Blog > Komentarze do wpisu
Tak łatwo być złośliwym

Tak łatwo być złośliwym, gdy Liverpool w dziesięć minut traci trzy gole na boisku beniaminka, prezentując kompletną nieświadomość sytuacji czy też właśnie pod tą odpowiedzialnością za wynik padając. Nerwowość w ostatnim kwadransie i załamanie po ostatnim gwizdku mówiły tak wiele, ale chyba najlepiej zareagował na konferencji Brendan Rodgers, mówiąc: - Musimy spojrzeć gdzie i co trzeba poprawić i do tego będziemy dążyć. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy mimo wszystko wydaje się, że my te odpowiedzi już znamy. Z całej czołówki ligowej czwórka podstawowych obrońców i bramkarz kosztowała najwięcej właśnie Liverpool, a nie City czy Chelsea. A pomimo rozegrania kilkunastu spotkań mniej od swoich rywali to właśnie Brendan Rodgers w lidze użył najwięcej piłkarzy. 

Tak łatwo być złośliwym, choć tu przecież nie chodzi o pieniądze. Brendanowi Rodgersowi będzie się przypominać wściekłe wyrzuty pod adresem parkującej trzy autobusy Chelsea i słowa o łatwości nauczania bronienia. Jednak w tym wypadku - jak pisałem już dla sport.pl - on po prostu postawił na inną filozofię, która może/mogła przynieść mu mistrzostwo. O ile jego stwierdzenia o chęci ataków i wygrania są zrozumiałe, tak dziwią mnie pretensje innych o to, że nie zareagował defensywnie w ostatnich minutach. A przecież to ten sam dylemat, który miewa np. Pep Guardiola, tak stanowczo odrzucający możliwość zmiany. Pod tym względem to ten sam typ szkoleniowca - gdy inni swoją siłę biorą ze zdolności do natychmiastowych, ale zaplanowanych zmian, u Rodgersa są one też zauważalne, ale wolniejsze. I, co ważniejsze, u Irlandczyka, jak u Hiszpana, króluje dewiza - "prędzej zmienią nas, niż my zmienimy naszą filozofię". 

Tak łatwo być złośliwym, gdy jednak widzi się, że problem Liverpoolu to nie ryzykowna taktyka trenera czy słabo grający defensorzy. To brak równowagi, ale też kwestia siedząca głęboko w głowach piłkarzy. To nie uwaga czy przytyk, ale chyba najlepiej widać to było po Suarezie, który w doliczonym czasie gry wręcz śmiał się po zmarnowanej szansie swojego zespołu, by następnie chować płacz pod koszulką, gdy wynik został potwierdzony ostatnim gwizdkiem sędziego. 

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież o wyniku nie zadecydowały gole (one, jak mówi taki jeden, są przereklamowane), ale inne momenty kluczowe. Ten sezon miał ich już tak wiele (o czym z kolei pisałem w kontekście wygranej City z Evertonem), ale niekoniecznie musimy mówić tylko o trafieniach. Przecież w sobotę Joe Hart świetną paradą w końcówce uratował zwycięstwo swojego zespołu, a wczoraj to Speroni kilka razy ratował Palace przed podwyższeniem przez Liverpoolem wyniku i później w utrzymaniu remisu. Jeszcze ta sytuacja Joe Ledleya, gdy uderzał między nogami niepewnie broniącego Skrtela po jednej z kolejnych kontr gospodarzy...

Tak łatwo być złośliwym, choć gdzieś w głowie krąży przeczucie, że to nie może być koniec. Jeszcze grają, jeszcze mają wbrew pozorom niełatwe spotkania i naprawdę wiele może się zmienić. Może nie do takiego stopnia, że to Chelsea nagle okazuje się liderem na koniec rozgrywek czy też wszystkie te zespoły kończą z równym dorobkiem punktowym, ale dramaturgii nie zabraknie. Zwłaszcza w niedzielę, gdy wyniki będą docierać do grających piłkarzy, gdy minuty będą im uciekać, a rywal nagle urwie się z niespodziewaną kontrą... To nie koniec.

Tak łatwo być złośliwym, gdy przecież potykają się wszyscy. Uczucie frustracji innego rodzaju towarzyszyło kibicom Chelsea w meczu z Norwich, gdy kolejne akcje były desperacko niemrawe, zbyt czytelne dla mimo wszystko słabego rywala. To są "historie tego sezonu" (zapamiętać - o tym będzie dłużej i w osobnym tekście), stłumione w 90 minutach emocje i uczucia, które towarzyszyły nam przez te dziewięć wyczerpujących miesięcy. Czasem, zamiast śmiać się z Gerrarda czy Suareza, warto zastanowić się jak my to wytrzymujemy?

