fazę grupową Ligi Mistrzów i zostali, uwaga – najbardziej znienawidzone przeze mnie słowo używane w tym kontekście, zdegradowani do tej Europy. Nie sprzeczając się o przyczyny kraksy United i City, chciałem porównać to jak zareagowano na Old Trafford i City of Manchester Stadium na te klapy i co mówiono na temat rozgrywek kontynentalnych w których teraz przyjdzie im występować. Nie spodziewałem się, że zawiodę się tak srodze.
„Liga Europy to rozgrywki w których jeszcze z United nie grałem, ale oznacza to jedną rzecz – niedzielne spotkania ligowe. Czwartki i niedziele. Z tym musimy się zmierzyć i nie jest to dla nas sytuacja idealna, lecz taka jest nasza kara za dzisiejsze odpadnięcie” – mówił jeszcze w Bazylei sir Alex Ferguson. Jasne, nie spodziewałem się, że doświadczony Szkot będzie z zachwytem po takiej klęsce mówił o perspektywie gry w tych drugich rozgrywkach UEFA, lecz nie sądziłem także, że lekceważenie pojawi się tak szybko. A już wypowiadanie się o grze w Lidze Europy jako „karze”… ciekawe co na ten temat sądzi Tony Pulis i fani Stoke City, którzy mają za sobą kilkanaście czwartkowych wieczorów w Channel 5 i ani przez chwilę na tę przygodę nie narzekali? Oczywiście, nie zarzucam Fergusonowi braku ambicji, lecz nie podoba mi się zimna kalkulacja z jaką traktuje te rozgrywki. Od razu przypomniała mi się historia, gdy wycofał Szkot swój zespół z obrony Pucharu Anglii w 2000 roku, by pojechać w środku sezonu na kilka spotkań do Rio de Janeiro, gdzie wygrali tylko ze South Melbourne. W klubie wykalkulowano, że połączyć pięciu rozgrywek nie dadzą rady, a rozwój na inne rynki (takie jak brazylijski) opłaca się United bardziej – globalizacja zwyciężyła, mimo niekorzystnego wyniku nikt nie mówił później o porażce. Zresztą problem nie dotyczy samego menedżera, który od tej reakcji na gorąco zdążył zresztą zmienić zdanie. Otóż fani United, dumni ze swej drużyny, historii, rekordów i osiągnięć, uznali osiągnięty wynik za hańbę, wręcz z obrzydzeniem wyglądając na czwartkowe wieczory i Ligę Europy. Jeden ze znajomych fanów Czerwonych Diabłów ćwierknął na Twitterze, że piłkarze sami są sobie winni, ale mogli zająć miejsce ostatnie, przynajmniej byłby spokój i więcej czasu na krajowe rozgrywki. Życzył odpadnięcia sobie z pierwszym zespołem, który dolosuje im Gianni Infantino. Szczerze, taka reakcja, nawet jeśli wypowiedziana w zrozumiałym gniewie, mnie oburzyła. Nie chcąc być źle zrozumianym napiszę – zawsze wydawało mi się, że jedną z głównych i najbardziej czczonych cech ekipy z Old Trafford była ambicja, walka o wszystko, na każdym froncie. Nie odpuszczanie, nigdy. Zero kalkulacji. Nie winię ich za tę reakcję, przykład poszedł przecież z góry, ale wydaje mi się, że to akurat po błękitnej stronie Manchesteru z większą klasą przyjęto zmianę szyldu w kontynentalnej przygodzie – Gareth Barry zaraz po meczu ujawnił, że Mancini wszedł do szatni, podziękował każdemu piłkarzowi otwarcie mówiąc o chęci zwycięstwa w Lidze Europy. „In it to win it” – takie hasło wyszło od City… tyle dobrze, że dzisiaj fani United na Loftus Road głośno śpiewali o swoim uwielbieniu dla Channel 5 i czwartkowych wieczorów – ciekawe na ile wpłynęło na tę zmianę nastrojów szydzenie innych fanów, a ile klasa rywala z jakim przyjdzie im się w lutym zmierzyć w Lidze Europy… To jednak nie będzie wpis tylko i wyłącznie poświęcony pouczaniu Fergusona czy kibiców United – niech ich sprawą pozostanie kwestia tego, że nie widzą