Blog > Komentarze do wpisu
Fear of failure

Gdy Arsene Wenger mówił w lutym tego roku, że niektórzy menedżerowie w lidze negują możliwości swojego zespołu, Francuz nie zawahał się ani chwili wypowiadając legendarną już kwestię o "strachu przed porażką".

Gdy Jose Mourinho mu odpowiadał, zarzucając Francuzowi, że jest "ekspertem w przegrywaniu", Portugalczyk był pewnym swego, od razu wyrzucając z siebie tę kwestię. 

W każdym z tych przypadków zarzut zawsze był przygotowany, poparty przemyśleniem czy wcześniejszą refleksją, na pewno też animozjami, jakie tych menedżerów dzieliły i wciąż dzielą. Jednak sam faktu użycia takich słów jak "strach" czy "porażka" pokazuje, jak są one determinujące w ligowej walce. 

Zostawiając Arsene'a Wengera na boku - ma on własne problemy, takie, które są materiałem na zupełnie oddzielny tekst - warto zastanowić się nad Mourinho, jednym z tych menedżerów przed którymi postawiono nie tyle cel, co obowiązek wygrania przynajmniej jednego znaczącego trofeum. 

Wiem - sam Mourinho jest bestią zbyt ambitną, by nie stawiać przed sobą takich celów, choć w poprzednim sezonie... W poprzednim sezonie może zbyt dosadnie i zbyt pewnie odrzucał możliwość wygrania, nie dając dobrej przecież drużynie żadnych szans. Mówił o projekcie, ambicjach, ale i głównie brakach w swoim zespole. Nikt ich nie neguje, prędzej inaczej odbierając realną wartość tamtej kadry.

Kadry, która uległa znacznej zmianie. Tak personalnej, jak i mentalnej, choć o dokładny moment w którym Chelsea przemieniła się z poddającej się lub nie widzącej zwycięstwa w momencie trudnym w maszynę demolującą rywali na życzenie trudno. Przecież w każdym z dotychczasowych meczów ludzie Mourinho byli testowani - Burnley wystawiło ich na próbę już w pierwszym meczu, lecz odpowiedź przyszła szybko i zdecydowanie. Leicester było o jedną skuteczną interwencję Courtoisa od sensacji i sprawienia problemów, a Everton upierał się, że na gole odpowie golami. Nawet Swansea zaskoczyła Chelsea perfekcją, która pozwoliła im utrzymać prowadzenie niemal do końca pierwszej połowy.

A jednak odpowiedź zawsze przychodziła, tempo zawsze było podkręcane, reagowali tak piłkarze, jak i trener. W sobotę wystarczył jeden rzut rożny, ale i zmiana ustawienia, wprowadzenie przydatnego w odbiorze Ramiresa w miejsce bezproduktywnego Schuerrlego. Tak wcześnie w sezonie wydają się być już wypracowane schematy reakcji w trudnych sytuacjach. Bo po przerwie Chelsea po prostu wrzuciła trzeci, czwarty bieg, jakby bez większego wysiłku.

Oczywiście wciąż możemy się upierać - poniekąd słusznie - że te reakcje przychodziły łatwo, bo rywal nie był z tej najwyższej półki. Nawet Everton, bo pomimo wielu pozytywów jakimi da się obdarować zespół Roberto Martineza, nie wolno zapomnieć o fatalnej tego dnia defensywie. Stąd pewna obawa - nazwijcie to strachem - że magia Fabregasa, skuteczność Costy czy drybling Hazarda zostaną jeszcze postawione w wątpliwość. Media uderzą na pewno, przy pierwszym potknięciu. Może więc przez samego menedżera?

Mourinho w tym akurat jest specjalistą. To, co zrobił w poprzednim sezonie - przejście na system bardziej defensywny po katastrofie w Sunderlandzie - zdało egzamin, nawet jeśli wspomniane braki drużyny nie pozwoliły jej rywalizować do samego końca. Tym razem Portugalczyk triumfował, mówił o wyczekiwaniu na tego właściwego napastnika, cierpliwości klubu i szerszej perspektywie z jaką wiązało się jego zatrudnienie.

Jednak on jeszcze zostanie sprowokowany, albo sam kogoś sprowokuje, właśnie przez zagrożenie jego i Chelsea pozycji. Nie będzie tak łatwo jak w pierwszych dwóch sezonach, nie będzie tak pięknie, że na celebrowanie mistrzowskiego tytułu możemy umówić się w marcu. Już po perfekcyjnym starcie kariery Diego Costy w Londynie Mourinho tonował nastroje mówiąc, że tego się po nim nie spodziewał. Słusznie nie zamierza też wymagać powtórki siedmiu goli w czterech kolejnych meczach. 

To strach przed porażką każe myśleć, że ten sezon nie będzie tak łatwy, jak jego 4-kolejkowy zwiastun. Strach innego rodzaju niż ten o którym mówił Wenger - nie napędzany obawą rywalizacji z równymi sobie, ale tym, że zwycięstwa się od Chelsea po prostu oczekuje.

poniedziałek, 15 września 2014, mzachodny

Polecane wpisy

  • Mourinho minimalista?

    Kiedy Twój klub nie przegrywa spotkania przez ponad dwa miesiące, pewnie prowadzi w rozgrywkach krajowych i europejskich, jest w ćwierćfinale pucharu ligi, a ry

  • Pan 7/10 bohaterem niedzieli?

    Więc tak, znowu przychodzi ten moment. Jose Mourinho versus Arsene Wenger. Tylko, po prawdzie, nie czuje się tego tym razem. Owszem, jest wielka okoliczność, je

  • Oby chaos nie powrócił

    Okej, okej - wątpiłem . "Kiedy już Jose Mourinho skończy swoją pierwszą po powrocie konferencję prasową, znów oczarowując angielskie media, ponowne zapoznanie s

Komentarze
2014/09/16 16:06:15
ojejku
-
2014/09/16 20:45:56
Jak na razie oczekiwania są spełniane, zarówno przez zawodników jak i przez Mourinho przed Romanem Abramovichem. Jeśli chodzi o strach to nie wierze, że Mourinho się czegokolwiek boi. To on zawsze wychodził pierwszy z szeregu i uparcie dążył do realizowania swoich racji. Jeśli z kolei chodzi o oczekiwania względem niego i oczekiwania wygrywania każdego meczu.. owszem tego się oczekuje od niego. Nie należy zapominać jednak o tym, że to nie kto inny ale sam Jose postawił sobie wysoką poprzeczkę mówiąc, że w drugim roku po powrocie na Stamford Brigde zdobędzie z Chelsea mistrza Anglii.