Blog > Komentarze do wpisu
Kałuża na spacerze

Doskonale rozumiem Roberto Manciniego. Co więcej - jego pewność siebie doceniam. Dla niektórych jego beznamiętne deklaracje o wciąż czynnym udziale w wyścigu mistrzowskim są pozbawione sensu. Bezbramkowo i bezpłciowo zremisowali na boisku QPR, dziś wydarli ledwie punkt Liverpoolowi, choć grali na własnym boisku.

Mancini

Co jest więc kluczem do tego przekonania, że City w końcu United dojdzie? Ja widzę w jego zespole ponadprzeciętną solidność w defensywie, która w coraz bardziej chaotycznie broniącej lidze może okazać się elementem wyszczególniającym - z Liverpoolem obydwa trafienia gości wynikały z geniuszu strzelających z dystansu Gerrarda i Sturridge'a, nie złego ustawienia. Przy pierwszym golu, dodam, Mancini wcale nie obwinił swojej defensywy, ale sędziego, który wcześniej nie przerwał gry. Są gole, którym jest trudniej zapobiec - lub nie można zapobiec im wcale.

Jest wiele opinii, które bardzo ostro traktują Manciniego jako szkoleniowca i taktyka - jego dotychczasowe dokonania z City w Europie są na żenującym poziomie, a i szeroko kwestionować można jego przywiązanie do Balotellego. Dobrze, że chociaż tego ostatniego problemu się Włoch pozbył.

Oczywiście jest w nich wiele racji. Pewnie są osoby, które do tej pory dziwią się, jak obrzydliwie bogaci właściciele City wpadli na pomysł, by to temu człowiekowi pozwolić na kontynuowanie raz zaczętej misji - zwłaszcza, że dwa tytuły kosztowały ich tak wiele. Jednak jest w jego poczynaniach pewna konsekwencja, a to jak lekceważąco podchodzi się do łatwości z jaką zespół potrafi zmieniać ustawienie oraz sposób gry wręcz zadziwia. Zadziwia głównie tych, którzy nie dostrzegają, że ta liga wciąż jest zbyt mocno osadzona w ryzach pewnych taktycznych schematów i ustawień.

Reakcją po bramce Gerrarda było wprowadzenie prawego obrońcy za najlepszego w ostatnich meczach City Davida Silvę. Dopiero na dwie minuty przed końcem meczu Mancini pozwolił sobie na zmianę ofensywną - Nasri zastąpił Barry'ego. Jego zespół w trakcie meczu łatwo przeszedł z ustawienia bliskiego 4-3-2-1 do gry trójką obrońców, by spotkanie kończyć... z czwórką bocznych defensorów.

To był odpowiedź na jego frustrację grą zespołu - Citizens nie potrafili utrzymać się przy piłce dłużej niż rywale, notując dwa razy mniej strzałów niż przyjezdni. Mancini nie mógł być zadowolony, więc zmieniał - zmieniał do samego końcai może trochę nazbyt szczęśliwie mu się to udało. Nie powinno to jednak zmieniać obrazu zespołu, którego uniwersalność - niedoceniana - stwarza możliwości dogonienia United.

To tylko możliwość. Patrząc na Manchester United, który przespacerował się po Fulham nie jest łatwo dostrzec szansę gwałtownego spadku formy. Tak, zespół Fergusona może i stracił dziesięć goli więcej od City w tym sezonie, ale strzelecką formą imponuje - zagrożenie idzie z wielu stron, nawet gdy Szkot zmuszony jest dać odpocząć rewelacyjnemu Welbeckowi. A wtedy grają mocno przeciętni Nani z Valencią...

Martwić Manciniego powinna więc nie tylko forma Van Persiego czy Rooneya, ale przede wszystkim to jaką pozycję zbudował sobie Jonny Evans. W sobotę miał ułatwione zadanie, ponieważ ruchliwym Ruizem zajął się Cleverley z Carrickiem, lecz Rodallegę schował do swojej kieszeni. Może nie jest to wyczyn mistrzowski, może i z Berbatowem nie byłoby tak pięknie, jednak on wrócił do składu po miesięcznej przerwie - trudno dostrzec inną drogę dla Vidicia, jak nie przez odsunięcie od wyjściowej jedenastki mniej pewnego Rio Ferdinanda.