szansy jakie dają im rozgrywki Ligi Europy, nie rozumieją, że czasem lepiej zrobić krok w tył, by następnie wykonać dwa do przodu. Przypomnę tylko Liverpool, który wygrał puchar UEFA po thrillerze z Alaves w 2001 roku – po kilku latach sukces powtórzyli w Lidze Mistrzów wygrywając w jeszcze bardziej dramatycznych okolicznościach z Milanem. Pięciu zawodników, którzy pamiętali triumf w Dortmundzie zagrało także w Stambule i nikt mi nie wmówi, że wspaniałe zwycięstwo w „drugoligowym” pucharze nie dało im bezcennego doświadczenia, które przydało się właśnie w niezwykle trudnym momencie pojedynku z włoskim rywalem. Mógłbym także podać przykład Harry'ego Redknappa i jego traktowania Ligi Europy w tym sezonie i w maju, gdy o awans Tottenham walczył z Liverpoolem, ale tym razem go oszczędzę, z bardzo prostego powodu. Podpadł mi także Andre Villas-Boas, niestety. Broniłem go szczerze w walce z mediami, wstawiałem się, gdy większość pukała się w czoło na jego teksty, lecz tego co stało się wczoraj na DW Stadium zrozumieć nie jestem w stanie. Można to nazwać przypadkiem, nieszczęściem albo winić tylko czeskiego bramkarza Chelsea, lecz najbardziej do straty punktów z Wigan przyczyniła się kalkulacja portugalskiego szkoleniowca. Gdy tylko Daniel Sturridge wykorzystał kapitalnie jeszcze lepszy cross Ashley’a Cole’a, podsumowując znacznie lepszą grę The Blues w drugiej połowie po zmianie ustawienia na 4-2-3-1, zdjął Matę wprowadzając Mikela, kasując to czego dokonał w przerwie. Wykalkulował, że jego słabo grający zespół powinien skupić się na obronie przed jeszcze gorszym rywalem, dowożąc minimalne prowadzenie bez większego wysiłku. Tym samym po raz pierwszy zaprzeczył swojej „pozytywnej filozofii” futbolu, stawiając negatywne podejście zespołu ponad własne przekonania. To go kosztowało sporo, praktycznie zniwelowało znaczenie zwycięstwa na City i podniosło stawkę meczu na White Hart Lane z Tottenhamem, które odbędzie się już w czwartek. Rzecz jasna Wigan zasłużyło na punkt w spotkaniu z Chelsea, lecz nikt nie spodziewał się, że The Blues będą z takim rywalem desperacko bronić prowadzenia. Po raz kolejny zawiedli trenera i kibiców liderzy zespołu, wyjąwszy Johna Terry’ego – Lampard, Drogba i przede wszystkim Cech fatalnie sprawowali się przez całe spotkanie, długo nie dając nadziei na dobry wynik… To jednak nie znaczy, że trzy punkty nie powinny być zapisane Chelsea. Gdyby nie ta kalkulacja, jestem przekonany, że zawodnicy Villasa-Boasa mieliby większą szansę na dowiezienie podwyższonego rezultatu, niż wracając do czegoś co nie działało… Tak, podobne przykłady futbolowej kalkulacji oglądamy nad wyraz często i pewnie jakiś wyjątkowo zafrasowany problemem statystyk wyliczyłby, że więcej razy wychodzi ona piłkarzom i menedżerom na dobre. Nie jest też tak, że za każdym razem to po prostu kwestia braku ambicji piłkarzy, menedżera czy kibiców – często nazywane jest to trzeźwym myśleniem, chwalone przez ekspertów... Może i jestem idealistą, a może i hipokrytą, krytykując współczesny futbol i będąc jednocześnie jego aktywną i maleńką częścią, lecz odstawiając taktykę, kadry zespołów i tym podobne na bok, największym problemem piłki nożnej nie są pieniądze, lecz właśnie ta zimna kalkulacja. Tym bardziej pocieszająca jest myśl, że czasem ta bezduszna taktyka, zaprzeczenie idei grania zawsze o zwycięstwo, ma swoją chwilę. Nawet jeśli odbywa się to kosztem mojego zespołu.
wtorek, 13 grudnia 2011
Kto kłamie?
