Blog > Komentarze do wpisu
Jak zwolnić rekordzistę?

Najbliższy tydzień może być przełomowy w angielskim futbolu. Arsenal odniósł dwie kolejne wyjazdowe porażki, każda bolesna i w zasadzie depcząca wszelkie nadzieje Kanonierów na trofeum w tym sezonie, ale i tak klęski z Milanem i Sundrlandem nie uderzyły w kibiców tak bardzo jak w Arsene Wengera. To Francuz reklamował swoim nazwiskiem projekt zmian, tłumaczył kolejne lata, gdy nie dodawał pucharów do klubowej gablot, i pewnie on zapłaci za kolejną wpadkę stanowiskiem.

Wydawać się może, że jeszcze bliżej wylotki jest jego kolega po fachu z innej części Londynu, Andre Villas-Boas. Portugalczyk obiecywał wielką rewolucję na Stamford Bridge, reklamował nową filozofię, mówił o średnim lub niskim bloku obronnym, czarował wiekiem i talentem… lecz teraz niewiele z tego zostało. Porażka z Evertonem, beznadziejny i szczęśliwy remis z Birmingham City w Pucharze Anglii połączone z kryzysem w szatni Chelsea może oznaczać, że koniec jego dni w Londynie jest bliski.

Nie, to nie będzie kolejny tekst o kryzysie pozycji i znaczenia menedżerów w najlepszej lidze na świecie, choć mamy za sobą najbardziej absurdalne zwolnienie obecnego sezonu. Nie będzie to również wpis poświęcony Fabio Capello i jego dramatycznym opuszczeniu posady selekcjonera reprezentacji kraju, które zdążyło już podzielić kibiców na kilka obozów, a nawet dyskusja o jego następcy jakby ostatnio przygasła. Piłkarska Anglia na chwilę przystanęła i spojrzała na Galpharm Stadium w Huddersfield, gdzie Lee Clark stracił pracę po trzeciej przegranej… w pięćdziesięciu pięciu ostatnich spotkaniach. Serio.

Lee Clark Lee Clark, nie bez powodu porównywany do Roberto Manciniego...

Sam Wayne Rooney zdziwiony wydarzeniami w Huddersfield usiadł do komputera by oznajmić śledzącym go na Twitterze, że „świat oficjalnie oszalał”. Mimo braku awansu w poprzednim sezonie do Championship, ekipa z League One wcale daleka od awansu w tym roku nie jest – czwarte miejsce w tabeli daje im udział w fazie play-off, a do drugiego miejsca mają zaledwie siedem punktów straty i szesnaście spotkań do zniwelowania tego śmiesznego dystansu. Co więcej, Lee Clark poprowadził swój były już zespół do poprawienia rekordu Football League, poprzednio należącego do Nottingham Forest – Huddersfield w 43 spotkaniach ligowych było niepokonane, do momentu, gdy pod koniec listopada 2011 roku zeszli z boiska na tarczy. Nie było jednak czego się wstydzić, pokonali ich liderzy i pewniaki do awansu z Charlton Athletic i to na własnym terenie.

Wystarczyła krótka, dwuminutowa rozmowa telefoniczna pomiędzy Clarkiem i właścicielem The Terriers, Deanem Hoylem. Droga Huddersfield w ostatniej dekadzie była wyjątkowo wyboista i nie zawsze tak różowa jak świętowanie nowego rekordu. Zaledwie dziesięć lat temu zostali wyprowadzeni z dna na którym wkrótce może znaleźć się Portsmouth - klub był postawiony w stan likwidacji, spadł na czwarty poziom rozgrywkowy, ale odrodził się i w ostatnich dwóch sezonach był bliski awansu. Najpierw przegrali w półfinale play-off z Millwall, następnie musieli w samym finale uznać wyższości Peterborough, które zwyciężyło 3-0 na Old Trafford.