Załamania, które przypomina od kilku dni Mancini w kontekście gonienia United to naprawdę niewielkie drgnięcia w porównaniu z tym co musi się stać teraz, by walka o mistrzostwo znów nabrała rumieńców. Przeciętny kibic ma trochę łatwiej niż włoski szkoleniowiec, bo na jego barkach nie spoczywa taka presja i może racjonalniej spojrzeć na układ gier - tam, może pomijając sam finisz, nie ma miejsca na ruchy tektoniczne pod nogami United. Nic dziwnego, że w Lidze Mistrzów Roberto Mancini będzie kibicował rywalom zza miedzy - niech jeszcze się głowią bardziej, niech mocniej rotują, niech stracą oddech. Ale to i tak może być co najwyżej przeszkoda na miarę kałuży na ich spacerze po mistrzostwo.

Ciekawiej więc będzie tam, gdzie bitwa o pieniądze Platiniego będzie najostrzejsza. Everton w ostatnich 38. ligowych spotkaniach przegrał tyle meczów co Manchester United - mentalnością niepokonanych również przypominają "Czerwone Diabły", a sobotni popis z Aston Villą powinien tyle martwić Moyesa (defensywa, Heitinga!), co cieszyć. Dla "The Toffees" jest to trzeci remis w czwartym meczu, a przed wizytą na Old Trafford taka porażka z bardzo rozczarowującym rywalem tylko dobiłaby ludzi Szkota. Po tym jak Fellaini znalazł drogę do siatki na sekundy przed końcem, oni do Manchesteru jadą napompowani.

Ich umiejętność uciekania przed porażką może się przydać, ponieważ z całej stawki zespołów walczących o trzecie i czwarte miejsce to oni najrzadziej przegrywają. Tottenham czasem jeszcze się wyłącza, a z jednym Adebayorem (AVB do krwi rozgryzie swoje paznokcie czekając na skany kontuzji Defoe...) nie pójdzie im tak łatwo - w lepszej formie wydaje się być choćby Giroud i ostatnio Anichebe. Spurs grających bez napastnika ciężko spodziewać się w każdym meczu - co prawda na The Hawtorns ta gra wyglądała świetnie, a utrzymanie futbolówki było na najwyższym poziomie, to poza bombą Bale'a z dystansu dobrze i agresywnie grająca defensywa WBA nie dawała powodów do narzekań Benowi Fosterowi. Ani powodów do wysiłku.

Arsenal zresztą jakby znów odnalazł swoją drogę i pewnie niedługo przestaniemy słyszeć o wyrzucaniu Wengera. Teraz to nie jest już tylko Walcott, ale i wspomniany Giroud, Podolski, Wilshere... To jest zespół łapiący drugi oddech i odnajdujący pewność siebie - nawet jeśli do tej grupy nie można jeszcze zaliczyć obrońców i bramkarza. Zwycięstwo nad Stoke może było stonowane, ale niezagrożone.

Najmniej szans w tym kotle powinno się dawać Chelsea. To jest gigant, który chwieje się od kilku kolejek, ale przed ostatecznym ciosem rzucającym go na deskę uratować go może powrót kilku piłkarzy i nagłe poszerzenie opcji Beniteza. Cóż z tego, że kiepsko on operuje zmianami, a jego największy zaufany jest na boisku zarazem tym najbardziej zadumanym? Gra płynie obok Torresa z jego wyboru, czego nie można powiedzieć o Terrym (niestety przyspieszony powrót do zdrowia, który boleśnie odbił się na wyniku z Newcastle) czy Lampardzie (zajechanym serią spotkań, choć wciąż decydującym dla drużyny).

Hiszpański tymczasowy menedżer Chelsea w pierwszych meczach swojej pracy dawał szansę Romeu, ale teraz wręcz marzy, by John Obi Mikel był do jego dyspozycji. Ktoś kto nada drużynie rytm, zabezpieczy obronę, wypełni coraz wyraźniejszą lukę między obroną i atakiem. Innego pomysłu niż powierzenie swojej nadziei w poszczególnych zawodników Benitez nie ma - to nie jest typ innowatora. Szkoda, że teraz potwierdza krytyczne opinie o meczowych reakcjach z ławki - na St James' Park dokonał tylko jednej zmiany, na dodatek wymuszonej. Przy tylu jego narzekaniach na to jak wąskim składem dysponuje, czy nie czas spojrzeć również na to jak tymi ograniczonymi liczbami Benitez operuje? Królestwo temu, kto znajdzie o tym choćby wzmiankę w poniedziałkowej prasie.

poniedziałek, 04 lutego 2013, mzachodny