Blog > Komentarze do wpisu
Nie płaczę po QPR

Niech każdy odpowie sobie w duchu – ekscytowała Was wizja Harry’ego Redknappa atakującego niemożliwe, prawda? Objęcie QPR po brutalnie sprowadzonym na ziemię wizjonerze, Marku Hughesie wydawało się dla niedoszłego selekcjonera reprezentacji Anglii szansą na bezbolesne i ponowne wprowadzenie swojego nazwiska na trenerską giełdę, mimo niedawnego procesu sądowego i sposobu rozstania z Tottenhamem.

Redknapp doskonale wiedział na co się pisze i z jakim materiałem przychodzi mu pracować. Jego walkę trudno nazwać epicką lub choćby moralnie wygraną. To były raczej przebłyski wpływu jaki menedżer miał na rozkapryszony i przepłacony zespół w sezonie, który był dla Rangers stracony zanim na Loftus Road pojawiły się pierwsze kibicowskie plakaty błagające Harry’ego o ratunek. 

Dlatego zaraz po ostatnim gwizdku sobotniego „sześciopunktowca” Redknapp tylko zwiesił głowę, a do mediów wyszedł pewny swego. Jeśli już nad czymś rozpaczał to nad zmarnowanymi szansami i fenomenalną formą Brada Guzana, który w pierwszej połowie dreszczowca uratował swój zespół od straty przynajmniej dwóch goli więcej. „Nie moglibyśmy grać lepiej,” dodał Redknapp w dość ambitnej walce o ratowaniu resztek nadziei swoich piłkarzy.

Czy jest jednak ktoś, kto jeszcze wierzy w jego zapewnienia, że pięć zwycięstw w ostatnich ośmiu spotkaniach „nie jest niemożliwe”? Czy jest ktoś – poza kibicami QPR – kto temu klubowi utrzymania życzy?

Jakkolwiek ambitne zadanie czeka Rangersów w ostatnich spotkaniach, tak z pewnością ciężko im będzie zjednać sobie fanów, których ich spadek w pewnym sensie nie zadowoli. Degradacja często słusznie jest porównywana z przeżyciem traumy, najgorszym dniem w roku lub momentem, który powraca i niszczy wszelką radość. Jednak tak jak dzisiaj po ostatnim gwizdku na Villa Park zagościł na mojej twarzy uśmiech, tak potwierdzenie spadku QPR spotkać się może nawet z bardziej ekspresyjnym gestem.

Lambert

To nie jest nic złośliwego, ani osobistego – przynajmniej, jeśli chodzi o szkoleniowca, piłkarzy czy kibiców. Cenię specyficzność kameralnego obiektu przy Loftus Road, a w niejednym zawodniku z obecnej kadry drzemie potencjał na miarę celów wyższych, niż ratunek przed kompromitacją. Z pewną frustracją zapoznam się z tymi artykułami, które z pewnością po spadku rozgrzeszą Redknappa, ale na pewno nie zakłóci to mojego dobrego nastroju. Może i to naiwne myślenie, ale Premier League nic tak dobrze nie zrobi jak huczna degradacja Queens Park Rangers.

Tak, chodzi o pieniądze. O obrzydliwie nieprzeciętne pensje bardzo średnich piłkarzy o często zbyt wysokiej reputacji, ludzi odpowiedzialnych za marzenia tysięcy kibiców oraz jednego Tony’ego Fernandesa. Czasami się zastanawiam, czy przed przejęciem QPR już prawie półtora roku temu w ogóle dokonał on jakiegoś researchu?

Spoglądając na dolne rejony Premier League trudno nie dostrzec jakim ewenementem jest QPR w tym gronie. Na same prowizje dla agentów wydali oni w 2012 roku więcej, niż Reading na nowych piłkarzy. Ich długu i absurdalnego przebicia obrotów klubowych pensjami piłkarzy – ponad 180%, gdy Fernandes odkupił akcje – nijak nie można porównać z i tak zasobnym portfelem Dave’a Whelana z Wigan. Aston Villa, Sunderland i Newcastle, drużyny teoretycznie zaangażowane w walkę o utrzymanie, nie należą do najmądrzej wydających pieniądze, ale przynajmniej stosują jakieś limity. Takie, których zabrakło przy transferze Christophera Samby, czy nawet decyzji by go po kilku tygodniach nie sprzedawać, mimo astronomicznej oferty z Rosji.

Jednym z najprostszych testów na dobitne przedstawienie tej skądinąd zatrważającej różnicy jest ten papierowy. Gdy Paul Lambert rzucił na jeden z najważniejszych meczów w sezonie takie tuzy jak Sylla, Lowtona czy Westwooda, Harry Redknapp miał do dyspozycji zdobywców Ligi Mistrzów, reprezentantów swoich krajów, piłkarzy o ustalonej wynikami renomie. Mecz sam w sobie może i był tylko chaotyczną wymianą ciosów o nie do końca zasłużonym wyniku, ale nie trudno uciec od myśli, że w samej końcówce o więcej walczyli gospodarze, nie goście. Na pewno motywację mieli większą, niż nawet jedne z czołowych premii w lidze.

Redknapp i Fernandes nie są zaniepokojeni klubowymi finansami, choć zdecydowanie za dwanaście miesięcy sytuacja może być zgoła inna. Gdy dojdą raporty za wydatki ze styczniowych szaleństw, gdy przyjdzie faktycznie ocenić skalę zadłużenia po tym ostatnim ataku na ligowy byt, tych dwóch panów na Loftus Road może już nie być. Pierwszy wciąż jest ceniony za różnorodność przyjmowanych ról – od strażaka do mistrzowskiego pretendenta – a drugi może odpuścić jak tylko QPR przyjdzie płacić za jedną z najtragiczniejszych strategii budowania futbolowej potęgi we współczesnej historii.