Historia miała zakończyć się sukcesem w trzecim podejściu do Championship, lecz nie będzie to dane Lee Clarkowi, menedżerowi, który sam był niezłym piłkarzem, a na pewno takim charakternym. Wychowanek Newcastle w 1997 roku przeszedł do ich odwiecznych rywali z Sunderlandu, gdzie także pomagał w biciu rekordów już na boisku, a nowy klub awansował do Premier League. Gdy jednak na finale Pucharu Anglii w 1999 roku kibice Newcastle znaleźli go w tłumie i nałożyli na niego koszulkę z wymownym hasłem „Sad Mackem Bastards” (odnoszącym się oczywiście do fanów Sunderlandu), musiał ze Stadionu Światła uciekać. Po latach mówił o wstydliwym incydencie, który wyolbrzymiono, lecz do dziś mówi, że chętnie co tydzień zasiadałby na St James’ Park, głośno wspierając Sroki. Wtedy przygarnęło go Fulham, gdzie również wpisał się w pamięć kibiców jako solidny zawodnik, a karierę skończył oczywiście tam, gdzie ją zaczął.

Clark o menedżerce myślał jednak od dłuższego czasu i już w czasie swojej zawodowej kariery robił sporo, by mieć zajęcie po zawieszeniu butów na kołku – pierwszą licencję trenerską wyrobił w wieku dwudziestu trzech lat, a już w 2006 roku Glenn Roeder dał mu szansę w Newcastle. Został jednym z jego trenerów oraz menedżerem rezerw, później podążył również za swoim szefem do Norwich, by po dwóch latach doświadczeń samemu podjąć wyzwanie prowadzenia Huddersfield. Tak zaczęła się wspaniała historia… zakończona krótką rozmową telefoniczną.

Mimo imponującego rekordu i sporych szans na awans, kibice mają wątpliwości co do tego jak prowadził zespół, a sam właściciel sądził, że wkrótce Clark odejdzie do innego klubu. W lecie podpisał nowy kontrakt, lecz ich relacje były coraz gorsze, nic nie dało nawet oficjalne odrzucenie oferty z Leicester City. Fani wskazują na to, że charakter szkoleniowca mógł doprowadzić do konfliktów w szatni, inni sugerują, że przy jego zarobkach na pewno mógł radzić sobie lepiej. W końcu pojawił się argument o stylu gry zespołu, o tym, że mimo trzech lat pracy i bezapelacyjnym wsparciu zarządu oraz kibiców, Huddersfield tkwiło wciąż w League One.

Jeszcze rok temu, gdy Huddersfield podejmowało Arsenal w czwartej rundzie Pucharu Anglii, Clark i Hoyle byli przyjaciółmi. Planem tego drugiego była gra w Premier League, pierwszy miał tego dokonać – wyprowadzony ze sporych długów klub właśnie zainwestował w grunty pod nowe centrum treningowe. Menedżer był dumny z tego, że kluby z najwyższej klasy rozgrywkowej do jego zespołu chcą wysyłać utalentowaną młodzież na ogranie – świadczyło to o słusznie obranej drodze, zresztą w stylu podobnej do gry Arsenalu.

Zresztą, nawet po klęsce w finale play-off League One, Lee Clark mówił o swojej dozgonnej wdzięczności za podniesienie go na duchu. „Nie ma wielkiej lojalności w futbolu w tych czasach i nie ma wielu właścicieli rozumiejących futbol. Bardzo rzadko trenerzy dysponują takim zapleczem jakie ja mam w Huddersfield” – twierdził jeszcze w listopadzie, gdy rekord dopiero został pobity. Od tego czasu jego zespół radził sobie dobrze, lecz jak powiedział Dean Hoyle samo zwolnienie nie było efektem porażki z Sheffield United. Zresztą właściciela nawet na tym meczu zabrakło.

Wzorującego się na Wengerze Lee Clarka zastąpił trener juniorów Mark Lillis, który może zostać w nowej roli do końca sezonu, jeśli wyniki będą odpowiednie. Oczywiście League Managers Association zapowiedziało złożenie zażalenia do angielskiej federacji i wyraziło swoje zdziwienie oraz oburzenie zaistniałą sytuacją. Nic jednak nie zdziałają, a pytanie gdzie w dzisiejszych czasach podział się zdrowy rozsądek właścicieli klubów piłkarskich pozostaje otwarte. Skoro przegrywając zaledwie trzy z pięćdziesięciu pięciu meczów można zostać spektakularnie ze swojej pracy wylanym… to nie ma już nadziei dla tuzinów innych menedżerów w Anglii. Jedno jest pewne - Wengera czy Villasa-Boasa w Huddersfield by już dawno nie było.

niedziela, 19 lutego 2012, mzachodny




Keep The Blue Flag Flying High

Wypromuj również swoją stronę

Gambling-Affiliation