Tak łatwo być złośliwym, gdy to w gruncie rzeczy powinien być tekst o fenomenie ligi angielskiej i drużyny, która nie miała prawa odrobić w osiem minut trzech goli. Po prostu - oni już swoje zrobili, oni byli na straconej pozycji, oni dawali rywalom tyle miejsca, że jeśli już to kolejne gole powinny padać na korzyść gości, nie gospodarzy. Tymczasem ataki Crystal Palace miały w sobie nie tyle radość czy desperację, ale plan, szybkość, finezję także niespodziewaną jak na dawniej oceniany poziom tego zespołu. Gdy inni murowaliby własną bramkę szukając raczej oszczędzenia sobie upokorzenia ze strony tak silnego w ofensywie zespołu, Crystal Palace przejęło inicjatywę. Bo wierzyli w remis przy 0-3? Może w futbolu nie powinno być takiego pojęcia jak "wiara w wynik", ale powinniśmy mówić po prostu o grze w piłkę, frajdzie i dążeniu do tego, by ludzie na trybunach nie wychodzili załamani.

Tak łatwo być złośliwym w stosunku do częściej milczących lub rzadko podnoszących głos kibiców innych klubów, gdy na Selhurst Park dzieje się coś niesamowitego. Grupa zorganizowanych fanów - tak, czasem sprawiających ochronie problemy - co dwa tygodnie nie tyle tworzy unikalną na Wyspach atmosferę, ale wynosi stadion i kilkadziesiąt tysięcy ludzi w inną rzeczywistość. Ściany często ogłuszającego dźwięku ich śpiewu zamyka trybuny i murawę, tworzy odosobniony klimat i kreuje markę Crystal Palace na równi z rajdami Bolasiego, sztuczkami Ledleya czy interwencjami Jedinaka. Inni naprawdę powinni pójść tą drogą.

wtorek, 06 maja 2014, mzachodny

Polecane wpisy

  • Wiem, co robi Arsene Wenger

    A przynajmniej tak mi się wydaje. Może i dziwacznie wyglądało starcie Arsene'a Wengera z Jose Mourinho, a jeszcze dziwniej to, jak zachowywał się w obliczu sły

  • Pellegrini z Mourinho nie powalczy

    - Zagrali bardzo podobnie do Stoke, gdzie jako duży zespół walczyliśmy z małą drużyną posiadającą bardzo dobrych piłkarzy, która tylko się broniła i próbowała u

  • Oezil najsłabszym ogniwem i lekarstwem Arsenalu?

    Już wszystko zostało przeanalizowane, sprawę rozwałkowano, Wengera skrytykowano, a Oezila w jakimś sensie rozgrzeszono. Nie jego wina, że wbrew własnej woli jes

Komentarze
Gość: przecinek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/05/06 13:08:20
Istotnie. Wyniki Liverpoolu w tym sezonie zaskoczyły wszystkich bardzo na plus. Początkowo, dla większości ekspertów, nie był to nawet kandydat do top4 . Niektórzy odmawiali mu jakości, także po pierwszej połowie sezonu, wieszcząc rychły zjazd. A fakty są takie, że to najlepszy sezon tej drużyny od 5 lat.
-
2014/05/06 13:13:26
Co ciekawe, gdy w Polsce kibice wynoszą polską ligę na zupełnie inny poziom mówi sie o bandytyzmie i kibolstwie.
-
2014/05/07 07:11:39
Kolejny ciekawy artykul Szkoda mi Liverpoolu i Gerrarda Jesli nie Chelsea chcialbym zeby to oni wygrali a nie City ale piłka czasem jest zaskakująca... jak to ze stracili 3 bramki w 12 minut. Chciałbym zaprosić Panie Michale Pana jak i Pańskich czytelników do dyskusji na moim blogu tutaj w moim artykule -game over dla the blues- Pozdrawiam :)
-
Gość: kotuo, 84.246.251.*
2014/05/07 09:44:40
@max.88
"...w Polsce kibice wynoszą polską ligę na zupełnie inny poziom..."

Bo umrę ze śmiechu, takiego sardonicznego. Byłem ostatnio na meczu Lecha, a że trybuna tzw 'prawdziwcyh' kibiców była zamknięta to przemieszali się oni z tzw 'piknikami'. Tak więc miałem wątpliwą przyjemność poobcować z tymi 'prawdziwymi'. I tak - więcej niż połowa czasu to bluzgi, znacznie więcej niż połowa 'prawdziwych' fest (nie tak trochę) sponiewierana alkoholem, co skutkowało zbydlęceniem totalnym. Do tego agresja ('śpiewać, k...a!' do wszystkich wokół to łagodny tego objaw, prawie rękoczyny gdy przyszła kobieta z biletem na miejsce już zajęte przez 'prawdziwego' i kolegów).
Zupełnie inny poziom, zaiste...

PS. Przepraszam za off-top, ale nie zdzierżyłem.
-
2014/05/12 23:45:17
Ja chyba jestem ze starej gwardii kibiców. Nie ważne czy przegrywają, czy wygrywają ja swoje drużynie jestem oddany i nie wiem, czy ktoś, coś to zmieni. To tak jak z prawdziwą miłością, jak się zakochasz to już nie ma przebacz. Tak też jest z futbolem.