Nie zamierzam skracać dokumentu pt. „The Four Year Plan” o poprzednikach Fernandesa, choć z pewnością projekcja właścicielowi QPR by się przydała zanim włożył w klub swoje pieniądze. Rangersi od lat działają w kompletnym chaosie niczyich decyzji i niczyjej odpowiedzialności, gdzie sukces (awans) osiągnięto nakładami niedostępnymi, niewyobrażalnymi dla rywali. Jak krótka okazała się ta kołdra pokazał już poprzedni sezon, a obecny jest tylko dobitnym potwierdzeniem, że ruszając na najwyższą ligę w Anglii trzeba mieć nie tylko kasę, ale i dobrze przemyślany plan.

Southampton nawet po zatrudnieniu Pocchettino opowiedziało się za pewną filozofią futbolu, Reading ze swoją finansową stabilizacją i „spadochronie kasowym” raczej nie zaliczy kolejnego roku w Championship jako walki z nowymi warunkami, a Wigan buduje wspaniałe centrum treningowe, trzymając się przy tym myśli piłkarskiej Roberto Martineza. Aston Villa stawia na młodzież, Newcastle ma świetny scouting w Europie, a Norwich w niższych ligach – QPR w gruncie rzeczy egzystuje na książeczce z kontaktami menedżera i wypisywanych przez swojego właściciela czekach in blanco.

Tak, QPR czeka zapewne los klubów takich jak Leeds, czy coraz niżej grające Portsmouth – czy to ktoś nowy będzie ogarniał bajzel po spółce Redknappa i Fernandesa, czy to ten drugi sam honorowo zatonie ze swoją łajbą. Co prawda muł na dnie jest już wyrobiony, ale wręcz oczekuję, że spektakularność tego upadku QPR wywoła pewne otrzeźwienie u tych, którym pieniądze faktycznie uderzyły do głowy. Czy też dopiero uderzą, gdy w nowym sezonie w życie wejdzie nowa umowa telewizyjna, o 70% podwyżce wartości od swojej poprzedniczki do, bagatela, miliarda funtów za jeden piłkarski rok.

To może wyglądać na hipokryzję ze strony osoby, która przecież ostatnie tryumfy świętowała głównie za sprawą niekończących się pożyczek bogacza z Rosji. Jednak ulepszanie, oczyszczenie systemu, który pod ogromnymi długami gnije nigdy nie zacznie się od szczytu - przecież to ekscytacja rywalizacją najlepszych (najbogatszych) przyciąga miliony kibiców, pozwala zarobić i rozwijać się każdemu. To nie upadek Chelsea, City czy United przyniesie potrzebne zmiany, ale z każdą kolejką jeszcze bardziej prawdopodobny pożar dekady u Rangersów. To także w dolnych rejonach tabeli utarło się, że pieniądze nawet z poziomu dużo niższego niż ma QPR dają pewne utrzymanie – tym cenniejsze będzie przetrwanie firm za którymi faktycznie coś stoi, definiowalna myśl czy plan, a nie rozgrzana do czerwoności komórka trenera.

Nie będę płakał po QPR, bo wierzę, że potrzebny jest silny kontrast między wielkim sukcesem skromności i staranności a degradacją bajzlu oraz przepychu. Rozumiem i współczuję fanom Rangersów, jednak są przykłady jasno stanowiące, że lepiej przejść przez tę gehennę i, nawet po długich latach, wrócić jako nowa siła. Posłuchajcie jak zmieniło się po spadku Newcastle. Spytajcie o dumę z bycia częścią siły sprawczej w „kibicowskim” Swansea, a nawet w czwartoligowym Wimbledonie. Spójrzcie na filozofię klubowych struktur w Southampton, West Bromie czy Norwich, gdzie nawet małe trzęsienia ziemi uchodzą im płazem – ba, działają na korzyść!

Nie chcąc wchodzić w skórę kibiców z Loftus Road, mimo wszystko mocno bym się zdziwił, gdyby choćby za dwa lata widzieli swój klub z obecnym duetem Fernandes-Redknapp u sterów. Dla nich spadek może nawet nie być takim wielkim szokiem, jak to, co po nim nastąpi – tym bardziej niech zdadzą sobie sprawę z szansy na oczyszczenie, jaka przed nimi się otwiera oraz okazji na przebicie stale rosnącej bańki mydlanej w której niestety wciąż wiele klubów Premier League żyje. Niech i oni nie zapłaczą nad QPR.

niedziela, 17 marca 2013, mzachodny

Polecane wpisy

  • Wiem, co robi Arsene Wenger

    A przynajmniej tak mi się wydaje. Może i dziwacznie wyglądało starcie Arsene'a Wengera z Jose Mourinho, a jeszcze dziwniej to, jak zachowywał się w obliczu sły

  • Pellegrini z Mourinho nie powalczy

    - Zagrali bardzo podobnie do Stoke, gdzie jako duży zespół walczyliśmy z małą drużyną posiadającą bardzo dobrych piłkarzy, która tylko się broniła i próbowała u

  • Oezil najsłabszym ogniwem i lekarstwem Arsenalu?

    Już wszystko zostało przeanalizowane, sprawę rozwałkowano, Wengera skrytykowano, a Oezila w jakimś sensie rozgrzeszono. Nie jego wina, że wbrew własnej woli jes

Komentarze
2013/03/18 13:42:13
świetny tekst mam podobne odczucia. Zapraszam do siebie miedzy-slupkami.blogspot.com/