Oriol Romeu szybko i pewnie rozgościł się w pierwszym składzie Chelsea, co nie umknęło uwadze mediów, które, jak to mają w zwyczaju, chłopaka wyniosły szybko na salony i przypomniały sobie specyfikę jego letniego transferu z Barcelony. Wyrwany Guardioli zanim jeszcze zdążył zadomowić się w jego mistrzowskim zespole, młody Hiszpan miał być do Chelsea tylko na specyficznych zasadach "wypożyczony" - jak donosiły wtedy media, klub z Londynu zapłacił pięć milionów funtów, by Barca mogła w 2012 lub 2013 odkupić go za odpowiednio 10 lub 15 milionów funtów. Tymczasem nikt nie spodziewał się, że dyskusja o tym transferze wróci tak szybko - ledwo zaczął się grudzień, a na Stamford Bridge już nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie pierwszej jedenastki bez świetnie dysponowanego Hiszpana. Romeu już zasłynął na Wyspach elegancją w odbiorze, twardą grą z trudnym rywalem, wysoką świadomością taktyczną, doskonałym czytaniem gry i nienagannymi podaniami, którymi rozpoczyna akcje Chelsea lepiej niż John Obi Mikel. Szybko się także uczy i wyciąga wnioski, co było widać zwłaszcza po pierwszym kwadransie wczorajszego spotkania z City, gdy kilka razy został ograny, spóźnił się z odbiorem, by następnie lepiej za odbiór i rozegranie się zabierać. Na doniesienia prasy, by kibice Chelsea do Romeu się nie przyzwyczajali, bo wróci po niego Barca, szybko zareagował Andre Villas-Boas, który, co ostatnio pokazuje dosadnie, nie lubi, gdy sztucznie sieje się ferment wokół jego zespołu. W weekend postanowił za pomocą strony oficjalnej odpowiedzieć na niektóre fałszywe doniesienia mediów i zwłaszcza przekaz odnoszący się do sprawy defensywnego pomocnika był jasny i krótki: "The buy-back option states that Barcelona can only buy back if Chelsea are willing to sell." Czemu więc Chelsea nie zareagowała, gdy w dniu transferu wszystkie media podchwyciły historię o możliwości odkupienia (za bezcen?) Romeu? Czemu jednym prostym wystąpieniem trenera, dyrektora czy prezesa nie odrzucili i nie odcięli się od doniesień prasy? Brak komentarza jest potwierdzeniem plotki... Dzień zajęło Barcelonie odpowiedzenie na to co powiedział Villas-Boas, ponoć potwierdzenie racji po stronie katalońskiej znaleziono również pośród świty młodego pomocnika. Umowa aktualna, w takiej postaci jaką ją przedstawiły media w lecie, gdy mniej niż pięć milionów kosztował ich utalentowany piłkarz. Ktoś kłamie. Kto i po co? Barcelona, jeśli już sprzedała piłkarza i ma dodatkowe klauzule pozwalające im zarobić na dokonanym już transferze, raczej nie utrzymywałaby się przy stanowisku odmiennym od tego prawdziwego. Z kolei Andre Villas-Boas motyw ma - chciałby, by młody talent rozwijał się w spokoju, a nie świele medialnych reflektorów, rozpatrujących jego kandydaturę w perspektywie kilku lat nie na Stamford Bridge, ale Camp Nou. Oczywiście, najpiękniejsze w tym sporze jest to, że zdanie samego piłkarza jest obecnie mało istotne. Wrastający w Londyn i Chelsea młody człowiek jest tylko postacią w hipotetycznych gierkach prasy oraz oficjeli obu drużyn, choć wcale się o to nie pisał. Nikt nie wie co będzie, gdy rok 2012 przyjdzie i Barcelona wróci po swojego wychowanka - czy jego więź z obecnym miejscem zamieszkania będzie wystarczająca, by utrzymać go w niebieskich barwach? Czy wciąż młodzieżowy reprezentant Hiszpanii wróci do swojego kraju, skuszony tym wszystkim, czym karmiono go w La Masii od trzynastego roku życia? Jego boiskowa kariera się rozwija i nawet ten spór do którego rozstrzygnięcia dostęp mają nieliczni, nie powinien zatrzymać ciągłego postępu. Jednak wypadałoby wierzyć, że jeśli oba kluby spotkają się ponownie w jednej sali dyskutując na temat jego przynależności, najwięcej do powiedzenia będzie miał sam piłkarz, nie Barcelona czy Chelsea. Jestem przekonany, że Romeu doceni fakt jak daleko posunęła się jego kariera w Londynie przez zaledwie kilka miesięcy, nawet porównując go do tego jak wielką szansę rozwoju dostał w Katalonii. Co jak co, ale historia pokazuje, że piłkarzy na jego pozycji szybciej i mocniej docenia się w Anglii niż Hiszpanii... |
Zakładki:
Autor
Blogują
Świat jak piłka
Keep The Blue Flag Flying High ![]() Wypromuj również swoją stronę | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||